Posts tagged afryka

Malaria

Skrzyp, skrzyp, skrzyp…

Tak skrzypi śnieg za oknem, gdy się po nim chodzi. Powiedzmy, że to właśnie ten nieustanny hałas spowodował, że blog się znów obudził. Nic dziwnego, tutaj w niby-Rwandzie upał niesamowity, a tymczasem za oknem jakiś dziwny dźwięk. Nie przypomina to szurania klapek zrobionych ze starych zużytych opon, nie przypomina też równikowego deszczu bębniącego w blaszane dachy, nie ważne jak mały miałby to być deszcz.

Ale prawda jest inna, blog się budzi bym napisał Wam nieco o malarii. Zostałem o to poproszony przez lekarzy, abym na bazie swojej wiedzy i doświadczeń opisał tą chorobę na moim blogu muzungu.pl. Sam podpowiedziałem, że dobrym, a nawet może lepszym miejscem na opisanie będzie ten właśnie blog, czyli Konrad Jest w Rwandzie. Blog jest już o tyle martwy, że nie piszę na nim (bo nie jestem już w Rwandzie) i jest o tyle żywy, że wciąż odwiedza go bardzo dużo osób. I dobrze, bo fajnie jest wiedzieć, że zainteresowanie moim pobytem w Rwandzie z Waszej strony nie skończyło się wraz z moim powrotem do kraju.

Wciąż mam tutaj jeszcze wiele wejść, wiele osób szuka informacji turystycznych związanych z wyjazdem do Afryki, według statystyk google bardzo często szukacie tu informacji jak się do takiego wyjazdu przygotować, szukacie wskazówek dotyczących zdrowia. Pisałem już o tym, ale nigdy za wiele. Szczególnie na pewno brakuje tu osobnego artykułu dotyczącego malarii. Fakt, że na nią nie zachorowałem (choć kto go tam wie), ale choroba ta jest sporym problemem i co roku dotyka wielu Polaków podróżujących do Afryki. Zatem poniżej moje wskazówki. Pisałem już o tym na muzungu.pl, ale tutaj postaram się opisać wszystko bardziej zwięźle.

O samej chorobie jako takiej.

Mam wykształcenie biologiczne, więc pozwolę sobie nieco się powymądrzać 😉 Choć nie za dużo. Dokładne informacje znajdziecie na przykład tutaj. Ja tylko wspomnę o tym co najważniejsze.

Wspomnę o tym, że jest to choroba roznoszona przez komary widliszki (występujące także w Polsce, ale nie groźne z powodu opisanego za chwilę), jednak komary są tylko wektorem, czyli organizmem roznoszącym, a prwadziwym patogenem jest pierwotniak o nazwie zarodziec malarii. To on dla pełnego cyklu życiowego musi część życia spędzić w ciele człowieka, a część w ciele komara (i to jest właśnie powód dlaczego w Polsce widliszki groźne nie są: nawet jeśli dostaną się do nich zarodźce, jest im za zimno by przejść cały cykl rozwojowy).

Wspomnę też o tym, że jest to choroba śmiertelna, na którą niestety nie ma szczepionek. Można co prawda wykształcić częściową na nią odporność, najczęściej na dwa sposoby: przejść malarię w swoim życiu (nie polecam) lub przyjmować przez cały czas pobytu w tropikach leki antymalaryczne. Żadna z metod nie gwarantuje 100% bezpieczeństwa, a jedynie obniża ryzyko zachorowania.

Czy ryzyko zachorowania jest duże? Niestety nie wiem, bo to wartość relatywna. Z jednej strony w tropikach tylko jeden komar na 300 jest zainfekowany zarodźcem. Z drugiej strony malaria w tropkiach jest odpowiednikiem pod względem zachorowywalności chyba naszej grypy. Sami sobie odpowiedzcie na jak duże oceniacie teraz ryzyko zachorowania na grypę.

Przygotowania do wyjazdu.

Przede wszystkim spotkanie z lekarzem. Jest wiele miejsc gdzie możecie znaleźć listę lekarzy chorób tropikalnych, na przykład tutaj lub tutaj.

W wyniku spotkania na pewno dostaniecie receptę na leki antymalaryczne i zdecydowanie polecam z niej skorzystać jeszcze przed wyjazdem. Ja w Rwandzie nie widziałem nigdzie leku, jaki mi został przypisany, więc na pewno bym go nie wykupił (nazwy leku specjalnie nie podaję, aby nikogo nie sugerować co do wyboru, o tym niech zdecyduje lekarz).

Ponadto zaopatrzcie się w repelenty przeciw komarom. Wypatrujcie tych, które zawierają w sobie związek DEET; uważa się bowiem że ten jest wyjątkowo nielubiany przez widliszka. Niestety ciężko takie środki wypatrzeć w aptekach czy sklepach. Ja już się nauczyłem, że DEET zawiera repelent o nazwie Bross. Jest tani, tańszy od repelentów reklamowanych w telewizji, więc zawsze go kupuję.

I ubezpieczenie. Wykupcie koniecznie, bo jeśli juz trafi Wam się pójść do szpitala czy zwykłego lekarza, bez ubezpieczenia taka wyprawa może Was naprawdę bardzo dużo kosztować.

(W tym artykule opisuję tylko kwestie związane z malarią, dlatego nie wspominam na przykład o szczepieniach na inne choroby jak żółtaczka; o tym na pewno wspomni lekarz w czasie wizyty opisanej wyżej)

Na miejscu.

Na szczęście na miejscu nie musi się wcale okazać, że jest aż tak źle (choć na pewno zależy to od kraju). W Rwandzie wcale nie latały za mną chmary komarów. Prawdę mówiąc jak już kilka razy wspominałem widziałem jednego komara na kilka dni w porze suchej i kilka komarów na dzień w porze deszczowej. Nie przygotowujcie się więc na to, że będziecie cały czas w panice wieczorami rozglądać się za komarami i bez przerwy oklepywać się.

Mimo to nie zapominajcie dmuchać na zimne. Wyjmijcie repelenty i spryskajcie się nimi przed wieczorem.

Sprawdźcie moskitierę w oknie lub nad łóżkiem. Jeśli będzie miałą dziury (a będzie miała na 100%) pozaklejajcie je choćby zwykłą taśmą klejącą.

Unikajcie szarej godziny, czyli momentu gdy zaczyna się robić ciemno. Wtedy ryzyko zakażenia jest największe, bo wtedy właśnie komary ruszają na łowy. Na szczęście szara godzina trwa na równiku bardzo krótko i nazwałbym ją raczej szarymi minutami. Jak to wygląda pokazywałem na przykład tutaj 🙂

Z wszelkimi objawami jakiejkolwiek choroby idźcie do lekarza. Bez skrępowania. Pamiętacie? Wykupiliście przecież ubezpieczenie, więc dlaczego nie korzystać by z niego? 😉 Niestety objawy malarii są bardzo różne i ciężko samemu stwierdzić czy to właśnie ta choroba czy coś innego. Co więcej niektórzy mogą ją przechodzić dość łagodnie, tak więc nawet zwykła biegunka z podwyższoną temperaturą może być malarią (jednak traktujcie to raczej jako ewenement niż coś, co na pewno was spotka; bardziej nastawcie się na wysoką gorączkę, poty i utratę przytomności).

