Posts tagged paul

Każdy coś dostaje

No i po modemie. Prawa Murphy’ego w całej okazałości dały o sobie znać. Ostatnią dobę modem więcej nie działał niż działał, a teraz lampka kontrolna zaczęła pobłyskiwać inaczej niż zwykle. Siedzę teraz w telecentrum i nie mam ze sobą książki serwisowej, więc nie wiem co to znaczy, ale spodziewam się najgorszego. Pacjent nie żyje.

Spójrzcie jakie piękne kółeczko. Pierwsze kilka dni nie miałem żadnej łączności z Polską. Ostatnie kilka dni dokładnie to samo. Jutro będę zapewne w Kigali więc postaram się zabrać ze sobą na pendrivie ten wpis i opublikować, byście się nie martwili, że gdzieś przepadłem z Waszymi pieniędzmi. Wasze składki mają się bardzo dobrze i właśnie o nich chcę napisać.

* * *

Wymyśliłem sobie aby wszystkich obdarowywanych zebrać w telecentrum, wygłosić krótkie przemówienie, w którym zdradzę całą intrygę, opowiem dlaczego coś od nas dostają, dlaczego to nie, a coś innego i oczywiście kupione dzień wcześniej rzeczy rozdać.

Zapowiedziałem to Paulowi nie mówiąc o co chodzi i poprosiłem by wszystkich pracowników NTC oraz Samuela poinformował, że mają być w niedzielę w telecentrum o godzinie 12.00. Oczywiście wszystko musiało się odbyć z poślizgiem i nie wszyscy mogli się stawić (parę osób, w tym na przykład Maombi wyjechało na weekend z Nyamata), ale już się przyzwyczaiłem, że tak tu już musi być. Ludzie się powoli schodzili (występy miały odbyć się w największym bungalow) i zaledwie dwie godziny i czterdzieści minut po dwunastej mogliśmy zacząć.

Ostatni na zebraniu stawił się Samuel, za co został nagrodzony gromkimi brawami. Wszyscy specjalnie na niego czekaliśmy, bo powiedziałem, że bez niego nic nie może się zacząć. Ludzie trochę byli zdziwieni, bo Samuel nigdy nie grał tu w żaden sposób pierwszych skrzypiec, a nagle stał się VIP-em.

Przemówienie długie nie było i tłumaczył je na kinyarwanda Robert – nie wszyscy pracownicy, w tym zwłaszcza barmani, kucharze i Samuel nie znają angielskiego. Opowiedziałem o blogu, opowiedziałem jak wielu z Was go czyta i opowiedziałem o spontanicznej zbiórce. Wyjaśniłem na co przeznaczyliśmy zebrane pieniądze. Że mają być to rzeczy, które coś spróbują zmienić w ich życiu. Na pewno nie zmienią go diametralnie, ale przynajmniej choć trochę ułatwią przez nie przejście. Przeprosiłem też, że właściwie nikt nie dostanie nic specjalnie wielkiego – przyznam, że czułem się trochę zmieszany, że na dzień dzisiejszy nie mam tak naprawdę wielu rzeczy: kilka zabawek, kilka książek, latarki i… kserówki.

Prezenty podzieliłem w myślach na cztery główne grupy: dla kuchni (patelnia i książka kucharska), dla wszystkich zainteresowanych (książki do nauki języka angielskiego), dla posiadających dzieci (zabawki i książki dla dzieci; okazało się, że nie tylko Schola ma dzieci, o czym nie wiedziałem) i oczywiście dla Samuela (narzędzia).

Gdy rozpoczęło się wręczanie prezentów, okazało się, że moje kajanie się nie było potrzebne. Super mnie zaskoczyli. Pierwsze co wyciągnąłem z torby na chybił trafił to była patelnia dla reprezentacji z kuchni. Przez tłumek przeszło dość wyraźne „woow”. No w sumie początek dobry. Ale kserówki i tak postanowiłem sobie zostawić na później.

Jednak zachwyt i chęć otrzymania kolejnych rzeczy i tak były ciągle duże. Kolejna była książeczka z zadaniami dla dzieci i zapytałem kto z rodziców chciałby ją dostać. Natychmiast wystrzeliły w górę dwie ręce. Wybrałem Scholę, gdyż druga ręka była męska, ale powiedziałem, że nie ma się czym przejmować, bo i tak dla każdego wystarczy.

