Posts tagged internet

Internet znów reglamentowany

Sprawdzają się prawa Murphy’ego: jeśli coś może się popsuć, to na pewno pospuje się w najmniej odpowiednim momencie.

Chciałem Wam mniej więcej na żywo relacjonować ze zdjęciami jak idzie postęp z prezentami. Od wczoraj południa do teraz (znów prawie południe) internet działał tylko dwa razy przez 5 minut. Nawet nie wiem czy ten wpis uda się jeszcze zamieścić.

Reklamy

3 Komentarze »

Tak na szybko

  1. W czwartek wypisali mnie  ze szpitala. I dobrze, bo nieźle się tam nudziłem. Rwandyjczycy w Kigali (albo po prostu w szpitalu) są inni niż w Nyamata. Mniej kontaktowni, więc całe dnie tylko leżałem. Prawie mnie nikt nie odwiedzał. Teraz  biorę leki na malarię i salmonellozę, ale już jest supcio.
  2. Po wyjściu ze szpitala okazało się, że właśnie skończył mi się abonament na internet. Trzeba więc było wrócić znów do Kigali i zapłacić, a Paulowi się nie spieszyło (15 września będą tu wybory parlamentarne i Paul jest lokalnym organizatorem kampanii wyborczej; jest cały czas zajęty, choć od dawna wiadomo, że właśnie ta partia wygra wybory, kiedyś to opiszę). W końcu dziś pojechałem busem z Robertem i na miejscu się okazało, że salon dziś czynny tylko do 12:00. Na szczęście chwilę później się okazało, że doładowanie na internet to to samo co doładowanie komórki pre-paid. Kupiliśmy kartę za 20000FRW (około 40USD) od chłopaka na ulicy, doładował, pokazał jak to potem robić samemu w Nyamata i nawet wystawił fakturę.
  3. Udało mi się kupić pocztówki! Ale było to niemiłosiernie trudne. Oni tu nie wiedzą co to jest postcard. Gdy tłumaczysz pokazują Ci laurki na urodziny i (wyjątkowo dużo tu takich) z okazji urodzin dziecka. Juz zrezygnowałem i nawet miałem zamiar taką połogową kupić dla Doroty, ale napatoczyła się jakaś nierwandyjka i powiedziała nam, że pocztówki można kupić w Caritasie. Caritas też był zamknięty, ale okazuje się, że uliczni sprzedawcy są rewelacyjni. Wyczarują ci wszystko. Jeden pobiegł gdzieś i po chwili przyniósł plik pocztówek. Niestety cena spora: 500FRW (1 dolar), kupiłem na razie 5. Żałuję bo zaraz potem zaczepił mnie inny sprzedawca uliczny, który mial takie ręcznie robione i to za 150FRW. No nic.
  4. Widzę, że rośnie mi konkurencja. Karolina, Kinga i Fabian piszą z Togo (mam nadzieję, bo na razie zaczęli, ale liczę na to, że nie skończy się na kilku postach jak na naszym wspólnym blogu), a Przemek rozpisał się nieźle na temat pobytu w Ugandzie.
  5. W piątek rano czułem się jeszcze jakbym miał znów wrócić do szpitala (zawroty głowy, kłopoty ze staniem), ale dumnie melduję, że o 14:00 wróciłem do prowadzenia zajęć.

3 Komentarze »

Internetowa porażka

To już jest drugi tydzień kiedy tu jestem, a modem w pracowni Paula nie działa. Przed chwilą Paul dzwonił do swojego ISP, a ten mu powiedział by zadzwonił w przyszłym tygodniu, to może coś będzie wiadomo. Trudno w to uwierzyć siedząc w Polsce przed komputerem, ale takie telefony tydzień w tydzień są wykonywane z telecentrum od… 4 miesięcy. Powiedziałem, że u nas jeśli reklamacja nie zostanie naprawiona w dwa tygodnie, firma musi dać nowy sprzęt lub zwrócić pieniądze (jeśli się nie mylę). Tu niestety czegoś takiego nie ma. A szkoda, bo Paul w łącze musiał zainwestować dziesięć tysięcy dolarów i teraz nie ma ani łącza, ani pieniędzy.

