Posts tagged nyamata

Skazano architekta ludobójstwa w Rwandzie

Nawet nie wiecie ile razy ostatnimi dni dostałem na GG, na maila, czy dziś w komentarzu link do informacji, że przywódca ludobójstwa w Rwandzie został skazany na dożywocie. Fajnie, że zaczęliście się interesować Rwandą.

Pisać nic o tym sam nie będę, tylko dam linka do jednego z artykułów na ten temat. Wybór padł akurat na ten, bo w nim jest zdjęcie z Nyamata, które chyba też już dobrze znacie.

2 komentarze »

Pocztówki wypisane

Przez chwilę nie było internetu, bo rozpadał się wielgachny deszcz, więc wziąłem się pisanie obiecanych pocztówek. Poszło całkiem łatwo.

Nawiązując do poprzedniego akapitu mogę opowiedzieć coś ciekawego. Jakiś czas temu Ewunia Wu zapytała mnie jaki ja tu mam adres. Zgodnie z prawdę odpowiedziałem, że nawet nie wiem, ale postanowiłem to ustalić.

Czytaj resztę wpisu »

3 komentarze »

Japończycy rozdają króliki

Poza mną tu w Rwandzie jest naprawdę dużo muzungu, którzy zjawili się tu z pomocą rozwojową. Nie policzę ile w samym Nyamata. Kiedyś pisałem, że jestem tu jedyny biały, ale wybaczcie pomyłkę, pisałem w pierwszym tygodniu pobytu. Na pewno jestem jedyny, który każdego dnia dwa razy pieszo przemierza całą długość miejscowości. Inni się kryją w samochodach chyba, bo widuję ich sporadycznie, zwłaszcza jak zjawią się w NTC w restauracji.

We wtorek czy środę pierwszy raz spotkałem tu skośnooką trójkę – Udzie (piszę jak to się wymawia) i Kim z Korei Płd oraz Miho (nawet już wiem jak to zapisać w katakanie: ミホ) z Japonii. Zjawili się jak się najpierw dowiedziałem by pokazać tradycyjne potrawy z dalekiego wschodu. Miałem już iść do domu, ale jednak zostałem 😉

Miho przyniosła ze sobą królika i przyrządziła go w super sposób. Dość pikantnie a samo mięso niestety smakuje jak kurczak (zauważyliście jak często opisując smak czegoś stwierdza się, że smakuje jak kurczak?). Ale i tak było świetnie.

Udzie, Paul i Miho za "kuchennym" stołem

Udzie, Paul i Miho za "kuchennym" stołem

Usiadłem z Miho przy stole, porozmawialiśmy sobie i okazało się, że te dokarmianie mnie ma głębszy podtekst.

Miho pokazuje co narobiła

Miho pokazuje co upichciła

Miho jest wolontariuszką w organizacji Jica. Japończycy przyjechali tu rozwiązać jeden z naprawdę największych problemów, jakie trapią Rwandę – głód. Przywieźli ze sobą około 10 królików, które rozdali rolnikom. Jak latwo się domyślić króliki bardzo chętnie zaczęły się mnożyć: jest ich już pięćdziesiąt po okresie nieco dłuższym niż pół roku. Królik jest tani w utrzymaniu, rozmnaża się bardzo chętnie co wpływa na jego cenę. Dorosła kura na rzeź na targu kosztuje tu 4000 Franków (8 dolarów, btw, jak to się ma do ceny w Polsce? Napiszcie w komentarzu, bo mnie ciekawi). Królik natomiast o połowę mniej.

Ale to nie koniec. Rwandyjczycy nie mają ani tradycji hodowli królików, ani ich przyrządzania. Jica pomyślała jednak o wszystkim; uczą nie tylko jak je hodować i onie dbać. Miho odwiedza teraz restauracje takie jak Paula i uczy jak zrobić potrawy z królików. Paul dołączy teraz do swojej oferty także „króliczyznę”. Z biegiem czasu być może rozejdzie się to do zwykłych domów.

