Posts tagged szkolenia

W poprzednim tygodniu NTC dostało nagrodę

Właściwie nie pisałem co się wydarzyło w przeciągu poprzedniego tygodnia. A co nieco się wydarzyło.

1.

Przede wszystkim nie było zajęć z nauczycielami. Jestem w połowie szkolenia ostatniej grupy i musieliśmy zrobić przerwę. Nauczyciele przeprowadzali egzaminy swoich uczniów na koniec roku szkolnego. Tak drogie dzieci, to już wakacje! Widzicie jak szybko ten czas zleciał? Wydawać by się mogło, że lekcje zaczęły się dopiero dwa miesiące temu, a tu już koniec.

Jako, że były egzaminy, nie mieli głowy do uczenia się obsługi komputerów, stąd przerwa. Od poniedziałku wracamy do zajęć.

2.

Nauczyciele szkół średnich natomiast mają labę i niektórzy wykorzystują ją właśnie na naukę. Robert na przykład poszedł na tygodniowy kurs obsługi komputera organizowany przez rząd rwandyjski. Wspominam o tym, bo Robert mnie pochwalił, że ja szkolenia prowadzę lepiej i właściwie nic tam się nowego nie nauczył (poza wysyłaniem korespondencji seryjnej w Wordzie. Był też Access, ale Robert powiedział, że to dla niego nadal czarna magia).

3.

Paul na początku tygodnia dowiedział się, że dostanie nagrodę w konkursie Intego Awards. Był nominowany w dwóch kategoriach, w tym wygrał jako „Excellence in ICT for rural area”. Nazwę nagrody na 100% nie napisałem Wam poprawnie. W każdym bądź razie uznano, że Paul jest najlepszy we wdrażaniu ogólnie pojętej informatyki na terenach wiejskich Rwandy.

Intego Awards przyznawane jest przez RITA (Rwanda Information Technology Authority). To agencja rządowa odpowiedzialna za wszelkie kwestie związane z rozwojem informatyki w kraju.

Z tego też powodu we wtorek zjawiła się u nas RITA z kamerami aby przeprowadzić wywiad z Paulem i pokazać jak wyglądają owe szkolenia prowadzone przez polskiego wolontariusza, przez które głównie Pul dostał nagrodę (nieskromnie powiem, że to ja nominowałem Paula i w opisie, a potem rozmowach z RITA współpraca polsko – rwandyjska była przedstawiana jako główny sukces RTN/NTC w tym roku).

Oczywiście jak się domyślacie, zrobiło to pewien problem, bo jak wspomniałem w tym tygodniu szkoleń nie było. Paul jednak wpadł na super pomysł, któremu bardzo przyklasnąłem, bym zrobił jednodniowe szkolenie dla pracowników NTC – barmanów, kucharzy itd. Mi to bardzo na rękę: wyszkole kogoś więcej niż zaplanowałem. Paul też się ucieszył, ale powiedział, ze na wszelki wypadek nie muszę od razu mówić RITA, że to nie nauczyciele 🙂 Mi tam rybka.

Szkolenie, dla ludzi, którzy wyglądają jak nauczyciele

Szkolenie, dla ludzi, którzy wyglądają jak nauczyciele

Tak więc we wtorek wyszkoliłem (o ile można powiedzieć, że wyszkoliłem kogoś w kilka godzin; powiedzmy, że zarzuciłem zanętę) pracowników NTC, zjawiła się RITA z kamerą i mikrofonem, pogadała z Paulem, mi dyktowała gdzie mam palcem dotykać monitora (czy oni zdają sobie sprawy jak to trzepie?!) aby ładnie to potem wyglądało na filmie i pojechali. Materiał miał ponoć trafić do państwowej TV, więc można powiedzieć, że byłem już w prasie, byłem w radio, a teraz byłem i w TV.

"Jak pan się czuje w roli zwycięzcy, panie Barera?"

Jak pan się czuje w roli zwycięzcy, panie Barera?

4.

