Posts tagged polityka

Co Rwanda wie o świecie?

Wczoraj pytałem Was co wiecie o Afryce, dziś odpowiem na pytanie zadane w komentarzach pod artykułem, co Rwandyjczycy wiedzą o Polsce i Europie.

Opis ten jednak stanowczo rozszerzę. Postaram się opisać co w ogóle w tym kraju wiadomo o świecie. Nie tylko o polityce innych krajów, ale generalnie o wszystkich aspektach życia jakie mi przychodzą do głowy.

Internet

Internet zaczyna się na stronie Yahoo.fr i zazwyczaj na niej kończy. Wszyscy sprawdzają pocztę i nie przeglądają za bardzo innych stron. Druga często odwiedzana strona to też Yahoo ale .com, czasem widzę, że ktoś coś szuka na Google. Paul i Innocent przeglądają różne rwandyjskie strony. Paul szuka zazwyczaj okazji na zarobienie pieniędzy i udział w jakimś przedsięwzięciu, Innocent szuka pracy.

Telefonia komórkowa

Wszyscy mają telefony Nokii. Przez cały czas pobytu widziałem tylko jedną motorolę i jakiś telefon nieznanej mi marki z klawiaturą gdzie obok normalnych znaków były też arabskie.

Wszyscy posiadają telefon w sieci MTN (łącznie ze mną). Druga sieć Rwandy to Rwandatel, ale nikt jej nie używa. To znaczy jest tak, że wiele osób, których na to stać ma dwa egzemplarze telefonów, jeden w MTN, drugi w Rwandatel. Jakiś czas temu ta druga sieć miała bardzo dobrą promocję. Teraz jest droższa od MTN i drugi telefon jest nieużywany.

Geografia

Nikt, zupełnie nikt nie wie gdzie jest Polska 🙂 No może Paul wie, bo sprawdził zapewne przed moim przyjazdem, ale nawet nauczyciele których szkolę tego nie wiedzą. Dlatego na początku szkolenia pokazuję mapę Europy i opowiadam trochę o naszym kraju. Szczególnie podkreślam, że naszym regionalnym zwierzęciem symbolem jest żubr. I żubra można zobaczyć za darmo, podczas gdy za wycieczkę do parku z gorylami – ich zwierzęciem-symbolem – trzeba zapłacić 500 dolarów.

Dodatkowo zadziwił mnie Maombi gdy mówiłem mu coś o Rosji i zapytał co to jest. Nawet jak powiedziałem, że to największy kraj świata, zastanawiał się czy Rosja i USA to to samo.

Biologia

To mnie najbardziej dobija. Jest tu tyle fajnej przyrody, która mnie jako biologa interesuje, ale nikt nie wie jak co się nazywa, nawet w kinyarwanda. Drzewo to drzewo i tyle. Ptak to ptak. Na niebie krążą piękne drapieżne ptaki, ale jak pytam Paula jak się nazywają, mówi, że po francusku to jest Carbou. Sprawdzam w google i okazuje się, ze według Paula potężnę ptaki drapieżne to po prostu kruki.

Kruki czy gawrony tu też są, ale przypominające nasze polskie sroki.

W efekcie sam ich edukuję, że to co biega po naszym domu to gekony, karaluchy, pająki i mrówki.

Telewizja

Ludzie nie mają telewizorów, a jeśli mają, to z tylko jednym kanałem telewizji państwowej. W telecentrum mamy talerz telewizji satelitarnej, dzięki czemu z kanałów „newsowych” mamy BBC, SKY News i Al Jazeera. Co z tego, skoro całymi dniami lecą tam muzyczne kanały z RPA? Nikt prawie poza mną nie ogląda wiadomości ze świata.

Niestety choć jest kilka kanałów sportowych, nigdzie nie ma relacji z wyścigów Kubicy. Robert (nie Kubica, a Sande) mówi, że czasem są retransmisje późno w nocy.

Telewizja rządowa jest nudna jak flaki z olejem, więc nie dziwię się, że nikt nie kupuje telewizorów 🙂 Raz trafiłem na coś w rodzaju relacji z obrad parlamentu, raz na relację w międzynarodowego festiwalu tańca afrykańskiego.