To skąd się tu bierze internet? Postaram się opisać mniej więcej jakie jego wersje już tu poznałem. A właściwie o jakich słyszałem, bo o ile wiem jestem teraz chyba jedyną osobą w całej prowincji Bugesera, która ma internet; sam mer (odpowiednik polskiego burmistrza pożycza ode mnie modem).

Internet dzieli się na satelitarny i rozsiewany za pomocą anten operatorów komórkowych.

Telecentrum ma, póki co w teorii, łącze satelitarne od firmy Artel. Druga technologia satelitarna nazywana jest VSAT i nic o niej poza nazwą nie wiem. Paul chciał z niej skorzystać, ale mówi, że wycofali się z działania w Nyamata.

Przed telecentrum sterczy wart 10 tysięcy dolarów talerz satelitarnego internetu, który nie działa

Przed telecentrum sterczy wart 10 tysięcy dolarów talerz satelitarnego internetu, który nie działa

Dwaj główni i jedyni operatorzy komórkowi to Rwandatel i MTN. Rwandatel oferuje szybsze łącze, ale nie mają w chwili obecnej dostępnych modemów. Poszliśmy więc kupić modem i łącze od MTN, o którym Paul od razu uprzedzał, że będzie działać wolno. Nie podpisuje się tu umów ileś miesięcy, tylko po prostu koszt modemu jest wliczony w pierwszy miesiąc abonamentu. Abonament wynosi 37 dolarów (w pierwszym miesiącu 240 dolarów).

MTN działa gorzej niż fatalnie, ale ponoć to też efekt tego, że jako jedyny w ogóle teraz działa. Rwandatel nie ma modemów, Artel nawala, VSAT znika… W godzinach 12 – 20 w ogóle nie można się zalogować do sieci. Między 20 a 22 i z rana raz na kilka prób się to udaje, ale połączenie i tak jest zrywane. W pozostałym czasie czyli po 22 aż do rana kiedy wszyscy tu śpią internet działa. Jego prędkość jest okropna.

Z deklarowanych 56kbs średnia prędkość to 1,5 kbs w podskokach do pięciu. Otworzenie strony z pocztą zajmuje pięć minut. Wykasowanie bez czytania przesłanych przez Pawła zapisów na listę dyskusyjną, informacji o możliwości podjęcia pracy trenerskiej od zaraz w Polsce, zapisów mnie do twittera i innych blipów trwa kolejne pięć minut. 😉 Muszę jednak mieć żelazną cierpliwość, bo wiem, że próby wyjaśnienia mu, że kiedy siedzę w Rwandzie odcięty od świata nie interesuje mnie ani to co się dzieje na naszej liście dyskusyjnej ani rejestracja na twitterze (koszt łącza internetowego niemal w całości wyczerpał budżet przeznaczony na komunikację i nie mam pieniędzy na smsy), na nic się zdadzą i nadal będę to dostawał 😉 Może jednak jak go tu publicznie ochrzanie będzie lepiej 🙂 Paweł: ja nawet nie wchodzę na polskie portale aby sprawdzić co się dzieje w Polsce. Sprawdzenie dwóch skrzynek pocztowych zajmuje 1,5 godziny, a czytam tylko maile z MSZ i od Krysi. Opublikowanie jednego wpisu na blogu (nie napisanie; zwykłe kopiuj i wklej z worda i dodanie zdjęć) zajmuje od 2 do 3 godzin.

Innych rodzajów łącz tu nie ma. Rwanda nie ma sieci szkieletowej na cały kraj. Kilka tygodni temu czytałem, że właśnie powstaje i faktycznie tak się dzieje. Paul z dumą pokazuje pracowników kopiących rowy i kładących kabel, póki co wzdłuż dróg w samym Kigali ale kiedyś wyjdą poza miasto i rozejdą się po kraju.