Po powrocie.

Niestety powrót do kraju nie oznacza końca ryzyka zachorowania na malarię. Jeszcze prze kilka dni po powrocie bierzcie leki antymalaryczne (ile, o tym zdecyduje lekarz). Pamiętajcie także, że uznaje się, że na malarię można zachorować nawet po roku od zakażenia zarodźcem. Tak więc koniecznie przy każdej chorobie przez rok po powrocie wspominajcie o tym lekarzowi rodzinnemu, tak by ewentualnie wykluczył malarię, lub zdecydował o dalszych badaniach.

Więcej:

Więcej na ten temat znajdziecie:

na moim blogu pod tagiem malaria

na stronach malaria.com.pl lub Centrum Informacji Medycyny Podróży

u lekarzy medycyny tropikalnej 🙂

Pamiętajcie też aby nigdy w stu procentach nie ufać informacjom znalezionym w sieci, także mi. Tu w końcu chodzi o Wasze zdrowie i Wasz organizm.

Reklamy

2 Komentarze »

Wolontariat w Afryce. Sudan, ktoś chętny?

Poprzez tajemną sieć kontaktów z ludźmi związanymi z pracą w projektach pomocowych dotarła do mnie oferta wolontariatu w Sudanie. Treść jej była następująca:

Firma Tricomp (http://www.tricomp.com.pl), która obecnie prowadzi projekt infrastrukturalny w Sudanie, poszukuje wolontariusza do pracy w terenie – miejscowość Juba.

Praca wolontariusza będzie polegała na:

– sporządzaniu dokumentacji fotograficznej oraz sprawowaniu opieki nad stroną internetową projektu;
– przygotowywaniu raportów z postępu budowy;
– tworzeniu materiałów o charakterze PR dla klientów firmy.

Oprócz obowiązków redaktorskich, przyda się także ogólna pomoc w utrzymaniu ładu w biurze – czyli zdolności organizatorskie mile widziane. Mogą zdarzyć się także inne ciekawe wyzwania.

Poszukiwana jest osoba o zamiłowaniu dziennikarskim z umiejętnością wykonywania artystycznych fotografii.

Jeżeli jesteście zainteresowani, lub znacie kogoś kto chciałby w takim charakterze pracować – proszę o kontakt z Magdaleną Kowalską:

mkowalska małpa tricomp.com.pl

W między czasie z Panią Kowalską ustaliłem kilka rzeczy, którymi też mogę się chyba z Wami podzielić:

  • Firma zapewnia przeloty, zakwaterowanie, wyżywienie i ubezpieczenie
  • Data rozpoczęcia współpracy : praktycznie od zaraz
  • Data zakończenia 31.08.2009  do negocjacji z możliwością przedłużenia
  • Tygodniowe kieszonkowe: 30 SDG /15 USD
  • Tygodniowy limit na rozmowy telefoniczne 10SDG/5 USD

Dlaczego dzielę się z Wami tymi tajnymi informacjami? Powodów jest wiele: bo Was lubię 😉 , bo ja niestety nie mogę podjąć się tego zadania w tej chwili, bo Pani Magda zgodziła się na umieszczenie tego na moim blogu, bo oboje mamy nadzieję, że ktoś z Was może się zdecyduje.

Pytaliście mnie wiele razy jak zostać wolontariuszem w Afryce, ja Wam już napisałem, że nie jest to takie łatwe. I teraz się nadarza okazja. Jeśli ktoś jest naprawdę zdeterminowany, to pisać na wyżej podany adres email. Kto wie, może powstanie czyjś kolejny blog pt „Julia/Marcin/Zosia jest w Sudanie”? 😉

Ja jak wspomniałem podjąć się nie mogę. Przyznam, że cały dzień się z tym gryzłem i z nieco ciężkim sercem zrezygnowałem. Obecnie zajmuję się małymi rzeczami, ale jednak czymś tam się zajmuję. Co więcej wyjazd jest od zaraz, a ja musiałbym najpierw nieco podreperować zdrowie (uwierzycie, że wciąż nie zająłem się bolącymi zębami jeszcze z czasów Rwandy? (Teraz bolą już mniej, ale jednak) Otóż okazało się, że to nie zęby, a sprawa neurologiczna, dokładnie neuralgia, a do neurologa jeszcze się nie wybrałem. Musiałbym to jednak przed wyjazdem zrobić).

Tak więc informację przesyłam dalej, a sam ewentualnie czekam na kolejne oferty, tylko już płatnej pracy.

18 Komentarzy »

Zgłosiłem się do konkursu na Blog Roku 2008

Nie na ten, do którego zgłaszają się ostatnio wszyscy i w którym głosujący muszą wybulić kasę na sms, żeby zagłosować. Wyjaśniam od razu 🙂 Nic nie trzeba płacić.

blog_rokuKiedyś jak jeszcze siedziałem w Rwandzie sami mi zaproponowaliście abym wystartował w jakimś konkursie, to na mnie zagłosujecie. A więc zaczął się właśnie konkurs serwisu Wiadomości24.pl na Blog Roku 2008. W takim mogę wystartować. Nie trzeba nic płacić za udział, nie trzeba ni płacić za głosowanie. Zagłosować może więc każdy, niezależnie od zasobności portfela 🙂

Głosowanie rozpocznie się 5 lutego, więc na razie spokojnie sobie czekajmy. Dam znać kiedy już będziecie musieli się zmobilizować i poklikać gdzie trzeba 🙂

Czy wygram: niestety wątpię, ale może mnie pozytywnie zaskoczycie. Blog jakby nie było swój szczyt świetności (a właściwie szczyty) ma już za sobą. Jednak wszystkie one przypadły właśnie w 2008 roku, a to konkurs na blog z tamego okresu.

Fajnie by było dostać laptopa. Dopowiem, że i wśród głosujących rozlosowane zostaną nagrody (o ile dobrze zrozumiałem regulamin).

6 Komentarzy »

Jak zostać wolontariuszem (zagranicznym)?

Sądząc po Waszych komentarzach i po prywatnej korespondencji panują w Polsce dwie rzeczy: brak informacji o tym jak zostać wolontariuszem i przekonanie, że ja takie informacje posiadam.

Z pierwszym się zgodzę. Przynajmniej 1,5 roku temu, gdy w głowie pojawił mi się pomysł aby wyjechać jako wolontariusz do Afryki, nigdzie nie mogłem znaleźć informacji jak to zrobić. Z drugim jednak do końca zgodzić się nie mogę: to, że udało mi się w końcu na taki wolontariat wyjechać, nie znaczy, że można mnie traktować jak eksperta w tej dziedzinie. No ale dobrze – postaram się jednak co nieco w tym temacie napisać. Jednak pamiętajcie, że piszę jedynie na bazie swojego, skromnego doświadczenia. Poniżej opiszę jak to było w moim przypadku, napiszę o innych zasłyszanych przeze mnie przypadkach i podrzucę może kilka adresów www, gdzie można znaleźć na ten temat więcej informacji.