Show biznes

The Beatles, Bruce Willis, Madonna, Metallica – nikt nie wie co to. Z zachodnich gwiazd znani przede wszystkim są Celine Dion i Garou (już mam ich dość, tak często słyszę ich zawodzenie), ewentualnie gwiazdy amerykańskiego czarnego popu (Beyoncee, wybaczcie, ale tu akurat ja jestem noga i nawet nie wiem jak to napisać).

Największym hitem filmowym jest tu… Comando z Arnoldem Schwarzeneggerem 🙂 Ktoś pamięta jeszcze ten film? Tymczasem w telecentrum leci on raz na tydzień z płyty DVD i wszyscy, choć widzą to dziesiąty raz, podskakują z wiwatem na odgłos każdego wybuchu.

O Forreście Gumpie nikt tu nie słyszał. Nikt też nie słyszał o zeszłorocznym oskarowcu „Ostatni król Szkocji”, który rozgrywa się przecież w sąsiednim kraju. Nikt nie słyszał jakie filmy w tym roku dostały Oscara.

Filmy o Rwandzie są znane przynajmniej z tytułów, ale nie lubiane.

Polityka i ekonomia światowa

Kurs dolara jest sztywny i przez cały czas mojego pobytu wynosi 1 USD  = 550FRW, więc nikt specjalnie nie przejmuje się problemami nowojorskiej giełdy. Innocent wie, że USA ma teraz kryzys w tym względzie, ale wszyscy i tak uważają USA za raj nie do ruszenia. Podobnym rajem jest dla nich Europa. Nie mogą uwierzyć jak im mówię, że Polacy też wyjeżdżają do innych krajów w poszukiwaniu pracy i nie mogli też uwierzyć, jak napomknąłem coś o bezdomnych w Anglii. Według nich w Europie nie ma bezdomnych, a już na pewno nie w UK.

Ci bardziej oczytani wiedzą, że w USA będą wybory prezydenckie. Wszyscy chyba wiedzą kto jest prezydentem USA.

Mało kto wie o kryzysie w Gruzji, a jeśli nawet, to nikt się tym ani trochę nie emocjonuje.

Zasad działania Unii Europejskiej chyba nikt specjalnie nie rozumie. To znaczy wiedzą, że jest coś takiego, ale nie spodziewają się w niej zbyt wielkiej spójności.

Historia cywilizacji

Nie jest za bardzo znana. Mniej więcej kojarzą, że było coś takiego jak II Wojna Światowa, ale była bardzo dawno temu i nie działa się w Rwandzie. W Rwandzie najważniejsze jest, czemu się nie dziwię, wspomnienie ludobójstwa.

W telefonach komórkowych mają melodyjki Vivaldiego, Bethoveena, ale tylko ja o tym wiem, kto jest ich autorem.

Nikt nie wie co to łacina. Za to według nich każdy biały zna język angielski albo francuski. Bardzo się dziwię jak im mówię, że w Polsce mówimy po polsku. Myślą, że angielski to język natywny Polaków.

Wiedza o zdrowiu

Widzą jak rozprzestrzenia się malaria i wirus HIV. Inne choroby to dla nich czarna magia. Chora na anginę Agathe wykaszlała się na łyżeczkę, którą potem wsypała cukier do mojej herbaty i zamieszała. Paul uważa, że go oszukuję jak mówię, że moje zachorowanie na salmonellozę może mieć coś wspólnego ze stołowaniem się w jego restauracji, a już na pewno z widzianym tam przeze mnie szczurem. Kosze na śmieci są opróżniane ręcznie przez barmanki (dosłownie rękoma wyjmują śmieci z nich i niosą gdzieś na tyły budynku) i nie zdziwię się jeśli po tej operacji nikt nie myje rąk. Gdy któregoś dnia z miski z fasolą na moich i Maombiego oczach wylazł karaluch, Maombi zadbał by biedactwu nic się nie stało i mogło sobie spokojnie spacerować po stole.

Kto jest za to winien?

A raczej co jest odpowiedzialne za ten fatalny w niektórych aspektach stan rzeczy. Winowajcy są dwaj: bieda i edukacja.