Kilka tygodni temu zaczęto kłaść optyczną sieć szkieletową, która ma objąć cały kraj

Kilka tygodni temu zaczęto kłaść optyczną sieć szkieletową, która ma objąć cały kraj

Taka sytuacja nie tylko komplikuje mój kontakt z Wami, ale przede wszystkim sprawia, że nie wiem jak poprowadzę szkolenia komputerowe. Spora ich część ma dotyczyć właśnie internetu. Najprawdopodobniej ten fragment będę musiał omawiać w większości „na sucho” co najwyżej pokazując na moim modemie jak to wygląda (jeśli w ogóle uda się połączyć). Nawet jeśli, zastanawiam się co z tego? Jeśli nawet nauczyciele nauczą się obsługi internetu, znikną w szkołach w których go nie ma.

Będę musiał bardziej się skupić na technologiach offline. A sama Rwanda wyraźnie potrzebuje pomocy także w infrastrukturze sieciowej.

2 Komentarze »

Kigali na własną rękę

Poniedziałek, 4 sierpnia

Kolejny artykuł pisany na sucho w wordzie. Wciąż bez internetu. Paul mówił, że może w poniedziałek, ale tak jak się spodziewałem „może” oznacza raczej, że nie. Tak naprawdę pojechał dziś do Kigali do ISP zapytać czy naprawili już modem, dzięki któremu Nyamata Teleservice Centre łączy się internetem.

Kurcze, właśnie Innocent mi mówi, że modem będzie bardzo długo niesprawny. Co prawda MSZ zaplanował w budżecie około 50$ na internet dla mnie, ale nie został przewidziany koszt modemu, jaki będę musiał kupić do laptopa. Trzeba będzie spróbować jakoś to rozwiązać. Bez netu jak bez ręki, nawet na środku afrykańskiej sawanny, gdzie wodę do domów wciąż donosi się w beczkach.

Czułem, że powoli w Polsce ludzie zaczynają się o mnie niepokoić. Gdy wysiadłem z samolotu, puściłem sygnał Krysi, co według ustaleń miało znaczyć, że już jestem. I na tym koniec. Domyślam się, że gdy ktoś nie daje z Afryki żadnego znaku życia, nie można się do niego dodzwonić (wyczerpałem kredyt w telefonie), ani ustalić gdzie jest, można się zacząć martwić.

I faktycznie. Włożyłem w niedzielę po południu na chwilę kartę simplusa do telefonu, a tu dwa smsy. Od Pawła i Krysi, że mógłbym dać znać co i jak, a tu cisza. Paul akurat był w innej prowincji na jakimś ważnym spotkaniu, Agathe i Nelly gdzieś poszły, a mnie zabawiał Moambi swym nieco trudnym w akcencie angielskim i chyba nie rozumiał co sam do niego mówię.

Trzeba jakoś więc samemu szybko znaleźć kawiarenkę internetową, zwłaszcza, że czułem, że jutro  internetu nadal nie będzie. Znaleźć kawiarenkę, znaczy dostać się do Kigali, bo w Nyamata jedynym miejscem z internetem jest… telecentrum Paula.

Dostać się do Kigali, znaczy znaleźć busa. Włos się zjeżył na głowie jak sobie przypomniałem opowieści na szkoleniu w MSZ o podróżowaniu po Afryce busami. Jedne ceny dla mieszkańców, inne – z reguły w wysokości ile się uda dostać, tyle wynoszą – dla muzungu. Co więcej: jeśli zapytasz kierowcę, czy bus jedzie tam gdzie chcesz, a on odpowie, że tak, nie zawsze musi to być prawdą. Biały człowiek w jego samochodzie to prestiż, więc nie ważne gdzie chce jechać – ważne by wsiadł. Czy dojedzie tam gdzie chce, to już jego zmartwienie.

Wyszedłem na główną drogę Nyamata i miałem zamiar się udać tam, gdzie widziałem wywieszony rozkład jazdy busików. Wyskoczył stamtąd akurat bus i kierował się w stronę Kigali więc machnąłem na niego ręką. Zatrzymał się, krzyknąłem Kigali?, ze środka dobyło się oui. Tu mnie raczej nie oszukają na miejscu docelowym: ta droga prowadzi tylko do Kigali. Gorzej będzie w drodze powrotnej.

