Posts tagged afryka

Malaria

Skrzyp, skrzyp, skrzyp…

Tak skrzypi śnieg za oknem, gdy się po nim chodzi. Powiedzmy, że to właśnie ten nieustanny hałas spowodował, że blog się znów obudził. Nic dziwnego, tutaj w niby-Rwandzie upał niesamowity, a tymczasem za oknem jakiś dziwny dźwięk. Nie przypomina to szurania klapek zrobionych ze starych zużytych opon, nie przypomina też równikowego deszczu bębniącego w blaszane dachy, nie ważne jak mały miałby to być deszcz.

Ale prawda jest inna, blog się budzi bym napisał Wam nieco o malarii. Zostałem o to poproszony przez lekarzy, abym na bazie swojej wiedzy i doświadczeń opisał tą chorobę na moim blogu muzungu.pl. Sam podpowiedziałem, że dobrym, a nawet może lepszym miejscem na opisanie będzie ten właśnie blog, czyli Konrad Jest w Rwandzie. Blog jest już o tyle martwy, że nie piszę na nim (bo nie jestem już w Rwandzie) i jest o tyle żywy, że wciąż odwiedza go bardzo dużo osób. I dobrze, bo fajnie jest wiedzieć, że zainteresowanie moim pobytem w Rwandzie z Waszej strony nie skończyło się wraz z moim powrotem do kraju.

Wciąż mam tutaj jeszcze wiele wejść, wiele osób szuka informacji turystycznych związanych z wyjazdem do Afryki, według statystyk google bardzo często szukacie tu informacji jak się do takiego wyjazdu przygotować, szukacie wskazówek dotyczących zdrowia. Pisałem już o tym, ale nigdy za wiele. Szczególnie na pewno brakuje tu osobnego artykułu dotyczącego malarii. Fakt, że na nią nie zachorowałem (choć kto go tam wie), ale choroba ta jest sporym problemem i co roku dotyka wielu Polaków podróżujących do Afryki. Zatem poniżej moje wskazówki. Pisałem już o tym na muzungu.pl, ale tutaj postaram się opisać wszystko bardziej zwięźle.

O samej chorobie jako takiej.

Mam wykształcenie biologiczne, więc pozwolę sobie nieco się powymądrzać 😉 Choć nie za dużo. Dokładne informacje znajdziecie na przykład tutaj. Ja tylko wspomnę o tym co najważniejsze.

Wspomnę o tym, że jest to choroba roznoszona przez komary widliszki (występujące także w Polsce, ale nie groźne z powodu opisanego za chwilę), jednak komary są tylko wektorem, czyli organizmem roznoszącym, a prwadziwym patogenem jest pierwotniak o nazwie zarodziec malarii. To on dla pełnego cyklu życiowego musi część życia spędzić w ciele człowieka, a część w ciele komara (i to jest właśnie powód dlaczego w Polsce widliszki groźne nie są: nawet jeśli dostaną się do nich zarodźce, jest im za zimno by przejść cały cykl rozwojowy).

Wspomnę też o tym, że jest to choroba śmiertelna, na którą niestety nie ma szczepionek. Można co prawda wykształcić częściową na nią odporność, najczęściej na dwa sposoby: przejść malarię w swoim życiu (nie polecam) lub przyjmować przez cały czas pobytu w tropikach leki antymalaryczne. Żadna z metod nie gwarantuje 100% bezpieczeństwa, a jedynie obniża ryzyko zachorowania.

Czy ryzyko zachorowania jest duże? Niestety nie wiem, bo to wartość relatywna. Z jednej strony w tropikach tylko jeden komar na 300 jest zainfekowany zarodźcem. Z drugiej strony malaria w tropkiach jest odpowiednikiem pod względem zachorowywalności chyba naszej grypy. Sami sobie odpowiedzcie na jak duże oceniacie teraz ryzyko zachorowania na grypę.

Przygotowania do wyjazdu.

Przede wszystkim spotkanie z lekarzem. Jest wiele miejsc gdzie możecie znaleźć listę lekarzy chorób tropikalnych, na przykład tutaj lub tutaj.

W wyniku spotkania na pewno dostaniecie receptę na leki antymalaryczne i zdecydowanie polecam z niej skorzystać jeszcze przed wyjazdem. Ja w Rwandzie nie widziałem nigdzie leku, jaki mi został przypisany, więc na pewno bym go nie wykupił (nazwy leku specjalnie nie podaję, aby nikogo nie sugerować co do wyboru, o tym niech zdecyduje lekarz).

