Posts tagged Przygotowania

Finisz przygotowań

Tysiącmilowa podróż zaczyna się od jednego kroku
Konfucjusz

Jeśli dobrze liczę, pomysł wyjechania na wolontariat do Afryki bardzo realnie pojawił sie 19 marca tego roku. To wtedy zapadła decyzja, że spróbuję. I wtedy zaczęły się przygotowania.

Droga więc była bardzo, bardzo długa. Zastanawiam się, czy nie za długa: ponad 4 miesiące pisania papierów, szkoleń, pakowań, żegnania się, przyzwyczajania… I potem 3,5 miesiąca pobytu. Ciekaw jestem czy skórka warta wyprawki. Ale to się jeszcze okaże.

Ale dziś też się cieszę 🙂 Czuję się jak na ostatniej prostej maratonu. To naprawdę się udało!

I jeszcze wbiegnięcie na linię mety (mety? to dopiero początek). Paweł mówił, że przy wyjściu z domu, będzie mi towarzyszyć fajne, silne odczucie. I chyba doskonale rozumiem o co mu chodziło 🙂 Już myślami jestem w środę, około godziny 13:00. Gdy otwieram zamek drzwi mieszkania, chwytam za klamkę. Przekraczam próg i wiem, że właśnie zaczyna się potężna wyprawa, że to już się dzieje! W takim momencie powinna w tle rozbrzmiewać podniosła i narastająca muzyka. Mi jednak zapewne wystarczy walenie serca i pulsujący szum w uszach, krew i endorfiny zalewające mózg. Chwila, ułamek sekundy, w którym skoczek bungee decyduje się wychylić z platformy.

Comments (5) »

Strach, stres i inne wątpliwości

Do lądowania w Rwandzie pozostaje już tylko 5 niepełnych dni. I muszę się pochwalić: od kilku dni już się nie boję. 🙂 Bo się bałem, choć strach nie był wielki i nieustanny; być może powinienem temu tematowi poświęcić nieco miejsca na blogu; tak żeby inni ewentualni wolontariusze czytający zobaczyli, że i mnie to spotyka i jak sobie z tym radziłem.

No dobrze… Wpis miał być o czymś innym, ale faktycznie może kwestie stresu są istotne, więc napiszę o nich teraz. To coś innego zostawie na wpis kolejny.

Zacznę od tego kiedy się cieszyłem. Pierwszy raz się cieszyłem gdy dowiedziałem się o możliwości wyjechania do Afryki. Kolejny raz się cieszyłem, gdy udało mi się napisać projekt. Tu cieszyłem się głównie z faktu napisania, a nie jechania do Afryki.

Prawdziwą radość w podskokach i to dosłownie (wrzeszczałem jak debil na całe mieszkanie) przeżyłem, gdy dostałem z MSZ maila z informacją o wstępnej akceptacji mojego wniosku. Równie wielka i skoczna radość była, gdy projekt uzyskał ostateczną akceptację i klamka zapadła.
Teraz jest właśnie kolejny okres radości. Autentycznie nie mogę się już doczekać, kiedy będę w Rwandzie. 🙂

W między czasie była duma z faktu wyjazdu. Super było czuć, że zrobię coś wyjątkowego niesztampowego.

Ale pomiędzy okresami radości następowały krótsze lub dłuższe, silniejsze i słabsze okresy strachu i wywołanego nim chyba stresu.

Po napisaniu projektu pierwszy raz tak naprawdę dotarło do mnie na co się tak naprawdę porywam. I pojawiła się myśl, którą eufemistycznie można by wyrazić słowami „nic by się nie stało, jeśli wniosek nie zostałby przyjęty”.

Dość spory strach pojawił się po szkoleniu w MSZ. Po pierwsze gdy uświadomiono nam wszelkie zagrożenia, z jakimi się spotkamy. Kradzieże, napady, szok kulturowy, choroby i być może nawet śmierć. Po drugie gdy skonfontowałem swoje warunki wyjazdu z sytuacją innych wolontariuszy; z nas wszystkich to chyba ja jadę najbardziej sam i najbardziej będę musiał liczyć sam na siebie. W taki strachu trwałem na ostateczną akceptację lub odrzucenie wniosku. Trwałem, bo postanowiłem sobie, że skoro tak wiele już zrobiłem, teraz się nie wycofam. Ostateczna akceptacja z miejsca zamieniła strach w radość.

