Archive for Zdrowie

Malaria

Skrzyp, skrzyp, skrzyp…

Tak skrzypi śnieg za oknem, gdy się po nim chodzi. Powiedzmy, że to właśnie ten nieustanny hałas spowodował, że blog się znów obudził. Nic dziwnego, tutaj w niby-Rwandzie upał niesamowity, a tymczasem za oknem jakiś dziwny dźwięk. Nie przypomina to szurania klapek zrobionych ze starych zużytych opon, nie przypomina też równikowego deszczu bębniącego w blaszane dachy, nie ważne jak mały miałby to być deszcz.

Ale prawda jest inna, blog się budzi bym napisał Wam nieco o malarii. Zostałem o to poproszony przez lekarzy, abym na bazie swojej wiedzy i doświadczeń opisał tą chorobę na moim blogu muzungu.pl. Sam podpowiedziałem, że dobrym, a nawet może lepszym miejscem na opisanie będzie ten właśnie blog, czyli Konrad Jest w Rwandzie. Blog jest już o tyle martwy, że nie piszę na nim (bo nie jestem już w Rwandzie) i jest o tyle żywy, że wciąż odwiedza go bardzo dużo osób. I dobrze, bo fajnie jest wiedzieć, że zainteresowanie moim pobytem w Rwandzie z Waszej strony nie skończyło się wraz z moim powrotem do kraju.

Wciąż mam tutaj jeszcze wiele wejść, wiele osób szuka informacji turystycznych związanych z wyjazdem do Afryki, według statystyk google bardzo często szukacie tu informacji jak się do takiego wyjazdu przygotować, szukacie wskazówek dotyczących zdrowia. Pisałem już o tym, ale nigdy za wiele. Szczególnie na pewno brakuje tu osobnego artykułu dotyczącego malarii. Fakt, że na nią nie zachorowałem (choć kto go tam wie), ale choroba ta jest sporym problemem i co roku dotyka wielu Polaków podróżujących do Afryki. Zatem poniżej moje wskazówki. Pisałem już o tym na muzungu.pl, ale tutaj postaram się opisać wszystko bardziej zwięźle.

O samej chorobie jako takiej.

Mam wykształcenie biologiczne, więc pozwolę sobie nieco się powymądrzać 😉 Choć nie za dużo. Dokładne informacje znajdziecie na przykład tutaj. Ja tylko wspomnę o tym co najważniejsze.

Wspomnę o tym, że jest to choroba roznoszona przez komary widliszki (występujące także w Polsce, ale nie groźne z powodu opisanego za chwilę), jednak komary są tylko wektorem, czyli organizmem roznoszącym, a prwadziwym patogenem jest pierwotniak o nazwie zarodziec malarii. To on dla pełnego cyklu życiowego musi część życia spędzić w ciele człowieka, a część w ciele komara (i to jest właśnie powód dlaczego w Polsce widliszki groźne nie są: nawet jeśli dostaną się do nich zarodźce, jest im za zimno by przejść cały cykl rozwojowy).

Wspomnę też o tym, że jest to choroba śmiertelna, na którą niestety nie ma szczepionek. Można co prawda wykształcić częściową na nią odporność, najczęściej na dwa sposoby: przejść malarię w swoim życiu (nie polecam) lub przyjmować przez cały czas pobytu w tropikach leki antymalaryczne. Żadna z metod nie gwarantuje 100% bezpieczeństwa, a jedynie obniża ryzyko zachorowania.

Czy ryzyko zachorowania jest duże? Niestety nie wiem, bo to wartość relatywna. Z jednej strony w tropikach tylko jeden komar na 300 jest zainfekowany zarodźcem. Z drugiej strony malaria w tropkiach jest odpowiednikiem pod względem zachorowywalności chyba naszej grypy. Sami sobie odpowiedzcie na jak duże oceniacie teraz ryzyko zachorowania na grypę.

Przygotowania do wyjazdu.

Przede wszystkim spotkanie z lekarzem. Jest wiele miejsc gdzie możecie znaleźć listę lekarzy chorób tropikalnych, na przykład tutaj lub tutaj.

W wyniku spotkania na pewno dostaniecie receptę na leki antymalaryczne i zdecydowanie polecam z niej skorzystać jeszcze przed wyjazdem. Ja w Rwandzie nie widziałem nigdzie leku, jaki mi został przypisany, więc na pewno bym go nie wykupił (nazwy leku specjalnie nie podaję, aby nikogo nie sugerować co do wyboru, o tym niech zdecyduje lekarz).