Ponadto zaopatrzcie się w repelenty przeciw komarom. Wypatrujcie tych, które zawierają w sobie związek DEET; uważa się bowiem że ten jest wyjątkowo nielubiany przez widliszka. Niestety ciężko takie środki wypatrzeć w aptekach czy sklepach. Ja już się nauczyłem, że DEET zawiera repelent o nazwie Bross. Jest tani, tańszy od repelentów reklamowanych w telewizji, więc zawsze go kupuję.

I ubezpieczenie. Wykupcie koniecznie, bo jeśli juz trafi Wam się pójść do szpitala czy zwykłego lekarza, bez ubezpieczenia taka wyprawa może Was naprawdę bardzo dużo kosztować.

(W tym artykule opisuję tylko kwestie związane z malarią, dlatego nie wspominam na przykład o szczepieniach na inne choroby jak żółtaczka; o tym na pewno wspomni lekarz w czasie wizyty opisanej wyżej)

Na miejscu.

Na szczęście na miejscu nie musi się wcale okazać, że jest aż tak źle (choć na pewno zależy to od kraju). W Rwandzie wcale nie latały za mną chmary komarów. Prawdę mówiąc jak już kilka razy wspominałem widziałem jednego komara na kilka dni w porze suchej i kilka komarów na dzień w porze deszczowej. Nie przygotowujcie się więc na to, że będziecie cały czas w panice wieczorami rozglądać się za komarami i bez przerwy oklepywać się.

Mimo to nie zapominajcie dmuchać na zimne. Wyjmijcie repelenty i spryskajcie się nimi przed wieczorem.

Sprawdźcie moskitierę w oknie lub nad łóżkiem. Jeśli będzie miałą dziury (a będzie miała na 100%) pozaklejajcie je choćby zwykłą taśmą klejącą.

Unikajcie szarej godziny, czyli momentu gdy zaczyna się robić ciemno. Wtedy ryzyko zakażenia jest największe, bo wtedy właśnie komary ruszają na łowy. Na szczęście szara godzina trwa na równiku bardzo krótko i nazwałbym ją raczej szarymi minutami. Jak to wygląda pokazywałem na przykład tutaj 🙂

Z wszelkimi objawami jakiejkolwiek choroby idźcie do lekarza. Bez skrępowania. Pamiętacie? Wykupiliście przecież ubezpieczenie, więc dlaczego nie korzystać by z niego? 😉 Niestety objawy malarii są bardzo różne i ciężko samemu stwierdzić czy to właśnie ta choroba czy coś innego. Co więcej niektórzy mogą ją przechodzić dość łagodnie, tak więc nawet zwykła biegunka z podwyższoną temperaturą może być malarią (jednak traktujcie to raczej jako ewenement niż coś, co na pewno was spotka; bardziej nastawcie się na wysoką gorączkę, poty i utratę przytomności).

Po powrocie.

Niestety powrót do kraju nie oznacza końca ryzyka zachorowania na malarię. Jeszcze prze kilka dni po powrocie bierzcie leki antymalaryczne (ile, o tym zdecyduje lekarz). Pamiętajcie także, że uznaje się, że na malarię można zachorować nawet po roku od zakażenia zarodźcem. Tak więc koniecznie przy każdej chorobie przez rok po powrocie wspominajcie o tym lekarzowi rodzinnemu, tak by ewentualnie wykluczył malarię, lub zdecydował o dalszych badaniach.

Więcej:

Więcej na ten temat znajdziecie:

na moim blogu pod tagiem malaria

na stronach malaria.com.pl lub Centrum Informacji Medycyny Podróży

u lekarzy medycyny tropikalnej 🙂

Pamiętajcie też aby nigdy w stu procentach nie ufać informacjom znalezionym w sieci, także mi. Tu w końcu chodzi o Wasze zdrowie i Wasz organizm.

2 Komentarze »

Wolontariat w Afryce. Sudan, ktoś chętny?

Poprzez tajemną sieć kontaktów z ludźmi związanymi z pracą w projektach pomocowych dotarła do mnie oferta wolontariatu w Sudanie. Treść jej była następująca:

Firma Tricomp (http://www.tricomp.com.pl), która obecnie prowadzi projekt infrastrukturalny w Sudanie, poszukuje wolontariusza do pracy w terenie – miejscowość Juba.

Praca wolontariusza będzie polegała na:

– sporządzaniu dokumentacji fotograficznej oraz sprawowaniu opieki nad stroną internetową projektu;
– przygotowywaniu raportów z postępu budowy;
– tworzeniu materiałów o charakterze PR dla klientów firmy.