I prezent po prezencie rozdawałem kolejne rzeczy. I kurcze, cały czas wszystko się podobało. Ludzie na wręczane mini książeczki, zabawki, latarki reagowali tak, jakbyśmy my w Polsce zareagowali zapewne, jakby nam ktoś z torby wyciągnął co najmniej aparat cyfrowy. Pamiętam jak na szkoleniu w MSZ rozdawano nam pendrive’y z logo Polskiej Pomocy. Braliśmy to bez jakiejś większej satysfakcji. A tu ludzie cieszyli się z wszystkiego. Zdopingowany taką reakcją w końcu sięgnąłem po owe felerne kserówki. I… kilka osób było niepocieszonych, że ktoś je uprzedził w podnoszeniu ręki. Rety, ci ludzie naprawdę niewiele mają…

Koniec prezentów. Zapowiedziałem jednak, że będzie jeszcze druga tura, bo jakieś pieniądze zostały. Wciąż jednak nieobdarowani siedzieli Samuel i Paul. Ale w ciszy. Skierowałem się więc najpierw w kierunku Samuela.

…i wysypałem przed nim z torby pozostałą stertę prezentów. Powiedziałem, że zauważyłem, że jest w nim jakiś potencjał techniczny i że mamy nadzieję, że będzie z nich często korzystał. A jeśli nie, to podpowiedziałem mu, że zawsze przecież może zrobić odpłatną małą wypożyczalnię sprzętu na budowy. Przypomniałem Robertowi, że właśnie buduje dom i że jak będzie szukał pracowników, to niech pamięta o Samuelu. Obiecał tak zrobić. Podczas tego etapu wręczania panowała dość głośna radość. Ludzie cieszyli się, że prezentów dla Samuela jest tak dużo. Trochę też się podśmiewali nie rozumiejąc do końca dlaczego akurat to i dla niego. W końcu Samuel głównie znany jest tu z noszenia wody, jedzenia i innych rzeczy. Ale zobaczymy. Mam nadzieję, że zrobi z nich użytek.

No i Paul. Powiedziałem dla niego jak sprawa wygląda. Opowiedziałem, że prezent będzie dość wartościowy i że z tego powodu były jako takie wątpliwości, czy powinniśmy go kupić. Cały czas nie zdradzając co to takiego, powiedziałem, że ostateczny plan jest taki, że Paul musi w koszcie prezentu partycypować. I szybko powiedziałem, że to rzutnik wraz z UPS, kosztujący łącznie około 800 tysięcy franków, z czego Paul/NTC musi dorzucić 150. Opowiedziałem o sugerowanym przeznaczeniu prezentu (szkolenia, konferencje, czasem mecz w restauracji) i zapytałem co on na to. Znam Paula i spodziewałem się, że będzie się nieco targował. Jednak bez wahania powiedział, że dziękuje i oczywiście zgadza się dołożyć swoją działkę. Super!

(Potem powiedział, że jednak będziemy musieli pojechać po niego dzień później, bo musi zebrać pieniądze. Jednak powiedział, że się super cieszy, bo o rzutniku marzy od dawna, ale nie jest go stać na taki jednorazowy wydatek.

A teraz gdy to piszę, wiem, że Paul już zebrał te pieniądze, chwile temu dzwonił do mnie z pytaniem czy nie możemy jechać nawet dziś. Jest już późno, powiedziałem, że w Kigali chcę zrobić większe zakupy i lepiej jak pojedziemy jutro rano.)

I tyle mojej części. Na koniec wyłożyłem te dziesięć latarek i baterie do nich aby każdy sobie wziął, kto potrzebuje. Teraz Paul przejął głos. Podziękował we wszystkich i swoim imieniu za prezenty. Powiedział, że to też dobry moment by podziękować mi za swój pobyt tutaj jako wolontariusz. I były brawa. Więc wyobraźcie sobie, że właśnie teraz ktoś dla Was klaszcze, bo brawa to też Wasza zasługa.

* * *

Pozostało jeszcze kupić rzutnik, kupić szachy, rozdać piłki jakie już kupiłem i za resztę pieniędzy kupić podręcznik do informatyki i jeszcze dokupić zabawek i innych książek. To już jutro, gdy będę w Kigali. Wtedy też opublikuję ten tekst (chyba, że Murphy odpuści i modem jakimś cudem znów ruszy).