Ponadto zaopatrzcie się w repelenty przeciw komarom. Wypatrujcie tych, które zawierają w sobie związek DEET; uważa się bowiem że ten jest wyjątkowo nielubiany przez widliszka. Niestety ciężko takie środki wypatrzeć w aptekach czy sklepach. Ja już się nauczyłem, że DEET zawiera repelent o nazwie Bross. Jest tani, tańszy od repelentów reklamowanych w telewizji, więc zawsze go kupuję.

I ubezpieczenie. Wykupcie koniecznie, bo jeśli juz trafi Wam się pójść do szpitala czy zwykłego lekarza, bez ubezpieczenia taka wyprawa może Was naprawdę bardzo dużo kosztować.

(W tym artykule opisuję tylko kwestie związane z malarią, dlatego nie wspominam na przykład o szczepieniach na inne choroby jak żółtaczka; o tym na pewno wspomni lekarz w czasie wizyty opisanej wyżej)

Na miejscu.

Na szczęście na miejscu nie musi się wcale okazać, że jest aż tak źle (choć na pewno zależy to od kraju). W Rwandzie wcale nie latały za mną chmary komarów. Prawdę mówiąc jak już kilka razy wspominałem widziałem jednego komara na kilka dni w porze suchej i kilka komarów na dzień w porze deszczowej. Nie przygotowujcie się więc na to, że będziecie cały czas w panice wieczorami rozglądać się za komarami i bez przerwy oklepywać się.

Mimo to nie zapominajcie dmuchać na zimne. Wyjmijcie repelenty i spryskajcie się nimi przed wieczorem.

Sprawdźcie moskitierę w oknie lub nad łóżkiem. Jeśli będzie miałą dziury (a będzie miała na 100%) pozaklejajcie je choćby zwykłą taśmą klejącą.

Unikajcie szarej godziny, czyli momentu gdy zaczyna się robić ciemno. Wtedy ryzyko zakażenia jest największe, bo wtedy właśnie komary ruszają na łowy. Na szczęście szara godzina trwa na równiku bardzo krótko i nazwałbym ją raczej szarymi minutami. Jak to wygląda pokazywałem na przykład tutaj 🙂

Z wszelkimi objawami jakiejkolwiek choroby idźcie do lekarza. Bez skrępowania. Pamiętacie? Wykupiliście przecież ubezpieczenie, więc dlaczego nie korzystać by z niego? 😉 Niestety objawy malarii są bardzo różne i ciężko samemu stwierdzić czy to właśnie ta choroba czy coś innego. Co więcej niektórzy mogą ją przechodzić dość łagodnie, tak więc nawet zwykła biegunka z podwyższoną temperaturą może być malarią (jednak traktujcie to raczej jako ewenement niż coś, co na pewno was spotka; bardziej nastawcie się na wysoką gorączkę, poty i utratę przytomności).

Po powrocie.

Niestety powrót do kraju nie oznacza końca ryzyka zachorowania na malarię. Jeszcze prze kilka dni po powrocie bierzcie leki antymalaryczne (ile, o tym zdecyduje lekarz). Pamiętajcie także, że uznaje się, że na malarię można zachorować nawet po roku od zakażenia zarodźcem. Tak więc koniecznie przy każdej chorobie przez rok po powrocie wspominajcie o tym lekarzowi rodzinnemu, tak by ewentualnie wykluczył malarię, lub zdecydował o dalszych badaniach.

Więcej:

Więcej na ten temat znajdziecie:

na moim blogu pod tagiem malaria

na stronach malaria.com.pl lub Centrum Informacji Medycyny Podróży

u lekarzy medycyny tropikalnej 🙂

Pamiętajcie też aby nigdy w stu procentach nie ufać informacjom znalezionym w sieci, także mi. Tu w końcu chodzi o Wasze zdrowie i Wasz organizm.

Reklamy

2 Komentarze »

Leżę chory na grypę :)

Albo na coś podobnego: temperatura, poty, kaszel i ból głowy. Ledwo zebrałem się do kupy by usiąść przed komputerem.

Także mój ostatni wpis możecie śmiało olać 😉 Ca za złośliwość losu

3 Komentarze »

Sezon grypowy

Nie chce zapeszyć, ale zimy zostało już mniej niż więcej, w tym roku jest jakaś wyjątkowo sroga, a ja wciąż jestem zdrowy.

Kto mnie zna, ten może potwierdzić, że w okresie od października do marca z reguły pzynajmniej raz na półtorej miesiąca leżę powalony grypą, a nawet gdy stoję to i tak cały czas smarkam, kaszlam lub mnie drapie w gardle. Moja lekarka zresztą już kilka lat temu sama się poddała i widząc mnie kolejny raz tego samego miesiąca rozłożyła zrezygnowana ręce i rzekła „kompletne zero odporności”.