Oprócz obowiązków redaktorskich, przyda się także ogólna pomoc w utrzymaniu ładu w biurze – czyli zdolności organizatorskie mile widziane. Mogą zdarzyć się także inne ciekawe wyzwania.

Poszukiwana jest osoba o zamiłowaniu dziennikarskim z umiejętnością wykonywania artystycznych fotografii.

Jeżeli jesteście zainteresowani, lub znacie kogoś kto chciałby w takim charakterze pracować – proszę o kontakt z Magdaleną Kowalską:

mkowalska małpa tricomp.com.pl

W między czasie z Panią Kowalską ustaliłem kilka rzeczy, którymi też mogę się chyba z Wami podzielić:

  • Firma zapewnia przeloty, zakwaterowanie, wyżywienie i ubezpieczenie
  • Data rozpoczęcia współpracy : praktycznie od zaraz
  • Data zakończenia 31.08.2009  do negocjacji z możliwością przedłużenia
  • Tygodniowe kieszonkowe: 30 SDG /15 USD
  • Tygodniowy limit na rozmowy telefoniczne 10SDG/5 USD

Dlaczego dzielę się z Wami tymi tajnymi informacjami? Powodów jest wiele: bo Was lubię 😉 , bo ja niestety nie mogę podjąć się tego zadania w tej chwili, bo Pani Magda zgodziła się na umieszczenie tego na moim blogu, bo oboje mamy nadzieję, że ktoś z Was może się zdecyduje.

Pytaliście mnie wiele razy jak zostać wolontariuszem w Afryce, ja Wam już napisałem, że nie jest to takie łatwe. I teraz się nadarza okazja. Jeśli ktoś jest naprawdę zdeterminowany, to pisać na wyżej podany adres email. Kto wie, może powstanie czyjś kolejny blog pt „Julia/Marcin/Zosia jest w Sudanie”? 😉

Ja jak wspomniałem podjąć się nie mogę. Przyznam, że cały dzień się z tym gryzłem i z nieco ciężkim sercem zrezygnowałem. Obecnie zajmuję się małymi rzeczami, ale jednak czymś tam się zajmuję. Co więcej wyjazd jest od zaraz, a ja musiałbym najpierw nieco podreperować zdrowie (uwierzycie, że wciąż nie zająłem się bolącymi zębami jeszcze z czasów Rwandy? (Teraz bolą już mniej, ale jednak) Otóż okazało się, że to nie zęby, a sprawa neurologiczna, dokładnie neuralgia, a do neurologa jeszcze się nie wybrałem. Musiałbym to jednak przed wyjazdem zrobić).

Tak więc informację przesyłam dalej, a sam ewentualnie czekam na kolejne oferty, tylko już płatnej pracy.

18 Komentarzy »

Zgłosiłem się do konkursu na Blog Roku 2008

Nie na ten, do którego zgłaszają się ostatnio wszyscy i w którym głosujący muszą wybulić kasę na sms, żeby zagłosować. Wyjaśniam od razu 🙂 Nic nie trzeba płacić.

blog_rokuKiedyś jak jeszcze siedziałem w Rwandzie sami mi zaproponowaliście abym wystartował w jakimś konkursie, to na mnie zagłosujecie. A więc zaczął się właśnie konkurs serwisu Wiadomości24.pl na Blog Roku 2008. W takim mogę wystartować. Nie trzeba nic płacić za udział, nie trzeba ni płacić za głosowanie. Zagłosować może więc każdy, niezależnie od zasobności portfela 🙂

Głosowanie rozpocznie się 5 lutego, więc na razie spokojnie sobie czekajmy. Dam znać kiedy już będziecie musieli się zmobilizować i poklikać gdzie trzeba 🙂

Czy wygram: niestety wątpię, ale może mnie pozytywnie zaskoczycie. Blog jakby nie było swój szczyt świetności (a właściwie szczyty) ma już za sobą. Jednak wszystkie one przypadły właśnie w 2008 roku, a to konkurs na blog z tamego okresu.

Fajnie by było dostać laptopa. Dopowiem, że i wśród głosujących rozlosowane zostaną nagrody (o ile dobrze zrozumiałem regulamin).

6 Komentarzy »

Jak zostać wolontariuszem (zagranicznym)?