Bieda nie tylko nie pozwala na zakup telewizora. Nie pozwala też na edukację. Darmowa jest tylko szkoła podstawowa i trzy pierwsze klasy szkoły średniej (odpowiednik naszego gimnazjum). Za liceum i studia trzeba płacić. Co mi wręcz ręce załamało, to fakt, że chociaż rząd Rwandy oficjalnie mówi, że stawia na edukację, za wypożyczenie książki w bibliotece też trzeba płacić. Tak samo za skorzystanie z komputerów w telecentrach. Słowem, jeśli nie masz pieniędzy, skończysz edukację po gimnazjum. Poziom szkół podstawowych uważam za fatalny – uczą tam osoby tylko po liceum.

Jak pisałem jest tu także bardzo, bardzo dużo ludzi takich jak Samuel, którzy nie potrafią nawet czytać, bo nigdy nie zaczęli żadnej szkoły.

Jedno dobre

Radio. Do radia ma dostęp prawie każdy i wiem, że tam odbywa się spora część edukacji skierowana do zwykłych ludzi. Są programy edukacyjne, ale i słuchowiska podobne do naszych polskich Jezioranów, gdzie specjalnie wplatane są wątki dotyczące osób chorych na AIDS i bohatorowie niby przypadkiem tłumaczą sobie nawzajem jak uniknąć tej choroby. Fajny pomysł.

Drugie dobre, to działalność organizacji pomocowych. Ja uczę obsługi komputerów nauczycieli, którzy potem będą tego uczyć w szkołach podstawowych. Inni przyjeżdżają z edukacją prozdrowotną. Ale to chyba zawsze będzie za mało, w kraju w którym rząd poludobójczym sierotom każe za szkołę płacić.

4 komentarze »

„W poprzednią sobotę” czyli idą wybory

Zacznę nie na temat od chwalenia się: dziś na GG Radek podesłał mi informację, że moje narzekania na zakładanie firm w Polsce i pamflety na ten sam temat odnośnie Rwandy trafiły jako osobny artykuł – streszczenie wpisu z bloga – na stronę główną Gazety. No proszę, artykuł napisałem trochę od niechcenia (planowałem od dłuższego czasu, ale nie planowałem, że napiszę go właśnie teraz) a tu taki splendor. Czy to prawda, że w Polsce sprzedają już koszulki z moją podobizną? 😉

Strona główna Gazety. Wystarczy, że komuś zadrży ręka z wrażenia, a zamiast na seksowną Kukulską może trafić na artykuł o mnie w Rwandzie!

Strona główna Gazety. Wystarczy, że komuś zadrży ręka z wrażenia, a zamiast na seksowną Kukulską może trafić na artykuł o mnie w Rwandzie!

Przy okazji skoro już czyta mnie redakcja Gazety Wyborczej, chciałem zgłosić, że ja ich ostatnio w ogóle nie czytam. Nie, że jakieś przekonania czy ideologie. Zwyczajnie w Rwandzie otworzenie strony Gazety trwa niemiłosiernie długo. Na zrobienie powyższego zrzutu ekranu czekałem ponad 10 minut, a jak widać nie wszystko się załadowało.

Ale nie musicie nic chyba zmieniać. Czytelników, choć najwyższej jakości, to mimo wszystko w Rwandzie macie wyjątkowo mało 😉

Dobra, wróćmy do soboty. Miałem ją zamiar opisać w miarę na bieżąco, ale szyki pokrzyżowało mi niespodziewane lądowanie na szpitalnej podłodze. A potem łóżku. Ale może i dobrze, bo sobota była preludium do zapoznawania się z tutejszą sytuacją polityczną; a jako, że wybory za 5 dni to postaram się obie sprawy połączyć.

Dyrektor jednego z tutejszych liceów, w którym pracuje Robert poprosił mnie abym zajrzał do nich i zobaczył czy da się coś zrobić z fatalnym stanem komputerów. Pomysł mi się spodobał, bo raz, że zobaczę jak wygląda liceum, a dwa wykażę się czymś ponadprogramowym. Zapytałem więc Roberta czy nie można by w sobotę rano, na co stanowczo odpowiedział, że nie. Trochę mnie to zdziwiło, bo jak do tej pory rzadko komu zdarzyło się choćby kręcić nosem jak proponowałem jakieś prace w sobotę, choć to kraj protestancki i sobota jest dniem nieco świątecznym („nieco” bo mimo wszystko i tak wszystko jest otwarte, choć krócej).