Znajomi dookoła prychają i kichają. Ba, współlokatorzy chorowali już w sumie półtorej raza od kiedy ze mną mieszkają, więc tylko czekałem kiedy przejdzie na mnie. Ale nie. Grypą wymieniają się między sobą, a mnie nic nie tyka.

Na spotkaniu w MSZ okazało się, że nie tylko ja to zauważyłem. Nikt z obecnych nie chorował po powrocie ani razu.

Podejrzewam więc, że musi mieć to jakiś związek z Afryką. Moja teoria jest taka, że będąc tam na co dzień
narażonym na niezliczone bakterie, wirusy i pasożyty, system immunologiczny wszedł na na tak wysokie obroty, że teraz z naszej polskiej grypki czy anginy co najwyżej się śmieje.

Comments (1) »

Badanie AIDS/HIV

Faktycznie, po moich szpitalnych przygodach i po światowym dniu walki z AIDS napisałem Wam, że po powrocie, zgodnie z założeniem jakie powziąłem jeszcze przed wyjazdem, pójdę zbadać się czy przypadkiem jestem nosicielem, czy przypadkiem nim nie jestem. W jednym z komentarzy czytelnik zwrócił mi uwagę, że nic o tym nie napisałem.

Tego że napiszę o wyniku Wam nie obiecywałem. 🙂 Ale brak odpowiedzi być może zasugerował Wam jakąś.

Rzeczywiście już w kilka dni po powrocie poszedłem w Białymstoku do punktu badań przy ulicy Krakowskiej (a według tabliczki na budynku: Rocha). Dziwne uczucie. Dopiero co wchodzisz do środka na korytarz, a już się czujesz jak chory. Ludzie dookoła (zresztą nieliczni) mają cię zapewne gdzieś, a mimo wszystko w ich oczach odczytujesz wyrok: „zakażony”. Wszyscy zresztą są jacyś stremowani. Jakby nie było jest to przychodnia chorób wenerycznych. Ale obietnica to obietnica.

Skończyło się póki co jedynie na rozmowie z panią doktor. Badania w kierunku AIDS dają jakiś rezultat najwcześniej w 6 tygodni od potencjalnego zakażenia, a tak na 100% są pewne po trzech miesiąch. Porozmawiałem sobie, opowiedziałem dlaczego tu jestem i w sumie doktor mnie uspokoiła mówiąc, że nie ma tu żadnego specjalnego ryzyka zagrożenia.

Ale i tak mam zamiar po upłynięciu symbolicznych trzech miesięcy jednak pójść się przebadać. A to już za kilka dni. Na razie jednak założę sobie, że o wyniku, jaki by nie był nic tu nie wspomnę.

To jednak prywatna sprawa. Czym innym jest pisanie, że się zbada, a czym innym ujawnianie wyniku badania.

* * *

Słyszałem któregoś dnia w Tok FM eudycję, do której zadzwonił facet zarażony. Powiedział, że dzień w którym poznał wynik badania uważa obecnie za jeden z najlepszych dni w jego życiu. Brzmi szokująco, ale mogę go zrozumieć. Kwestia zmiany priorytetów w swoim życiu. Całkiem dobra okazja do zakończenia zastanawiania się nad niektórymi sprawami, nad którymi wielu z nas będzie się zastanawiać przez całkiem spory kawał życia, jeśli nie aż do śmierci. Lęk czy będzie się dobrym rodzicem, strach czy miłość jest wieczna. Z plusem na wyniku przestaje to chyba mieć znaczenie. I w końcu można zacząć jeść najtłustszy z boczków bez obaw o zawał serca 😉

* * *

Tak. Za kilka dni minie trzy miesiące od kiedy jestem już w Polsce; o czternaście dni mniej niż trwał mój pobyt w Rwandzie. Jakże to diametralnie odmienne spędzone okresy czasu.

Co się od powrotu wydarzyło w moim życiu? Nic. Kilka nieudanych prób czegoś tam, a głównie sen – jedzenie – komputer. Znowu zacząłem pić alkohol, jakby ktoś pytał. Biorę też leki nasenne po tym jak zacząłem mieć dość kładzenia się spać o 7 rano i pobudek o 15. Był tydzień w którym słońce widziałem góra o świcie przez chwilę.

* * *

Zastanawiam się dlaczego już tyle nie piszę. Wczoraj strzeliłem, że to może niewygoda biurka, przez niektórych nazywana feng-shui. Siedząc przy komputerze monitor miałem na godzinie drugiej, co nie było wygodne. Ciągle musiałem obracać głowę to na klawiaturę, to na ekran.