Sądząc po Waszych komentarzach i po prywatnej korespondencji panują w Polsce dwie rzeczy: brak informacji o tym jak zostać wolontariuszem i przekonanie, że ja takie informacje posiadam.

Z pierwszym się zgodzę. Przynajmniej 1,5 roku temu, gdy w głowie pojawił mi się pomysł aby wyjechać jako wolontariusz do Afryki, nigdzie nie mogłem znaleźć informacji jak to zrobić. Z drugim jednak do końca zgodzić się nie mogę: to, że udało mi się w końcu na taki wolontariat wyjechać, nie znaczy, że można mnie traktować jak eksperta w tej dziedzinie. No ale dobrze – postaram się jednak co nieco w tym temacie napisać. Jednak pamiętajcie, że piszę jedynie na bazie swojego, skromnego doświadczenia. Poniżej opiszę jak to było w moim przypadku, napiszę o innych zasłyszanych przeze mnie przypadkach i podrzucę może kilka adresów www, gdzie można znaleźć na ten temat więcej informacji.

Po pierwsze: zastanów się co robisz

Poważnie. Chcesz tego czy nie, ale prawda jest taka, że nawet jak siedzisz i czytasz to, co teraz piszę, bierzesz udział w wyścigu szczurów. Mniejszym lub większym, ale zarabiasz pieniądze (lub przynajmniej starasz się oszczędnie je wydawać) lub zdobywasz właśnie wiedzę w szkole lub na uczelni by w przyszłości móc te pieniądze zarabiać. Twój pracodawca za Twoimi plecami odkłada składki emerytalne, im więcej ich zostanie odłożonych, tym większą (przynajmniej w teorii) emeryturę będziesz mieć.

Wyjazd na wolontariat to pauza w powyższym. Przesiedzisz w Afryce kawał czasu, a po powrocie będziesz mieć tyle samo pieniędzy co przed wyjazdem, ten sam poziom edukacji akademickiej i tyle samo na koncie emerytalnym. Niby ok, ale uwierz, że nawet jeśli kontestujesz wyścig szczurów, świadomość, że Twoi rówieśnicy mają w tej chwili nieco lepszą sytuację niż Ty, nieco uwiera.

Co więcej pobyt w Afryce to na mur beton mniejszy lub większy ubytek na zdrowiu. Wszystkie spotkane przeze mnie tam osoby, jeśli nie opowiadały mi o pobycie w szpitalu, to przynajmniej narzekały, że czują, że jest coś nie tak. Jak wiecie i ja zaliczyłem pobyt w szpitalu, a okolicach jelit do dziś czuję dziwne ukłucia.

OK. Jeśli się nie zniechęciłeś to… gratuluję 🙂 Jeśli się zapomni o powyższym to wolontariat w Afryce jest tak naprawdę bardzo świetną sprawą! Robisz coś dla innych ludzi, wiesz, że robisz coś, co jest dobre, a przy okazji przeżywasz przygodę życia. Wspomnienia są naprawdę niesamowite, przydaża Ci się coś, co zapewne nie spotka większości ludzi nigdy. I tak: ludzie faktycznie robią teraz wielkie „łał” gdy słyszą skąd właśnie wróciłem i co zrobiłem. Zatem w ogólnym rozrachunku wolontariuszem być naprawdę warto.

Po drugie, nie płać

Uważaj. Wiele osób chce zostać wolontariuszem i są na świecie ludzie, którzy wyczuli w tym niezły interes. Pisałem już o sekcie, która werbuje nowych członków pod przykrywką wolontariatu w Afryce. Są też „organizacje”, które robią płatne szkolenia przyszłych wolontariuszy (z których nic potem nie wynika, poza nic nie wartym papierkiem).

Pamiętaj: wolontariusz nie zarabia, ale nie jest też frajerem. Jeśli trafisz kiedyś na ofertę wolontariatu zagranicznego, do którego musiałbyś się dołożyć, niech Ci się od razu zapali czerwona lampka ostrzegawcza.

No dobra, to jak trafić do tej Afryki?

„Dosyć tego owijania w bawełnę, napisz mi gdzie mam się zgłosić, aby za 2 miesiące być już w Afryce”. Niestety jeśli masz takie podejście, odpowiedzieć mogę tylko: do biura podróży.

Zmartwię Was. Szukanie opcji wyjechania na wolontariat do Afryki zaczynając od szukania opcji wyjechania na wolontariat do Afryki skończy się porażką. Tak ja szukałem półtorej roku temu. Wpadłem na pomysł aby wyjechać, wszedłem na Google i nic nie znalazłem. Teraz się temu nie dziwię.