Po pierwsze: zastanów się co robisz

Poważnie. Chcesz tego czy nie, ale prawda jest taka, że nawet jak siedzisz i czytasz to, co teraz piszę, bierzesz udział w wyścigu szczurów. Mniejszym lub większym, ale zarabiasz pieniądze (lub przynajmniej starasz się oszczędnie je wydawać) lub zdobywasz właśnie wiedzę w szkole lub na uczelni by w przyszłości móc te pieniądze zarabiać. Twój pracodawca za Twoimi plecami odkłada składki emerytalne, im więcej ich zostanie odłożonych, tym większą (przynajmniej w teorii) emeryturę będziesz mieć.

Wyjazd na wolontariat to pauza w powyższym. Przesiedzisz w Afryce kawał czasu, a po powrocie będziesz mieć tyle samo pieniędzy co przed wyjazdem, ten sam poziom edukacji akademickiej i tyle samo na koncie emerytalnym. Niby ok, ale uwierz, że nawet jeśli kontestujesz wyścig szczurów, świadomość, że Twoi rówieśnicy mają w tej chwili nieco lepszą sytuację niż Ty, nieco uwiera.

Co więcej pobyt w Afryce to na mur beton mniejszy lub większy ubytek na zdrowiu. Wszystkie spotkane przeze mnie tam osoby, jeśli nie opowiadały mi o pobycie w szpitalu, to przynajmniej narzekały, że czują, że jest coś nie tak. Jak wiecie i ja zaliczyłem pobyt w szpitalu, a okolicach jelit do dziś czuję dziwne ukłucia.

OK. Jeśli się nie zniechęciłeś to… gratuluję 🙂 Jeśli się zapomni o powyższym to wolontariat w Afryce jest tak naprawdę bardzo świetną sprawą! Robisz coś dla innych ludzi, wiesz, że robisz coś, co jest dobre, a przy okazji przeżywasz przygodę życia. Wspomnienia są naprawdę niesamowite, przydaża Ci się coś, co zapewne nie spotka większości ludzi nigdy. I tak: ludzie faktycznie robią teraz wielkie „łał” gdy słyszą skąd właśnie wróciłem i co zrobiłem. Zatem w ogólnym rozrachunku wolontariuszem być naprawdę warto.

Po drugie, nie płać

Uważaj. Wiele osób chce zostać wolontariuszem i są na świecie ludzie, którzy wyczuli w tym niezły interes. Pisałem już o sekcie, która werbuje nowych członków pod przykrywką wolontariatu w Afryce. Są też „organizacje”, które robią płatne szkolenia przyszłych wolontariuszy (z których nic potem nie wynika, poza nic nie wartym papierkiem).

Pamiętaj: wolontariusz nie zarabia, ale nie jest też frajerem. Jeśli trafisz kiedyś na ofertę wolontariatu zagranicznego, do którego musiałbyś się dołożyć, niech Ci się od razu zapali czerwona lampka ostrzegawcza.

No dobra, to jak trafić do tej Afryki?

„Dosyć tego owijania w bawełnę, napisz mi gdzie mam się zgłosić, aby za 2 miesiące być już w Afryce”. Niestety jeśli masz takie podejście, odpowiedzieć mogę tylko: do biura podróży.

Zmartwię Was. Szukanie opcji wyjechania na wolontariat do Afryki zaczynając od szukania opcji wyjechania na wolontariat do Afryki skończy się porażką. Tak ja szukałem półtorej roku temu. Wpadłem na pomysł aby wyjechać, wszedłem na Google i nic nie znalazłem. Teraz się temu nie dziwię.

Jakby nie było, taki wyjazd ma w sobie jakąś wartość i nie tylko Ty jeden chciałbyś przeżyć tego typu przygodę. Konkurencja między potencjalnymi wolontariuszami istnieje. Nie jest co prawda drapieżna, ale jest. I człowiek z ulicy, który sobie zamarzył, że będzie jak Ania Mucha czy Angelina Jolie, na wyjazd nie ma szans.

Wolontariat trzeba jako tako czuć. Na szkoleniu w MSZ przed wyjazdem spotkałem około 20 innych wyjeżdżających. I wśród nich nie było nikogo, kto by nie był już teraz wolontariuszem lub pracownikiem organizacji pomocowej. Bo wolontariat w krajach rozwijających się to jest jednak jakiś kolejny szczebel w wolontariackiej karierze.

Najpierw musisz chcieć pomagać ludziom. Potem musisz się sprawdzić w Polsce i udowodnić, że faktycznie chcesz pomagać, a nie robisz to w jakiś ukryty sposób wyłącznie dla siebie.

Jak było w moim przypadku? Po bezowocnych przeszukiwaniach Googla pogodziłem się z tym, że wolontariat w Afryce to mit. Zapomniałem już nieco o nim i po 3 miesiącach n GoldenLine trafiłem na ogłoszenie, że w moim Białymstoku szukają osób, które jako wolontariusze chciałyby szkolić starsze osoby z zakresu podstawowej obsługi komputerów. Na tym się znam, miałem zdecydowanie za dużo wolnego czasu (w pracy spędzałem 2-3 godziny dziennie przez 3 dni w tygodniu, więc uwierzcie, że naprawdę się nudziłem), zatem się zgłosiłem.

Byłem więc sobie wolontariuszem i naprawdę bardzo mi się to spodobało. Dopiero na wiosnę, po ponad pół roku zupełnym, zupełnym przypadkiem dotarła do mnie informacja, że pojawiła się opcja wyjechania do Afryki by robić to samo co w Białymstoku. I tak oto wylądowałem w Rwandzie.

Zatem

Zatem jeśli, chcesz zostać wolontariuszem, zacznij myśleć o tym jak o pomaganiu, a nie o jako opcji wyjazdu do egzotycznego kraju za darmochę. Naprawdę spodziewasz się, że pstrykniesz palcami i zaraz się znajdziesz pod palmą, gdzie będziesz leżeć pod palmą, wygrzewać się w słońcu i od biedy raz na jakiś czas wykopiesz kawałek studni, czy opatrzysz skaleczony palec? Zapomnij.

  1. Zostań wolontariuszem w kraju. Zastanów się na czym się znasz, w czym chcesz pomagać i znajdź do tego miejsce, na przykład na Portalu Organizacji Pozarządowych.
  2. Nie traktuj powyższego jako szczebla w drabinie do Afryki. W mojej organizacji jest nas teraz około sześćdziesiątka zarejestrowanych wolontariuszy, a póki co tylko ja wyjechałem. Nikt – w tym i ja – nie wstępował do organizacji z nastawieniem, że kiedyś gdzieś wyjedziemy, czy będziemy mieć jakieś inne profity. Wolontariat to jest poświęcenie się i praca bez oczekiwania jakichkolwiek profitów.
  3. Nikt Cię nie będzie namawiał na wyjazd, wręcz przeciwnie. Gdy pierwszy raz napisałem do CWR z pytaniem czy zgodzą się być moją organizacją wysyłającą, odpisali mi żebym spadał 😉 (oczywiście nie tymi słowami). I bardzo słusznie. Dopiero jak zauważyli, że jestem naprawdę zmotywowany by pojechać, gdy wybrałem się na spotkanie z MSZ aby dowiedzieć się szczegółów na temat całej akcji wyjazdu, gdy napomknąłem, że sam będę pisał projekt, napisali do mnie jeszcze raz, że jednak znajdzie się miejsce na ich liście projektów także dla mnie. Udowodniłem, że naprawdę chcę jechać, pokazałem, że zajmę się sam sobą, a nie oczekuję, że ktoś za mnie odwali jakiś kawałek roboty. Dowiedziałem się, że pytań o możliwość wyjazdu CWR jak i inne organizacje mają na pęczki. Zdecydowana jednak większość pytających wolontariat rozumie jako rodzaj wakacji pod palmami.