W piątek Paul pojechał do hotelu Serena po odbiór nagrody. Niestety mnie przy tym nie było, więc tylko obejrzałem zdjęcia. Na wręczeniu nagród (ponoć transmitowanym na żywo w państwowej telewizji, ale nie widziałem) byli różni ministrowie i przede wszystkim prezydent kraju. To z uwagi na prezydenta nie mogłem ot tak sobie pojechać i pooglądać: gdy gdzieś zjawia się prezydent wszystko musi być pod jak największą kontrolą, łącznie z listą gości (coś jak z prezydentem USA).

Po lewej Paul, po środku minister z Minaloc

Po lewej Paul, po środku minister z Minaloc

Ale nawet jakbym miał zaproszenie to i tak bym nie pojechał. Nie mam garnituru, a myślę, że moje koszulki niezbyt dobrze prezentują się na tle państwowych oficjeli 😉 W każdym bądź razie cieszę się, że Paul przywiózł do domu ładną kryształową statuetkę, zdobyta jakby nie było przy cichym, ale znaczącym współudziale Rzeczpospolitej Polskiej. 🙂 Paul też się cieszy, bo taka nagroda to duży prestiż dla Nyamata Teleservice Centre. Pieniędzy z tego nie ma beżpośrednio ponoć rzadnych (tak mówi), ale da mu to wiele możliwości.


4 komentarze »

Instrukcja pracy w pracowni komputerowej

  1. Nie dotykaj obudowy komputera – grozi porażeniem prądem.
  2. Nie dotykaj palcem ekranu – grozi porażeniem prądem.
  3. Przed podłączeniem urządzeń USB spisz testament – grozi porażeniem prądem.
  4. Obserwuj obraz na ekranie – migotanie i poziome pasy mogą oznaczać przebicie napięcia elektrycznego.
  5. Nie podnoś listw zasilających – od spodu mogą znajdować się nie osłonięte przewody elektryczne.
  6. Nie osłonięte przewody bez izolacji znajdziesz także wszędzie indziej, gdzie przewodów można się spodziewać.
  7. Jeśli coś nie działa – sprawdź kable. Nie podłączony do sieci komputer, monitor, przerwany przewód zasilający to zupełnie normalna sprawa.
  8. Nastaw się na sytuację, że w pracowni będzie więcej komputerów niż miejsc gdzie można je podłączyć. Nastaw się na sytuację, że nikogo poza tobą nie będzie to dziwić. Prośby o dokupienie listw zasilających będą traktowane jak nieistotne.
  9. Jeśli ktoś potrzebuje twojej listwy zasilającej, z pewnością bez pytania wypnie z niej komputery, na których właśnie za chwilę mają pracować kursanci i ją sobie weźmie.
  10. Nie przenoś kontynuacji pracy na jednym pliku na następny dzień. Po mozolnym stworzeniu przez kursanta pliku i zapisaniu go, na następny dzień plik zniknie gdzieś wraz z całym komputerem. Musisz zainstalować sam nowy komputer wybierając jeden z pośród stojących pod ścianą. Nie zdziw się jak się okaże, że trafiłeś znów na ten sam komputer i plik nadal istnieje.
  11. Spodziewaj się, że dla kursu przeznaczonego dla dziesięciu osób, zostanie przygotowe osiem stanowisk pracy.

Instrukcję stosuje się na terenie Rwandy.

* * *

Wiedzieliście, że wielokrotne porażenie prądem pod rząd powoduje natychmiastowy ból głowy?


4 komentarze »

Usability

Naukę pisania na komputerze zaczynamy zawsze w Notatniku od słów „Hello Mark!” (zdanie, którym męczyłem kursantów w Polsce czyli „Zażółć gęślą jaźń” raczej tutaj nie przejdzie) po czym następuje krótki list, w którym kursant opisuje jak bardzo się cieszy z lekcji i jaki to prowadzący zajęcia jest wspaniały. Niestety nie wiedzieć czemu mają trudności napisaniem (wyrażeniem?) tegoż.

Wczoraj jeden z nauczycieli wpisał „Hell” po czym zatrzymał się na chwilę, popatrzył na ekran, nacisnął jeszcze raz „l”. Popatrzył znów, skasował i znów wpisał to samo. Zdumiony znów skasował i napisał jeszcze raz.