Ale Robert wyjaśnił, że każda ostatnia sobota miesiąca to dzień wyjątkowy, który w całej Rwandzie poświecony jest na kolektywne prace społeczne. Wszyscy, niezależnie od pozycji społecznej muszą udać się z samego rana do siedziby dystryktu gdzie lokalni liderzy powiedzą im co mają robić. I tak jedni pójdą karczować las, inni malować płoty, jeszcze inni czyścić rynsztoki… Od gospoś domowych po mera dystryktu. Natomiast lokalni liderzy będą spacerować ulicami i nagabywać wszystkich spotkanych dlaczego nic nie robią i zachęcać do wspólnej wytężonej pracy dla dobra ogółu.

Macie te same skojarzenia co ja? 😉 Powiedziałem od razu dla Roberta czemu jak mi o tym opowiada, śmieję się z tego, ale nie zrozumiał od razu. Musiałem wyjaśnić jakie takie działanie ma u nas konotacje związane z niedawną historią, ale z czasów, które sam słabo pamiętam. Przypominam sobie jak zaraz po przyznaniu nam prawa do organizacji Euro 2012 podniósł się rwetes po tym jak rząd zaproponował aby każdy społecznie odpracował miesięcznie ileśtam godzin czy dni przy budowie stadionów i autostrad 🙂 A oni tu jak jeden mąż idą i pracują dla dobra kraju. Zwolnione są z tego tylko dzieci i kobiety w ciąży. Kobiety bez ciąży pracują.

Dodatkową ciekawostką jest że w czasie tych prac nikt poza karetkami na sygnale nie ma prawa jeździć samochodem. Cały happening kończy się jednak o południu. Taki jest więc powód dlaczego nie wstawiam tu żadnego zdjęcia z czynu społecznego – zabawę zwyczajnie przespałem. Może to i dobrze, bo niektórzy mówili mi, że muzungu nie są z tych prac zwolnieni 😉

To nie koniec nawiązań do minionej epoki błędów i wypaczeń. Wieczorem usiadłem z Robertem i wypytywałem o sprawy podatkowe, przygotowując się do pisania już sławnego wpisu o firmach. W pewnym momencie Robert powiedział, że jest coś, co można nazwać pewnego rodzaju podatkiem. Otóż bowiem (niemal) każdy Rwandyjczyk jest członkiem rządzącej partii RPF i płaci „dobrowolną” składkę z tego tytułu. Do partii można oczywiście nie należeć, ale jak to ujął Robert bezpieczniej jest w niej być. Znów powiało znajomym chłodem sprzed lat? 😉

Pierwsze skojarzenia z czasami komunizmu i z PZPR może i są nieco słuszne. Krajem rządzi jedna partia RPF (w jeśli dobrze pamiętam sześćdziesięcioosobowym parlamencie – swoją drogą polecam rozważenie także i w naszym „tanim państwie” – opozycja posiada około 10 mandatów i do tego jest podzielona), prezydent kraju Paul Kagame to były (nie wiem czy i nie obecny) szef tej partii, wszyscy do niej należą i lepiej jest w niej być, żeby nie mieć problemów. Do tego jakiś czas temu odbyło się referendum z pytaniem czy obywatele chcą wydłużyć kadencję prezydenta z pięciu lat do siedmiu i obywatele odpowiedzieli, że tak. W wyborach głosuje ponad 90% uprawnionych (Innocent mówi, że 98) choć już teraz wszyscy mówią, że za 5 dni wygra znów FPR – Rwandan Patriotic Front, partia której symbolem jest zaciśnięta pięść od razu kojarząca mi się z ruchem Czarnych Panter z lat ’70 w USA. Wypisz wymaluj PRL. Otóż wszyscy mnie przekonują, że nie i coraz bardziej im wierzę.

Po pierwsze FPR to ugrupowanie, które powstrzymało rzeź w 1994 roku i za to cały czas ludzie ich kochają. Tak, kochają. Wszyscy chodzą w czapeczkach i koszulkach z ich logotypem lub kolorami, samochody, rowery są oblepione tym samym, w witrynach niemal wszystkich sklepów wiszą ich plakaty wyborcze.