* * *

Kurcze, internet ruszył, ale nie na tyle by wrzucić zdjęcia (otworzenie strony wpisywania zajęło 40 minut). Zatem bez zdjęć a po poworocie przeżyjemy to jeszcze raz, tym razem na kolorowo.


Comments (2) »

W poprzednim tygodniu NTC dostało nagrodę

Właściwie nie pisałem co się wydarzyło w przeciągu poprzedniego tygodnia. A co nieco się wydarzyło.

1.

Przede wszystkim nie było zajęć z nauczycielami. Jestem w połowie szkolenia ostatniej grupy i musieliśmy zrobić przerwę. Nauczyciele przeprowadzali egzaminy swoich uczniów na koniec roku szkolnego. Tak drogie dzieci, to już wakacje! Widzicie jak szybko ten czas zleciał? Wydawać by się mogło, że lekcje zaczęły się dopiero dwa miesiące temu, a tu już koniec.

Jako, że były egzaminy, nie mieli głowy do uczenia się obsługi komputerów, stąd przerwa. Od poniedziałku wracamy do zajęć.

2.

Nauczyciele szkół średnich natomiast mają labę i niektórzy wykorzystują ją właśnie na naukę. Robert na przykład poszedł na tygodniowy kurs obsługi komputera organizowany przez rząd rwandyjski. Wspominam o tym, bo Robert mnie pochwalił, że ja szkolenia prowadzę lepiej i właściwie nic tam się nowego nie nauczył (poza wysyłaniem korespondencji seryjnej w Wordzie. Był też Access, ale Robert powiedział, że to dla niego nadal czarna magia).

3.

Paul na początku tygodnia dowiedział się, że dostanie nagrodę w konkursie Intego Awards. Był nominowany w dwóch kategoriach, w tym wygrał jako „Excellence in ICT for rural area”. Nazwę nagrody na 100% nie napisałem Wam poprawnie. W każdym bądź razie uznano, że Paul jest najlepszy we wdrażaniu ogólnie pojętej informatyki na terenach wiejskich Rwandy.

Intego Awards przyznawane jest przez RITA (Rwanda Information Technology Authority). To agencja rządowa odpowiedzialna za wszelkie kwestie związane z rozwojem informatyki w kraju.

Z tego też powodu we wtorek zjawiła się u nas RITA z kamerami aby przeprowadzić wywiad z Paulem i pokazać jak wyglądają owe szkolenia prowadzone przez polskiego wolontariusza, przez które głównie Pul dostał nagrodę (nieskromnie powiem, że to ja nominowałem Paula i w opisie, a potem rozmowach z RITA współpraca polsko – rwandyjska była przedstawiana jako główny sukces RTN/NTC w tym roku).

Oczywiście jak się domyślacie, zrobiło to pewien problem, bo jak wspomniałem w tym tygodniu szkoleń nie było. Paul jednak wpadł na super pomysł, któremu bardzo przyklasnąłem, bym zrobił jednodniowe szkolenie dla pracowników NTC – barmanów, kucharzy itd. Mi to bardzo na rękę: wyszkole kogoś więcej niż zaplanowałem. Paul też się ucieszył, ale powiedział, ze na wszelki wypadek nie muszę od razu mówić RITA, że to nie nauczyciele 🙂 Mi tam rybka.

Szkolenie, dla ludzi, którzy wyglądają jak nauczyciele

Szkolenie, dla ludzi, którzy wyglądają jak nauczyciele

Tak więc we wtorek wyszkoliłem (o ile można powiedzieć, że wyszkoliłem kogoś w kilka godzin; powiedzmy, że zarzuciłem zanętę) pracowników NTC, zjawiła się RITA z kamerą i mikrofonem, pogadała z Paulem, mi dyktowała gdzie mam palcem dotykać monitora (czy oni zdają sobie sprawy jak to trzepie?!) aby ładnie to potem wyglądało na filmie i pojechali. Materiał miał ponoć trafić do państwowej TV, więc można powiedzieć, że byłem już w prasie, byłem w radio, a teraz byłem i w TV.

"Jak pan się czuje w roli zwycięzcy, panie Barera?"

Jak pan się czuje w roli zwycięzcy, panie Barera?

4.