Podszedłem do niego i mówię, że bardzo dobrze i żeby kontynuował pisanie. A on tymczasem mówi, że coś jest nie tak. Naciska kolejne razy „l” i pokazuje palcem na ekran. Mówię, że dobrze i niech pisze dalej. On jednak dalej swoje.

W końcu podszedł Robert i zapytał w kinyarwanda co mu nie odpowiada, po czym wybuchnął śmiechem. Powiedział, że kursant pyta dlaczego „l” jest do góry nogami.

* * *

Od dawna czytam różne artykuły, strony i blogi (na przykład ten i ten) o usability i user-friendly interfejsów, czyli jak projektować różne elementy programów, tak aby były jak najbardziej zrozumiałe, logiczne i  od razu intuicyjnie używane przez użytkowników tychże. Jednak pierwsze co sobie pomyślałem, gdy poprowadziłem pierwszy swój kurs rok temu (nawiasem mówiąc właśnie mija moja pierwsza rocznica szkoleń) to, że wszystko to można wyrzucić do kosza. No może nie do kosza, ale zobaczyłem jak bardzo te wszystkie mądre teorie na temat kolorów, eye-trackingu i podobnych zagadnień są oderwane od rzeczywistości. Ktoś zupełnie zapomniał o pracy u podstaw.

Pozwolę sobie wymienić kilka elementów systemu Windows (ale w Linuksie wiele z nich też się powtarza, być może i w innych systemach okienkowych), które co najmniej są trudne do opanowania dla początkującego użytkownika, jeśli nie powiedzieć, że jakby się nad tym głębiej nie zastanowić po prostu absurdalne.

1. Aby cokolwiek otworzyć (plik, program, folder…) należy kliknąc to dwa razy szybko. Na dzięsieciu szkolonych, jedenastu ma z tym problemy (bo trudne to jest też do zrobienia nieraz prowadzącemu szkolenia przez ramię kursanta). Podwójny klik trwa za krótko, a jeśli już ktoś spróbuje to zrobić naprawdę szybko, na 100% między klikami poruszy myszką, przez co nastąpi próba kopiowania elementu. Trwa conajmniej kilka prób, zanim otworzenie się uda. Na twarzach widać irytację. Zarówno u kursantów jak i u prowadzących, którzy kolejny tydzień z rzędu widzą ten sam efekt. Innocent się już nawet poddał i nie uczy podwójnego kliku, tylko każe kliknąć raz aby zaznaczyć, a potem poleca wcisnąć Enter.

Można ustawić system Windows tak aby reagował na pojedyncze kliknięci uruchomieniem, ale właśnie – trzeba to najpierw zrobić. Tu nieco wygrywa linuksowe KDE, które (przynajmniej w przypadku dystrybucji  jakich używałem: openSuSE i Mandriva) ma to domyślnie ustawione. No ale na przykład w środowisku Gnome dwuklik nadal jest domyślny (tak jest przynajmniej w Ubuntu 5.x, które tu mamy).

Innym efektem ubocznym wykucia  dwukliku na pamięć jest stosowanie go także w innych miejscach. O ile dwuklik w link na stronie WWW raczej nie zaszkodzi, to dwuklik na ikonkę pogrubienia tekstu w edytorze tekstu jest już nieco niewskazany.

2. Nawigacja po menu biurka (menu Start) ale i innych menu też nie jest łatwa. Aby uruchomić Worda należy kliknąć przycisk Start, potem przejść do menu Programy, potem do menu Microsoft Office i tam wybrać Word. My już z tym nie mamy problemów, ale ktoś kto dopiero zaczyna używać myszki co chwila się gubi. Po wybraniu menu Programy, należy tak przesunąć kursor w prawo na kolejne menu potomne, by przypadkiem nie zszedł z niebieskiego podświetlenia. Gdy zejdzie, a zdarza się to za każdym razem na kursie, menu się zamyka lub otwiera się nowe.