Dla tych, którzy wiedzą lepiej

„Tere fere. W internecie jest przecież wiele stron, które aż zachęcają do wyjazdu”. OK, mogę się oczywiście mylić. Tak jak napisałem, nie jestem w tej kwestii żadnym ekspertem, więc być może miałem pecha, że nic nie znalazłem na skróty. Faktycznie, jest wiele stron i organizacji, które wręcz krzyczą „szukamy wolontariuszy do pracy w tropikach!”. Skoro krzyczą, o zapewne wysyłają 🙂 Zatem poniżej adresy dla chcących iść na skróty.

EVS czyli European Voluntary Service http://www.evs.org.pl/ na stronie są adresy email osób, do których można napisać i zgłosić się do wyjazdu jako wolontariusz. Nie wiem jednak na ile jest to skuteczne. Wiem, że Społeczne Pracownie chyba będą za ich pośrednictwem wysyłać kilku naszych wolontariuszy do innych krajów Europy.

UNV czyli Wolontariat ONZ http://unv.org/ Na górze strony można kliknąć w „How to volunteer” i zostawić CV. O ile się orientuję na tym się skończy.

Polska Pomoc, czyli pomoc MSZ (to właśnie w ramach Polskiej Pomocy trafiłem do Rwandy) http://www.polskapomoc.gov.pl/ Po prawej stronie jest opcja rejestracji i zgłoszenia się jako potencjalny wolontariusz. Zamysł jest taki, że po rejestracji traficie do bazy, którą będą przeglądać polskie organizacje pomocowe, gdy będą szukać wolontariuszy do swoich projektów. Tyle, że jak napisałem, organizacje nie narzekają na brak osób zainteresowanych wyjazdem i jeśli mają wybierać kogoś, kogo wyślą, I jestem niemal pewien, że w pierwszej kolejności wybiorą kogoś, kto ma już doświadczenie jako wolontariusz i jest im w jakiś sposób znany.

Lekarze Bez Granic http://www.msf.org/ To oczywiście oferta dla profesjonalistów. Nie mam pojęcia na ile jest skuteczne zarejestrowanie się u nich, jednak spotkałem osoby, którym udało się nawet kilka razy tą drogą wyjechać do Afryki.

Dla tych, którzy już zrezygnowali

Mam nadzieję, że część z Was odwiodłem od bycia wolontariuszem, tylko po to, aby zwiedzić świat 🙂 Bo nie tędy droga.

Nie oznacza to jednak, że poza wolontariatem nie ma żadnej możliwości taniego, czy wręcz darmowego zwiedzania świata. Są międzynarodowe kluby zrzeszające ludzi, którzy za darmo mogą kogoś przenocować, podwieźć gdzieś czy oprowadzić po mieście. Znane mi to http://www.hospitalityclub.org/ i http://couchsurfing.org/. Sam jestem zarejestrowany w obu, ale korzystam tylko z tego pierwszego. Na razie póki co goszczę ludzi (miałem już gości z Francji, Niemiec i Białorusi oraz pytania z Finlandii i Maroko), ale często czytam relacje z podróży różnych osób i widzę, że zdarza się w ten sposób zwiedzić całe kontynenty. Gdy będę planował jakieś wyprawy, na pewno będę rozważał nocowanie w domach z listy Hospitalityclub.

11 Komentarzy »

Druga część opisu wyprawy do Ruhengeri

A kto czytał część pierwszą, ten wie, że chodzi tak naprawdę o wyprawę do wioski – skansenu położonej koło Kinigi (które to z kolei znajduje się właśnie przy rzeczonym w tytule Ruhengeri).

Małe odświeżenie pamięci: wysiedliście właśnie wraz ze mną z ciężarówki i w asyście kierowcy trzymającego nad nami parasol człapiemy razem po rozbryzgującej się błotnej ścieżce w kierunku wskazanym palcem przez miejscowego chłopaka. Zacina naprawdę potężny deszcz.

Wioska składa się z ogrodzonych kilku chat, z których jedna jest wyraźnie największa. Nie było czasu by im się bliżej przyglądać i jak najszybciej wbiegłem w progi tej największej. Tam czekała już na mnie kobieta i powiedziała, że mogę przejść dalej w głąb. Tyle, że muszę najpierw zdjąć obuwie. Dowiedziałem się też, że zwiedzanie zacząłem nietypowo, bo goście do pałacu królewskiego (tym właśnie jest owa największa chata) wchodzą dopiero po wszystkich innych atrakcjach. Ale z uwagi na deszcz mogę od razu poczuć się trochę jak król.

Przyznam, że pałac zrobił na mnie mieszane uczucia: zaczynając od wesołości a kończąc na szczęście na uznaniu. Już dawno Innocent mówił mi, że w Rwandzie są miejsca gdzie mogę zobaczyć pałace królewskie, ale zawsze wyobrażałem to sobie jako budowle co najmniej kamienne. Dlatego gdy pierwszy raz w gazetce w Paula samochodzie ujrzałem jak pałac faktycznie wygląda, uśmiechnąłem się. Niech przyjadą do Europy, wtedy to dopiero zobaczą pałace – pomyślałem.

Chwilę później znów zszedłem na ziemię i przypomniałem sobie, że w końcu przecież jestem w biednej Afryce, gdzie polityka była oparta na niezbyt ludnych plemionach.

Tuż przed wejściem do pałacu znajduje się rodzaj klepiska w kształcie mniej więcej podkowy. W tym miejscu goście króla oczekiwali na niego, gdy mieli jakąś sprawę. Bez zgody bowiem wejść nie można było. Król wtedy niespiesznie wychodził ze środka, któryś z poddanych ustawiał w progu obok słupa podtrzymujący sklepienie „framugi” stołeczek, król siadał i słuchał. Słup podtrzymujący łuk nad wejściem ma swoją nazwę i nieco magiczną funkcję, ale niestety nie pamiętam ani jednego, ani drugiego.

Pałac z zewnątrz jest po prostu okrągły, przypominający mongolskie jurty. W środku natomiast jest okrągły podwójnie. Po wejściu widzimy, że rdzeń pałacu otoczony jest czymś w rodzaju trzcinowego parawanu. To kolejny okrąg. Co prawda na przeciwko wejścia znajduje się w parawanie otwór od samej ziemi, po sam sufit, jednak przewodniczka uprzedziła mnie abym nim nie wchodził. Jest to bowiem jedynie okno, przez które do środkowej części z drzwi ma wpadać światło. Parawanu prawą stroną ominąć się nie da, bo trafimy na kolejny parawan, tym razem łączący wewnętrzny pierścień ściany ze ścianą zewnętrzną pałacu (czy ktoś rozumie o czym ja piszę?).