W piątek Paul pojechał do hotelu Serena po odbiór nagrody. Niestety mnie przy tym nie było, więc tylko obejrzałem zdjęcia. Na wręczeniu nagród (ponoć transmitowanym na żywo w państwowej telewizji, ale nie widziałem) byli różni ministrowie i przede wszystkim prezydent kraju. To z uwagi na prezydenta nie mogłem ot tak sobie pojechać i pooglądać: gdy gdzieś zjawia się prezydent wszystko musi być pod jak największą kontrolą, łącznie z listą gości (coś jak z prezydentem USA).

Po lewej Paul, po środku minister z Minaloc

Po lewej Paul, po środku minister z Minaloc

Ale nawet jakbym miał zaproszenie to i tak bym nie pojechał. Nie mam garnituru, a myślę, że moje koszulki niezbyt dobrze prezentują się na tle państwowych oficjeli 😉 W każdym bądź razie cieszę się, że Paul przywiózł do domu ładną kryształową statuetkę, zdobyta jakby nie było przy cichym, ale znaczącym współudziale Rzeczpospolitej Polskiej. 🙂 Paul też się cieszy, bo taka nagroda to duży prestiż dla Nyamata Teleservice Centre. Pieniędzy z tego nie ma beżpośrednio ponoć rzadnych (tak mówi), ale da mu to wiele możliwości.


Comments (4) »

Urodziny Pacifique

Pierwszego dnia mojego pobytu, 1 sierpnia pod wieczór odbyły się urodziny Pacifique. To dziewczyna Paula.

Rano odbyły się przygotowania. Paul, jego kuzynka Agathe i koleżanki Pacifique – Voisine i Cloudine zebrali się w barze koło telecentrum aby omówić szczegóły, bo miała to być impreza niespodzianka. Paul powiedział swojej dziewczynie, że dziś musi załatwić nieco spraw w Kigali i potem leci prosto do Kenii na jakieś spotkanie biznesowe, więc dziś się zobaczyć nie będą mogli.

Paul, Agathe, Voisine i Cloudine

Pojechaliśmy do Kigali przygotować prezenty. Ja już wcześniej w Polsce kupiłem na tą okazję składankę polskiej muzyki na CD. Paul musiał zeskanować dwa zdjęcia Pacifique – jak wygląda obecnie i jak wyglądała 10 lat temu i połączyć je w jedno. Usługi ksero i skanowania chyba są właśnie tylko w Kigali.

W Kigali

W Kigali

Pobyt w Kigali opiszę kiedy indziej, na pewno będzie jeszcze okazja.

Wieczorem zostałem wynajęty jako fotograf całej imprezy. Postanowiono sprawić dziewczynie dwie niespodzianki. Pierwsza to pojawienie się wszystkich jej znajomych, ale bez Paula. Paul potem z grupą innych znajomych zrobił drugą niespodziankę niespodziewanie się pojawiając.

Przed przyjazdem do Rwandy Paul pisał mi, że z okazji urodzin będzie „some party” w pierwszy wieczór. Nastawiłem się na typową urodzinową imprezkę z hałasem, śmiechami, lansem, tańczeniem i dużą ilością drinków. Gdzieś jednak kiełkowało w głowie, że jednak zapewne zobaczę coś innego.

Po 18:00 (było już ciemno) zakradliśmy się od tyłu baru przy telecentrum i wejściem dla obsługi weszliśmy z tortem z zapalonymi zimnymi ogniami. Pacifique siedziała na tarasie z przyjaciółką i była naprawdę zaskoczona. Muszę dodać, że Pacifique jest bardzo małomówna i chyba nieśmiała, ale widać było, że się niespodziewała. (Muszę też przy okazji dodać, że nie mówi ona w ogóle po angielsku).

Tort dla Pacifique

Tort dla Pacifique

Po pierwszy życzeniach i odśpiewaniu Happy Birthday najpierw po francusku, a potem w kinyarwanda, wstała i wszyscy, niczym w procesji idąc za nią udali się do bungalow (rodzaj altany pokrytej trzciną). Przodem Pacifique z tortem ze sztucznymi ogniami, dostojnie i powoli jak do ślubu, a za nią cały orszak. Widać w tym było pewien rytuał.

