Posts tagged koniec

Czwartek. Ostatni dzień w Rwandzie

To już właściwie tydzień jak nie ma mnie w Rwandzie.

* * *

Z samego rana przygotowałem dwa stroje. Jeden na podróż, luźny ale i ciepły. W Europie jest już przecież późna jesień. Drugi na ostatnie chwile, które miałem spędzić z nauczycielami (i być może ministrem edukacji) na spotkaniu podsumowującym. Chwilami z nauczycielami postanowiłem się nie przejmować i raczej myśleć o tym jako o ostatnich godzinach z rwandyjskimi przyjaciółmi.

Zresztą zapowiedziałem Paulowi, że minister czy nie minister, ja o pierwszej się stąd zwijam, żeby nie spóźnić się na samolot. Zapytałem oczywiście Paula o której jest to spotkanie, a on tylko zaczął mocno się zastanawiać wpatrując się gdzieś daleko przed siebie. Z polskim doświadczeniem wiem, że uznałbym właśnie, że zapomniał o spotkaniu i nie powiadomił nauczycieli. Z rwandyjskim doświadczeniem jednak wiem, że wszystko było w porządku. Tutaj po prostu bardzo często jest tak, że nie ustala się godzin. Na pewno sms od Paula do dyrektorów szkół wyglądał mniej więcej tak: „W czwartek proszę się stawić na spotkanie zamykające kurs i rozdanie certyfikatów”. I tyle, bez podania godziny spotkania. Kiedy się zjawi dostatecznie dużo osób, impreza się zacznie.

Po jako takim zastanowieniu Paul odpowiedział, że może to być w południe. Samolot mój miał odlecieć o 20.50, a ostatni moment na odprawę był tuż po 19.00. Robert jednak wyłamawszy się ze swojej rwandyjskiej solidarności sam mi podpowiedział abym nie zdradzał nikomu tych terminów, a szczególnie Paulowi i zaczął ewakuację jak najwcześniej mogę. W innym wypadku trzymano by mnie tu jak najdłużej cały czas mówiąc, że jeszcze jest czas. W takiej sytuacji awaria samochodu, pęknięta opona na pewno spowodowałyby, że na samolot bym nie zdążył. Dlatego powiedziałem, że najpóźniej o pierwszej biorę taksówkę i jadę.

Z rana jednak postanowiłem zebrać w końcu do plastikowej butelki rwandyjskie kamyki i laterytową ziemię. Dzieciaki sąsiadów patrzyły na mnie nieco jak na dziwaka. Ale nauczyłem się już, że przecież jestem muzungu i mam prawo do robienia dziwnych rzeczy, sami Rwandyjczycy tak mi mówili. Dziwiło ich, że chodzę po mieszkaniu zupełnie boso, dziwiło ich, że zamiast iść do fryzjera sam się golę, więc i mnie nie dziwiła zdziwiona mina dzieci, gdy wbijałem pazury w zmoknięte, wciąż wilgotne od rosy błoto i nabierałem je do butelki.

Dzieci! Rzuciłem butelkę i popędziłem do domu. Te dalej patrzyły na mnie zdziwione, ale po chwili wybiegłem z piłką, podałem im ją i jednym tchnieniem powiedziałem, że to dla nich. Zdziwienie ustąpiło miejsca przeszerokim uśmiechom i radości. Ich matka wyszła zobaczyć z czego tak się cieszą i gdy zobaczyła powód, także mi podziękowała. Ja wróciłem natomiast do grzebania w ziemi.

Postanowiłem też zerwać kilka tutejszych roślin, na zamówienie mojej cioci. Do papierowej torby wpakowałem dwa kaktusy, jedną gałąź kwitnącej rośliny przypominającej nasze polne róże i kilka patyków rośliny robiącej tutaj za żywopłot. Bardzo interesująca, zbudowana tylko z zielonych, za to grubych gumowatych gałęzi bez żadnych liści.

(Jakąś godzinę później, po otwarciu na chwilę walizki, wystraszyłem się i całą torebkę z roślinami wyrzuciłem. Spod pokrywy walizki buchnął bowiem bardzo silny ziołowy i ostry zapach. Najprawdopodobniej kaktus puścił soki. Przypomniałem sobie, że kaktusy przecież często zawierają różnego typu narkotyzujące koloidy i nie specjalnie chciało mi się z tego tłumaczyć na granicy.)

