Posts tagged muzungu

No to chodźcie na www.muzungu.pl!

Na szybko klik:

WWW.MUZUNGU.PL

Nie ma co się rozwodzić, czas się przenosić. Kto śledzi komentarze pod wpisami, zna już nowy adres mojego bloga. Kto nie śledzi, właśnie go poznał 🙂

Oficjalnie uznaje ten blog za zamknięty. Łezka się do oka ciśnie, bo było czymś niesamowitym do Was pisać tutaj i opisywać te wszystkie przygody. Czas jednak iść dalej i ostatecznie pogodzić się z tym, że Konrad NIE jest już w Rwandzie i nie wiadomo czy kiedyś jeszcze będzie.

Na pocieszenie dodam, że nowy blog będzie jeszcze lepszy. Bo nadal będzie poruszał sprawy rwandyjskie (dziś mam już plan coś tam na ten temat wrzucić), a co więcej nie będę się krępował pisać i o innych rzeczach, które do bloga pod rwandyjskim szyldem nie pasowały.

No to „pa pa” i do zobaczenia pod nowym adresem 🙂

Reklamy

3 Komentarze »

Kazungu

Przeciwieństwem w pewnym sensie, a pewnym sensie dopełnieniem muzungu jest kazungu. Akurat przed chwilą spotkaliśmy się znów. Pierwszy raz wyglądało to następująco.

Siedziałem jak zwykle rano na tarasie restauracji i wcinałem śniadanie gdy z położonej naprzeciwko mnie budowy wyszedł jakiś chłopak i patrząc się cały czas prosto mi w oczy, podszedł i stanął naprzeciwko mnie. Maombi zobaczył, że coś jest nie tak i podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu tak jakby chciał go przed czymś powstrzymać.

Ten podniósł ze stołu stojącą przede mną plastikową butelkę z miodem i kilkoma głębokimi łykami wypił połowę jej objętości. Nadal nie odrywając ode mnie wzroku odszedł tyłem i zniknął z powrotem gdzieś na budowie.

Potem mi powiedziano, że to głupek z rodzaju tych, których nazywają kazungu. Najkrótsza definicja takich osób mówi, że to ludzie, którzy bardzo lubią muzungu. Cokolwiek to znaczy. Ja jednak byłem nieco zaniepokojony czy przypadkiem mnie nie zaatakuje. Tak mu patrzyło z tych wlepionych we mnie oczu. Taki wzrok zaczepny.

Drugi raz spotkałem go gdy z Olą z Simba Friends siedzieliśmy sobie pod słomianym parasolem gdy znów nie wiadomo skąd po cichu się pojawił i dosiadł do nas bez słowa. Powiedziałem Oli kto to jest i o co chodzi i jak chce, możemy sobie pójść. Zostaliśmy jednak i jeszcze przez chwilę rozmawialiśmy ze sobą. On tylko siedział i wpatrywał się bez słowa to we mnie, to w nią.

Dziś właśnie trzeci raz próbował do mnie podejść, ale barmani go powstrzymali. Trochę niepotrzebnie, bo już nie podejrzewam by mi w jakiś sposób zagrażał. No może poza odbieraniem mi zasobów pokarmowych.

* * *

Zdjęcie nie na temat, ale nie mam akurat nic związanego z Kazungu, a jednak artykuł bez zdjęcia ma mniejszą poczytność 😉

Odkryłem, że niedaleko domu mamy cmentarz. Wygląda dość ubogo, no ale jest. Robert potwierdził to co pisał Kapuściński, że na terenach wiejskich ludzie nadal grzebani są na terenie posesji. Tylko ci, których na to stać, wykupują miejsce na cmentarzu.

3 Komentarze »

Jeszcze raz o muzungu

Nie powinienem chyba odwlekać pisania artykułów. Czasem coś mi się bardzo spodoba i myślę, że to będzie dobry temat na artykuł, ale potem już pisać się nie chce, bo do tego przywykam. Dużo mam takich tematów, a ten jest jednym z nich. Zatem już niestety bez entuzjazmu opiszę jak muzungu są traktowani przez Rwandyjczyków.