Idziemy z tortem do bungalow

Idziemy z tortem do bungalow

W bungalow wszyscy zasiedli na rozstawionych w koło stołach. Po krótkich przemówieniach wszyscy jeszcze raz wstali i zmówiono modlitwę prosząc aby Bóg pobłogosławił Pacifique i dzisiejsze przyjęcie (mówiono tylko w kinyarwanda, ale co nieco było mi tłumaczone). Kelnerzy z baru rozdali wszystkim do wyboru albo butelkę fanty, albo coca-coli i właściwie zapadła cisza. Wszyscy siedzieli, nikt nie odzywał się głośniej niż szeptem. Tylko raz na jakiś czas wygłaszane były na stojąco przemówienia poszczególnych gości – życzenia dla Pacifique nagradzane na koniec brawami zgromadzonych.

Agathe rozdała każdemu po chusteczce, dowiedziałem się, że zaraz zostanie podane ciasto. Należało wziąć ciasto w chusteczkę i w ten sposób jeść. Sprytne rozwiązanie kwestii upaćkania się kremie.

Zgasło światło i zapadła całkowita ciemność. Powiedziano Pacifique, że to problem z zasilaniem, w co jest łatwo uwierzyć, bo faktycznie bywają z tym problemy (kiedy to piszę miałem także problem z prądem). Wiedziałem jednak, że to właśnie moment w którym wejdzie druga grupa gości wraz z Paulem, który powinien być wg Pacifique właśnie w Kenii. I tak też się stało. Druga niespodzianka ucieszyła dziewczynę równie mocno.

Przyszedł Paul z kolejnym tortem

Ponownie zmówiono modlitwę po czym każdy z siedzących w koło przy wielkim stole (właściwie stół był ustawiony w podkowę o średnicy mniej więcej 8 metrów) musiał wstać, przedstawić się i powiedzieć kogo z gości zna. Jedyny przedstawiałem się po angielsku, powiedziałem kto ja jestem i że znam Paula i Pacifique (tak naprawdę choć to pierwszy dzień znałem już o wiele więcej osób). Osób teraz było około czterdzieści. Wśród gości byli przyjaciele Pacifique i jej rodzina włączając w to matkę. Jej ojciec zginął rok temu.

Wręczono prezenty. Asystowała mi przy tym Denise, tłumacząc mój angielski na kinyarwanda. Nie każdy musi przynieść prezent, ale Pacicifique dostała ich naprawdę sporo. Moja płyta gdzieś utonęła wśród różnego rodzaju pudełek, laurek i pluszaków.

Następnie był szwedzki stół. Na zewnątrz bungalow-a (wymawiane w Rwandzie jako „bingaloł”) rozstawiono na stołach wielkie pojemniki z żarciem. Spróbowałem wszystkiego co było: frytki (takie jak i u nas), różnego rodzaju surówek z grochu, fasoli, cebuli i pomidorów. Nietypowe dania to smażony banan, który smakuje dokładnie jak gotowany ziemniak. Nie mogę sobie wyobrazić, że jest to banan. Długo się kłóciłem z Denise, że nie może to być banan. Myślałem, że to właśnie ten słynny batat, czyli słodki, podłużny ziemniak. Tyle, że było to zwyczajnie słone. Niezły kołowrotek i tak naprawdę nie wiem co ja jadłem. Denise powiedziała, że nazywa się to „sweet banana”, rośnie na drzewach i jest koloru białego. Może tu są jakieś inne gatunki bananów także? W mieście widziałem samochody pełne dobrze znanych zielonych bananów.

Inne egzotyczne danie to smażona ryba. Była to tilapia. Nieźle: my w Europie hodujemy je jako ryby ozdobne (tilapia mozambijska), a oni je jedzą. Ale nie wyciągajcie teraz z akwariów swoich rybek by spróbować jak smakują. Smak jest perfekcyjnie identyczny jak smak smażonego karpia podawanego na wigilię.

W międzyczasie pojawiło się na stołach piwo, ale niewiele osób piło. Właściwie żadna dziewczyna i nie wszyscy faceci. Ja sobie pozwoliłem spróbować. Dwie najpopularniejsze marki piwa to Mützig i Primus. Niczym się nie wyróżniają w smaku. Dobre piwa i tyle. Ale nie mam podniebienia kipera, więc może się nie znam.
I kolejna faza przemówień i podziękowań, składania życzeń. Każdy kto chciał, wstawał, inni milkli i słuchali jak składa życzenia. Paul zaanonsował mnie, więc i mi przyszło powiedzieć kilka słów. Jedyny mówiłem po angielsku i miałem wrażenie, że albo mam czerstwe poczucie humoru, albo większość nie rozumie mnie 😉 Ale brawa na koniec i tak dostałem.