Jica robi jednak więcej w kwestii walki z głodem, tak dużo, że wszystkiego nie spamiętałem. Dzień później w telecentrum odbyła się ich konferencja podsumowują projekt i trochę podglądałem. Z ciekawszych rzeczy zauważyłem, że uczą rolników także jak uprawiać ryż czy hodować pszczoły. Ale ofertę mają znacznie większą.

my tu marzymy o rzutniku na szkolenia, a oni mają nie tylko rzutnik, ale i swoją kamerę. ;)

Konferencja Jica. Widać, że Japonia: my tu marzymy o rzutniku na szkolenia, a oni mają nie tylko rzutnik, ale i swoją kamerę. 😉

Trochę się obawiam czy z hodowlą królików nie powtórzy się scenariusz australijski, gdzie po ich sprowadzeniu na ten kontynent stały się prawdziwą plagą wpływając na lokalne środowisko, ale mam nadzieję, że nie. Zresztą choć skończyłem biologię, przeważnie wyznaję zasadę „najpierw życie człowieka, potem środowisko” (już wiem od kogo mi się dostanie po uszach za to na GG 😉 ).

* * *

Przy okazji podczas gotowania pojawił się pomysł aby przygotował coś z Polski. Szczerze mówiąc marzyłem nieco o polskim żarciu, więc zgodziłem się od razu. W przyzły tydzień robię kotlety schabowe. Szkoda, że pewnie nie mają tu kapusty kiszonej. A może ktoś wie jak się ją robi i czy da się w jeden tydzień? 🙂

8 komentarzy »

Ostatni dzień kampanii

Od rana pod oknem słyszałem głośną muzykę z samochodów, wrzaski, krzyki przez megafony. Dopiero jak ruszyłem tyłek z domu by iść do telecentrum, zobaczyłem co się dzieje.

Tłumy wyległy na ulice i na miejscowe boisko piłkarskie. Obok tegoż rozstawiono scenę, na której występowali jacyś ludzie tańcząc i śpiewając do mikrofonu. Nie tylko oni się bawili, wszyscy zgromadzeni ludzie wokół – a był ich naprawdę niezły tłum – także śpiewali, tańczyli, wymachiwali czym tylko mieli w rękach. Główną ulicą Nyamaty w tą i z powrotem jeździła karawana samochodów i motorów w asyście policji. Mnóstwo klaksonów, wrzasków i śpiewu do rozbrzmiewającej zewsząd muzyki. Platformy pick-upów i ciężarówek po brzegi wypełnione były ludźmi.

Wydawać by się mogło, że to radość powyborcza (wszędzie widać było chorągiewki FPR czyli partii, która ma wygrać wybory), ale jeszcze nie. To ostatni wiec wyborczy; dziś w całym kraju, w każdej miejscowości jest podobna impreza. Ostatni, bo od jutra obowiązuje cisza wyborcza. Wygląda zatem na to, że w Rwandzie obowiązuje ona prze w sumie cztery dni łącznie z dniem wyborów (wybory odbędą się w poniedziałek).

Nie mogłem sobie więc odpuścić okazji i nie wmieszać się w tłum i porobić zdjęcia. W okoliczności całego tego zgiełku, zdjęcia to z pewnością za mało; nie da się lub ja nie umiem wyrazić na nich całej spontaniczności tych wszystkich ludzi. Każdy śmieje się, klaszcze, śpiewa, podskakuje i wyje jak indianie na westernach. Nakręciłem więc aparatem (sponsorowanym przez superancką firmę IMPAQ 😉 ) także i filmy, ale niestety póki co jedyna ich widownia to ja i inni Rwandyjczycy. Łącze jeszcze długo nie pozwoli mi ich wrzucić na bloga.

Zatem tylko popatrzcie:

Comments (1) »

„W poprzednią sobotę” czyli idą wybory

Zacznę nie na temat od chwalenia się: dziś na GG Radek podesłał mi informację, że moje narzekania na zakładanie firm w Polsce i pamflety na ten sam temat odnośnie Rwandy trafiły jako osobny artykuł – streszczenie wpisu z bloga – na stronę główną Gazety. No proszę, artykuł napisałem trochę od niechcenia (planowałem od dłuższego czasu, ale nie planowałem, że napiszę go właśnie teraz) a tu taki splendor. Czy to prawda, że w Polsce sprzedają już koszulki z moją podobizną? 😉

Strona główna Gazety. Wystarczy, że komuś zadrży ręka z wrażenia, a zamiast na seksowną Kukulską może trafić na artykuł o mnie w Rwandzie!