To samo występuje w menu znajdujących się w programach lub menu kontekstowym (pod prawym klawiszem myszy).

Tu także można by wprowadzić dość proste rozwiązanie: jeśli użytkownik kliknie na podświetlonej na niebiesko opcji w menu, menu potomne nie zamknie się nawet jeśli kursorem będziemy omiatać cały ekran. Proste, a bardzo pomocne.

Ciekawie rozwiązało to znowóż KDE ze swoim nowym menu Kick Off. Po szczegóły polecam udać się do YouTube (mi tu YT za bardzo nie działa, więc nie będę linkował). Choć i w tym menu są opcje, które wymagają odpowiedniego prowadzenia kursora.

3. Zostając przy menu tylko krótko wspomnę o ciągle wspominanym windowsowym absurdzie polegającym na tym, że aby zamknąć system, najpierw trzeba kliknąć przycisk  „Start” 🙂 KDE też nie wypada tu najlepiej, gdzie w wielu dystrybucjach Linuksa menu to po prostu nic nie mówiąca ikona z literą „K” lub logo dystrybucji. Co prawda ostatnio przycisk zamykania systemu jest wyciągnięty bezpośrednio na pasek zadań, jednak tu akurat Gnome ma świetne rozwiązanie. Zamiast jednego nie wiadomo jak opisanego menu mamy aż trzy: Aplikacje, gdzie znajdziemy wszystkie zainstalowane programy (swoją drogą dlaczego „Aplikacje” a nie właśnie „Programy”? My rozumiemy, ale starsze osoby lub nieobyte z komputerami słowo aplikacje rozumieją jako coś w rodzaju pisemnego podania lub aplikowanie komuś czegoś), menu Miejsca gdzie znajdziemy nasze najważniejsze katalogi i menu System gdzie znajdziemy między innymi właśnie opcję służącą do zamykania systemu.

4. Opcja zachowywania dokumentów na dysku też została kilka razy sarkastycznie skomentowana. Raz, że ikonka przedstawia nie dysk, a dyskietkę, a dwa, że nazywa się po polsku „Zapisz”. Dlaczego angielskiego „Save” nie przetłumaczono dosłownie na „Zachowaj”? Polscy kursanci pytali po co klikać „Zapisz” w Wordzie/Notatniku, skoro przecież cały czas właśnie piszą. I muszę tłumaczyć czym tak naprawdę jest zapisywanie.

Mógłbym jeszcze wiele napisać, ale nie chcę przynudzać, zwłaszcza, że temat jest nieco poboczny do tematu bloga. Chyba, że interesuje to Was, to dajdzie znać, a będę wiedział o czym pisać jak już wrócę do Polski 🙂

Podsumowując: wszystkim ekspertom od UI polecam choć jeden dzień prowadzenia szkoleń dla zupełnych komputerowych nowicjuszy, a zobaczą jak wiele jest projektowych pomyłek w zupełnych komputerowych podstawach. Ekspertom może powyższe wydaje się wyssane z palca i bez sensu, ale uwierzcie: nic nie wymyślam, a problemy te naprawdę widzę od roku dzień w dzień.

A Wy macie jakieś swoje własne „ulubione” usabilitowskie pomyłki twórców programów? Zapraszam do komentowania.

11 komentarzy »

Dni jak co dzień

Po ostatnich przygodach odczuwam jakiś niedosyt; wrażenie, że nic się nie dzieje.  Co prawda wczoraj mieliśmy w telecentrum pożar, a dziś zdarzyło się coś w rodzaju burzy piaskowej (ależ to diabelstwo kłuje w twarz!), jednak generalnie w obliczu zeszłego tygodnia, muszę napisać, że jest trochę nudno.  Może to dobra okazja, by Was zanudzić opisem jak wygląda cały dzień, gdy nie dzieje się nic?

6:00 – wschód słonća. Ja jeszcze śpię, ale wiem, że Agathe już się budzi by jechać do Kigali do pracy, a potem zostać tu w szkole.