Paul podrzucił do telecentrum moją walizę, a ja pieszo w asyście Samuela i tego drugiego chłopaka (nie znam jego imienia, nazywają go kazungu, co znaczy „lubiący białych ludzi”) przyniosłem plecak i torbę z laptopem.

Gdy tylko zobaczyłem Scholę, poprosiłem ją aby poszła ze mną do małego bungalow. Tam podziękowałem za prezenty, powiedziałem jak bardzo mi się podobały i powiedziałem, że chcę dać jej jeszcze ostatni prezent. Powiedziałem, że będzie musiała go sobie kupić sama, bo ja już na to nie mam niestety czasu. I poprosiłem aby obiecała, że kupi właśnie go i nikomu nie powie, że dostała ode mnie pieniądze. Wtedy dałem jej wymyślone dzień wcześniej sto euro. Schola nie dała po sobie poznać jak bardzo się cieszy; podejrzewam, że nie wiedziała ile to jest tak naprawdę franków. W Rwandzie euro nie jest popularną walutą, przynajmniej nie tak popularną jak dolar. Powiedziałem jej jednak, że na pewno starczy z tego na telefon i na doładowanie go.

Powoli zbierali się nauczyciele i dochodziło południe. Ja jednak wciąż myślałem o ostatniej rzeczy jaka mi została, czyli pożegnaniu z Nelly. Czekałem na nią w domu, jednak teraz byłem w telecentrum. Powiedziałem Samuelowi (za pośrednictwem Innocenta), że jeśli Nelly zjawi się tam, by powiedział jej gdzie jestem i że na nią czekam. Właśnie zadzwoniła Agathe, że Nelly dzwoniła do niej i już idzie do restauracji.

Gdy tylko pojawiła się, jak wariat wybiegłem jej na spotkanie, wyściskałem i przeprosiłem, że nie zdążyłem wczoraj do jej szkoły. Ależ się cieszyłem, że jednak się udało! Usiedliśmy na krzesłach pod bambusowym parasolem, dałem jej prezenty (angielski słownik szkolny, rozmówki angielsko – kinyarwanda i powieść Paolo Coelho po angielsku) i porozmawialiśmy sobie prawie ostatni raz. Nelly jeszcze raz zaśpiewała mi kołysankę „kotki dwa”, której jej uczyłem od jakiegoś czasu (strasznie bawi ją słowo „cichutko”, mam to na filmiku, który zamieszczę, gdy będę miał porządne łącze internetowe). Ustaliliśmy, że skoro na lotnisko jadę taksówką, a Nelly też musi się dostać ze swoimi wszystkimi tobołami do stolicy, pojedziemy razem. Wróciła się pakować.

Kolejne dziecięce deja vu. Zobaczyłem jak Olivier przegania z restauracyjnych huśtawek mieszkające zapewne niedaleko maluchy. To mi też się w Rwandzie nie podoba – postawa psa ogrodnika. Choć akurat restauracja nie miała klientów to i tak huśtawki powinny stać puste. Powiedziałem mu aby przestał i co więcej je zatrzymał by sobie nie poszły. Pobiegłem do pracowni po drugą piłkę, tym razem tą prawdziwą, futbolową. Na mój widok dzieciaki zaczęły uciekać (nic dziwnego, właśnie wyskoczył z telecentrum muzungu i zaczął jak szaleniec biec w ich kierunku, podczas gdy chwilę temu dostały ochrzan za przebywanie na prywatnym terenie), więc piłkę wykopałem w ich kierunku krzycząc do Oliviera, by powiedział im, że jest dla nich. Dzieciaki zatrzymały się, chwyciły prezent i zaczęły nieśmiało kopać ją do siebie. Olivier już ich nie przeganiał, więc wskoczyły z powrotem na huśtawkę. Jeden z nich stał przed huśtającym się i rzucał mu piłkę. Ten ją wykopywał. Na szybko zainspirowana zabawa.

Po wszystkim dzieciak podszedł do mnie i oddał piłkę dziękując. Powiedziałem, że nie, że to na zawsze dla nich i znów poprosiłem Oliviera by to przetłumaczył. No teraz to się naprawdę ucieszyły!