Strona główna Gazety. Wystarczy, że komuś zadrży ręka z wrażenia, a zamiast na seksowną Kukulską może trafić na artykuł o mnie w Rwandzie!

Przy okazji skoro już czyta mnie redakcja Gazety Wyborczej, chciałem zgłosić, że ja ich ostatnio w ogóle nie czytam. Nie, że jakieś przekonania czy ideologie. Zwyczajnie w Rwandzie otworzenie strony Gazety trwa niemiłosiernie długo. Na zrobienie powyższego zrzutu ekranu czekałem ponad 10 minut, a jak widać nie wszystko się załadowało.

Ale nie musicie nic chyba zmieniać. Czytelników, choć najwyższej jakości, to mimo wszystko w Rwandzie macie wyjątkowo mało 😉

Dobra, wróćmy do soboty. Miałem ją zamiar opisać w miarę na bieżąco, ale szyki pokrzyżowało mi niespodziewane lądowanie na szpitalnej podłodze. A potem łóżku. Ale może i dobrze, bo sobota była preludium do zapoznawania się z tutejszą sytuacją polityczną; a jako, że wybory za 5 dni to postaram się obie sprawy połączyć.

Dyrektor jednego z tutejszych liceów, w którym pracuje Robert poprosił mnie abym zajrzał do nich i zobaczył czy da się coś zrobić z fatalnym stanem komputerów. Pomysł mi się spodobał, bo raz, że zobaczę jak wygląda liceum, a dwa wykażę się czymś ponadprogramowym. Zapytałem więc Roberta czy nie można by w sobotę rano, na co stanowczo odpowiedział, że nie. Trochę mnie to zdziwiło, bo jak do tej pory rzadko komu zdarzyło się choćby kręcić nosem jak proponowałem jakieś prace w sobotę, choć to kraj protestancki i sobota jest dniem nieco świątecznym („nieco” bo mimo wszystko i tak wszystko jest otwarte, choć krócej).

Ale Robert wyjaśnił, że każda ostatnia sobota miesiąca to dzień wyjątkowy, który w całej Rwandzie poświecony jest na kolektywne prace społeczne. Wszyscy, niezależnie od pozycji społecznej muszą udać się z samego rana do siedziby dystryktu gdzie lokalni liderzy powiedzą im co mają robić. I tak jedni pójdą karczować las, inni malować płoty, jeszcze inni czyścić rynsztoki… Od gospoś domowych po mera dystryktu. Natomiast lokalni liderzy będą spacerować ulicami i nagabywać wszystkich spotkanych dlaczego nic nie robią i zachęcać do wspólnej wytężonej pracy dla dobra ogółu.

Macie te same skojarzenia co ja? 😉 Powiedziałem od razu dla Roberta czemu jak mi o tym opowiada, śmieję się z tego, ale nie zrozumiał od razu. Musiałem wyjaśnić jakie takie działanie ma u nas konotacje związane z niedawną historią, ale z czasów, które sam słabo pamiętam. Przypominam sobie jak zaraz po przyznaniu nam prawa do organizacji Euro 2012 podniósł się rwetes po tym jak rząd zaproponował aby każdy społecznie odpracował miesięcznie ileśtam godzin czy dni przy budowie stadionów i autostrad 🙂 A oni tu jak jeden mąż idą i pracują dla dobra kraju. Zwolnione są z tego tylko dzieci i kobiety w ciąży. Kobiety bez ciąży pracują.