8:00 – jeszcze  śpię, ale Innocent już w telecentrum zaczyna szkolenia. Są to szkolenia komercyjne, które kontynuuje już od dawna, więc tutaj się nie udział jako wolontariusz. Jedynie na początku kilka razy prowadziłem coś w rodzaju hospitacji (a w afrykańskich warunkach nie da się zajęć tak do końca hospitować, bo nie przypominają one zwykłych zajęć)

10:00 – przed tą godziną zjawiam się w telecentrum. Mówię obsłudze baru, że chciałbym zjeść śniadanie. I tu zaczyna się najlepsze. Zawsze otrzymuję pytanie co chciałbym zjeść i pytam co mają. Oni mówią, że to zależy co chcę. Odpowiadam, żeby wymienili co mają. Zapada cisza i zastanawiają się „co by tu…” i po chwili mówią, że mogą zrobić mi omlet. Odpowiadam, że super. I tak jest każdego dnia 🙂 Każdego dnia jem jajecznicę, ale zawsze dostaję pytanie co chciałbym zjeść. Kiedyś próbowałem powiedzieć, że chce coś innego niż jajecznicę, to tylko wywołałem niepotrzbny niepokój i szybko wróciliśmy do opcji nabiałowej.

O 10:00 z poślizgiem (tu nikt nie przychodzi na czas) rozpoczyna się prowadzona przez Innocenta grupa szkolenia dla nauczycieli mniej mówiących po angielsku. Przeważnie jestem z nim w sali i przygotowując się do swoich zajęć, czasem co nieco pomagam. A to pokażę jak coś skopiować, a to pokażę jak przywrócić przypadkowo skasowany tekst.

12:30 – przychodzi Robert i zaczynamy lekcję języka kinyarwanda. Niestety Robert nie jest zbyt solidny o tej porze dnia i często nie przychodzi. Szkolenie Innocenta nadal trwa.

13:00 – Oba szkolenia – komputerowe i językowe – zakończone. Robert i Innocent zasiadają do komputerów, a ja ich uczę jak się robi strony WWW. W projekcie mam wpisane, że jednym z moich zadań jest propagowanie idei telecentrów, a jedną z tego metod będzie stworzenie strony WWW. Pomyślałem, że więcej zyskam, jeśli nie sam dam im rybę (zrobię stronę), a dam wędkę (nauczę ich jak ją zrobić).

14:00 – przychodzą moi nauczyciele i zaczynam szkolenie. Chociaż pół godzinny poślizg to norma, bo nikt nie jest na czas. Szkolenie prowadzę ja, a asystuje mi Robert jako tłumacz i drugi trener. Robert nie znał się za bardzo na komputerach zanim przyjechałem, ale plan jest taki, że jak wyjadę sam będzie prowadził takie szkolenia.

W przerwie szkoleń wyskakuję na obiad. Zawsze jest szwedzki stół, a na nim do wyboru po kolei jak stoją misy:

  • surówka z marchewki
  • ryż
  • makaron
  • frytki
  • różne rodzaje bananów (ale takich słonych, odpowiednik naszych ziemniaków)
  • fasola
  • kasawa (to te coś co myślałem, że to szpinak; polecam bo jest pycha)
  • czasem fasolka szparagowa
  • sos a w nim kawałki wołowego mięsa

Można brać ile się chce, a kosztuje to 2 dolary. Nie wiem gdzie oni to mieszczą, ale Rwandyjczycy bez przzesady nakładają sobie na talerz stertę wysoką na ponad 10 cm. Ja jem zymbolicznie raczej. Wczoraj wyjątkowo mało, po tym jak w misce z fasolą wystraszyłem karalucha. Afrykański klimacik: w Polsce by zaraz lokal pewnie zamknęli. Tutaj Maombi zadbał aby karaluchowi przypadkiem nic się nie stało i pozwolił swobodnie spacerować po stole.

17:00 – koniec zajęć, wracam powoli do domu

18:00 – zachodzi słońce (teraz gdy to piszę jest 18:35 i jest już ciemno). Chwila relaksu przed komputerem. Mycie się, przygotowanie materiałów na jutro na szkolenie…

21:00 – Samuel przynosi kolację (mniej więcej to samo co na obiad plus herbata bawarka). Przed 22:00 z Kigali wraca Agathe i Innocent, jemy, rozchodzimy się do pokoi.