Wkurzyłem się więc i przestawiłem wszystko w pokoju tak, aby monitor mieć ciągle przed sobą. I patrzcie jaki efekt 😉

3 Komentarze »

Z okazji pierwszego grudnia

Pierwszy dzień grudnia to światowy dzień walki z AIDS. Może zatem to dobra okazja dla mnie, aby co nieco napisać o tym, czego się na temat tej choroby dowiedziałem będąc w Rwandzie.

Dla Europejczyków Afryka bardzo często się automatycznie kojarzy z wirusem HIV. Nie bezpodstawnie: Afrykę kojarzy się z pierwszym miejscem pojawienia się tego wirusa, a dziś w wielu krajach jest to olbrzymi problem. Kraje południowej Afryki – RPA, Zimbabwe, Botswana – to miejsca, w których nawet co trzecia osoba jest nosicielem tego wirusa. Potraficie to sobie wyobrazić?

W Rwandzie odsetek ten jest mniejszy, co nie znaczy, że problem jest znikomy. Oficjalnie w dystrykcie Bugesera, w którym znajduje się zamieszkiwana przez mnie przez jakiś czas Nyamata, 5,6% procenta mieszkańców jest nosicielami. Statystycznie co dwudziesta osoba. (Dla porównania w Polsce wirusem HIV zarażona jest jedna osoba na 10000). Jeśli by liczyć odsetek zarażonych tylko wśród kobiet, to już co dziesiąta mieszkanka Nyamata jest nosicielką. Nieoficjalnie słyszałem, że w Kigali odsetek sięga trzydziestu.

Czy widziałem tam osoby zarażone HIV i chore na AIDS? Biorąc pod uwagę liczby powyżej, z pewnością. Jeden raz w sali konferencyjnej organizowane było spotkanie osób chorych, o czym poinformował mnie Paul ściszonym głosem. Zerknąłem okiem – ludzie jak każdy inni.

HIV i AIDS to w Rwandzie temat wstydliwy i nie wstydliwy. Owszem, swobodnie rozmawiałem o nim z ludźmi, a na ulicach dosłownie co kilometr stoi billboard uprzedzający o tym problemie. Nikt jednak nie przyzna się, że jest nosicielem. Na szczęście nikogo jednak o to wprost nie pytałem.

Głównym oficjalnym powodem szerzenia się AIDS jest oczywiście seks. Zdrady małżeńskie w Rwandzie są częste, co więcej jest wewnątrz małżeństw pewne na to przyzwolenie. Jeżeli mężczyzna przebywa długo poza domem rodzinnym, w pewnym sensie ma prawo korzystać z usług prostytutek, czy mieć kochankę. W ten sposób się zaraża, potem zaraża swoją i żonę i dalej zarażają się dzieci (podczas porodu).

Drugi powód nosicielstwa utajonego to gwałty na małych dziewczynkach w okresie ludobójstwa. Nie były to zdarzenia incydentalne, w Afryce (patrz komentarze do wpisu) gwałt jest jedną z form walki, tak więc jeżeli jakaś kobieta czy dziecko nie zostali zabici w czasie zagłady, jest bardzo prawdopodobne, że uratowało je przed tym „pozwolenie” na gwałt. Teraz się o tym nie mówi, ale – jak powiedział mi Robert – wiele dziewczyn w naszym wieku spotkało to w przeszłości. Wstyd jednak powstrzymuje je przed zbadaniem się; oficjalnie zresztą cały czas uważają się za dziewice.

Podejrzewam jednak, że jest jeszcze wiele dróg, którymi ludzie zarażają się tam HIV i o tym nie wiedzą. Za każdym razem gdy goliłem się, przyglądał się mi Samuel, Innocent czy ktoś inny. Któregoś dnia Paul zapytał mnie czy w Polsce wszyscy sami się golą i powiedziałem, że tak. Odparł, że on nigdy sam się nie golił, że tu ludzie chodzą w tym celu do fryzjera. Odrzekłem, że to nieco dziwne, bo w Polsce od kilku lat nie można już ogolić się w zakładzie fryzjerskim, właśnie z uwagi na ryzyko zarażenia się HIV. Byli zdziwieni i nie wierzyli mi, że tą drogą można także się zarazić.

Wszyscy doskonale sobie zdają sprawę z ryzyka jakie niesie seks, ale mało kto (a właściwie nikt spośród ludzi, z którymi o tym rozmawiałem) nie zna żadnych innych dróg. Któregoś dnia, gdy Schola zobaczyła, że mam skaleczone i nieco krwawiące przedramię, podeszła i zaczęła je wycierać swoją ręką. Innego razu Robert był bardzo zdziwiony, że obawiam się zarażenia przez sprzęt dentystyczny.