Pisałem już, że gdy musiałem opłacić przedłużenie wizy trafiliśmy do czegoś co przypominało mały urząd pocztowy całkowicie zapchany ludźmi. Kolejka zbudowana była z ciał sklejonych razem; brzuchy dotykały pleców przed nimi. Wyglądało to śmiesznie, ale sprawiało, że w małym budyneczku do czterech okienek mogło stać nawet 20 osób do każdego i nikt nie stał na zewnątrz.

Dwadzieścia osób do okienka oznacza jednak, że trzeba na swoją kolej czekać z co najmniej pół godziny. Paul jednak zawołał strażnika, a ten w asyście trzymanego w ręku shot-guna (krótka strzelba z dwoma grubymi lufami, typu „przeładuj i strzelaj”, muszę wspomnieć, że tu naprawdę dużo jest broni tego typu oraz kałasznikowów) przeprowadził mnie przez ten tłum prosto do okienka, zapłaciłem co miałem zapłacić, a wszyscy inni posłusznie i niemal bez słowa czekali. Potem odprowadził mnie przez ten sam tłum z powrotem do wyjścia, gdzie czekał Paul.

Pierwsze co pomyślałem: apartheid. Czarni bez słowa czekają aż biały pan zostanie obsłużony, a dopiero potem ich kolej. Paul jednak po wyjściu zapytał:

– Widzisz jacy jesteśmy gościnni?

– Gościnni? – zapytałem – Mi to się skojarzyło z apartheidem.

Wyjaśnił jednak, że to nie to, a zwykła uprzejmość. Rwandyjczycy bardzo lubią białych i starają się być dla nich jak najbardziej uprzejmi. W końcu jestem gościem w ich kraju i trzeba mnie traktować z należnymi dla gościa przywilejami.

Zapytał czy w Polsce jest tak samo wobec czarnych i odpowiedziałem mu zgodnie z prawdą, że niestety nie.

Uprzejmość tą widzę zdecydowanie częściej. Gdy mija mnie samochód policyjny czy wojskowy, pasażerowie i kierowcy machają do mnie rękoma. Pisałem też, że w drodze do Kibuye na widok białego zatrzymała się więźniarka i zabrała wszystkich pasażerów, a mi się dostało miejsce obok kierowcy.

Spacerujący policjanci także mnie pozdrawiają. Raz zatrzymali się by zapytać co słychać, skąd jestem, co tu robię (żadne przesłuchanie, a zwykła uprzejmość). Gdy wyjaśniłem, że jestem wolontariuszem i uczę tutaj informatyki, uśmiechnęli się jeszcze szerzej i uścisnęli mi rękę. Do dziś czasem w tłumie słyszę jak ktoś krzyczy Teacher! i macha do mnie. To ci sami policjanci; przystajemy i rozmawiamy ze sobą krótko.

Podobnie w szpitalu w Nyamata nie musiałem czekać w kolejce na lekarza. Pielęgniarka powiedziała lekarzowi, że przed gabinetem czeka muzungu, a ten gdy zbadał pacjenta wyszedł i zawołał mnie do środka poza kolejką. Z jednej strony szkoda mi było tych czekających ludzi, chorych podobnie jak ja. Z drugiej przez ostatnie dwa lata hartowałem się do takich sytuacji jako przedstawiciel medyczny…

* * *

Wojskowych pozdrawiających mnie było tu ostatnio wyjątkowo dużo, zaczęło się po wyborach przez co myślałem nawet, że ma to coś wspólnego z nimi. Ciężarówki żołnierzy, mundurowi stołujący się w telecentrum, był nawet minister obrony narodowej.

Dopiero po wszystkim wyjaśniono mi o co chodziło. Jakiś żołnierz zastrzelił kogoś w Kigali i uzbrojony uciekł w te okolice. Ostatecznie schwytano go na granicy z Burundi (droga na granicę wiedzie przez Nyamata) i okazało się, że cały czas ukrywał się w pobliskich bagnach.

7 Komentarzy »

Muzungu Super Star

2 sierpnia w sobotę, w drugi dzień pobytu postanowiłem się wybrać na spacer wzdłuż głównej drogi Nyamata. Wczoraj cały dzień jeździłem z Paulem jego terenową mazdą. Z okien samochodu dużo widać, ale brak jest interakcji z ludźmi. Jeśli nawet ktoś mnie dostrzeże, zanim zdąży zareagować, jestem już daleko.