23:00 – wszyscy pozostali już śpią, ja zasypiam po północy. Rekord padł wczoraj gdy bez snu doczekałem wschodu słońca o szóstej rano.

Tak to wygląda w teorii. W praktyce codziennie coś się sypnie. Albo brak prądu i nie ma zajęć, albo ludzie się spóźniają, albo Innocent nie ma czasu się uczyć WWW, albo Robert zapomni, że dzień w dzień powinniśmy mieć lekcje kinyarwanda… Albo wybuchnie pożar…Albo leżę w szpitalu…

Ale tak tu jest.

I po pożarze. Strażak Samuel.

I po pożarze. Strażak Sam(uel).

2 komentarze »

Tak na szybko

  1. W czwartek wypisali mnie  ze szpitala. I dobrze, bo nieźle się tam nudziłem. Rwandyjczycy w Kigali (albo po prostu w szpitalu) są inni niż w Nyamata. Mniej kontaktowni, więc całe dnie tylko leżałem. Prawie mnie nikt nie odwiedzał. Teraz  biorę leki na malarię i salmonellozę, ale już jest supcio.
  2. Po wyjściu ze szpitala okazało się, że właśnie skończył mi się abonament na internet. Trzeba więc było wrócić znów do Kigali i zapłacić, a Paulowi się nie spieszyło (15 września będą tu wybory parlamentarne i Paul jest lokalnym organizatorem kampanii wyborczej; jest cały czas zajęty, choć od dawna wiadomo, że właśnie ta partia wygra wybory, kiedyś to opiszę). W końcu dziś pojechałem busem z Robertem i na miejscu się okazało, że salon dziś czynny tylko do 12:00. Na szczęście chwilę później się okazało, że doładowanie na internet to to samo co doładowanie komórki pre-paid. Kupiliśmy kartę za 20000FRW (około 40USD) od chłopaka na ulicy, doładował, pokazał jak to potem robić samemu w Nyamata i nawet wystawił fakturę.
  3. Udało mi się kupić pocztówki! Ale było to niemiłosiernie trudne. Oni tu nie wiedzą co to jest postcard. Gdy tłumaczysz pokazują Ci laurki na urodziny i (wyjątkowo dużo tu takich) z okazji urodzin dziecka. Juz zrezygnowałem i nawet miałem zamiar taką połogową kupić dla Doroty, ale napatoczyła się jakaś nierwandyjka i powiedziała nam, że pocztówki można kupić w Caritasie. Caritas też był zamknięty, ale okazuje się, że uliczni sprzedawcy są rewelacyjni. Wyczarują ci wszystko. Jeden pobiegł gdzieś i po chwili przyniósł plik pocztówek. Niestety cena spora: 500FRW (1 dolar), kupiłem na razie 5. Żałuję bo zaraz potem zaczepił mnie inny sprzedawca uliczny, który mial takie ręcznie robione i to za 150FRW. No nic.
  4. Widzę, że rośnie mi konkurencja. Karolina, Kinga i Fabian piszą z Togo (mam nadzieję, bo na razie zaczęli, ale liczę na to, że nie skończy się na kilku postach jak na naszym wspólnym blogu), a Przemek rozpisał się nieźle na temat pobytu w Ugandzie.
  5. W piątek rano czułem się jeszcze jakbym miał znów wrócić do szpitala (zawroty głowy, kłopoty ze staniem), ale dumnie melduję, że o 14:00 wróciłem do prowadzenia zajęć.

3 komentarze »

Nareszcie

Dziś po prawie miesiącu pobytu ruszyły właściwie szkolenia. Miały ruszyć wczoraj, ale Paul nie wiedzieć czemu je odwołał (miał prowadzić poranną grupę, ale mu nie pasowało, więc odwołał, z rozpędu także i moją). I było niemal idealnie.

Grupa od 14 do 17, więc wyrobiliśmy się przed ciemnością.