O cenę zapytałem dopiero gdy ruszył. Sześćset franków – ok. Nie ma co się próbować targować. To jest nieco ponad jeden dolar.

Robiło się coraz tłoczniej, gdy nagle dosiedli się współpasażerowie z którymi obustronnie zdziwiliśmy się. Dziecko kobiety zdziwiło się, że widzi białego i obok niego usiądzie. Ja się zdziwiłem, że obok mnie usiądzie kobieta nie tylko z dzieckiem ale i kurą. O tym też nas uprzedzali, ale i tak fajnie.

Nawiasem mówiąc w busie, za który robiła jakaś stara, rozpadająca się toyota hiace – niewielki w sumie samochodzik – siedzieliśmy w jednym rzędzie w szóstkę: jakaś kobieta pod oknem, ja, dziecko, matka dziecka i kura. Nie dałem rady się obejrzeć na tylne rzędy, by zobaczyć ile nas jest w sumie.

W Kigali wylądowałem nie wiem gdzie. Przyglądał mi się rosły Rwandyjczyk więc zanim zapyta mnie o pieniądze, sam przejąłem inicjatywę, zapytałem czy mówi po angielsku i poprosiłem by powiedział gdzie znajdę internet cafe. W sumie całkiem niedaleko. Dostać się trzeba było do niej przez wielki plac pełen busów. Zaczepiali mnie chłopcy z pytaniem gdzie chce jechać. Ale da się to przejść.

Co do samego internet cafe nie ma za bardzo nad czym się rozwodzić. Ciasne pomieszczenie, duszne i ciemne, gdzieś na pierwszym piętrze ni to budynku handlowego, ni to garażu. Klawiatura i myszka wymagają ode mnie użycia nieco wysiłku. Polskich znaków oczywiście z marszu nie ma. Piętnaście minut kosztuje 100 franków, a to oznacza, że za dolara można spędzić w internecie półtorej godziny. Na napisanie do Krysi i Pawła, siostry i Anety, opublikowanie krótkiego uspokajacza na blogu potrzebowałem jednak tylko pół godziny. Wolałem się spieszyć; jazda do Kigali zajęła ponad godzinę. Z powrotem musiało być dłużej.

Stacji autobusowej szukać nie musiałem, bo miałem ją pod nosem. Wystarczyło, że zszedłem na dół, zacząłem się rozglądać i po chwili dopadł mnie chłopak z pytaniem gdzie chcę jechać. W Afryce nie ma rozkładów jazdy, nie ma nawet tabliczek za szybą z nazwą miejsca docelowego, nawet na głównym dworcu miasta. Jest za to kilkadziesiąt autobusów i są chłopcy biegający po placu i pytający ludzi gdzie chcemy jechać. Kapuściński pisał, że za tą swoją pracę dostają pomarańcz lub banana.

Kluczyliśmy między autobusikami, wskazał na jeden palcem, a gdy chciałem wsiąść, dał do zrozumienia, że nie. Zaprowadził mnie na miejsce koło kierowcy. No tak: muzungu w busie to prestiż dla kierowcy.

Ale i od razu zaczął mnie o coś przez okno prosić. Przy czym nie rozumiałem ani słowa. Pokazywał coś na palcach, liczył, w końcu zebrała się grupka ludzi popatrzeć co się dzieje. Dopytywałem czy ktoś mówi po angielsku, ale nie. W końcu dał mi spokój. W oknie od strony kierowcy zobaczyłem ciemnoskórego człowieka, ale nie Afrykańczyka. Hinduskie rysy twarzy, która najpierw zapytała mnie czy mówię po francusku, a gdy powiedziałem, że nie, bardzo ładną angielszczyzną zapytał czy to bus do Nyamata i czy nie wiem czy jest sens jechać tam w niedzielę. Chciał się dostać do Nyamata Genocide Memorial Site – jednego ze słynniejszych miejsc w całej Rwandzie, upamiętniającego ludobójstwo. Powiedziałem, że bus jedzie do Nyamata, przynajmniej taką mam nadzieję i żeby wsiadał: dziś w Nyamata wszystko jest otwarte, choć to niedziela, więc i muzeum powinno także być.