Dzień wcześniej Agathe uprzedziła mnie, jak jechaliśmy do Kigali, że na pewno dzieci będą na mój widok mówić muzungu, może nawet spróbują mnie dotknąć. Mam się nie dziwić. Muzungu po prostu znaczy w kinyarwanda „biały człowiek” i tak dzieci reagują na widok jasnej karnacji. Nie dziwię się. Szczerze mówiąc nigdy nie chcieliście dotknąć czarnej skóry by sprawdzić czy jest taka sama w dotyku jak nasza? Ja tak 🙂

Z Telecentrum do głównej, asfaltowej drogi idzie się najpierw około 50 metrów laterytowym żużlem. Mijająca mnie kobieta uśmiechnęła się i powiedziała mwiriwe? [czyt. Mirłi?] co znaczy „jak się masz?” To normalne powitanie po południu. Także odpowiedziałem mwiriwe (choć lepiej jest powiedzieć coś, co fonetycznie brzmi „jego”) i uśmiechnięty poszedłem dalej.

Zaraz po wyjściu z terenu telecentrum. Laterytowa droga prowadzi do głównej asfaltowej. Po lewej stronie sad bananowców

Spacer ulicami Nyamata to prawdziwe wyzwanie. Zrobiłem jedno zdjęcie na samym początku i na tym skończyłem. Na więcej nie miałem odwagi. Szedłem sztywny jak kołek, ale postanowiłem sobie, że mimo stresu przejdę całą długość.

Zaraz po wyjściu na główną drogę. Przede mną centrum Nyamata. Zwróćcie uwagę na głębokośc rynsztoka, gotowego na przyjęcie masy wody w czasie pory deszczowej

Zaraz po wyjściu na główną drogę. Przede mną centrum Nyamata. Zwróćcie uwagę na głębokośc rynsztoka, gotowego na przyjęcie masy wody w czasie pory deszczowej

Nie chodzi o to, że jest niebezpiecznie. Aparat luźno trzymałem w ręku bez najmniejszej obawy o utratę jego.

Wyobraźcie sobie, że jesteście w godzinach szczytu na ruchliwym bazarze. Dwieście osób jest przed wami, dwieście osób jest za wami i kolejne setki gdzieś po bokach. Jeden wielki zgiełk, ruch, po prostu mrowisko. Zza jednej głowy widać następną. Osoba za osobą. Obok pieszych ludzie na rowerach, na motorach, w nielicznych ale jednak samochodach. Dokąd wzrok sięga w tym tłumie – ludzie.

A teraz wyobraźcie sobie, że każda z tych osób, co do jednej – piesza, na motorze, na rowerze, w samochodzie, dorośli, kobiety, mężczyźni, dzieci – każdy kogo macie w zasięgu wzroku: gapi się na was. Nie patrzy – gapi. Setki jeśli nie tysiące wrytych w ciebie oczu. Nie przesadzam, nie upiększam żeby dodać dramaturgii. Autentycznie spróbujcie sobie wyobrazić taką sytuację 🙂

Nie patrzą tylko przez chwilę: gdy tylko  trafiają na ciebie wzrokiem, nie spuszczają go z ciebie dopóki nie znikniesz z pola widzenia. Jeśli cię nie dostrzegą, ktoś wskaże im na ciebie palcem. Gdzieniegdzie faktycznie słyszę muzungu. Ruch na ulicy zamiera, ludzie zwalniają. Zupełnie jakby nagle na środku Rynku Kościuszki w Białymstoku prosto z nieba zeskoczył różowy słoń i zaczął tańczyć kankana. Wszystkie oczy w słup.

Muzungu Super Star.

Ciężko było oddychać, ale pomyślałem sobie, że będę szedł. Mam tu spędzić kawał czasu, więc niech mnie zobaczą. Dziś się pogapią, jutro popatrzą, za kilka dni wieść się rozniesie po miasteczku i przywykną. Nie będzie źle. Ale gdy wróciłem do telecentrum poczułem się znacznie lepiej 😉

* * *

Inaczej było wczoraj w Kigali. Tam ludzie zerkali, co poniektórzy przycupnięci pod murami patrzyli się póki nie zniknąłem im z oczu. Tam się muzungu trafiają. Widziałem kilkoro w okolicach sklepu i w barze mlecznym.