Ostatnia faza lęku trwająca do powiedzmy przedwczoraj, to faza „strachu utajonego” i rozniecanego. Tu już się raczej nie bałem, a paradoksalnie teraz właśnie wszyscy prowokowali mnie do przemyśleń pytaniami czy się boję. Słyszałem je niemal codziennie. Trwałem w fazie que sera, sera, a ciągłe pytania i świadomość szybko upływającego czasu i tak wielu zadań powodowały stres. Byłem nerwowy i słabo komunikatywny. Na wszelkie złe wieści reagowałem gwałtownie (sorry, Krysia za „krzyczenie” 😉 ). No po prostu stres.

Ale udało się go pokonać.

Po pierwsze plan działań. Wiedziałem co mam jeszcze zrobić i ile mam na to czasu. Po raz pierwszy w widocznym miejscu mieszkania pojawił się kalendarz.

Po drugie nauczyłem się reagować na nagłe negatywne zwroty akcji. Gdy okazywało się, że coś się opóźnia, powodowało to u mnie nerwowość i załamywanie rąk. Ale zauważyłem ciekawą sprawę: Gdy coś miało się opóźnić, zaglądałem do planu działań i patrzyłem co sobie zaplanowałem jako następne, do wykonania nazajutrz. I robiłem to od razu. Po chwili miałem wrażenie, że wyprzedziłem plan i zły nastrój mijał. Polecam! Nie poddawajcie się paraliżowi. Po prostu coś zróbcie, co mieliście zrobić jutro.

Po trzecie już jestem spakowany 🙂 Może nie dosłownie w walizce, ale choć do wyjazdu jeszcze 5 dni, ja już mam wszystko zrobione, co miałem zrobić. Teraz tylko czekam, a to powoduje, że zamiast się stresować, niecierpliwię się kiedy w końcu już tam będę 🙂 Czuję, że mógłbym jechać choćby jutro.

Po prostu nie mam już czym się stresować.

Comments (3) »

Dwa tygodnie do wyjazdu

Mój widżet na iGoogle odliczający czas do lądowania w Rwandzie mówi mi, że pozostało równe 14 dni. To w sumie dobry moment na zrobienie sobie „checklisty” co już zostało zrobione, a co jeszcze przede mną. Dlaczego by nie zrobić tego na blogu? 🙂 Może przyda się innym wolontariuszom, którzy też mają wyjazd jeszcze przed sobą.

Co już zostało zrobione?

  • Projekt jest dawno napisany
  • Szkolenia w MSZ i CWR mniej lub bardziej dawno odbyte
  • Szczepienia wykonane
  • Robert zgodził się przetrzymać mój telefon przez czas pobytu w Rwandzie
  • IMPAQ wypożyczył mi laptopa i aparat cyfrowy
  • Lokatorzy do mieszkania znalezieni
  • Sytuacja w Rwandzie (obecna sytuacja społeczno-polityczna, warunki ekonomiczne, karty płatnicze, historia konfliktu Tutsi – Hutu) mniej więcej opanowana
  • Język angielski jako tako przypomniany (nawet już zaczynam myśleć po angielsku)
  • Książki zdane do biblioteki
  • Wczoraj odbyłem wizytę u dentysty. Fajnie 🙂 Poszedłem z nastawieniem na wiercenie w zębie, a wyszedłem… bez zęba. Na szczęście to ósemka; nigdy jej na oczy nie widziałem, więc i tęsknić nie będę. Poza tym lepiej chyba stracić ją w Polsce niż w Rwandzie.

…i to chyba wszystko.

Co jeszcze przede mną?