Po drugie długoletnie jednowładztwo w tym kraju o dziwo się świetnie sprawdza. Brak sporów koalicyjnych, brak problemów z uzyskaniem większości głosów pozwala szybko publikować nowe ustawy. Jak już pisałem tworzone jest tu dobre prawo jakiego potrzebują ludzie, a nie grzebanie sobie po teczkach. Oczywiście powstają i dziwne pokractwa jak opisywane już przeze mnie rozporządzenie nakazujące burzenie domów przy głównych drogach i budowanie ich od nowa, ale co mnie strasznie dziwi, nikt tu się przeciw temu nie buntuje, a wszyscy biorą się do pracy.

Kolektywne prace nie mają tu żadnych złych historycznych skojarzeń. Tutaj jest Afryka w naturze ludzi jest współpraca, a nie konkurencja. Wspólne działanie to motto tych ludzi. Wiecie ile kosztuje butelka wody mineralnej w Nyamata? Trzysta franków. Wiecie ile ona kosztuje w każdym innym sklepie w całym kraju? Co do franka tyle samo. I tak jest tu z wszystkim: papier toaletowy to 200 FRW za rolkę gdziekolwiek bym go nie kupił. W Polsce byśmy to nazwali zmową cenową, tutaj natomiast konkurowanie ze sobą nie jest w dobrym tonie. Gdy konkurujesz, odłączasz się od innych.

Skąd więc wielka mobilizacja przed wyborami? Słowo daję pierwszy raz widzę Paula naprawdę zabieganego (a właściwie go nie widzę, bo ciągle jest gdzieś indziej). Dlaczego ludzie pójdą do wyborów i zagłosują na FPR, choć wszyscy wiedzą, że ta partia i bez ich głosu wygra? Dlaczego wszyscy do partii należą i łożą na jej utrzymanie? Delikatny strach.

Niemal wszyscy mieszkańcy Nyamata idą w tym samym kierunku. To marsz na wiec wyborczy FPR.

Niemal wszyscy mieszkańcy Nyamata idą w tym samym kierunku. To marsz na wiec wyborczy FPR.

Strach, ale nie przed gniewem partii czy jej represjami, a przed powrotem dawnych czasów. Problemy o których mówił Robert, jeśli nie jesteś w partii, to to, że ludziom od razu nasunie się podejrzenie, że jesteś z „nimi”. Jeśli nie głosujesz, to też popierasz „ich”. „Oni” to Hutu, ale w tym kraju nie można używać ani słowa Hutu ani Tutsi w tym kontekście, więc ludzie mówią po prostu „oni”. Nie popierasz obecnego rządu, który powstrzymał rzeź, więc jesteś po tej drugiej stronie. Strach też tu ma znaczenie, ale jest jednak jakby z tyłu. Przede wszystkim jest to radość z bycia razem. Niezależnie czy „razem” oznacza partię, czy roboty społeczne. Tutaj nikt już nie wierzy, że powtórzy się rok 1994, ale na wszelki wypadek dmucha się na zimne, zwłaszcza, że daje to wiele korzyści.

* * *

Nie wiem czy udało mi się to dobrze wyjaśnić, obawiam się, że nie 🙂 Ja sam gdy zacząłem się przyglądać tutejszej polityce i relacjom społecznym, patrzyłem na to z niedowierzaniem. Ale zapewniam, że z dnia na dzień mam coraz mniej wątpliwości i coraz słabiej podejrzewam, że to wszystko to tylko fasada, za którą kryje się reżim. Zresztą za kilka dni sami się być może przekonacie: do Rwandy dotarli już obserwatorzy Unii Europejskiej i zapewne po 15 września wydadzą opinię na temat uczciwości wyborów.


5 komentarzy »

Własna firma w Rwandzie

Własna firma w Rwandzie

Jakiś tydzień temu czytałem sobie artykuł o tym jakie problemy spotkała kobieta próbująca założyć domowe przedszkole. Kupa biurokracji, chodzenia od urzędu, do urzędu żeby kolejne razy wypełniać te same rubryczki i co odwiedzone miejsce to inna otrzymana informacja, często sprzeczna z tym, co się dowiedzieliśmy wcześniej. Ostatecznie przedszkola nie udało się legalnie otworzyć, z powodu licznych blokujących przepisów. Polecam wszystkim lekturę.