W Kigali największe zainteresowanie budziłem wśród ulicznych handlarzy i żebrzących kobiet. Nie musiałem nawet wysiadać z samochodu by zaraz się ktoś nie zjawił. Można w ten sposób kupić kurtkę, okulary przeciwsłoneczne, kartę do telefonu czy prasę. Najtrudniej było z żebraczkami. To nawet nie zawsze były żebraczki do końca (to chyba nigdy nie były żebraczki). Wpadałem w pole widzenia jakiejś kobiety i automatycznie, niczym odruchowo wyciągała rękę w błagalnym geście: Mister, please… Children…

* * *

W Nyamata jest inaczej. To mała miejscowość. Tu nie ma białych. Biały to jest wydarzenie, to jest święto.

Tak przynajmniej o mnie powiedziała Agathe tego samego dnia, kiedy miałem pierwszy spacer, ale wieczorem. Pojechaliśmy do mieszkania Paula zabrać stamtąd meble i rzeczy przed przeprowadzką. Zaraz się w środku domu zjawiła czteroletnia dziewczynka i Paul pozwolił jej mnie dotknąć. Trochę zawstydzona dotykała krótko i zaraz potem zaczynała się bawić moim rzemykiem na przedramieniu. W kinyarwanda dawała do zrozumienia, że tak naprawdę to on ją interesuje.

Ale gdy wychodziliśmy na zewnątrz i inne dzieciaki zbiegały się mnie zobaczyć, od razu ostentacyjnie chwytała mnie za rękę. To jest jej święto, nie ich.

* * *

Człowiek poznany w pociągu z Białegostoku do Warszawy powiedział, że dziewczyny będą tu na mnie strasznie lecieć, bo jestem biały. Nie wiem czy tak to należy diagnozować, jako podryw, ale coś jest na rzeczy. Może nie podrywają, ale bardzo chcą poznać. Wczoraj na urodzinach Pacifique nieco skrępowany usiadłem na końcu stołu. Nie było jeszcze wszystkich gości, więc od innych dzieliło mnie kilka krzeseł. Nie minęło więcej niż 2 minuty, a ze swoich miejsc wstały dwie dziewczyny i usiadły obok mnie i zaczęły rozmowę. Shila i Nelly. Jak mi się podoba w Rwandzie? Jak mi się podobają urodziny? Po chwili podszedł Innocent, zapytał czy dobrze się bawię i zapytał czy poznałem już jego dziewczynę – Shilę. No właśnie poznałem.

Potem dosiadła się jeszcze Denise. Potem poznałem jeszcze dwie inne dziewczyny; niestety imion nie pamiętam.

Ale to niekoniecznie jest podryw. Po pierwsze jak napisałem, Shila jak i kilkoro innych z nich mają chłopaków. Po drugie przysiadają się też faceci po taką samą niezobowiązującą rozmowę. Jest jedna prawidłowość: jak muzungu siedzi sam, nawet jeśli właśnie siedzi przed komputerem, to na pewno się nudzi i koniecznie trzeba do niego podejść i zaprosić do rozmowy. Opowiada się wtedy całe swoje życie takiemu muzungu, proponuje mu, że nauczy się go francuskiego lub kinyarwanda. To nie wypada by biały człowiek siedział sam i nikt się nim nie zajmował. Zdarzyło się, że przez chwilę czekałem na Paula, przycupnąłem na murku i w 20 sekund zjawiła się dziewczyna, powiedziała, że nazywa się Juliette i jeśli chcę, może mnie nauczyć języka. A nawet kiedy siedzę już z kimś, zjawia się Paul i pyta czy się nie nudzę, upewnia jeszcze raz, że na pewno się nie nudzę i mówi, że to dobrze i żebym dał mu znać jak będę się nudzić.

Czteroletnia dziewczynka na widok, że pomagam nieść łóżko z domu Paula wybucha śmiechem, a Agathe mi tłumaczy, że to dla niej niezwykły widok, że muzungu pracuje. Bo biały człowiek nie pracuje, to czarni pracują za niego przecież.

Tak proszę państwa: echa kolonializmu.

5 Komentarzy »