Należy się zatem udać w stronę lewą gdzie na godzinie dziewiątej (zakładając, że drzwi główne pałacu z magicznym słupem znajdują się na godzinie szóstej) znajdziemy wejście do wewnętrznego pierścienia.

W środku pomiędzy kolejnymi słupami podtrzymującymi dach znajduje się palenisko i delikatnie wydrążone w ziemi liczne miejsca do siedzenia. Jeden ze słupów nazywany jest słupem mówcy i obok niego znajdziemy kolejny stołeczek. Na nim zasiadał król bądź przemawiająca akurat osoba. Znajdujemy się bowiem w odpowiedniku polskiego sejmu. W tym nieco ciasnym pomieszczeniu zasiadali mędrcy i obradowali co począć.

Pamiętacie przepierzenie blokujące nam przejście po prawej stronie? Okazuje się, że cała prawa strona zewnętrznego pierścienia – tak mniej więcej od topograficznej godziny pierwszej do czwartej – zajęta jest przez sypialnie króla. Zaraz za przepierzeniem oddzielającym ją od „sejmu” znajduje się na mniej więcej wysokości pasa bambusowo – trzcinowe łoże wypełniające niemal cały obszar. Na łożu stoi kilka koszy służących za szafki. I oto i cały wystrój komnaty królewskiej.

Mnie jednak najbardziej przypadła do gustu część zewnętrznego pierścienia od godziny dziesiątej aż do komnaty króla (z którą zresztą miała tajemne przejście). W tym bowiem pomieszczeniu, znajdującym się na tyle pałacu lokowane były najpiękniejsze dziewczyny z całej krainy, których zadaniem było śpiewanie królowi. Raz na jakiś czas król pojawiał się w tajemnym przejściu, wskazywał palcem na którąś z dziewcząt, a ta udawała się z nim do komnaty. Przewodniczka niestety twierdzi, że nie wiadomo co się tam działo, bo kto zdradziłby tajemnice królewskiej alkowy, skazałby się na śmierć. Ja to myślę, że król tym dziewczętom plótł warkoczyki.

Podsumujmy: dziedziniec do spotkań z ludem, pomieszczenie na posiedzenia rządu, komnata królewska i dom uciech. A całość w budynku o średnicy około 12 metrów. Polski rząd mógłby się uczyć.

Nawiasem mówiąc wyobraziłem sobie relację ze spotkania prezydenta Lecha Kaczyńskiego przyjmującego z całą powagą chwili i urzędu premiera Donalda Tuska w takim pałacu królewskim.

Z deszczem w Rwandzie jest tak, że jakby nie zacinał, jak zimny i walący wielkimi kroplami by nie był, to zaczyna się nagle i tak samo nagle się kończy. Po tej krótkiej wizycie w pałacu, wyszliśmy z powrotem na – tym razem słoneczny – dziedziniec.

Tam już czekały na mnie służby medyczne w postaci siwego starca i jego syna. Na stoliku przed nimi znajdowało się sporo ziół i różnych korzeni. Pokazali mi co do czego służy i jak się przyrządza. I tak oto poznałem świetne lekarstwo na zatrucia pokarmowe, tak niedobre ponoć w smaku, że w pół godziny po wypiciu pacjent zwracał całą zawartość żołądka. Poznałem – tylko teoretycznie – zioło zwiększające „męskość”, cokolwiek to znaczy. I kawał drąga, z którego przed bitwą czy podróżą, należało uszczknąć kawałek i trzymać cały czas w ustach. Miało to zapewniać pomyślność.

Niestety na ból zębów nie mieli nic co by mnie interesowało. Znachor już się szykował do rwania, ale zasugerowałem mu, że pytam nie swoim, a kolegi imieniu.

Pierwszy raz też zmełłem mąkę. Na jednym wielkim kamieniu należy rozsypać ziarna i kamieniem mniejszym rozcierać je aż na proszek. Całkiem proste.

Potem była prezentacja jak się strzela z łuku. Sam też spróbowałem swoich sił, ale niestety z marnym efektem. W sterczącą z ziemi grubą łodygę udało mi się trafić dopiero za szóstym razem.

I część artystyczna, bardzo rozbudowana. Zaczęło się od wspólnego walenia w bębny, po którym kazano mi zasiąść na ławie i poczuć się znów jak król. Gdy tylko to zrobiłem w akompaniamencie śpiewów, krzyków i bębnienia zza ogrodzenia wbiegli wojownicy tańczący i prezentujący swoje wojenne umiejętności przed królem (którym byłem ja). Taniec ten nazywany jest intore. Potem do nich dołączyły także dziewczyny pląsające nieco jak hawajki. Całość początkowo krępowała mnie, ale szał ludzi był tak duży, że się w końcu rozbawiłem. Przyznam, że król mimo braku telewizji i internetu miał klawe życie. Po takim tańcu należało aby król ofiarował tancerzom jedną ze swoich krów. Krów nie miałem, więc musiały im wystarczyć tylko moje oklaski. Ale było naprawdę fajnie.

Tak wygląda pałac królewski od środka. Stoimy w zewnęytrznym jego pierścieniu. W tle parawan zasłaniający salę obrad.

Tak wygląda pałac królewski od środka. Stoimy w zewnęytrznym jego pierścieniu. W tle parawan zasłaniający salę obrad.

A oto i sama sala obrad. W tle za przewodniczką widać drzwi do komnaty królewskiej.

A oto i sama sala obrad. W tle za przewodniczką widać drzwi do komnaty królewskiej.

Szaman i jego syn przentują mi stan miejscowej apteki

Szaman i jego syn przentują mi stan miejscowej apteki

Potem wziąłem się za wyrób mąki

Potem wziąłem się za wyrób mąki

Strzelanie z łuku do łodygi.

Strzelanie z łuku do łodygi.

Zadzwoń do mamy...

Zadzwoń do mamy...

Panowie przygotowują się do akompaniowania pokazowi tańca. W tle po prawej widać wchodzących już tancerzy

Panowie przygotowują się do akompaniowania pokazowi tańca. W tle po prawej widać wchodzących już tancerzy

Dzikie tańce

Dzikie tańce

web_dscn50701web_dscn5071web_dscn5075

Przy okazji polecam przyglądać się niesamowitemu tłu co niektórych zdjęć

Przy okazji polecam przyglądać się tłu co niektórych zdjęć

W miedzy czasie do tańca dołączały dzieci i kobiety. Fajnie było

W miedzy czasie do tańca dołączały dzieci i kobiety. Fajnie było

web_dscn5104web_dscn5087web_dscn5090web_dscn5097web_dscn5101

No i pa pa

No i pa pa

Jeszcze trochę samego tła

Jeszcze trochę samego tła

web_dscn5112

2 Komentarze »

Rwanda. Informacje turystyczne.

Czas napisać coś bardziej na sucho. Bez żadnego opisywania przygód, bez rozpisywania się o tutejszych ewenementach kultury. Ktoś nazwał w komentarzach mojego bloga rodzajem portalu o Rwandzie i aż wstyd by nie znalazł się tu rozdział przeznaczony dla ludzi, którzy Rwandę chcieliby pozwiedzać, szukają o niej informacji w sieci i trafią na tą stronę. A tu a kuku – nic o hotelach, nic o cenach, nic o zwiedzaniu… Czas to zmienić.