* * *


I jeszcze nieco ciekawostek politycznych odnośnie AIDS. Mało bowiem, kto wie, że problem tej choroby to także element strategii gospodarczych państw afrykańskich.

Zbyt duży procent osób zarażonych to według władz niektórych państw mniejsze przychody z turystyki. Dlatego ponoć zdarzają się kraje, które specjalnie liczbę tą zaniżają. O tym zjawisku słyszałem w odniesieniu do Kenii.

Z drugiej jednak strony duży wskaźnik nosicielstwa to dużo pieniędzy z WHO i innych organizacji na badania nad HIV, leczenie i profilaktykę. Jednym z głównych celów pomocy dla państw afrykańskich jest bowiem wspieranie wszelkich działań skierowanych przeciw tej chorobie. Dlatego ponoć zdarza się, że niektóre państwa widząc jak bardzo USA i Europa stara się wspomóc finansowo kraje wyniszczane przez AIDS, same zawyżają swoje oficjalne statystyki. O tym zjawisku słyszałem w odniesieniu do Ugandy, gdzie ponoć „dzięki” dużej liczbie chorych niedawno powstał za pieniądze amerykańskiej pomocy rozwojowej jeden z największych ośrodków badawczych d/s HIV/AIDS.

Czy to prawda: nie wiem. Powyżej opisane wiem z rozmów z ludźmi, ale też artykułów z lokalnej prasie, gdzie dziennikarze wiele razy zastanawiają się jak to możliwe, że na przykład w RPA co trzecia osoba jest zarażona – w takim wypadku liczba infekcji powinna już bardzo szybko doprowadzić do zarażenia niemal całego społeczeństwa.

* * *


Sam jeszcze przed wyjazdem do Rwandy postanowiłem sobie, że co by się tam nie wydarzyło, po powrocie pójdę się zbadać. W Rwandzie pobierano mi krew, krwawiłem u dentysty, więc mam jeszcze większą motywację.

Byłem już u lekarza, jednak badań nie zrobiłem. Pierwsze stwierdzenie wirusa w krwi może nastąpić najwcześniej po 6 tygodniach od infekcji, więc sobie spokojnie poczekam. Spokojnie, bo lekarka rozwiała większość moich obaw, mówiąc, że ryzyko, że zostałem zarażony jest naprawdę małe. Sprzęt medyczny jest jednym ze źródeł zarażeń, ale raczej rzadkim. I to prędzej ja zaraziłem lekarzy, a nie oni i ich sprzęt mnie. To moja krew była świeża, natomiast wirus HIV w zaschniętej krwi, która mogłaby być na sprzęcie bardzo szybko obumiera. 

 

wikimedia

Oficjalny procent nosicielstwa wirusa HIV w Afryce. Źródło: wikimedia

Eugen odpowiada w dystrykcie za koordynację wszystkich działań odnośnie HIV/AIDS. To od niego dowiedziałem się większość informacji. Na zdjęciu za swoim skromnym biurkiem.

Eugen odpowiada w dystrykcie za koordynację wszystkich działań odnośnie HIV/AIDS. To od niego dowiedziałem się większość informacji. Na zdjęciu za swoim skromnym biurkiem.

Na różowo i niebiesko. Plansze informujące, że wszędzie dookoła czycha AIDS znajdują się na każdym kroku.

Na różowo i niebiesko. Plansze informujące, że wszędzie dookoła czycha AIDS znajdują się na każdym kroku.

10 Komentarzy »

Mix

Mix bo nie mam żadnego konkretnego tematu do opisania. Mam dwa w zanadrzu, ale zajmę się nimi, gdy zęby będą mniej boleć.

Poszukiwany, poszukiwana

Zaginęła mi koordynatorka Krysia. Ostatnio widziano ją w poprzedni piątek na gadu gadu, gdzie tłumaczyła Konradowi, że zapomniała w jego imieniu zadzwonić do MSZ i zrobi to w poniedziałek. Do tej pory nie dała znaku życia. Po wysłaniu wczoraj smsa odesłała na maila zaległą paczkę z ofertami pracy w organizacjach pożytkowych. Po wysłaniu dziś smsa, nie dała żadnego znaku życia.

Zaczynam się poważnie martwić.

Test porównawczy leków przeciwbólowych

W starciu paracetamol kontra polopiryna S, wygrywa jak na razie ta druga. Wzięta dwie godziny temu trzyma nadal (choć powoli odchodzi).