Zgodnie z wszystkimi prawami Murphy’ego na dziesięć minut przed pierwszą, planowanym terminem mojego wyjazdu, w telecentrum do nauczycieli dołączył pracownik dystryktu do spraw edukacji, powiedział, że (taaada!) minister jednak się nie zjawi i możemy zaczynać. Oczywiście miałem zapas czasu, nikomu nie mówiłem jaki i powiedziałem, że więc pojadę o drugiej.

Po krótkim wstępie zaczęliśmy od mojego przemówienia. Nie będę się nad nim rozwodził, bo w na szybko zaimprowizowanej mowie, nie mogłem powiedzieć nic wyjątkowo błyskotliwego. Ot, kilka słów i podziękowań i do widzenia. Poszedłem, zjadłem obiad i do taksówki.

Jeszcze ostatnie wyściskiwanie wszystkich. Było naprawdę trudno. Dla mnie trudniej niż dla nich, bo zostawiałem właśnie kilkanaście osób, których nigdy już więcej nie zobaczę. Dla nich natomiast znikałem tylko ja jeden. Mimo to łzy pojawiły się w niemal wszystkich oczach.

Zamknąłem drzwi, a na zewnątrz została Schola, Vestine, Pacifique. Chantalle i Console. Został Maombi, Olivier, Alojz i Elize. Paul prowadził nadal spotkanie nauczycieli. A mi się kolejny raz serce ścisnęło, że jadę właśnie do wanny z gorącą wodą, telewizji z sześćdziesięcioma kanałami i do sklepów z koszulkami, które kosztują w Polsce tyle, co ich całomiesięczna pensja.

Ruszyliśmy nieco po drugiej. Ja, kierowca taksówki, który kiedyś był menedżerem restauracji tutaj, Innocent i architekt rysujący dla Paula plany kolejnego budynku, który zabrał się na stopa. Z centrum Nyamata zabraliśmy Nelly wraz z dwiema sporymi torbami (jak to dziewczyna miała więcej bagaży niż ja) i materacem z łóżka.

Bardzo dobrze, że jechaliśmy z zapasem czasu. Najpierw musieliśmy wysadzić architekta, potem z centrum na jego miejsca zabrać Agathe, która wsiadła z kolejnymi pamiątkami dla mnie, potem do mieszkania rodziny Nelly zawieźć jej bagaże i na końcu udać się na lotnisko. Każde z tych miejsc było w innej części Kigali i widziałem panikę w oczach Innocenta. Co chwila dopytywał się mnie czy zdążymy na samolot i popędzał kierowcę. Ja jednak spokojnie odpowiadałem, że jeszcze mamy chwilę czasu.

W mieszkaniu rodziny Nelly musiałem pójść do toalety. Żałuję, że nie wziąłem ze sobą aparatu. Nie ze względu na toaletę, ale dlatego, że właśnie pierwszy raz zobaczyłem z bliska jak wyglądają domy, które dotąd oglądałem z centrum miasta, ciasno powciskane między siebie na zboczach gór. Niemiłosiernie stroma ścieżka pomiędzy parkanami z falistej blachy, a same mieszkania kształtem wciśnięte tak, aby pasowały do pozostałych. Mnóstwo dziwnych zaułków, ale ani grosza prywatności.

Kolejny raz ruszyliśmy na lotnisko. Były z tym delikatne kłopoty. Kigali w takich miejscach nie ma żadnych planów dróg i taksówkarz musiał dopytywać się jak wyjechać z tej dzielnicy. Raz zdarzyło się, że wróciliśmy w te same miejsce, z którego ruszyliśmy, ale w końcu się udało.

Dopiero na lotnisku powiedziałem im ile jeszcze mam czasu i widząc ich zawiedzione miny, powiedziałem, że nie ma problemu i możemy pożegnać się teraz. Uściskałem Agathe, Innocenta i załzawioną Nelly (mi też było ciężko). Obiecaliśmy wszyscy sobie pisać do siebie emaile. I poszli.

Odwiedziła mnie jeszcze na chwile znajoma Hariette, co gdy byłem w Kigali Memorial Site, pomogła mi znaleźć w deszczu autobus i dała mi swój numer telefonu. Potem już siedziałem sobie zupełnie sam, spokojnie czekając aż stąd wylecę. Beż żadnych emocji patrzyłem jak słońce zachodzi, wziąłem swoją walizkę i przeszedłem odprawę.