Tak sobie pomyślałem, że skąd ja to wszystko znam 😉 Sam miałem swoją jednoosobową działalność gospodarczą. Pamiętam dobrze bieganie na początku od Urzędu Miasta, do ZUSu, Urzędu Skarbowego, GUSu… No a potem karę jaką otrzymałem za niezapłacenie podatku VAT (efekt niejasnych przepisów, ale i mojego poddania się zawczasu w szukaniu ostatecznej ich interpretacji) i która tak mnie wkurzyła, że postanowiłem rzucić to w cholerę 🙂 Ja się produkuję, biegam, załatwiam, płacę podatki i ZUSy, żeby tylko legalnie sprzedawać na Allegro podczas gdy muszę konkurować z szarą strefą, która nazywała mnie frajerem. I faktycznie miała jak widać rację, bo to ja jako zarejestrowany byłem kontrolowany co najmniej raz w roku. Oni: wyrywkowo kilka osób z dziesiątek tysięcy. Ot, Polskie prawo.

Ale zostawmy Polskę. Po przeczytaniu lektury artykułu zastanowiłem się czy gdzieś może być gorzej niż u nas. Może – pomyślałem – pewnie w Rwandzie jest jeszcze bardziej rozpaczliwie. Zacząłem więc pytać i czytać jak to jest tutaj z własną firmą.

Zakładanie firmy

Założenie firmy nie jest łatwe. Trzeba mieć nieziemską determinację by przez to wszystko przejść.

Mianowicie trzeba udać się do miejsca, które nazywa się One Stop Office. Znajduje się w każdym dystrykcie w siedzibie jego władz. Siedziba dystryktu Nyamata znajduje się około 500 metrów od naszego domu. Jako, że nie ma tu komunikacji miejskiej (no jest, ale co to za komunikacja, rowerowa) już w tym punkcie sobie odpuściłem. Nie, że chciałem założyć firmę, jeszcze nie 😉 Chciałem zobaczyć jak to wygląda. Zamiast pójść, popytałem.

W One Stop Office trzeba powiedzieć urzędnikowi co chcemy założyć (Uwaga! Nie znają języka polskiego! Pewnym ratunkiem jest fakt, że każdy urzędnik mówi po francusku i angielsku) i dostaniemy formularz do wypełnienia. Niestety formularza też nie widziałem, więc nie powiem ile ma stron. Uwaga, formularz też jest nie po polsku, a po angielsku. Ułatwieniem jest fakt, że formularz wypełniamy razem z urzędnikiem, który cały czas wszystko tłumaczy co i gdzie wpisać.

Następnie należy udać się do… domu. Po dwóch, trzech dniach musimy wrócić do urzędu, by dowiedzieć się, że nasza firma jest już otwarta.

Wiem, wiem co sobie myślicie. A gdzie kolejne urzędy? Gdzie kolejne formularze? Gdzie pozwolenia, gdzie akceptacja sanepidu, gdzie kontrola straży pożarnej przed rozpoczęciem działalności? Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale wygląda na to, że te dzikusy tu mają te mityczne, obiecywane przez kolejne polskie rządy „jedno okienko”. Skandal. Co to za rząd, który sprzyja ludziom przedsiębiorczym?! W pierwszej kolejności powinni się zająć rozliczeniem z przeszłością, znaleźć zdrajców narodu, a gdzie załatwienie spraw z teczkami ludzi odpowiedzialnych za ludobójstwo?

OK. To też mi się udało ustalić. „Te dzikusy” już  to w większości załatwiły. Więzienia są pełne skazanych za ludobójstwo od tak dawna, że niektórzy już wychodzą. Ściganiem tych, którzy uciekli za granicę zajmuje się międzynarodowy trybunał ICTR z siedzibą w Tanzanii. Mimo to rząd nadal zajmuje się też rozliczeniem z przeszłością ściśle z nim współpracując. Tyle, że to nie paraliżuje innych prac legislacyjnych.

No ale odbiegam od tematu. Przepraszam, to przez to, że dziś rano na jednym z polskich portali widziałem, że znów został wznowiony proces Kiszczaka. Jeszcze 20 – 30 lat i rozliczenie z komuną będziemy mieć za sobą.

Podatki

System podatkowy Rwandy można porównać do węzła gordyjskiego. Tego, kto go opanuje choćby w podstawach, można śmiało nazwać mistrzem świata.

Nieskromnie więc napiszę, że zostałem mistrzem świata 🙂 No może jeszcze nie do końca, bo sam nie mogę uwierzyć, że wystarczyła mi na to godzina. Otóż cały system podatkowy (cały!) zapisany jest w jednej ustawie. I do tego liczącej dwadzieścia stron.