Przy braniu leków przeciwbólowych przez dłuższy czas pojawia się zobojętnienie ich działania. Wujek dobra rada radzi:

Bierz po jednej tabletce, a gdy poczujesz, że jedna to już za mało, weź… pół. Tyle, że włóż sobie pod język i poczekaj aż tam się rozpuści. Lek wchłonie się do naczyń krwionośnych pod językiem omijając wątrobę, która naturalnie stara się wyłapać wszelką chemię i nie przepuścić dalej.

Dziś w połowie szkolenia poszedłem do domu, bo nie miało to sensu. Ból nie pozwalał mi myśleć. Szczotkuję zęby nowiusieńką szczoteczką elektryczną i cudownym płynem zwanym także wodą utlenioną co godzinę. Nastawiam sobie budzik by być regularnym. Wyrżnę gady co do jednego.

A jak nie wyrżnę, jutro jadę do Kigali do szpitala i niech wiercą. Dłużej już nie wytrzymam.

Afryka dogoni Europę

Wczoraj zapowiedziałem, że dam coś antydefetycznego (Dorota mnie obstawia na GG za trudne wyrazy na blogu) w kwestii pracowitości Rwandyjczyków. Zęby bolą, co nie tworzy mi optymistycznego nastroju i ciężko napisać coś optymistycznego. Powiem więc tylko krótko, że po pierwsze mimo wszystko tu wszystko jako tako działa (z akcentem na jako tako). Problemy widzą muzungu, sami Rwandyjczycy raczej nie przejmują się specjalnie jak im prąd wysiada w całej miejscowości w czasie deszczu. W Europie zapewne zaraz wysłano by ekipę naprawczą, by znalazła w którym miejscu kabel leży w wodzie i powoduje zwarcie. A tutaj kabel sobie w tym samym miejscu latami leży. Gdy deszcz pada, pada oświetlenie w całym mieście. Nie ma telewizji, nie ma światła, nie ma internetu, nie ma zajęć w pracowni komputerowej. Wszyscy powoli się wysnuwają z sali, idą gdzieś, siadają w barze i melancholii czekają aż deszcz przestanie padać, woda opadnie i kabel znów będzie nad jej powierzchnią. Nikt nie rwie sobie włosów z głowy, nikt nie pyta kto jest za to odpowiedzialny, nikt nikogo nie rozlicza. Everything is OK.

Po drugie jak się na nich krzyknie, to biorą się do roboty. Nie lubię tego robić, nie jestem fanem zamordyzmu, ale w końcu w ubiegłym tygodniu nie wytrzymałem i wygarnąłem wszystko Paulowi z uwagą aby moje pretensje przekazał dalej. I póki co jest ok. Drzwi w pracowni skrzypiały tak, że nie dało się nic innego słyszeć, a co chwila ktoś wchodził i wychodził. Zapytałem wczoraj Paula czy możnaby je było naoliwić i naoliwiono je w trzy minuty! A skrzypiały tak pewnie od miesięcy, jeśli nie lat (widzicie teraz różnicę w podejściu do rozwiązywaniu problemów przez białego i Afrykańczyka?). Jak zamawiam coś w barze, barmanka nie kończy pilnikować paznokci przed przekazaniem zamówienia dalej, a idzie do kuchni od razu.

Po trzecie są i zupełnie pozytywni bohaterowie, przodownicy pracy i takim jest Innocent. Gdy zgłaszam mu jakiś problem, który Paul zazwyczaj kwituje słowami „Hmm, to jest problem” po czym sobie gdzieś idzie, Innocent w takiej sytuacji co najmniej stara się mi coś doradzić jeśli nie bierze się za jego rozwiązanie. Ostatnio mnie zaskoczył. Powiedziałem od niechcenia, że Internet nie działa (z czym się tu już pogodziłem nawet) on z miejsca zadzownił do MTN aby im to zgłosić (MTN oczywiście odpowiedział SOA#1: u nas działa, pewnie wina modemu). I tak już było nie raz. Przypadkiem mu wspomnę, że jestem głodny – chwyta, za telefon i dzwoni do Samuela zapytać kiedy będzie z kolacją. Jeśli miałbym robić w Rwandzie jakiś biznes, na pewno oparłbym go między innymi na Innocencie.

Tradycyjnie fotka nie na temat

Głównie na życzenie Pawła. Telecentrum odwiedzają właśnie panowie z indyjskiej sieci telecentrów (i to nie byle jakiej, bo mają 4200 placówek) Drishtee. Chcą swój model telecentrowy przenieść także do Afryki i Paul wraz z jego siateczką (w porównaniu z Drishtee) RTN ma im pomóc.

11 Komentarzy »

U dentysty

Mało mi było przygód związanych z wizytami w szpitalu – na dokładkę udałem się dziś do dentysty. W Afryce, a zwłaszcza w krajach o tak dużej zachorowalności na AIDS jak ognia należy unikać odwiedzin w takim miejscu, ale kilka czynników sprawiło, że nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności.