Jakby nie było, taki wyjazd ma w sobie jakąś wartość i nie tylko Ty jeden chciałbyś przeżyć tego typu przygodę. Konkurencja między potencjalnymi wolontariuszami istnieje. Nie jest co prawda drapieżna, ale jest. I człowiek z ulicy, który sobie zamarzył, że będzie jak Ania Mucha czy Angelina Jolie, na wyjazd nie ma szans.

Wolontariat trzeba jako tako czuć. Na szkoleniu w MSZ przed wyjazdem spotkałem około 20 innych wyjeżdżających. I wśród nich nie było nikogo, kto by nie był już teraz wolontariuszem lub pracownikiem organizacji pomocowej. Bo wolontariat w krajach rozwijających się to jest jednak jakiś kolejny szczebel w wolontariackiej karierze.

Najpierw musisz chcieć pomagać ludziom. Potem musisz się sprawdzić w Polsce i udowodnić, że faktycznie chcesz pomagać, a nie robisz to w jakiś ukryty sposób wyłącznie dla siebie.

Jak było w moim przypadku? Po bezowocnych przeszukiwaniach Googla pogodziłem się z tym, że wolontariat w Afryce to mit. Zapomniałem już nieco o nim i po 3 miesiącach n GoldenLine trafiłem na ogłoszenie, że w moim Białymstoku szukają osób, które jako wolontariusze chciałyby szkolić starsze osoby z zakresu podstawowej obsługi komputerów. Na tym się znam, miałem zdecydowanie za dużo wolnego czasu (w pracy spędzałem 2-3 godziny dziennie przez 3 dni w tygodniu, więc uwierzcie, że naprawdę się nudziłem), zatem się zgłosiłem.

Byłem więc sobie wolontariuszem i naprawdę bardzo mi się to spodobało. Dopiero na wiosnę, po ponad pół roku zupełnym, zupełnym przypadkiem dotarła do mnie informacja, że pojawiła się opcja wyjechania do Afryki by robić to samo co w Białymstoku. I tak oto wylądowałem w Rwandzie.

Zatem

Zatem jeśli, chcesz zostać wolontariuszem, zacznij myśleć o tym jak o pomaganiu, a nie o jako opcji wyjazdu do egzotycznego kraju za darmochę. Naprawdę spodziewasz się, że pstrykniesz palcami i zaraz się znajdziesz pod palmą, gdzie będziesz leżeć pod palmą, wygrzewać się w słońcu i od biedy raz na jakiś czas wykopiesz kawałek studni, czy opatrzysz skaleczony palec? Zapomnij.

  1. Zostań wolontariuszem w kraju. Zastanów się na czym się znasz, w czym chcesz pomagać i znajdź do tego miejsce, na przykład na Portalu Organizacji Pozarządowych.
  2. Nie traktuj powyższego jako szczebla w drabinie do Afryki. W mojej organizacji jest nas teraz około sześćdziesiątka zarejestrowanych wolontariuszy, a póki co tylko ja wyjechałem. Nikt – w tym i ja – nie wstępował do organizacji z nastawieniem, że kiedyś gdzieś wyjedziemy, czy będziemy mieć jakieś inne profity. Wolontariat to jest poświęcenie się i praca bez oczekiwania jakichkolwiek profitów.
  3. Nikt Cię nie będzie namawiał na wyjazd, wręcz przeciwnie. Gdy pierwszy raz napisałem do CWR z pytaniem czy zgodzą się być moją organizacją wysyłającą, odpisali mi żebym spadał 😉 (oczywiście nie tymi słowami). I bardzo słusznie. Dopiero jak zauważyli, że jestem naprawdę zmotywowany by pojechać, gdy wybrałem się na spotkanie z MSZ aby dowiedzieć się szczegółów na temat całej akcji wyjazdu, gdy napomknąłem, że sam będę pisał projekt, napisali do mnie jeszcze raz, że jednak znajdzie się miejsce na ich liście projektów także dla mnie. Udowodniłem, że naprawdę chcę jechać, pokazałem, że zajmę się sam sobą, a nie oczekuję, że ktoś za mnie odwali jakiś kawałek roboty. Dowiedziałem się, że pytań o możliwość wyjazdu CWR jak i inne organizacje mają na pęczki. Zdecydowana jednak większość pytających wolontariat rozumie jako rodzaj wakacji pod palmami.

