Posts tagged samolot

Sztuka wagi ciężkiej

We wsi dziś wielke poruszenie. Wszyscy suną ku głównemu rynkowi; młodsi biegną, starsi idą z wolna. Starowinki niepewnie z powątpiewaniem wychodzą przed obejścia, rozpytują co się dzieje. Wiele już w życiu widziały, ale z braku innego zajęcia w te sobotnie leniwe popołudnie, pójdą zobaczyć i to.

Do wsi zjechał sztukmistrz. Czarodziej i hochsztapler, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Zgromadzony tłum słucha jak krzyczy, że zgadnie wagę każdego. Niech no kto da się dotknąć, objąć ramionami i unieść, a sztukmistrz z miejsca powie ile waży. Z dokładnością do kilograma. Sztuczka płatna co łaska.

Zrywa się Jasiek, że pobiegnie do domu po wagę, ale sztukmistrz go hamuje. Na to jest gotowy, bo to nie pierwszy jego występ. I wyciąga w wozu, swoją własną wagę łazienkową.

I po kolei – zabawa się zaczyna. Pierwszy idzie Jasiek, najodważniejszy w całej wsi. Po chwili jest w powietrzu, sztukmistrz stęka i na wydechu mówi: siedemdziesiąt trzy. Brawo – krzyczy Jasiek i dla pewności wskakuje na wagę: siedemdziesiąt trzy. Brawo – krzyczą ludzie  i już kolejni idą na ważenie.

Pół wsi sztukmistrz waży i ani razu się nie myli.  Młodych, starszych, kobiety i mężczyzn. Rudych, rude, blondynów, brunetów, a nawet i łysych. Grubszych i chudszych. I dzieci. Pot się leje z czoła sztukmistrza, a widząc to gromkim śmiechem wybucha kowal. Ostentacyjnie sunie ku niemu, gibiąc się z nogi na nogę. Niczym wielkie zwierze juczne.

Sztukmistrz mierzy go wzrokiem, zakasa rękawy, bierze wdech, chwyta go w pas i unosi na milimetr. Na sekundę, na mgnienie oka. Czy na pewno go uniósł? – ludzie nie są pewni, tak krótko to trwało. Wypuszcza powietrze, mówi „sto czterdzieści siedem”, a uśmiech znika z twarzy kowala. To ci pieron! Co do kilograma!

Ale chwila. Co to za piski? Co to za wrzaski? Czy to świniaka zażynają? Czy to wypadek jaki? Karambol, kraksa, potrącenie? Wrzask niemiłosierny!

Już się wszystko wyjaśnia. To trzej kawalerowie z oddali ciągną Maryśkę. Tą co się wagi jak ognia boi, jak diabeł święconej wody. Jak ryba brzeżnego piasku.

Wrzask niemiłosierny. Maryśka nogami i rękami (bądź rękoma, kto go tam wie co jej tam wyrosło) się zapiera. Zważyć się nie da! Kawalerowie z sił opadają, ale z pomocą biegnie już Jasiek.

Hola! Basta! woła sztukmistrz. Oszczędźcie sobie panowie wysiłku. Jak ktoś nie chce, to go ważyć nie muszę. Bo oto, proszę państwa, mam ja ci jeszcze jeden talent, numer wieczoru, że tak powiem w te piękne sobotnie popołudnie. Wnet potrafię ja ci ważyć i wzrokiem. I tak oto powiem wam, że piękna ta owa niewiasta, niechybnie waży sześćdziesiąt i trzy kilogramy!

Cisza zapadła, a ludzie wzrok skierowali ku Maryśce, co to ją kawalerowie, zamurowaną teraz niczym posąg, zapartą nogami, wciąż trzymają za ramiona. Patrzą jak lico rumieńcem zalewać się poczyna, jak łypa nerwowych drgań dostaje. Jak łzy ku oczom jej napływają. I jak nie huknie piskiem! Jak nie wyrwie się z uścisku! I już biegnie z rykiem, hen daleko, gdzie oczy poniosą. Oby dalej od szarlatana!