Ludzie zaczęli się rozchodzić. Została tylko mała garstka, w tym i ja. Przenieśliśmy się do wnętrza baru na coś w rodzaju dyskoteki. Taniec był normalny, taki jak się tańczy u nas 🙂 Towarzysząca muzyka to obecne i starsze dyskotekowe przeboje (Michael Jackson, Byionce [nie wiem jak to się pisze], bardzo popularny tutaj Garou itp) oraz dyskotekowe piosenki śpiewane w swahili.

Po godzinie Paul rozwiózł wszystkich do domu.

Wyraźnie tu widać różnice między europejskimi a rwandyjskimi urodzinami. Te tutaj dynamiką przypominają raczej… stypę 🙂 Nie żebym się czepiał, ale tak to nieco wyglądało. Choć może bardziej początek wesela? Ludzie zasiadają za stołami i nikt do nikogo się nie odzywa. Siedzi zestresowany i patrzy kątem oka cóż to za osoba usiadła obok nas. W Polsce w tym momencie wkracza wodzirej z zachęcaniem do wypicia wódki. Tutaj w tle gra tylko muzyka z komputera, przyciszana na czas przemówień i modlitw. Jeśli ktoś zna kogoś obok (a raczej znają się tu wszyscy), rozmawia z nim. Jeśli obok siada muzungu (w kinyarwanda: biały człowiek) tym bardziej do niego zagaduje. Ale wszyscy po cichu, szeptem. Bo najważniejszy jest solenizant.

Wszyscy patrzą na Pacifique. Siedzi w samym środku stołu, nie wypada odzywać się głośniej do kogoś innego, przynajmniej tam mi się wydaje. W Polsce urodziny to po prostu okazja do spotkania się i do imprezowania. Tutaj to jest jakiś rodzaj hołdu.

Comments (5) »

Pierwszego dnia

Pomocy! Niech mnie ktoś stąd wyciągnie! Zabrali mi paszport i wsadzili razem z innymi muzungu do jakiejś obskurnej piwnicy, tu są skorpiony! Nie wiem co się dzieje, bo nikt nie mówi po angielsku, rozumiem tylko jak ciągle powtarzają la guerre. Wojna? Pewnie już mówią w telewizji albo i nie. Ja tu nie mam kontaktu z niczym. Zapłaciłem tysiąc dolarów jakiemuś dzieciakowi z maczetą by dał mi napisać to co piszę. Cały czas gryzą komary, leki mi też zabrali.

Żartowałem.

Nie wiem po kiego grzyba były mi te wszystkie obawy i stresy. Tu nie dość, że jest super, to jeszcze nie sprawdza się większość ostrzeżeń ze szkolenia z MSZ 🙂 Komary można liczyć na palcach jednej ręki, da wieczory za mną i nic mnie jeszcze nie ugryzło. Zamiast szoku kulturowego są fajoskie nowe zwyczaje. A ludzie są tak mili, że boję się, że któregoś dnia poczuję, że są aż za mili.

Jeden problem to brak netu. Kiedy to piszę jest 2 sierpnia, sobota, ranek, jem śniadanie. To znaczy, że za mną już dwie noce i jeden cały dzień. Nie wiem kiedy to opublikuje, Paul mówi, że modem zostanie naprawiony dopiero w poniedziałek, 4 sierpnia. Pewnie od razu wrzucę masę wpisów. Nawet jeszcze nie opublikowałem opisu podróży.

Na razie się dzieje tak mnóstwo rzeczy, że nie jestem w stanie tego wszystkiego dogłębnie opisać. Postanowiłem, że będę pisał zwięźle co się wydarzyło, a różne ciekawe aspekty rozwinę w wolnych chwilach w osobnych tematach.

A więc pierwszego dnia spałem w katolickim hostelu, obejrzałem Nyamata Teleservice Centre, pojechaliśmy do Kigali praktycznie na cały dzień, a wieczorem odbyło się party z okazji urodzin Pacifique, dziewczyny Paula, które nie ma nic wspólnego z europejskimi imprezkami.

Ok, to tyle. Na razie się czuję tak, że mógłbym mieszkać tu całe życie.

Comments (3) »