Po pierwsze oczywiście ból zębów. Nie zęba, a właśnie zębów. Niemalże cała dolna szczęka  cały czas mnie świerzbi aż chce się po zębach drapać. W nocy jest wyjątkowo okropnie. Wczoraj z bólu jedynie się na chwilę obudziłem, dziś jednak myślę, że taczałem się po łóżku z godzinę zanim wziąłem tabletkę przeciwbólową. Ból jest właśnie dziwny. Swędzenie, przy stukaniu zębami ból i najchętniej bym sobie wszystkie zęby wyrwał. Jakby się wszystkie nawzajem rozpychały uciskając jeden na drugi.

Dziś w ciągu dnia siedziałem sobie z Robertem i zapytałem co oni tutaj robią jak ich zęby bolą. Odpowiedział dość logicznie, że idą do dentysty. I jak jasnowidz zapytał czy mam uczucie zwędzenia zębów, bo jego kolega tak miał i lekarz powiedział, że to bakterie z pożywienia, po czym przypisał mu jakiś płyn do płukania ust. Zatem widać uda mi się zapewne uniknąć wiercenia i związanego z nim rozlewu krwi.

Akurat nie było w telecentrum (jak i w całej Nyamacie) prądu, odwołaliśmy więc zajęcia z nauczycielami, nudziliśmy się (nie  ma prądu – nie ma telewizji, nie ma Internetu…) więc zapadła decyzja: idziemy. Jeśli faktycznie skończy się na płynie do płukania ust to super; dodatkowo wpiszę sobie w doświadczenie wizytę u afrykańskiego stomatologa. Jeśli zechce wiercić, z góry go uprzedzę, że nie zgadzam się i choćby bolało jak nie wiem, doczekam powrotu do Polski. Robert mówił, że dentysta będzie używać rękawiczek, ale i tak nie uśmiecha mi się zastanawiać czy zakaziłem się HIV czy nie.

*

Choć musze tu wtrącić, że jeszcze przed wyjazdem postanowiłem sobie, że po powrocie – nie ważne jaki ten pobyt będzie – pierwsze co zrobię to udam się w Białymstoku na Krakowską na badania czy jestem nosicielem czy nie. Zresztą pretekst ku temu mam już nieco konkretny: byłem w szpitalu, a tam nieco krwi ze mnie wyciekło przy podłączaniu różnych kroplówek. Tak więc trzymajcie kciuki. 😉

*

Gabinet dentystyczny znajduje się w znanym mi już szpitalu w Nyamata. Dentysta akurat poszedł sobie na obiad i trochę zajęło nam czekanie na niego. Kolejki jednak nie było. Po jakimś czasie zjawił się chłopak wyglądający na młodszego ode mnie, całkiem wyluzowany człowiek, wyglądający bardziej na szamana niż człowieka z tytułami naukowymi.

*

I tutaj też muszę wtrącić, że od czasu wizyty w szpitalu mam nieco zaniżone mniemanie o tutejszym personelu. Pielęgniarze po zmierzeniu mi temperatury odczytali wynik – trzydzieści dwa stopnie z kawałkiem – i bardzo szczęśliwi i dumni z siebie, że znają takie słowo powiedzieli, że to oznacza, że mam hipotermię. Odpowiedziałem im, że taki wynik to już prędzej oznacza, że od kilku godzin jestem martwy i niech lepiej dotkną mnie, bo mogę się mylić, ale mam wrażenie, że temperaturę mam co najmniej w normie jeśli nie podwyższoną. W każdym bądź razie, nie jestem lekarzem, ale 32 stopnie to na pewno mniej niż hipotermia.

Dotknęli mnie, zrobili grymas na twarzy i poszli po nowy termometr. Trzydzieści siedem i dwa.

*

Dentysta niespecjalnie spieszył się korzystając ze swojego wyluzowania. Znikał z gabinetu na kilka minut, wracał, sprzątał, na moją okoliczność zapewne wypucował także z zakrzepniętej krwi spluwaczkę przy fotelu przypominającym te, jakie widziałem jakieś piętnaście lat temu u nas w Polsce. Więc i my się nie spieszyliśmy, robiliśmy sobie z Robertem zdjęcia w fotelu i obfotografowałem całkiem ładną drewnianą szafkę, przypominającą stare listowniki, tutaj służącą jako skrytka na przeróżnego rodzaju słoje i narzędzia.