  • Muszę odebrać walizkę od ciotki
  • Znaleźć większy plecak, w którym zmieściłbym laptopa (czy ktoś z moich znajomych z Białegostoku nie ma takiego pożyczyć? w zamian oddam swój, mniejszy)
  • Krysia musi mi dosłać lek na malarię, ubezpieczenie i bilety lotnicze. W ten poniedziałek powinienem je mieć u siebie.
  • Muszę Krysi odesłać różne takie tam papierki (już otrzymane faktury, umowę itp)
  • Muszę sprawdzić pociągi do Berlina i przepisać sobie jak z dworca kolejowego trafić na lotnisko Tamplehof. Być może będę musiał na HospitalityClub znaleźć sobie nocleg w Berlinie. Mogę też w sumie spać i na lotnisku 🙂 Muszę więc odnaleźć stronę, na której były porady jak tego dokonać nie będąc przeganianym jak włóczęga.
  • Muszę odpalić samochód (naładować akumulator) i przestawić go pod dom rodziców.
  • Przekazać klucze do mieszkania lokatorom, a komórkę Robertowi.
  • Spakować się: paszport, dodatkowe zdjęcia do wizy, żółta książeczka, bilet lotniczy, trochę gotówki w złotówkach, euro i dolarach, karta płatnicza, ubezpieczenie, ksero dokumentów (zostawić także u mamy), najważniejsze notatki (adres docelowy, umowa z Paulem, wydruk wstępnej wizy [niby miało to trwać trzy dni, a nadal czekam], wydruk budżetu i wniosku projektowego), laptop, pendrive, aparat, komórka bez simlocka (muszę pożyczyć od kogoś), ładowarki do nich, okulary zwykłe i przeciwsłoneczne, malarone, repelent przeciw komarom, leki i inne dobra z apteki (coś na biegunkę, coś na zaparcia, dwa rodzaje leków przeciwbólowych [aspiryna i coś paracetamolowego], KMnO4, leki na astme i uczulenie, bandaż, stopery do uszu [ponoć w pierwsze dni odgłosy Afryki nie dają zasnąć], chusteczki, w tym i bawełniane), kapelusz, ubrania (bielizna, skarpetki, trochę spodni, trochę koszulek i koszul, coś cieplejszego, kurtka, zastanawiam się czy brać granitur? [brzmi absurdalnie, ale nigdy nie wiadomo, gdzie mnie Paul zabierze], buty pełne i sandały), ręcznik(i), prezent dla Paula (zamierzam dać mu pendrive od MSZ), prezent dla jego dziewczyny (1 sierpnia obchodzi ona urodziny i Paul już zapowiedział, że to przyjęcie będzie połączone z moim przyjęciem powitalnym, planuję kupić jakieś CD ze składanką z polską muzyką), prezent na wszelki wypadek (wybiorę się na jakiś targ i postaram się znaleźć coś regionalnego), słownik… O czym jeszcze zapomniałem? Bardzo proszę o dopisywanie w komentarzach jeśli coś komuś przychodzi do głowy.
  • Muszę zamknąć konto w Inteligo. W dobie darmowych mbanków, dziś przyłali mi sms z prośbą abym zapłacił im zaległość 6zł za prowadzenie konta (na koncie mam pusto). Niech się chrzanią 😉 Nie  znoszę płacić za rzeczy, które gdzie indziej są za darmo lub taniej.
  • Muszę pożegnać się ze znajomymi (to jest już zaplanowane na tą sobotę) i z rodziną (to już zaplanowane na przyszłą sobotę; trzeba też odwiedzić grób ojca).
  • Znaleźć wraz z Paulem miejsce pobytu na miejscu.
  • Wydrukować sobie ten wpis na blogu i odhaczać kolejne rzeczy 🙂
  • Zdać sobie sprawę, że i tak o czymś zapomnę, że i tak nigdy nie będę do końca przygotowany. Choć w sumie to mogłem wpisać w  rzeczach już zrobionych 😉

… to wszystko?

Uff, na pewno nie przeczytaliście całości, ale i tak jestem zadowolony 🙂 Od wielu dni zbierałem się do zrobienia tego spisu. A tak udało się połączyć przyjemne blogowanie z pożytecznym podsumowaniem.

p.s. choć ogłoszenie o wynajęciu mieszkania nie jest aktualne już od poniedziałku, dziś nadal dzwonią 🙂

Comments (4) »

Foremka

Czasem się zastanawiam czy moje wpisy na blogu nie są za długie. Chce Wam się to czytać? Jakkolwiek, dziś poćwiczę formę krótką.

Od ostatniego wpisu nie wydarzyło się u mnie nic istotnego.

😉

Comments (4) »

Dziesięć lat

Niewiele się dzieje na razie u mnie w ostatnie dni. Ustaliłem, że będę miał problem z telefonem komórkowym. Płacę abonament 55zł i zazwyczaj mieszczę się w nim korzystając z darmowych minut. Myślałem żeby wziąć go ze sobą do Rwandy, ale tam darmowe minuty przepadną: będę płacił abonament i dodatkowo za roaming (10zł za minutę). To się bardzo nie opłaca.

Telefon mam w Erze, a Era właśnie w telewizji się reklamuje, że można zawiesić płacenie abonamentu na trzy miesiące i korzystać z telefonu. Jako, że jadę na 3,5 miesiąca brzmi prawie jak idealna oferta dla mnie. Niestety dzwoniłem do BOK-u i już wiem, że akurat nie dla mnie – trzeba mieć inną, nową taryfę. Przejście na nią mi się w ogóle nie opłaca.