Z moim polskim doświadczeniem nie mogę w to uwierzyć. Na pewno gdzieś są skrzętnie ukryte kolejne ustawy zmieniające ustawę, rozbudowujące ją, nowelizacje, interpretacje i inne kłody pod nogi. Ale nie mogłem ich znaleźć. A to, że nie mogłem ich znaleźć to przecież nie dowód na to, że ich nie ma, a na to, że są bardzo dobrze ukryte!

No ale przyjrzyjmy się temu o czym piszą na stronie Urzędu Skarbowego Rwandy i co jest w przeczytanej przeze mnie ustawie.

Podatek VAT:
Wynosi 18%, wyjątki są nieliczne, głównie zwolnione z podatku są dobra importowane z za granicy poprawiające sytuację gospodarczą kraju (na przykład komputery). Płaci go każdy przedsiębiorca.

Podatek dochodowy:
Ha! I tu ich mam, prymitywy nie wiedzą co to dobrze w Polsce znany podatek liniowy, dyskutowany od lat, więc zapewne już dawno w kraju nad Wisłą wprowadzony dla wszystkich. Podatek jest progowany zarówno dla firm, jak i osób prywatnych i wynosi:
– 0% (zero procent) jeśli twój roczny dochód nie przekroczył 360000 FRW (na dzień dzisiejszy 654 USD)
– 20% jeśli twój roczny dochód nie przekroczył 1200000 FRW (2181 USD)
– 30% w najwyższym progu podatkowym

Jeśli jednak twój roczny obrót nie przekracza 200000000 FRW (około 36000 USD) zapominasz o progach i płacisz 4% od obrotu.

ZUS i inne podatki ukryte

Innych podatków (lokalnych, gruntowych…) nie widzę (widzę nieliczne wzbogacenia), ale przypominam: to, że ich nie widać i wszyscy mówią, że ich nie ma, oznacza tylko, że są skrzętnie ukryte, by gdy przyjdzie co do czego, urzędnik wyciągnął podczas kontroli tajemniczy przepis i zażądał kary rozkładającej twój mały biznes.

Ha! Ale ZUS za to mają (kiedyś pisałem, że za służbę zdrowia się płaci przy wizycie u lekarza, ale okazuje się, że nie wiedziałem jeszcze wszystkiego).

Każdy obywatel Rwandy, niezależnie czy pracuje czy nie, musi z własnej kieszeni płacić składkę podstawową. W tragicznej do zniesienia wartości tysiąca franków czyli dwóch dolarów. Rocznie.

Dodatkowo za osoby zatrudnione płaci następna składkę pracodawca. Niestety nie znam liczb, ale o ile się już dowiedziałem nikt tu niestety nie wpadł na rewelacyjny polski pomysł, aby stawka była jednolita dla każdego, niezależnie czy firma przynosi zyski, czy straty. W Polsce co miesiąc za pracownika i za siebie pracodawca musi zapłacić prawie tysiąc złotych od głowy. Tutaj płaci procent od wysokości wynagrodzenia. Za siebie płacić nie musi, ale jeśli zachoruje, przy wizycie zapłaci całą kwotę.

Składka „ZUSu” nie pokrywa jednak kosztów wszystkich świadczeń. Jeśli ktoś choruje „delikatnie” za wizytę musi dopłacić z własnej kieszeni. Sam wybiera gdzie będzie leczony i co za tym idzie ile dopłaci. Jednak jeśli sytuacja zagraża życiu (nawiązując do polskiej sytuacji: przypadek znajduje się w koszyku świadczeń gwarantowanych), nikt go nie zapyta o pieniądze. Zostanie wyleczony, wtedy szpital wystawi mu rachunek, a jeśli nie jest go stać, nie musi płacić – szpital jest od takich przypadków ubezpieczony i pokrywa to prywatna firma ubezpieczeniowa.