Dla tych, którzy wiedzą lepiej

„Tere fere. W internecie jest przecież wiele stron, które aż zachęcają do wyjazdu”. OK, mogę się oczywiście mylić. Tak jak napisałem, nie jestem w tej kwestii żadnym ekspertem, więc być może miałem pecha, że nic nie znalazłem na skróty. Faktycznie, jest wiele stron i organizacji, które wręcz krzyczą „szukamy wolontariuszy do pracy w tropikach!”. Skoro krzyczą, o zapewne wysyłają 🙂 Zatem poniżej adresy dla chcących iść na skróty.

EVS czyli European Voluntary Service http://www.evs.org.pl/ na stronie są adresy email osób, do których można napisać i zgłosić się do wyjazdu jako wolontariusz. Nie wiem jednak na ile jest to skuteczne. Wiem, że Społeczne Pracownie chyba będą za ich pośrednictwem wysyłać kilku naszych wolontariuszy do innych krajów Europy.

UNV czyli Wolontariat ONZ http://unv.org/ Na górze strony można kliknąć w „How to volunteer” i zostawić CV. O ile się orientuję na tym się skończy.

Polska Pomoc, czyli pomoc MSZ (to właśnie w ramach Polskiej Pomocy trafiłem do Rwandy) http://www.polskapomoc.gov.pl/ Po prawej stronie jest opcja rejestracji i zgłoszenia się jako potencjalny wolontariusz. Zamysł jest taki, że po rejestracji traficie do bazy, którą będą przeglądać polskie organizacje pomocowe, gdy będą szukać wolontariuszy do swoich projektów. Tyle, że jak napisałem, organizacje nie narzekają na brak osób zainteresowanych wyjazdem i jeśli mają wybierać kogoś, kogo wyślą, I jestem niemal pewien, że w pierwszej kolejności wybiorą kogoś, kto ma już doświadczenie jako wolontariusz i jest im w jakiś sposób znany.

Lekarze Bez Granic http://www.msf.org/ To oczywiście oferta dla profesjonalistów. Nie mam pojęcia na ile jest skuteczne zarejestrowanie się u nich, jednak spotkałem osoby, którym udało się nawet kilka razy tą drogą wyjechać do Afryki.

Dla tych, którzy już zrezygnowali

Mam nadzieję, że część z Was odwiodłem od bycia wolontariuszem, tylko po to, aby zwiedzić świat 🙂 Bo nie tędy droga.

Nie oznacza to jednak, że poza wolontariatem nie ma żadnej możliwości taniego, czy wręcz darmowego zwiedzania świata. Są międzynarodowe kluby zrzeszające ludzi, którzy za darmo mogą kogoś przenocować, podwieźć gdzieś czy oprowadzić po mieście. Znane mi to http://www.hospitalityclub.org/ i http://couchsurfing.org/. Sam jestem zarejestrowany w obu, ale korzystam tylko z tego pierwszego. Na razie póki co goszczę ludzi (miałem już gości z Francji, Niemiec i Białorusi oraz pytania z Finlandii i Maroko), ale często czytam relacje z podróży różnych osób i widzę, że zdarza się w ten sposób zwiedzić całe kontynenty. Gdy będę planował jakieś wyprawy, na pewno będę rozważał nocowanie w domach z listy Hospitalityclub.

11 Komentarzy »

Druga część opisu wyprawy do Ruhengeri

A kto czytał część pierwszą, ten wie, że chodzi tak naprawdę o wyprawę do wioski – skansenu położonej koło Kinigi (które to z kolei znajduje się właśnie przy rzeczonym w tytule Ruhengeri).

Małe odświeżenie pamięci: wysiedliście właśnie wraz ze mną z ciężarówki i w asyście kierowcy trzymającego nad nami parasol człapiemy razem po rozbryzgującej się błotnej ścieżce w kierunku wskazanym palcem przez miejscowego chłopaka. Zacina naprawdę potężny deszcz.

Wioska składa się z ogrodzonych kilku chat, z których jedna jest wyraźnie największa. Nie było czasu by im się bliżej przyglądać i jak najszybciej wbiegłem w progi tej największej. Tam czekała już na mnie kobieta i powiedziała, że mogę przejść dalej w głąb. Tyle, że muszę najpierw zdjąć obuwie. Dowiedziałem się też, że zwiedzanie zacząłem nietypowo, bo goście do pałacu królewskiego (tym właśnie jest owa największa chata) wchodzą dopiero po wszystkich innych atrakcjach. Ale z uwagi na deszcz mogę od razu poczuć się trochę jak król.