Dodatkową ciekawostką jest że w czasie tych prac nikt poza karetkami na sygnale nie ma prawa jeździć samochodem. Cały happening kończy się jednak o południu. Taki jest więc powód dlaczego nie wstawiam tu żadnego zdjęcia z czynu społecznego – zabawę zwyczajnie przespałem. Może to i dobrze, bo niektórzy mówili mi, że muzungu nie są z tych prac zwolnieni 😉

To nie koniec nawiązań do minionej epoki błędów i wypaczeń. Wieczorem usiadłem z Robertem i wypytywałem o sprawy podatkowe, przygotowując się do pisania już sławnego wpisu o firmach. W pewnym momencie Robert powiedział, że jest coś, co można nazwać pewnego rodzaju podatkiem. Otóż bowiem (niemal) każdy Rwandyjczyk jest członkiem rządzącej partii RPF i płaci „dobrowolną” składkę z tego tytułu. Do partii można oczywiście nie należeć, ale jak to ujął Robert bezpieczniej jest w niej być. Znów powiało znajomym chłodem sprzed lat? 😉

Pierwsze skojarzenia z czasami komunizmu i z PZPR może i są nieco słuszne. Krajem rządzi jedna partia RPF (w jeśli dobrze pamiętam sześćdziesięcioosobowym parlamencie – swoją drogą polecam rozważenie także i w naszym „tanim państwie” – opozycja posiada około 10 mandatów i do tego jest podzielona), prezydent kraju Paul Kagame to były (nie wiem czy i nie obecny) szef tej partii, wszyscy do niej należą i lepiej jest w niej być, żeby nie mieć problemów. Do tego jakiś czas temu odbyło się referendum z pytaniem czy obywatele chcą wydłużyć kadencję prezydenta z pięciu lat do siedmiu i obywatele odpowiedzieli, że tak. W wyborach głosuje ponad 90% uprawnionych (Innocent mówi, że 98) choć już teraz wszyscy mówią, że za 5 dni wygra znów FPR – Rwandan Patriotic Front, partia której symbolem jest zaciśnięta pięść od razu kojarząca mi się z ruchem Czarnych Panter z lat ’70 w USA. Wypisz wymaluj PRL. Otóż wszyscy mnie przekonują, że nie i coraz bardziej im wierzę.

Po pierwsze FPR to ugrupowanie, które powstrzymało rzeź w 1994 roku i za to cały czas ludzie ich kochają. Tak, kochają. Wszyscy chodzą w czapeczkach i koszulkach z ich logotypem lub kolorami, samochody, rowery są oblepione tym samym, w witrynach niemal wszystkich sklepów wiszą ich plakaty wyborcze.

Po drugie długoletnie jednowładztwo w tym kraju o dziwo się świetnie sprawdza. Brak sporów koalicyjnych, brak problemów z uzyskaniem większości głosów pozwala szybko publikować nowe ustawy. Jak już pisałem tworzone jest tu dobre prawo jakiego potrzebują ludzie, a nie grzebanie sobie po teczkach. Oczywiście powstają i dziwne pokractwa jak opisywane już przeze mnie rozporządzenie nakazujące burzenie domów przy głównych drogach i budowanie ich od nowa, ale co mnie strasznie dziwi, nikt tu się przeciw temu nie buntuje, a wszyscy biorą się do pracy.

Kolektywne prace nie mają tu żadnych złych historycznych skojarzeń. Tutaj jest Afryka w naturze ludzi jest współpraca, a nie konkurencja. Wspólne działanie to motto tych ludzi. Wiecie ile kosztuje butelka wody mineralnej w Nyamata? Trzysta franków. Wiecie ile ona kosztuje w każdym innym sklepie w całym kraju? Co do franka tyle samo. I tak jest tu z wszystkim: papier toaletowy to 200 FRW za rolkę gdziekolwiek bym go nie kupił. W Polsce byśmy to nazwali zmową cenową, tutaj natomiast konkurowanie ze sobą nie jest w dobrym tonie. Gdy konkurujesz, odłączasz się od innych.

Skąd więc wielka mobilizacja przed wyborami? Słowo daję pierwszy raz widzę Paula naprawdę zabieganego (a właściwie go nie widzę, bo ciągle jest gdzieś indziej). Dlaczego ludzie pójdą do wyborów i zagłosują na FPR, choć wszyscy wiedzą, że ta partia i bez ich głosu wygra? Dlaczego wszyscy do partii należą i łożą na jej utrzymanie? Delikatny strach.