To Kanadyjczyk, który przejechał do Rwandy także jako wolontariusz aby pracować w misji ONZ. Był tu już drugi miesiąc. Dobra okazja by wypytać jak tu jest, ale jakoś nie przychodziły mi żadne konkretne pytania. Ustaliłem jedynie, że busy mają stałą cenę dla wszystkich, niezależnie od koloru skóry i z powrotem znów zapłacę 600 franków, tak jak każdy.

Więc tak sobie siedzieliśmy w większości w milczeniu, tak jak i inni z tyłu za nami, czekając na kierowcę. Wiedziałem bowiem, że autobus na pewno nie odjedzie dopóki, nie tyle zjawi się kierowca, co bus nie zapełni do końca. Ludzie będą powoli wsiadać jeden po drugim i w ciszy czekać na kierowcę. Ten zapewne kręcił się gdzieś w tym tłumie, zerkając co jakiś czas czy już jest komplet.

Po mniej więcej pół godzinie ruszyliśmy. Mimo kompletu kierowca zatrzymywał się dla machających, a w zatoczkach, które służyły za przystanki zwalniał i krzyczał przez okno nazwę Nyamata w nadziei, że ktoś na niego czeka. Dochodziło do kuriozalnych sytuacji, w których biletowy (w autobusiku mimo mikroskopijnych rozmiarów są dwie osoby załogi: kierowca i człowiek, który pobiera opłatę za przejazd przy wysiadaniu) musiał ludzi upychać aby móc zamknąć drzwi. Ale mimo rzężenia silnika, busik toczył się przed siebie.

I rada na koniec: jeśli chcesz gdzieś wysiąść, zapukaj głośno w metalową część samochodu. Najłatwiej albo przez okno w karoserię, albo w sufit. Przez całą drogę wszystkich – kierowcę, biletowego i bez mała dwudziestu pasażerów – obowiązuje niepisana, werbalna cisza.

Czyli strach ma wielkie oczy. Przyznam się, że dostałem pewnego stresu na myśl, że mam sam pojechać do wielkiego miasta i co wydawało mi się o wiele trudniejsze, znaleźć bus, który mnie z niego z powrotem wywiezie . Kigali mimo 400 tysięcy mieszkańców jest wielkie. Te czterysta tysięcy mieszkańców musi gdzieś mieszkać, a mieszka w zdecydowanej większości w parterowych domkach – to musi zajmować powierzchnię. Miasto rozciąga się na wiele kilometrów w czymś w rodzaju doliny czy kotliny wspinając przy każdej sposobności na zbocza otaczających je gór. Gdzie nie spojrzysz góry porośnięte domami, tłumy ludzi i gęstwina samochodów i motorów. I żadnych kierunków geograficznych, żadnych tablic informacyjnych.

Przeludnione Kigali wspina się na zbocza otaczających je gór

Przeludnione Kigali wspina się na zbocza otaczających je gór

Udało mi się jednak tego uniknąć. Nie oddaliłem się nawet na metr od dworca autobusowego. Zatem prawdziwa samotna wyprawa w afrykańską miejską dzicz myślę, że nadal przede mną.

P.S. Jest już poniedziałek wieczór. MSZ zgodziło się poprzesuwać tak pozycje w budżecie aby starczyło na internet. Paul jednak tymczasem mówi, że do Kigali uda nam się pojechać zapewne dopiero w środę. Pojechałbym sam jutro, ale nie wiem gdzie się udać. Może uda mi się znaleźć kogoś kto pojedzie ze mną.

4 Komentarze »

Mam internet!

Ale co to za internet 😉 Predkość ściągania w porywach do 5kbs.

Zaraz zaczne wrzucać zaległe wpisy na bloga, ale uprzedzam, że przy takim łączu nie wiem ile to zajmie. A zwłaszcza zdjęcia. Mam przygotowanych z pięć długaśnych wpisów.

4 Komentarze »