Przyznam, że pałac zrobił na mnie mieszane uczucia: zaczynając od wesołości a kończąc na szczęście na uznaniu. Już dawno Innocent mówił mi, że w Rwandzie są miejsca gdzie mogę zobaczyć pałace królewskie, ale zawsze wyobrażałem to sobie jako budowle co najmniej kamienne. Dlatego gdy pierwszy raz w gazetce w Paula samochodzie ujrzałem jak pałac faktycznie wygląda, uśmiechnąłem się. Niech przyjadą do Europy, wtedy to dopiero zobaczą pałace – pomyślałem.

Chwilę później znów zszedłem na ziemię i przypomniałem sobie, że w końcu przecież jestem w biednej Afryce, gdzie polityka była oparta na niezbyt ludnych plemionach.

Tuż przed wejściem do pałacu znajduje się rodzaj klepiska w kształcie mniej więcej podkowy. W tym miejscu goście króla oczekiwali na niego, gdy mieli jakąś sprawę. Bez zgody bowiem wejść nie można było. Król wtedy niespiesznie wychodził ze środka, któryś z poddanych ustawiał w progu obok słupa podtrzymujący sklepienie „framugi” stołeczek, król siadał i słuchał. Słup podtrzymujący łuk nad wejściem ma swoją nazwę i nieco magiczną funkcję, ale niestety nie pamiętam ani jednego, ani drugiego.

Pałac z zewnątrz jest po prostu okrągły, przypominający mongolskie jurty. W środku natomiast jest okrągły podwójnie. Po wejściu widzimy, że rdzeń pałacu otoczony jest czymś w rodzaju trzcinowego parawanu. To kolejny okrąg. Co prawda na przeciwko wejścia znajduje się w parawanie otwór od samej ziemi, po sam sufit, jednak przewodniczka uprzedziła mnie abym nim nie wchodził. Jest to bowiem jedynie okno, przez które do środkowej części z drzwi ma wpadać światło. Parawanu prawą stroną ominąć się nie da, bo trafimy na kolejny parawan, tym razem łączący wewnętrzny pierścień ściany ze ścianą zewnętrzną pałacu (czy ktoś rozumie o czym ja piszę?).

Należy się zatem udać w stronę lewą gdzie na godzinie dziewiątej (zakładając, że drzwi główne pałacu z magicznym słupem znajdują się na godzinie szóstej) znajdziemy wejście do wewnętrznego pierścienia.

W środku pomiędzy kolejnymi słupami podtrzymującymi dach znajduje się palenisko i delikatnie wydrążone w ziemi liczne miejsca do siedzenia. Jeden ze słupów nazywany jest słupem mówcy i obok niego znajdziemy kolejny stołeczek. Na nim zasiadał król bądź przemawiająca akurat osoba. Znajdujemy się bowiem w odpowiedniku polskiego sejmu. W tym nieco ciasnym pomieszczeniu zasiadali mędrcy i obradowali co począć.

Pamiętacie przepierzenie blokujące nam przejście po prawej stronie? Okazuje się, że cała prawa strona zewnętrznego pierścienia – tak mniej więcej od topograficznej godziny pierwszej do czwartej – zajęta jest przez sypialnie króla. Zaraz za przepierzeniem oddzielającym ją od „sejmu” znajduje się na mniej więcej wysokości pasa bambusowo – trzcinowe łoże wypełniające niemal cały obszar. Na łożu stoi kilka koszy służących za szafki. I oto i cały wystrój komnaty królewskiej.

Mnie jednak najbardziej przypadła do gustu część zewnętrznego pierścienia od godziny dziesiątej aż do komnaty króla (z którą zresztą miała tajemne przejście). W tym bowiem pomieszczeniu, znajdującym się na tyle pałacu lokowane były najpiękniejsze dziewczyny z całej krainy, których zadaniem było śpiewanie królowi. Raz na jakiś czas król pojawiał się w tajemnym przejściu, wskazywał palcem na którąś z dziewcząt, a ta udawała się z nim do komnaty. Przewodniczka niestety twierdzi, że nie wiadomo co się tam działo, bo kto zdradziłby tajemnice królewskiej alkowy, skazałby się na śmierć. Ja to myślę, że król tym dziewczętom plótł warkoczyki.

Podsumujmy: dziedziniec do spotkań z ludem, pomieszczenie na posiedzenia rządu, komnata królewska i dom uciech. A całość w budynku o średnicy około 12 metrów. Polski rząd mógłby się uczyć.