Niemal wszyscy mieszkańcy Nyamata idą w tym samym kierunku. To marsz na wiec wyborczy FPR.

Niemal wszyscy mieszkańcy Nyamata idą w tym samym kierunku. To marsz na wiec wyborczy FPR.

Strach, ale nie przed gniewem partii czy jej represjami, a przed powrotem dawnych czasów. Problemy o których mówił Robert, jeśli nie jesteś w partii, to to, że ludziom od razu nasunie się podejrzenie, że jesteś z „nimi”. Jeśli nie głosujesz, to też popierasz „ich”. „Oni” to Hutu, ale w tym kraju nie można używać ani słowa Hutu ani Tutsi w tym kontekście, więc ludzie mówią po prostu „oni”. Nie popierasz obecnego rządu, który powstrzymał rzeź, więc jesteś po tej drugiej stronie. Strach też tu ma znaczenie, ale jest jednak jakby z tyłu. Przede wszystkim jest to radość z bycia razem. Niezależnie czy „razem” oznacza partię, czy roboty społeczne. Tutaj nikt już nie wierzy, że powtórzy się rok 1994, ale na wszelki wypadek dmucha się na zimne, zwłaszcza, że daje to wiele korzyści.

* * *

Nie wiem czy udało mi się to dobrze wyjaśnić, obawiam się, że nie 🙂 Ja sam gdy zacząłem się przyglądać tutejszej polityce i relacjom społecznym, patrzyłem na to z niedowierzaniem. Ale zapewniam, że z dnia na dzień mam coraz mniej wątpliwości i coraz słabiej podejrzewam, że to wszystko to tylko fasada, za którą kryje się reżim. Zresztą za kilka dni sami się być może przekonacie: do Rwandy dotarli już obserwatorzy Unii Europejskiej i zapewne po 15 września wydadzą opinię na temat uczciwości wyborów.


5 komentarzy »

Nareszcie

Dziś po prawie miesiącu pobytu ruszyły właściwie szkolenia. Miały ruszyć wczoraj, ale Paul nie wiedzieć czemu je odwołał (miał prowadzić poranną grupę, ale mu nie pasowało, więc odwołał, z rozpędu także i moją). I było niemal idealnie.

Grupa od 14 do 17, więc wyrobiliśmy się przed ciemnością.

Przyszło dziewięciu nauczycieli, prawie komplet. Zjechali się z całego regionu. Z samoorganizowanych grup wcześniejszych mam przeszkolonych siedem osób. Zatem jeszcze cztery i będę miał wyrobioną normę dwudziestu wpisanych w projekt złożony do MSZ. Mam na to dwa i pół miesiąca, zatem myślę, że wyrobie kilkaset procent normy 😉

Większość mówiła i rozumiała po angielsku. Ale wszystko co mówiłem i tak Robert tłumaczył na bieżąco na kinyarwanda.

Idealnie wyrobiłem się z czasem. Grupa słuchała poleceń. Prądu nie wyłączyli, komputery się nie wieszały (zanadto). Normalnie to chyba mój szczęśliwy dzień.

Zdjęcie po dzisiejszym szkoleniu

Zdjęcie po dzisiejszym szkoleniu

A co ponadto?

Jeśli jesteśmy w tematyce prądu to wczoraj całe Nyamata go nie miało przez jakieś pół godziny. A u mnie się dziś przepaliła żarówka (energooszczędna, kupiona w ubiegłym tygodniu chyba).

Przedwczoraj Paul mnie wyciągnął na inne spotkanie z gronem pedagogicznym. Poszło chyba świetnie, bo dziś właśnie widziałem kilka twarzy z tego właśnie spotkania.

Wczoraj wybrałem się na krótki spacer drogą w kierunku granicy z Burundi i trafiłem na cmentarz. Wygląda dość mizernie. Robert mówi, że nadal praktyką na wsiach jest chowanie zmarłych na terenie własnego obejścia, a nie na cmentarzu.

Cmentarz w Nyamata

Cmentarz w Nyamata

W Telecentrum od kilku dni odbywa się szkolenie czerwonego krzyża z pierwszej pomocy. Bardzo profesjonalne i bardzo ciekawe. Strasznie mi się podoba jak zagrzewają się do pracy: mnóstwo klaskania, biegania, ruchu i przede wszystkim śpiewu.