* * *

Ja tymczasem nie wiedząc co się dzieje akurat w tej chwili w owej podbiałostockiej wsi, dopinam podróżną walizę. Wszystko co miało być spakowane, już w niej jest. Ubrania, jeszcze raz ubrania, buty, leki, prezenty i inne fatałaszki. Unoszę próbnie w ramionach i czuje że nie jest dobrze. Spakować się mogę do maksymalnie trzydziestu kilogramów, to jest wymóg linii lotniczych. Za nadbagaż musiałbym zapłacić, a pieniędzy na to w budżecie nie ma. Tymczasem jak tak uniosłem, czuję, że będę musiał coś chyba wyrzucić. Tylko co?

Przyznam się, że od wielu dni mi to spać po nocach nie dawało. Jak w 30 kilogramach spakować się na kawał życia? Ubrania mało ważą, ale ziarnko do ziarnka… Buty na zmianę, słownik, książka, lepiej dwie… Szampon, mydło. Ręczniki. No się nie da! Od ciotki pożyczyłem super lekką walizę, ale i ona sama pewnie z pięć kilogramów mogłaby ważyć. Waliza, nie ciotka.

Ale idę po wagę. Waliza jest wielgachna, jak mi się wydaję, więc jakbym postawił na wagę, nie zobaczę ekranu z pomiarem. Od lat miewam jednak psy, więc znam i na to sposób: zważyć się, wziąć psa (tu akurat walizę) w ręce i zważyć się jeszcze raz. Różnica, to poszukiwany x.

Wchodzę na wagę i widzę, ze ważę 75 kilogramów. Chwytam walizę i widzę, że wskaźnik na wadze podskakuje do… osiemdziesięciu sześciu kilogramów.

Comments (5) »

Dwa tygodnie do wyjazdu

Mój widżet na iGoogle odliczający czas do lądowania w Rwandzie mówi mi, że pozostało równe 14 dni. To w sumie dobry moment na zrobienie sobie „checklisty” co już zostało zrobione, a co jeszcze przede mną. Dlaczego by nie zrobić tego na blogu? 🙂 Może przyda się innym wolontariuszom, którzy też mają wyjazd jeszcze przed sobą.

Co już zostało zrobione?

  • Projekt jest dawno napisany
  • Szkolenia w MSZ i CWR mniej lub bardziej dawno odbyte
  • Szczepienia wykonane
  • Robert zgodził się przetrzymać mój telefon przez czas pobytu w Rwandzie
  • IMPAQ wypożyczył mi laptopa i aparat cyfrowy
  • Lokatorzy do mieszkania znalezieni
  • Sytuacja w Rwandzie (obecna sytuacja społeczno-polityczna, warunki ekonomiczne, karty płatnicze, historia konfliktu Tutsi – Hutu) mniej więcej opanowana
  • Język angielski jako tako przypomniany (nawet już zaczynam myśleć po angielsku)
  • Książki zdane do biblioteki
  • Wczoraj odbyłem wizytę u dentysty. Fajnie 🙂 Poszedłem z nastawieniem na wiercenie w zębie, a wyszedłem… bez zęba. Na szczęście to ósemka; nigdy jej na oczy nie widziałem, więc i tęsknić nie będę. Poza tym lepiej chyba stracić ją w Polsce niż w Rwandzie.

…i to chyba wszystko.

Co jeszcze przede mną?