Nawiasem mówiąc wyobraziłem sobie relację ze spotkania prezydenta Lecha Kaczyńskiego przyjmującego z całą powagą chwili i urzędu premiera Donalda Tuska w takim pałacu królewskim.

Z deszczem w Rwandzie jest tak, że jakby nie zacinał, jak zimny i walący wielkimi kroplami by nie był, to zaczyna się nagle i tak samo nagle się kończy. Po tej krótkiej wizycie w pałacu, wyszliśmy z powrotem na – tym razem słoneczny – dziedziniec.

Tam już czekały na mnie służby medyczne w postaci siwego starca i jego syna. Na stoliku przed nimi znajdowało się sporo ziół i różnych korzeni. Pokazali mi co do czego służy i jak się przyrządza. I tak oto poznałem świetne lekarstwo na zatrucia pokarmowe, tak niedobre ponoć w smaku, że w pół godziny po wypiciu pacjent zwracał całą zawartość żołądka. Poznałem – tylko teoretycznie – zioło zwiększające „męskość”, cokolwiek to znaczy. I kawał drąga, z którego przed bitwą czy podróżą, należało uszczknąć kawałek i trzymać cały czas w ustach. Miało to zapewniać pomyślność.

Niestety na ból zębów nie mieli nic co by mnie interesowało. Znachor już się szykował do rwania, ale zasugerowałem mu, że pytam nie swoim, a kolegi imieniu.

Pierwszy raz też zmełłem mąkę. Na jednym wielkim kamieniu należy rozsypać ziarna i kamieniem mniejszym rozcierać je aż na proszek. Całkiem proste.

Potem była prezentacja jak się strzela z łuku. Sam też spróbowałem swoich sił, ale niestety z marnym efektem. W sterczącą z ziemi grubą łodygę udało mi się trafić dopiero za szóstym razem.

I część artystyczna, bardzo rozbudowana. Zaczęło się od wspólnego walenia w bębny, po którym kazano mi zasiąść na ławie i poczuć się znów jak król. Gdy tylko to zrobiłem w akompaniamencie śpiewów, krzyków i bębnienia zza ogrodzenia wbiegli wojownicy tańczący i prezentujący swoje wojenne umiejętności przed królem (którym byłem ja). Taniec ten nazywany jest intore. Potem do nich dołączyły także dziewczyny pląsające nieco jak hawajki. Całość początkowo krępowała mnie, ale szał ludzi był tak duży, że się w końcu rozbawiłem. Przyznam, że król mimo braku telewizji i internetu miał klawe życie. Po takim tańcu należało aby król ofiarował tancerzom jedną ze swoich krów. Krów nie miałem, więc musiały im wystarczyć tylko moje oklaski. Ale było naprawdę fajnie.

Tak wygląda pałac królewski od środka. Stoimy w zewnęytrznym jego pierścieniu. W tle parawan zasłaniający salę obrad.

Tak wygląda pałac królewski od środka. Stoimy w zewnęytrznym jego pierścieniu. W tle parawan zasłaniający salę obrad.

A oto i sama sala obrad. W tle za przewodniczką widać drzwi do komnaty królewskiej.

A oto i sama sala obrad. W tle za przewodniczką widać drzwi do komnaty królewskiej.

Szaman i jego syn przentują mi stan miejscowej apteki

Szaman i jego syn przentują mi stan miejscowej apteki

Potem wziąłem się za wyrób mąki

Potem wziąłem się za wyrób mąki

Strzelanie z łuku do łodygi.

Strzelanie z łuku do łodygi.

Zadzwoń do mamy...

Zadzwoń do mamy...

Panowie przygotowują się do akompaniowania pokazowi tańca. W tle po prawej widać wchodzących już tancerzy

Panowie przygotowują się do akompaniowania pokazowi tańca. W tle po prawej widać wchodzących już tancerzy

Dzikie tańce

Dzikie tańce

web_dscn50701web_dscn5071web_dscn5075

Przy okazji polecam przyglądać się niesamowitemu tłu co niektórych zdjęć

Przy okazji polecam przyglądać się tłu co niektórych zdjęć

W miedzy czasie do tańca dołączały dzieci i kobiety. Fajnie było

W miedzy czasie do tańca dołączały dzieci i kobiety. Fajnie było

web_dscn5104web_dscn5087web_dscn5090web_dscn5097web_dscn5101

No i pa pa

No i pa pa

Jeszcze trochę samego tła

Jeszcze trochę samego tła

web_dscn5112

2 Komentarze »