Artykulik oczywiście wszystkiego nie wyczerpie w tej materii. Zostawmy nieco miejsca na własne doświadczenia  przyszłych podróżników.

Przed wyjazdem

Bardzo króciutko o rzeczach, które jednak naprawdę warto przeczytać, aby na miejscu nie wydarzyło się nieszczęście.

Co wziąć

Szczegółowo mniej więcej opisałem to w artykule Co wziąć do Afryki. Możesz się do niego zastosować lub nie. Dopowiem jeszcze do tego artykułu, że choć mam ze sobą pełne buty, nie zakładam ich, a chodzę cały czas w sandałach. Jeśli jedziesz w porze deszczowej pomyśl o wzięciu parasola, albo kup go na miejscu (ja swój kupiłem za mniej więcej 2 dolary). Pora deszczowa nie jest taka straszna (przynajmniej ta jesienna) i przypomina polskie lato, tyle, że pada intensywniej, jak już zacznie padać.

Weź drobiazgi, które możesz rozdawać zaczepiającym Cię dzieciakom na ulicy i proszącym o pieniądze (nie dawaj im pieniędzy, bo tylko nauczysz stereotypu, że żebractwo popłaca). Ja w białostockiej cepelii kupiłem po 60gr małe drewniane biedroneczki. Uwaga: noś je luźno w kieszeni 🙂 Gdy wyciągnąłem torebkę z biedronkami i dałem każdemu dziecku po jednej, zamiast się ucieszyć, że coś dostały, były rozczarowane, że dostały tylko po jednej. Tu obowiązuje zasada „dasz komuś palca, będzie chciał całą rękę”.

Pokseruj wszystkie dokumenty. Trzy razy. Jedną kopię zostaw w domu, drugą włóż do walizki, trzecią miej przy sobie. Oczywiście dokumenty też weź.

Szczepienia i leki

W wielkim skrócie: zamiast czytać ten rozdział udaj się do lekarza od chorób tropikalnych (gdzie jest najbliższy dowiesz się u lekarza rodzinnego lub w sanepidzie – tam też możesz się zaszczepić). Ja nie jestem profesjonalistą i jeśli śledzisz mój blog, na pewno wiesz, że moja wiedza wpakowała mnie już do dwóch szpitali, w tym do jednego dwa razy 🙂

No ale ja byłem u lekarzy i mimo wszystko coś tam wiem. Niestety sama wiedza nie chroni przed chorobą, no ale zawsze to jakiś dobry początek. No więc:

Obowiązkowo musisz się zaszczepić na żółtą febrę. To wymóg WHO. Po szczepieniu dostaniesz żółtą książeczkę, którą włóż do paszportu i miej zawsze ze sobą. Bez niej możesz mieć problemy z wjechaniem do Rwandy, a już zwłaszcza z wyjechaniem z niej. WHO ma tak naprawdę gdzieś czy zachorujesz na febrę czy nie, a chodzi im jedynie abyś tej choroby nie zawlókł do innych regionów świata.

Warto też (a nawet trzeba, żeby nie skończyło się biedą) abyś zaszczepił się też na inne choroby, częstsze niż febra. I tak ja szczepiłem się przeciw:

– polio

– tężec (pewnie wyda Ci się to niepotrzebne, bo w dzieciństwie byłeś szczepiony; jednak to szczepienie jak i inne trzeba odnowić)

– błonica

– dur brzuszny

– zakażenie meningokokami

– WZW A (zaszczep się też na inne WZW, ja już miałem te szczepienia wcześniej).

Dobre wiadomości: zaszczepiłem się na więcej trzeba, więc zapewne lekarz powie Ci, że Twoja lista szczepień jest krótsza. Co więcej część szczepień będzie chronić Cię przez 10 lat nawet. Szczepienia nie bolą wcale za bardzo.

Zła wiadomość: szczepienia kosztują. Całość moich szczepień to kilkaset złotych.

Nie na wszystkie choroby się zaszczepisz. Najgroźniejsze choroby Rwandy to AIDS (5,6% ludności jest nosicielem wirusa HIV) i malaria.

Profilaktykę przeciw AIDS zapewne znasz, a jeśli nie, znajdziesz o niej informację w wielu innych miejscach. W każdym bądź razie życzę powodzenia 😉

Przeciw malarii możesz brać tabletki (wydawane na receptę u lekarza). Ja biorę malarone i niefachowo mogę je polecić. Uważaj! W różnych regionach świata należy brać różne leki antymalaryczne. Pomyłka w doborze leku to bardzo częsta pośrednia przyczyna śmierci z powodu malarii. Akurat malarone działa w Rwandzie. I tu złe wiadomości: leki nie ochronią Cię w 100%, są bardzo drogie (tabliczka 12 tabletek wystarcza na 12 dni i kosztuje 200zł) i mają całkiem pokaźną listę efektów ubocznych. Dobre wiadomości: weź ze sobą też repelenty i w miarę możliwości śpij pod moskitierą. W Internecie (nielegalnie, bo to lek na receptę) możesz odkupić od powracających z Afryki ich lekowe pozostałości nawet za pół ceny. Ponoć w Holandii są one tanie i legalne, więc rozważ ewentualny lot przez ten kraj (ponoć można kupić je na lotnisku, ale nie sprawdzałem). I na koniec: komarów w Rwandzie jest zdecydowanie mniej niż w Polsce. W porze suchej widywałem średnio jednego na trzy dni, w porze deszczowej mam teraz średnio 1-2 komary wieczorem w pokoju (a te które nie udało mi sie zatłuc przed zaśnieciem, rano kurcze rozgniatam zostawiając na ścianie plamę z mojej krwii; trzymajcie kciuki).

Rozważ ubezpieczenie się przed wyjazdem. Sam mam ubezpieczenie w Allianz (Mondiall Assistance), które jeśli będziesz się ubezpieczać, polecam. Jak wspomniałem byłem już w szpitalach i Allianz dość dobrze się mną opiekował. Szkopuł w tym, że za ubezpieczenie płacę (tzn MSZ płaci) ponad tysiąc złotych miesięcznie, a moje leczenie przez 3 miesiące kosztowało Allianz jak do tej pory góra 200 dolarów 🙂 No ale, póki co na szczęście choroby miałem niezbyt poważne. Pomyśl, czy byłoby Cię stać na opłacenie z własnej kieszeni ewentualnej misji ratunkowej w przypadku gdyby stało Ci się coś z dala od miast i na dodatek musiałbyś zostać przetransportowany do szpitala w Europie.

Leki przeciwbólowe możesz zostawić w domu. W ostatni weekend kupiłem aspirynę w cenie 1 tabletka (pani aptekarka wyjmuje ją z wielkiego słoja) = 2 centy amerykańskie.