* * *


I tak to się kończy ta cała historia. Pożegnałem się z każdym, z kim chciałem się pożegnać. Nelly się znalazła, Schola dostała telefon, z którego już w sobotę zadzwoniła do mnie do Polski i podziękowała za prezent. Nauczyciele byli wyszkoleni, Paul nadal przygotowywał się do ślubu, który już za dwa tygodnie. Innocent został kierownikiem restauracji w Kigali, a Agathe niedługo się do niego przeprowadzi, jak powinna postąpić w Rwandzie każda niezamężna siostra. Maombi będzie dalej pracował w Nyamata zbierając pieniądze na wyciągnięcie rodziców z obozu dla uchodźców. Całość więc kończy się happy endem, nawet pomimo tego, że Robert był właśnie w połowie drogi do Ugandy do swojego umierającego dziadka.

Sto osiem dni życia na zupełnie innej planecie. W świecie, w którym globalny kryzys finansowy nie ma żadnego znaczenia, nikt nie słyszał o iPodzie i nikt nie marzy o wakacjach w Chorwacji. Ludzie lepią mieszkania z gliny na bambusowym rusztowaniu, a wszelkie prace starają się wykonywać na ulicy wśród ludzi. Kobiety co rano wystawiają przed domy swoje maszyny do szycia, chłopacy zakładają okulary przeciwsłoneczne i spawają pęknięte ramy samochodów zaraz obok nich. Bo ważniejsze od pracy, od pieniądza i od wszystkiego innego są właśnie kontakty z innymi. Z każdym trzeba się przywitać, każdego pozdrowić. Nawet jeśli nie mają nic do robienia, wychodzą na ulice by rozmawiać z innymi o niczym. I nigdzie się nie spieszyć.


Comments (15) »

Na nic już nie ma czasu

Wczoraj nie było sekundy by usiąść na net. Dziś wszedłem tylko po to, żeby to napisać. Wybaczcie i dajcie mi jeszcze chociaż trochę pobyć z Rwandą

Comments (16) »

Jeszcze nie!

Wyobraziłem sobie taką sytuację. Jeszcze z walizką w ręku, z plecakiem na plecach, ale już w Polsce. Z Warszawy z pociągu odbiera mnie mój brat cioteczny, wsiadam do jego samochodu. I pyta mnie:

– I jak tam było w Rwandzie?

I odpowiadam głupie:

– Fajnie.

I serce we mnie załomotało na tą myśl. Jak pięścią w twarz. Z powrotem w Polsce.

Paweł mi dobrze napisał w mailu i teraz to zrozumiałem. Straszne będzie wrócić do Polski i znów stać się tym samym Konradem co przed wyjazdem. Tu w Rwandzie czuję i wiem, że robię coś wielkiego, co będę pamiętał do końca życia. W przeciętnej sytuacji po powrocie, będzie to jednak warte tyle co nic. Będę kolejną osobą, która wyjechała na wolontariat, która pojechała do Afryki i tyle. Może i ludzie zrobią zachwyconą minę jak wspomnę gdzie byłem, ale tylko na chwilę. Takie wtrącenie w rozmowę.  Gdzie byłeś? Po co? Wow, nie bałeś się? No i jak było?

I co można odpowiedzieć na takie pytanie w spontanicznej rozmowie? Nie będę przecież nagle opowiadał jeszcze raz dzień po dniu co się wydarzyło. Nie będzie czasu na historię ze szpitala, na aferę w obozie dla uchodźców. Nie wytłumaczę w trzech zdaniach, że Rwanda jest zupełnie inna niż jej stereotyp, nie mam na to talentu.

Będę mógł tylko powiedzieć: fajnie. Uwierzcie, że to strasznie bolesne nawet o tym teraz myśleć. Jakby się samemu przekreślało wszystko, z czego jest się dumnym. Każde wydarzenie we mnie samym zasługuję na szczególną uwagę. Każda sekunda pobytu powinna być wspominana w całej jaskrawości. Muszę kolejny raz zobaczyć to wszystko przed swoimi oczami, znów poczuć ten słodki zapach w powietrzu, usłyszeć szmer wesołych rozmów i zagadywania; w bucie znów musi uwierać mnie niewygodny, laterytowy, brązowo – czerwony, cieplutki, szorstki kamyk.