Ratownik pokazuje jak przenosić w pojedynkę nieprzytomnego rannego

Ratownik pokazuje jak przenosić w pojedynkę nieprzytomnego rannego

Tylko jakoś mi się na razie pisać nie chce. Pisaniem się chyba zmęczyłem, ale mam nadzieję, że natchnienie wróci. Bo mam wiele pomysłów, co by tu Wam opisać.

Acha. Wczoraj podszedł do mnie Maombi i nieśmiało zapytał czy nie chcę pojechać z nim do jego rodziny. Mieszka w obozie dla uchodźców w Kibuye. Maombi jest Kongijczykiem, który musiał w skutek wojen uciekać z kraju. Rodzina została w obozie, a on go opuścił. Ciągle powtarza, że kiedyś jak odłoży już pieniądze, zabierze ich stamtąd. Maombi pracuje jako kelner u Paula i nie zarabia więcej niż 50 dolarów miesięcznie (bardzo elastyczne godziny pracy, właściwie nie wiem kiedy zaczyna i kończy, bo gdy przychodzę do telecentrum, Maombi już jest, a kiedy wychodzę, jeszcze jest).

Maombi

Maombi

Zgodziłem się z kilku  powodów. Po pierwsze widzę, że Maombiemu bardzo zależy na tym bym z nim pojechał. Chce się przed rodziną pochwalić białym kolegą. „Patrzcie z kim się zadaję”.

Po drugie chcę móc mówić, że mieszkałem kiedyś w obozie dla uchodźców i znam z bliska czym to jest. Zapewne to trudne miejsce, ale dreszczyk emocji mnie przeszedł jak usłyszałem, że będziemy spać w namiocie.

I po trzecie Kibuye to – jak wszyscy tu powtarzają – miejsce drogich, pięknych hoteli położone nad brzegiem jeziora Kivu (jak na polskie standardy to może nawet morza, bo długie jest na jakieś 100 kilometrów). To też chcę zobaczyć, a Maombi powiedział, że zobaczymy.

4 komentarze »

Jak działa NTC?

)

Panoramiczny widok ze środka terenu NTC. Kliknij by naprawdę nieźle powiększyć 🙂

Otóż działa inaczej niż się spodziewałem. Społeczne Pracownie Edukacyjno – Komputerowe, w których się udzielam w Białymstoku to miejsce świadczenia szkoleń dla ludzi bezpłatnie; ewentualne finansowanie otrzymujemy z Microsoftu czy innych podmiotów zainteresowanych naszą działalnością. A główną „siłą roboczą” są wolontariusze tacy jak ja. Czegoś takiego więc spodziewałem się i tutaj.

Otóż nie. Tu wszyscy zarabiają (co prawda nędznie), a ludzie za usługi muszą wnosić symboliczne opłaty. Ponadto do pracowni przyklejone są inne „pomysły” dające Nyamata Teleservice Centre finanse na utrzymanie. Ale  po kolei.

NTC to całkiem spora działka położona na wylocie Nyamata w kierunku Kigali, ale nie bezpośrednio przy głównej drodze (nic więc nie trzeba burzyć). Na działce w pierwszej kolejności rzuca się w oczy budynek składający się z trzech części.

Część pierwsza, lewa, to pracownia komputerowa, biuro Paula i biurko Juliette i Pacifique. W pracowni komputerowej na co dzień Innocent prowadzi rano kursy komputerowe. Kurs kosztuje 50 dolarów ale za to trwa dwa miesiące (nie tak jak u nas w Białymstoku tydzień), w efekcie ludzie wychodzą stąd naprawdę dobrze wyuczeni (no… w miarę dobrze). Potem pracownia pełni funkcje odpowiednika polskiej kawiarenki internetowej: można przyjść połączyć się z siecią, można wydrukować coś… Oczywiście teraz ludzi jest jak na lekarstwo, bo piąty miesiąc nie ma internetu. Ale widuję czasem kogoś przepisującego jakieś teksty w wordzie. Dodatkowy zarobek to serwisowanie komputerów przyniesionych przez ludzi. Tylko, że przez cały czas mojego pobytu, był tu tylko jeden laptop w takim celu. Ludzie nie mają komputerów.