Zrozumieć Rwandę

Klimat: idealny. Bardzo ciepło, w najgorszym wypadku klimat typu „polskie lato”. Dwie pory deszczowe: wiosną pora deszczy długich i jesienią od października do grudnia pora deszczy krótkich (nagła niespodziewana – choć zawsze poprzedzona strasznym wiatrem – nawałnica kończąca się zazwyczaj po 15 minutach, a potem znów upał). W porze suchej, sucho i tyle 🙂

Wyrzuć z głowy stereotypy o Rwandyjczykach jako ludziach, którzy zabijają się na ulicach i zapewne i Ciebie zabiją! Przysięgam: w Polsce jest kilka razy bardziej niebezpiecznie na ulicach niż tu. Ludzie niezwykle pokojowo nastawieni, uprzejmi i jak tylko będziesz mieć najmniejszy problem (nie wiesz jak gdzieś dotrzeć itp) na 100% ktoś Ci pomoże. Jeśli nie wierzysz, przeczytaj tego bloga w całości.

Ale unikaj rozmów o podziałach na Hutu i Tutsi. W niektórych aspektach (dyskryminacja) taka rozmowa może Cię zaprowadzić do więzienia. Obecna doktryna mówi, że wszyscy są sobie równi, nie ma podziału na Tutsi i Hutu, a wszelkie próby jego wznowienia od razu budzą w Rwandyjczykach obawę o powtórzenie ludobójstwa. Możesz jednak rozmawiać o ludobójstwie, ale rób to delikatnie. Na pewno nie pytaj rozmówcy po której stronie był w czasie ludobójstwa. Sam nigdy też nikogo nie zapytałem czy jest Tutsi czy Hutu.

Wiza

Jeśli jedziesz bezpośrednio z Polski lub innego kraju, w którym nie ma ambasady Rwandy, wypełnij formularz na stronie http://migration.gov.rw/. W innym wypadku postaraj się zdobyć wizę przed wyjazdem. Jest też opcja polegająca na tym, że wyślesz paszport do ambasady na przykład w Berlinie i odeślą Ci go z wbitą wizą. Opcja ta jednak kosztuje, a znając polską pocztę wolałem nie ryzykować powierzenia im mojego paszportu choćby na chwilę.

Pomimo, że formularz wypełnisz online, na granicy jeszcze raz wypełnisz drukowany z tymi samymi pytaniami. Zrób to jednak. Generalnie panuje opinia, że wizę do Rwandy dostać jest bardzo łatwo, ale jedna osoba, która nie wypełniła formularza na stronie o mało co nie została zawrócona na granicy.

Wiza kosztuje 50 dolarów i obowiązuje dwa tygodnie. Jeśli chcesz zostać dłużej, musisz w Kigali udać się do Migration Office. Zrób to na kilka dni przed wygaśnięciem wizy! Niestety przedłużenie wizy jest droższe.

Jak dotrzeć

Samolotem, lądem autobusem lub samochodem. Rwanda nie ma kolei i nie ma dostępu do morza. Kolej ma być wybudowana za kilka lat.

Ja przyleciałem tutaj Brussels Airlines z Berlina z przesiadką w Brukseli. Latają też z Warszawy do Brukseli. Sam poszukaj dobrego połączenia. Pamiętaj, że w Afryce komunikacja autobusowa jest tania, więc popatrz też, czy na przykład samolot do bardziej popularnej Ugandy czy Tanzanii nie będzie tańszy. Autobus z Kampali w Ugandzie do Kigali w Rwandzie kosztuje ponoć około 10 dolarów! (Tak słyszałem) Pamiętaj jednak, że w takiej opcji musisz doliczyć opłatę za wizę do któregoś z tych krajów.

Rwanda graniczy z Ugandą, Tanzanią, Burundi i Kongo. Tylko z Kongo możesz mieć problemy z wjechaniem do Rwandy. Oba kraje się nie lubią, a ponadto we wschodnim Kongo, właśnie przy granicy z Rwanda trwa obecnie intensywna wojna i zapewne nie skończy się szybko. Raczej odpuść sobie tą drogę.

Na miejscu

Gdzie spać

Niestety nie wiem. Sam śpię z Rwandyjczykami w domu, więc płacę zwyczajny czynsz 145 dolarów miesięcznie. Mam w to wliczony czynsz, prąd, pranie, sprzątanie i kolację. Ponadto Samuela – naszego house keepera – mogę w ramach czynszu wysyłać  po zakupy dla mnie.

Spałem w katolickim hostelu w Nyamata 20km od Kigali. Koszt to 4 dolary za noc. Hostel znajduje się bardzo blisko Nyamata Memorial  Site (każdy mieszkaniec Nyamaty wie gdzie to jest i na pewno pomoże Ci tam dojść po drodze wypytując skąd jesteś i jak Ci się Rwanda podoba). Pod Memorial Site wypatruj figurki matki bożej stojącej właśnie koło bramy hostelu.

W Kigali jest niestety ponoć drożej, ceny zaczynają się od 20 dolarów. Hotele są jeszcze droższe oczywiście. Zatem pomyśl o noclegu w Nyamata. Bilet na bus kosztuje jednego dolara, a bus jedzie około 40 minut (w warunkach afrykańskich to bardzo szybko!).

Tu być może znajdziesz adresy hoteli i hosteli w Rwandzie.

Gdzie jeść

Raczej na mieście. Mało kto ma tu lodówkę w domu, my nawet nie mamy kuchni.

W Kigali możesz znaleźć nastawione na bogatych klientów restauracje i czyste bary (które nawiasem mówiąc też starają się nazywać restauracjami). Jest nawet coś w rodzaju baru mlecznego. Natomiast najbardziej popularne są różne restauracje i bary oferujące coś w rodzaju szwedzkiego stołu. Płacisz około 2 dolarów i z mis nabierasz sobie co chcesz i ile chcesz. Za napoje płacisz oddzielnie. W misach będą makarony, frytki, banany (w tym słone, smakujące jak gotowane ziemniaki), bataty (ziemniaki, tyle, że właśnie z kolei słodkie), fasola, szpinak lub nać kasawy, sos i wołowe mięso. Tak przynajmniej jest u nas w Nyamata Teleservice Centre, które co prawda położone jest na drugim końcu miasteczka względem hostelu, ale gorąco polecam 😉

Musisz też zjeść broszety – szaszłyki z kawałków koziego mięsa. Czasem koziej wątroby, ale też smaczne.

Internet

W Kigali kawiarenki internetowe są na każdym kroku. 15 minut korzystania z Internetu kosztuje 20 centów amerykańskich. W biurze MTN możesz kupić modem GPRS za około 200 dolarów i potem miesięcznie płacić 35 dolarów. Niestety internet w tej opcji działa kosmicznie wolno i przez kilka godzin dziennie jest niedostępny. Zatem jeśli nie musisz być stale online, polecam kawiarenki.