Przyszło dziewięciu nauczycieli, prawie komplet. Zjechali się z całego regionu. Z samoorganizowanych grup wcześniejszych mam przeszkolonych siedem osób. Zatem jeszcze cztery i będę miał wyrobioną normę dwudziestu wpisanych w projekt złożony do MSZ. Mam na to dwa i pół miesiąca, zatem myślę, że wyrobie kilkaset procent normy 😉

Większość mówiła i rozumiała po angielsku. Ale wszystko co mówiłem i tak Robert tłumaczył na bieżąco na kinyarwanda.

Idealnie wyrobiłem się z czasem. Grupa słuchała poleceń. Prądu nie wyłączyli, komputery się nie wieszały (zanadto). Normalnie to chyba mój szczęśliwy dzień.

Zdjęcie po dzisiejszym szkoleniu

Zdjęcie po dzisiejszym szkoleniu

A co ponadto?

Jeśli jesteśmy w tematyce prądu to wczoraj całe Nyamata go nie miało przez jakieś pół godziny. A u mnie się dziś przepaliła żarówka (energooszczędna, kupiona w ubiegłym tygodniu chyba).

Przedwczoraj Paul mnie wyciągnął na inne spotkanie z gronem pedagogicznym. Poszło chyba świetnie, bo dziś właśnie widziałem kilka twarzy z tego właśnie spotkania.

Wczoraj wybrałem się na krótki spacer drogą w kierunku granicy z Burundi i trafiłem na cmentarz. Wygląda dość mizernie. Robert mówi, że nadal praktyką na wsiach jest chowanie zmarłych na terenie własnego obejścia, a nie na cmentarzu.

Cmentarz w Nyamata

Cmentarz w Nyamata

W Telecentrum od kilku dni odbywa się szkolenie czerwonego krzyża z pierwszej pomocy. Bardzo profesjonalne i bardzo ciekawe. Strasznie mi się podoba jak zagrzewają się do pracy: mnóstwo klaskania, biegania, ruchu i przede wszystkim śpiewu.

Ratownik pokazuje jak przenosić w pojedynkę nieprzytomnego rannego

Ratownik pokazuje jak przenosić w pojedynkę nieprzytomnego rannego

Tylko jakoś mi się na razie pisać nie chce. Pisaniem się chyba zmęczyłem, ale mam nadzieję, że natchnienie wróci. Bo mam wiele pomysłów, co by tu Wam opisać.

Acha. Wczoraj podszedł do mnie Maombi i nieśmiało zapytał czy nie chcę pojechać z nim do jego rodziny. Mieszka w obozie dla uchodźców w Kibuye. Maombi jest Kongijczykiem, który musiał w skutek wojen uciekać z kraju. Rodzina została w obozie, a on go opuścił. Ciągle powtarza, że kiedyś jak odłoży już pieniądze, zabierze ich stamtąd. Maombi pracuje jako kelner u Paula i nie zarabia więcej niż 50 dolarów miesięcznie (bardzo elastyczne godziny pracy, właściwie nie wiem kiedy zaczyna i kończy, bo gdy przychodzę do telecentrum, Maombi już jest, a kiedy wychodzę, jeszcze jest).

Maombi

Maombi

Zgodziłem się z kilku  powodów. Po pierwsze widzę, że Maombiemu bardzo zależy na tym bym z nim pojechał. Chce się przed rodziną pochwalić białym kolegą. „Patrzcie z kim się zadaję”.

Po drugie chcę móc mówić, że mieszkałem kiedyś w obozie dla uchodźców i znam z bliska czym to jest. Zapewne to trudne miejsce, ale dreszczyk emocji mnie przeszedł jak usłyszałem, że będziemy spać w namiocie.

I po trzecie Kibuye to – jak wszyscy tu powtarzają – miejsce drogich, pięknych hoteli położone nad brzegiem jeziora Kivu (jak na polskie standardy to może nawet morza, bo długie jest na jakieś 100 kilometrów). To też chcę zobaczyć, a Maombi powiedział, że zobaczymy.

4 komentarze »