Może lepiej nie odpowiadać nic. Włóczykij powiadał, gdy wracał do Doliny Muminków, że wspomnienia z podróży należy zachować tylko dla siebie. Jak ja go teraz dobrze rozumiem. Nie obrazisz samego siebie uproszczeniami. Nie obrazisz słuchaczy domaganiem się zbyt wielkiej atencji dla swojej opowieści. Słuchacze mają prawo mieć gdzieś, co masz do powiedzenia, doskonale to rozumiem.

* * *

Wyobraziłem sobie sytuację z moim kuzynem – zupełnie wymyśloną, bo z Warszawy odbierze mnie moja siostra, która bloga czyta i pytać nie musi – i naprawdę serce mi załomotało. Poczułem się znów jakbym był w Polsce, ale… jeszcze nie!

Dajcie mi kilka dni więcej! Tydzień, dwa tygodnie. Tak aby uciszyć ten zegar odliczający już nie doby, a godziny i minuty. Chcę jeszcze coś zrobić, może jeszcze jakaś spontaniczna akcja. Niech to nawet będzie kolejne wkurzenie na rwandyjską ślamazarność, niechaj jeszcze raz rozkapryszę się z powodu brakujących kabli.

Niech to szlag: nawet na to nie ma już czasu.

Mogę tylko siedzieć czując zupełną bezradność. Cały czas myślę o zegarze i nic nie robię. Nic już nie zacznę, mogę tylko sprawy kończyć. Jutro kupimy rzutnik i resztę prezentów. Wyślę sms do Hariette, że jestem w Kigali i się pożegnamy. Jutro po południu podsumujemy z wszystkimi nauczycielami całą akcję szkoleniową. Dostaną certyfikaty ostatecznie kończące moją tutaj misję.

W środę pójdę do szkoły do Nelly i pożegnam się z nią ostatni raz. Potem zajdę do Eugena, zajdę do Miho, co rozdaje króliki. Oddam książkę do biblioteki w szkole.

W czwartek się spakuję i zaniosę wszystkie toboły do telecentrum, gdzie wśród wszystkich znajomych będę czekał wieczora. Pojedziemy z Paulem na lotnisko. I tyle.

* * *


Wielką huśtawkę miałem przed wyjazdem z Polski. Bo jechałem w zupełnie nieznane, do Rwandy, w której ktoś mnie zabije, okradnie, umrę z powodu gorączki krwotocznej. Potencjalnie.

I przez tą potencjalność pozostawała cały czas wielka furtka: bardziej prawdopodobne jest, że do Polski wrócę. W Rwandzie będzie paskudnie, to paskudnie, ale wrócę i wszystko będzie tak jak było. Życie będzie toczyć się dalej, a Rwandę zapamiętam najwyżej jako trzymiesięczny, nieprzyjemny epizod.

Teraz jest jednak jeszcze gorzej. O wiele, wiele bardziej niedobrze. Fatalnie. Bo teraz wiem, gdzie jadę i nie podoba mi się to. Znam Polskę, wiem jakie tam są mniejsze i większe piekiełka. I co jeszcze gorsze, będzie to powrót nieodwracalny. Bez furtki.

Do Rwandy niemal na pewno już nigdy nie wrócę, nie ma co się oszukiwać. Kurewsko niedobrze, bo Rwanda jest przecudowna. Czuję, że to strasznie niesprawiedliwe, że wszyscy ludzie na świecie nie mogą żyć w tak wspaniałym miejscu, z tak wspaniałymi, sympatycznymi ludźmi.

Jeszcze gorsze jest to, że nigdy ich wszystkich już znowu nie zobaczę. Paul za dwa tygodnie będzie mężem Pacifique, jednak dla mnie na zawszę zostaną parą narzeczonych. Innocent i Agathe już zawsze w moim myślach zostaną rodzeństwem zawsze trzymającym się, mieszkającym razem. Cała reszta – Robert, Maombi, Console, Chantall, Nelly – będą samotnymi wesołymi ludźmi. Nawet gdy ja będę już zniedołężniałym, starym, siwym, ledwo chodzącym dziadkiem, oni wciąż będą młodzi, dwudziesto-kilkuletni. Czy oni wiedzą, że już nigdy nie będą mieli dzieci?

Powiedzmy sobie to szczerze: w czwartek dla mnie oni wszyscy tak naprawdę umrą. Oto prawdziwy problem powracania.

patchwork

Comments (23) »