  • Muszę odebrać walizkę od ciotki
  • Znaleźć większy plecak, w którym zmieściłbym laptopa (czy ktoś z moich znajomych z Białegostoku nie ma takiego pożyczyć? w zamian oddam swój, mniejszy)
  • Krysia musi mi dosłać lek na malarię, ubezpieczenie i bilety lotnicze. W ten poniedziałek powinienem je mieć u siebie.
  • Muszę Krysi odesłać różne takie tam papierki (już otrzymane faktury, umowę itp)
  • Muszę sprawdzić pociągi do Berlina i przepisać sobie jak z dworca kolejowego trafić na lotnisko Tamplehof. Być może będę musiał na HospitalityClub znaleźć sobie nocleg w Berlinie. Mogę też w sumie spać i na lotnisku 🙂 Muszę więc odnaleźć stronę, na której były porady jak tego dokonać nie będąc przeganianym jak włóczęga.
  • Muszę odpalić samochód (naładować akumulator) i przestawić go pod dom rodziców.
  • Przekazać klucze do mieszkania lokatorom, a komórkę Robertowi.
  • Spakować się: paszport, dodatkowe zdjęcia do wizy, żółta książeczka, bilet lotniczy, trochę gotówki w złotówkach, euro i dolarach, karta płatnicza, ubezpieczenie, ksero dokumentów (zostawić także u mamy), najważniejsze notatki (adres docelowy, umowa z Paulem, wydruk wstępnej wizy [niby miało to trwać trzy dni, a nadal czekam], wydruk budżetu i wniosku projektowego), laptop, pendrive, aparat, komórka bez simlocka (muszę pożyczyć od kogoś), ładowarki do nich, okulary zwykłe i przeciwsłoneczne, malarone, repelent przeciw komarom, leki i inne dobra z apteki (coś na biegunkę, coś na zaparcia, dwa rodzaje leków przeciwbólowych [aspiryna i coś paracetamolowego], KMnO4, leki na astme i uczulenie, bandaż, stopery do uszu [ponoć w pierwsze dni odgłosy Afryki nie dają zasnąć], chusteczki, w tym i bawełniane), kapelusz, ubrania (bielizna, skarpetki, trochę spodni, trochę koszulek i koszul, coś cieplejszego, kurtka, zastanawiam się czy brać granitur? [brzmi absurdalnie, ale nigdy nie wiadomo, gdzie mnie Paul zabierze], buty pełne i sandały), ręcznik(i), prezent dla Paula (zamierzam dać mu pendrive od MSZ), prezent dla jego dziewczyny (1 sierpnia obchodzi ona urodziny i Paul już zapowiedział, że to przyjęcie będzie połączone z moim przyjęciem powitalnym, planuję kupić jakieś CD ze składanką z polską muzyką), prezent na wszelki wypadek (wybiorę się na jakiś targ i postaram się znaleźć coś regionalnego), słownik… O czym jeszcze zapomniałem? Bardzo proszę o dopisywanie w komentarzach jeśli coś komuś przychodzi do głowy.
  • Muszę zamknąć konto w Inteligo. W dobie darmowych mbanków, dziś przyłali mi sms z prośbą abym zapłacił im zaległość 6zł za prowadzenie konta (na koncie mam pusto). Niech się chrzanią 😉 Nie  znoszę płacić za rzeczy, które gdzie indziej są za darmo lub taniej.
  • Muszę pożegnać się ze znajomymi (to jest już zaplanowane na tą sobotę) i z rodziną (to już zaplanowane na przyszłą sobotę; trzeba też odwiedzić grób ojca).
  • Znaleźć wraz z Paulem miejsce pobytu na miejscu.
  • Wydrukować sobie ten wpis na blogu i odhaczać kolejne rzeczy 🙂
  • Zdać sobie sprawę, że i tak o czymś zapomnę, że i tak nigdy nie będę do końca przygotowany. Choć w sumie to mogłem wpisać w  rzeczach już zrobionych 😉

… to wszystko?

Uff, na pewno nie przeczytaliście całości, ale i tak jestem zadowolony 🙂 Od wielu dni zbierałem się do zrobienia tego spisu. A tak udało się połączyć przyjemne blogowanie z pożytecznym podsumowaniem.

p.s. choć ogłoszenie o wynajęciu mieszkania nie jest aktualne już od poniedziałku, dziś nadal dzwonią 🙂

Comments (4) »

Z kartą czy bez?

W ciągu kilku ostatnich dni pojawił się problem finansowy: jak do Rwandy przetransportować ze sobą pieniądze? Od początku zakładaliśmy, że pieniądze będę trzymał na polskim koncie, a na miejscu wypłacał za pośrednictwem jednego z rwandyjskich banków.

Szukając informacji jaką kartę lepiej wziąć ze sobą – Visa czy MasterCard – niespodziewanie okazało się, że… w Rwandzie nie ma bankomatów 🙂 Ponoć rok temu ktoś jakiś widział w Kigali, ale nie działał (działa nie).