Będę więc szukał kogoś z telefonem na kartę, kto będzie chciał się wymienić ze mną na ten czas na telefony. Osoba w Polsce z moim telefonem będzie korzystać z mojej oferty abonamentowej, a ja w Rwandzie będę miał jej telefon i tam kupie sobie jakąś kartę lub kupię w Polsce. Albo przez internet, jak już na miejscu się zorientuję, że taniej będzie właśnie korzystać z polskiej oferty…

Problem to zakamuflowana możliwość. Od dawna tak myślę o sprawach i dlatego chyba jestem optymistą 🙂

A teraz prezentacja, jaką Paweł wrzucił na nasz SPEK-owy intranet. Robi wrażenie. Niestety po angielsku.

Naprawdę fajne i właściwie nie tak do końca oderwane od tematu tego bloga. Prezentacja przypomniała mi rozmowę jaką odbyłem z moim kolegą Radkiem kilka miesięcy temu. Jak szybko zmieniają się najbardziej pożądane zawody i jak wielki na to wpływ ma komputeryzacja.

Jak wiele zawodów pożądanych w przyszłości nie zostało jeszcze nawet nazwanych?

Wyobraź sobie, że przenosisz się 10 lat wstecz. Co robiłeś dziesięć lat temu, jak wtedy wyglądał świat? To rok 1998, w sumie nie tak dawno. Ja wtedy kończyłem liceum i miałem właśnie podjąć decyzję co będę robił dalej. Wybrałem jak wybrałem, ale nie żałuję. Świat właśnie wtedy wchodził w nową erę, choć nikt wtedy jeszcze chyba tego nie wiedział. Na rynku pojawił się Windows 98, pierwszy system operacyjny z dołączoną do niego przeglądarką internetową (trochę uogólniam). Do tej pory królował płatny Netscape Navigator (może jeszcze wtedy Communicator? nie chce teraz sprawdzać), a o Google jeszcze nikt nie słyszał. Żeby tworzyć coś w internecie każdy musiał znać HTML, obsługę FTP, a pomysł na pisanie bloga – pamiętnika w internecie – uznano by za intelektualny ekshibicjonizm.

I gdybyś komuś powiedział, że przykładowo zarabiasz jako pozycjoner, dorabiasz sobie jako bloger,a a planach masz stworzenie witryny działającej nieco jako wiki, a nieco jako usługa social lending, najprawdopodobniej nikt by cię nie zrozumiał. Tymczasem teraz świat oparty jest na internecie. I telefonach komórkowych, co by nawiązać do początku wpisu.

Ciekawe co by nam powiedziała osoba, która by przybyła do nas z roku 2018?

Myślę też sobie, że świat się informatycznie rozwarstwia. Jesteśmy e-społecznością, ale wiele osób tkwi jeszcze głeboko w XX wieku. Spotykam takich ludzi w Białymstoku jak prowadzę zajęcia dla osób starszych wiekiem z podstawowej obsługi komputerowów. Spotkam też takie osoby, w zdecydowanie większej liczbie w Afryce. Dla nich napisanie do znajomych wciąż wymaga zakupu koperty i znaczka, zrobienie zdjęcia zakupu kliszy, a żeby szybko zadzwonić do znajomych spoza domu wymaga znalezienia budki telefonicznej.

Gdy pisałem projekt, który musiałem złożyć do MSZ w sprawie wyjazdu do Rwandy, zajęło mi to równe 3 doby (ponoć normalnie zajmuje to 2-4 tygodnie i jestem w to w stanie uwierzyć po tym jak już napisałem, ale niestety nie miałem tyle czasu). I po napisaniu, pełen wciąż dopaminy w żyłach, że udało mi się to, co ponoć jest niemożliwe , pierwszy raz tak naprawdę doceniłem współczesną technologię.

Czy udałoby mi się to wszystko zrobić bez komputera i telefonu?
Czy znalazłbym informację gdzie znajduje się ambasada Rwandy (w Polsce nie ma, jest w Berlinie), czy znalazłbym jej numer telefonu, żeby ustalić przepisy wizowe?
Czy Paul przesłałby mi inaczej niż jako skany dokumenty organizacji z Rwandy? Czy zdążyłbym się skontaktować z Justyną w Anglii by mi te dokumenty przetłumaczyła? Czy zdążyłaby mi je odesłać?
Czy udałoby się to zrobić gdy ja projekt piszę w Białymstoku, a moja koordynator, której ani razu nie widziałem przez cały czas pisania, krąży sobie pociągiem między Wrocławiem i Poznaniem?

W trzy dni, na pewno nie. A jakby mi poszło to zadanie 10 lat temu? I o ile więcej będę mógł zrobić za lat 10?

Komentarze wyłączone