I nieco z innej beczki: jeśli jesteś obywatelem Rwandy i pracujesz jako wolontariusz, masz zapewnione ubezpieczenia zdrowotne. W Polsce jak zostajesz wolontariuszem, masz nie tylko wyrwę w płaceniu składek emerytalnych, ale jak zachorujesz, za wizytę musisz zapłacić z własnej kieszeni. Tak, to nie pomyłka: w Polsce bardziej się opłaca migać od pracy i być na bezrobociu, bo wtedy masz i ubezpieczenie i kuroniówkę, niż pracować społecznie. Jak jesteś wolontariuszem nie masz oczywiście ani pensji, ani ubezpieczeń, ani składek na emeryturę, a dodatkowo jak chcesz żyć, musisz zapłacić. Ustawa o wolontariacie jest pisana z tego co wiem, ale nie zapominajmy o kolejności uczuć: najpierw przewałkować siedem razy byłych esbeków, potem zająć się tym, czego potrzebują ludzie.

Kary

Wszędzie na  świecie się może zdarzyć, że niezależnie jak prosty jest system podatkowy, to można za niego dostać karę. Ot, choćby spróbuj się spóźnić ze złożeniem oświadczenia podatkowego.

W Polsce w takiej sytuacji mamy wyjścia dwa: albo dostaniemy małą karę, albo urzędnik zasunie nam dziesiątkami tysięcy złotych, jak w przypadku poważniejszych spraw. Jak dostaniemy małą karę, to pół biedy (wyjścia w postaci braku kary nie ma, bowiem urzędnik o ile wiem z rozmów z nimi ma odgórne przykazy ile kar ma przyznać i od wysokości nałożonych kar, ma naliczaną premię).

Jak dostaniemy dużą karę, możemy poprosić o jej zmniejszenie i wtedy mamy dwa wyjścia. Kara zostanie zmniejszona albo i nie. Jak zostanie zmniejszona to pół biedy. W moim przypadku ten etap zadziałał. Ale po cóż mamy w Polsce uznaniowość urzędniczą przepisów i wysokości kar?

Otóż na przykład jak urzędnik nadal się upiera przy karze dziecięciu tysięcy złotych, zawsze zostaje nam szansa na sakramentalne: „panie kierowniku, a może by tak trzy tysiące na karę, trzy tysiące dla pana i trzy tysiące zostawione dla mnie?” Polak z Polakiem zawsze się przecież dogada 😉 Ale chciałbym wierzyć, że tak już nie jest.

W Rwandzie to jednak nie przejdzie. Tu nie ma widełek. Za wszystkie drobne wykroczenia związane z podatkami płacisz tyle samo. Mali przedsiębiorcy (obrót do 20 milionów franków) płacą 180 dolarów, duzi trzy razy więcej. I gdzie tu miejsce na kręcenie lodów? Skandal 😉

Podsumowanie

Co chwila powtarzam znajomym, że ze smutkiem odliczam dni, jakie zostały do powrotu do Polski. Rwanda nie jest krajem idealnym, o czym się zapewne przekonaliście czytając poprzednie wpisy, ale boję się, że dostanę depresji jak znów wrócę do Polski. Tu mimo, że to środek Afryki, bieda i kraj, w którym czternaście lat temu we wzajemnej rzezi wytłukło się prawie milion ludzi w sto dni, prezydent – były szef zwycięskiej formacji FPR, bohater wojny domowej – nie grzebie ludziom, którzy zabili jego rodzinę w teczkach, a robi to co jest według niego najważniejsze dla kraju podnoszącego się z katastrofy. W 2000 roku opublikowano dokument „Rwanda Vision 2020” – odpowiednik naszego wciąż rodzącego się w bólach Narodowego Planu Rozwoju – w którym ludobójstwo jest wskazane jako przyczyna obecnej sytuacji, a jako rozwiązanie podana jest nie lustracja, a dążenia do poprawy jakości życia przez rozwój przedsiębiorczości, poprawę sytuacji zdrowotnej i rozwój społeczeństwa opartego na wiedzy (m.in. informatyzację kraju). I nie skończyło się na dokumencie – to już działa lub jest wdrażane.

A u nas? Zimno, na ulicy zamiast usłyszeć dobre słowo, można dostać w ryja. W polityce zapowiedzi jednego okienka, koszyka świadczeń, podatku liniowego są przesłaniane co chwila to nowymi pomysłami na lustrację i kolejnymi ich uwaleniami. A na koniec czerwony pasek w TVN-ie i wielkie halo na cały tydzień, że premier znów nie pocałował w d.ę prezydenta.

„Sto lat za murzynami”.

24 komentarze »