Cóż, lepiej późno niż po przyjeździe. Doczytałem, że inną formą transportu dużej ilości pieniędzy (poza gotówką, wolę nie trząść się co chwila ze strachu czy nadal mam pieniądze, czy ktoś je ukradł) są czeki podróżnicze. Wygląda to bardzo wygodnie: polski bank wydaje ci czeki w dowolnych nominałach w dolarach (można i w innych „międzynarodowych” walutach). Przy zakupie ich podpisujesz je w jednym rogu. Na miejscu idziesz do lokalnego banku, prosisz o wymianę na walutę lokalną i podpisujesz w drugim rogu. Jeśli podpisy się zgadzają, jesteś autoryzowany i dostajesz pieniądze. W przypadku kradzieży czeków dzwonisz do wystawcy (najprawdopodobniej American Express) i po krótkim czasie otrzymujesz duplikaty (poza czekami w Polsce dostajesz kartę z ich spisem wraz z numerami, należy ją trzymać z dala od czeków).

Niestety i tu są problemy; nie na miejscu a właśnie w Polsce. Bardzo trudno je w dzisiejszych czasach dostać. Dzwoniłem do biura AmEx-u, gdzie dowiedziałem się, że o czeki należy pytać w bankach PEKAO. Z hrup dyskusyjnych wiem, że często banki mają tylko teoretyczną ofertę czeków, a przy próbie zakupu dowiadujemy się, że nie mają ich na stanie. Zadzwoniłem więc do lokalnego I oddziału PEKAO w Białymstoku.

Czeki na szczęście mają. Tyle, że aby je kupić, należy założyć tam rachunek. No nic.

Zacząłem się jednak trochę zastanawiać. Dziś akurat ukazały się dwa ciekawe artykuły odnośnie Rwandy. W jednym przeczytamy, że gotowa jest już ustawa wprowadzająca w Rwandzie elektroniczne prawa jazdy, w drugim, że na dniach mieszkańcy Kigali otrzymają elektroniczne dowody osobiste. Jak w kraju elektronicznych dokumentów może nie być bankomatów? 🙂

Wysłałem maila z pytaniem o to do Paula, szefa mojej organizacji przyjmującej, ale jak przystało na typowego Afrykańczyka, Paul ma zwyczaj odpowiadać na maile z tygodniowymi opóźnieniami lub nie odpowiadać w ogóle. 🙂

A może ktoś z Was wie coś więcej na ten temat?

==

Z innej beczki.

*

Krysia obudziła mnie dziś telefonem z informacją, że kupiła już mi bilet lotniczy. Wylatuję około 6 rano 31 lipca z Berlina, przesiadam się na kolejny samolot w Brukseli i jestem na miejscu w Kigali o 18.45 tego samego dnia. Wracam tą samą trasą w połowie listopada.

**

Pretensji za obudzenie nie mam, naprawdę. W końcu skąd ktoś może wiedzieć, że w południe jeszcze śpię? 😉

***

Powiedziałem mamie ile kosztuje bilet lotniczy do Rwandy i wyjaśniła się zagadka dlaczego tak wiele osób chce do mnie przylecieć w odwiedziny, a ja jestem zdziwiony, że im się naprawdę chce tyle wydawać. Ciocia nawet powiedziała mamie, że zafunduje jej bilet lotniczy i przylecą we dwie.

Otóż ludzie w dobie tanich linii lotniczych nie zdają sobie sprawy ile kosztuje taki bilet 🙂 Zatem oznajmiam: jako, że przez 3,5 miesiąca zapewne nie będzie mi dane spotkać żadnego Polaka i przez to będę tesknił za pogadaniem z kimkolwiek po polsku, z wielką chęcią ugoszczę każdą osobę, która mnie odwiedzi. Przy czym musicie wiedzieć, że bilet w dwie strony kosztuje ponad pięć tysięcy złotych. Mama po tej informacji zrezygnowała z odwiedzin 😉 Ale naprawdę wszystkich zapraszam!

****

Jako, że wylatuję z Berlina wcześnie rano, zapewne Białystok opuszczę conajmniej dzień wcześniej. Może uda się wszystko tak zgrać, że od razu załatwię sobie wizę w ambasadzie Rwandy w Berlinie (póki co plan jest taki, że uzyskam ją na granicy rwandyjskiej na lotnisku). Będę musiał też poszukać jakiegoś noclegu; może w końcu pierwszy raz zagoszczę u kogoś z HospitalityClub? Dotąd to u mnie ludzie nocowali (nawet na dziś mam zapowiedzianych gości z Estonii wracających z Open’era), czas wziąć odwet!

A może jest tu ktoś z Berlina kto mnie przetrzyma kawałek nocy u siebie?

Comments (5) »