Za biurkiem jak już wcześniej pisałem dziewczyny sprzedają kody do prądu elektrycznego. To jedno z dwóch głównych i prawdziwych źródeł dochodu NTC.

Część środkowa to sala lekcyjna, w której Robert Sunde (wcześniej nie wiedząc jak się to pisze nazywałem go Sunday) za opłatą uczy języka angielskiego (a mnie kinyarwanda). Ponadto wynajmowana jest na różne spotkania. Widziałem już spotkanie ludzi chorych na AIDS, od wczoraj jest szkolenie wolontariuszy czerwonego krzyża w zakresie pierwszej pomocy (jutro będzie praktyka, więc może zrobię jakieś fajne zdjęcia).

Trzecia prawa część z niewielkim zadaszeniem po boku to restauracja i bar. To drugie źródło dochodu telecentrum. Przyjeżdżają tu ludzie nawet z samego Kigali! 🙂 Rano można zjeść omlet, po południu kozi szaszłyk lub dania ze szwedzkiego stołu (płacisz dwa dolary i jesz ile chcesz), wieczorem jak jest już ciemno sporo osób pije piwko czy drinki (ciekawostka: kobiety w tym kraju nie mogą pić publicznie, więc jeśli ktoś liczy na poderwanie dziewczyny w pubie, raczej się tu rozczaruje).

Dalej na panoramce za czarną folią widać wychodek. Czarna folia natomiast przysłania budowę kolejnej inwestycji Paula – hoteliku dla gości klasy VIP, jak sam to nazywa.

Dalej mamy bungalowy, w których przesiadują goście restauracji. Tak, dobrze widzicie: koło największego z nich jest stół bilardowy. Mogę grać za darmo, ale często nie korzystam. Kij nie ma tipa przez co bile poruszają się jak chcą 🙂 Zresztą cały stół jest nieźle zniszczony i pokrzywiony.

Dalej już nie widać nic ciekawego. Wielki teraz wyschnięty ogród/trawnik przed budynkiem. Ostatni budynek na zdjęciu jest już na innej działce.

Ponadto należy pamiętać, że Paul jest szefem Rwanda Telecentre Network, więc wiele spraw załatwia tu jako ktoś, komu podlega wiele ośrodków w całej Rwandzie. Na przykład sprzedaż prądu odbywa się w wielu miejscach w kraju i Innocent czasem (tak jak dziś) odwiedza inne telecentra by zebrać raporty finansowe. Kiedyś będę musiał się z nim wybrać by pozwiedzać. Niestety NTC nie ma samochodu i Innocent jeździ po kraju zwykłym busikiem, co zajmuje bardzo dużo czasu. Kraj jest mały, ale objechanie go całego zajmuje mu ponad tydzień.

Tak więc jak widać jest tu inaczej. Ludzie niestety muszą płacić. Ja jednak zapowiedziałem dla Paula, że wszystko co będę robić dla ludzi, musi być nieodpłatne, na co się zgodził. Ponadto cały czas go nawracam na ideę świadczenia usług za free tłumacząc skąd może uzyskać pieniądze. Czasem robi bardzo zdziwioną minę, tak jakby pierwszy raz słyszał o takim modelu pozyskiwania środków.

Gorzej będzie z krzewieniem idei wolontariatu. Gdy zapytałem ich czy chcieliby zostać wolontariuszami, zaczęli się śmiać i wzbraniać. Nie dziwię się – to kraj w którym ludzie przede wszystkim są biedni, więc jeśli pracować, to tylko za pieniądze. Wprawdzie Paweł z Paulem ma zamiar wskrzeszenia tu idei wolontariatu, ale sam czarno to widzę, ale i nie będę przeszkadzał. Paul pomysłowi przyklasnął, ale Paweł pamiętaj: Paul się na wszystkie nowe pomysły chyba zgadza 🙂 Gorzej będzie z ich wdrożeniem.

4 komentarze »