Starałem się dowiedzieć ile mnie to będzie kosztować (w kieszeni miałem tylko dziesięć tysięcy franków, czyli niecałe dwadzieścia dolarów), ale za każdym razem słyszałem odpowiedź: „Nie przejmuj się, wszystko będzie OK”. To raczej sprawiało, że właśnie się przejmowałem, bo unikanie podania ceny rozumiałem jako „mam na fotelu muzungu i trzeba wyciągnąć z niego tyle kasy, ile się da”.

Doktor Alban naciągnął rękawiczki (ktoreś z kolei, na szczęście co chwila je zmieniał, co mnie zwłaszcza ucieszyło po wypucowaniu z krwi spluwaczki), zajrzał do paszczy i powiedział, że mam osad na zębach, który sprawia ból. I zabrał się do zeskrobywania go dłutkiem dentystycznym. Niestety zobaczyłem krew więc powiedziałem, że tą zabawę sobie darujmy. Trochę po fakcie, ale mam nadzieję, że może lepiej późno niż wcale. Zapytałem czy i mi nie może przypisać tego słynnego i tajemniczego płynu.

Powiedział, że owszem, ale osad trzeba usunąć, więc zapisze mi dobrą szczoteczkę do zębów. Zdjął z szafy pudełko, z którego wyjął elektryczną szczoteczkę do zębów dla dzieci, ale za to marki Johnson&Johnson. No i mamy tego haka na bogatego muzungu. Dentysta to przy okazji sprzedawca drogiego sprzętu do dbania o higienę jamy ustnej. Rwandyjczyków na takie frykasy pewnie nie stać, więc jak się trafi biały człowiek, to trzeba skorzystać. Tyle, że i mnie nie  stać na szczotkę za… sam nie wiem ile w Polsce kosztują szczoteczki elektryczne.

Powiedziałem, że już mam, ale się uparł, że tylko taka usunie bakterie. Trochę się przekomarzaliśmy, że ja wolę sam cudowny płyn, aż w końcu gdy nie ustępował, zapytałem o cenę. I tu mnie zabił. Tysiąc franków, czyli niecałe dwa dolary. Odpuściłem więc dalszą dyskusję i się zgodziłem, zwłaszcza, że obecna szczoteczka jaką mam jest analogowa i kosztowało w jednym ze sklepów w Nyamata właśnie tyle samo. Robert jak usłyszał cenę, postanowił kupić też jedną sobie.

Cudowny płyn mnie zaskoczył. Spodziewałem się jakiejś butelki bądź buteleczki, tymczasem stomatolog odlał mniej więcej pół szklanki z jednego ze słojów do plastikowej torebki i zawiązał ją na supeł. Za płyn się należy dwa tysiące franków. Zapłaciłem, dostałem fakturę, dentysta wyjaśnił jak go stosować: rozprowadzić po zębach i szczotkować około minuty.

Na wychodne zapytałem co to za płyn i cała magia prysła. Okazało się, że to najzwyczajniejsza w świecie woda utleniona, dokładnie taka sama, jaką przywiozłem ze sobą z Polski, tyle, że w buteleczce właśnie. Chciałem nawet zrezygnować więc z zakupu, ale odpuściłem po raz kolejny. Cztery dolary to nie tak dużo, a Robert ze stomatologiem zaczęli się upierać, że to na pewno inna i lepsza woda utleniona niż moja. Gdy zapytałem o wzór chemiczny aby się upewnić (woda utleniona ma wzór H2O2) dowiedziałem się, że ta jest lepsza bo ma wzór H3O (to jaka ona utleniona). Robert nawet kazał mi woreczek pomacać żebym zobaczył jaka ta woda jest twarda. Dobra, idziemy. Akurat nie interesowało mnie wmawianie mi, że usuwać kamień z zębów będę wodą twardą, czy może nawet ciężką.

*

Wnioski.

Przed przypisaniem leku w Afryce, zapytaj czym on jest. Być może masz go w podręcznej apteczce; jednak w Rwandzie normą jest, że ludzie leków żadnych w domu nie mają, więc lekarz nawet o to nie pyta. Podczas wizyty w szpitalu we wrześniu dostałem receptę na paracetamol, no a teraz na wodę utlenioną.

Luzacki dentysta wcale nie musi cię chcieć oszukać. Po wyjściu z gabinetu Robert powiedział mi, że to jego dobry kolega i ceny jakie dostaliśmy są nawet niższe niż dla Rwandyjczyków. Mogę w to teraz uwierzyć. Za dwa dolary chyba w Polsce nie kupię szczoteczki elektrycznej.

Mimo wszystko jednak unikaj wizyty u stomatologa w Afryce. Ząb może i przestanie boleć, ale… wole nie dopowiadać. 😉

10 Komentarzy »