Jak się poruszać

Pomiędzy miastami najlepiej busami. W Kigali jest jeden duży dworzec autobusowy oraz drugi mniejszy, ale za to w samym centrum. Na obu znajdziesz busy praktycznie w każde miejsce w kraju (do każdego większego miasta, ma się rozumieć). Są stosunkowo tanie – bilet Kigali – Nyamata na trasie 20km kosztuje 2 dolary. Ciekawostką jest, że są właśnie bilety, a nawet jak ich nie ma to cena jest stała. Nawet jak chcesz wysiąść gdzieś na trasie, płacisz za pełny kurs. Co więcej płacisz tyle samo co Rwandyjczyk. Inna ciekawostka, to to, że autobusy mają godziny odjazdu. W Afryce to nietypowe: w innych krajach autobus odjeżdża, gdy jest już pełny, więc możesz czekać nawet i kilka godzin na mniej uczęszczanych trasach. Autobus na trasie do Nyamaty jeździ co pół godziny (i zawsze jest pełny ludzi). Bilety na trasy międzymiastowe kupujemy w okienkach, od biedy możesz kupić w autobusie (cena taka sama).

W Kigali są także autobusy miejskie, ale nie oznakowane. Musisz pytać ludzi skąd odjeżdża interesujący Cię autobus i w samym busie dowiaduj się czy to właśnie ten. Bilet kosztuje około 30 centów. Bilety kupujemy w busie.

Gdy chcesz wysiąść z busa, zastukaj głośno w metalową jego część (obowiązuje też na trasach międzymiastowych).

Inne środki transportu to motor i rower. Droższe od busa, ale za to dowiozą cię dokładnie do celu; bus nie dojeżdża wszędzie, nawet do niektórych atrakcji turystycznych.

Na ulicach Kigali będziesz zaczepiany przez kierowców aut osobowych. To nieformalne taksówki, ale odradzam. Piekielnie drogie. Raz musiałem skorzystać gdy wracałem ze szpitala w Kigali do Nyamaty i zapłaciłem ponad 25 dolarów.

Po niektórych parkach możesz poruszać się tylko autem terenowym, wynajmiesz je w Kigali lub pod samym parkiem.

Co zwiedzać

Udaj się najpierw do punktu Informacji Turystycznej w Kigali. Znajduje się w samym centrum Kigali i dowiesz się tam o wiele więcej niż ode mnie. Czytelnicy bloga wiedzą, że ja niestety nie zwiedzam, więc podam Ci tylko suche fakty; takie same jakie się dowiedz właśnie w TI.

W Rwandzie zwiedza się przyrodę i miejsca pamięci ofiar ludobójstwa (Memorial Sites). Zabytków brak.

Sztandarowy park Rwandy to Volcano Park, gdzie turyści jadą oglądać ostatnie 300 pozostałych przy życiu goryli górskich. Zanim się napalisz, ostudzę emocje: koszt wejścia wynosi 500 dolarów.

Inny park to Akagera National Park – park safari położony nad rzeką Akagera na wschodzie Rwandy, z żyrafami, lwami, hipopotamami i innymi „-ami”. Koszt wjazdu to 30 dolarów plus koszt wynajęcia samochodu terenowego. Są także inne parki, ale te dwa są najbardziej znane. O pozostałych dowiesz się w TI.

Bardzo polecam wizytę w Kigali Memorial Site. Poświęć na nią co najmniej kilka godzin. Jeśli nie odwiedzisz tego miejsca, to jesteś bałwan 😉

Ponadto każde miasto ma swój własny Memorial Site. Zobacz moje opisy z odwiedzin tych miejsc.  Wstęp do nich jest darmowy, ale przy wyjściu wypada zostawić datek (zostaniesz o to poproszony). Uprzedzam, że są to miejsca robiące bardzo duże wrażenie.

Polecam także wybranie się nad jezioro Kivu. Bardzo pięknie położone wśród gór. Nie będziecie żałować (pod warunkiem, że nie wpadnie Wam do głowy udanie się do położonego w okolicy obozu dla uchodźców).

Pieniądze, ceny i zakupy

Jedyna obsługiwana karta płatnicza w Rwandzie to Visa Horizon (jeśli masz Visę Electron, nie zdziała), zatem o ile wiem nie ma sensu z polski brać jakiejkolwiek karty. Aczkolwiek w sklepie Nakumat widziałem plakietkę Visa Electron, więc może coś się zmienia.

Weź gotówkę, w dolarach. Nie bój się napaści i kradzieży (no może jedynie po zmroku, ale to wiem tylko ze słyszenia). To nie Brazylia, nikt nie wyskoczy zza rogu z nożem. Zdarzyło mi się wymieniać w kantorze 2 tys dolarów i jako, że byłem już w Rwandzie od miesiąca, ani trochę nie obawiałem się, że zaraz po wyjściu z kantora stracę te pieniądze. Jak pisałem, niebezpieczniej jest w Polsce.

Przy zakupach możesz się targować. Gdy kupujesz coś na targu lub od jednego z ulicznych sprzedawców (kobiety i chłopacy zaczepiający Cię z wszelkiej maści dobrami w ręku, od pocztówek, po dżinsy) nawet trzeba się targować, bo na bank usłyszysz cenę nawet wyższą od cen dla turystów.

Właśnie. W Rwandzie często ceny dla Rwandyjczyków są inne niż dla obcokrajowców (także czarnych). Nawet w Volcano Park Rwandyjczyk zapłaci 200 dolarów, a Ty urzędowo 500. Tak samo na targu czy ulicy. Targuj się, ale i tak nie stargujesz ceny do poziomu lokalnego. Na początku się przeciw temu buntowałem, ale po miesiącach pobytu zaakceptowałem i nawet zacząłem rozumieć. To biedny kraj, w którym ludzie zarabiają często pół dolara dziennie. Wiedząc o tym raczej czułbym się podle będąc sknerą.

I teraz ceny. Będę podawał także info, czy to cena dla wszystkich, czy też właśnie w tym wypadku jest wyższa dla turysty.

Acha. Ceny podaję w dolarach i w przybliżeniu, ale walutą Rwandy jest frank rwandyjski (FRW). Stosunek franka do dolara jest mniej więcej stały. Gdy przyjechałem tu trzy miesiące temu jednego dolara skupowano po 550 FRW, teraz skupują po 565.

Woda pół litra: pół dolara. Cena taka sama dla wszystkich. W ogóle ta cena jest chyba jakaś urzędowa, bo wszędzie wynosi tyle samo. W Nyamata, w Kigali, w sklepie, w restauracji…

Omlet z trzech jajek: dolar. Cena taka sama dla wszystkich.

Dwie bułki do omletu: mniej niż pół dolara (200FRW).

Kawa: dolar. Dostajemy cały termos kawy, który starczy na dwa kubki.

Herbata: cena i objętość taka sama jak przy kawie.

Cola w butelce 500ml: dolar. Ceny cały czas takie same dla wszystkich.

Wyżerka ze szwedzkiego stołu: 2 dolary.

Kozi szaszłyk (brouchette): poniżej dolara (400FRW).

Frytki: dolar. Duża porcja.

Dowolny owoc w barze lub na targu: 100FRW czyli 20 centów. Na targu jednak biała osoba zapłaci przynajmniej dwa razy więcej. Ale 40 centów za całego ananasa to przecież nadal śmieszne pieniądze.

Sambusa (rodzaj słonych mięsnych pierożków we francuskim cieście): 40 centów w sklepie.

Parasol i ręcznik na targu (używane): po dwa dolary od turysty, lokalni mają taniej.

Spodnie na targu (używane): 2-4 dolary dla miejscowego. Turysta na pewno zapłaci więcej.

Ceny piwa i innych alkoholi opisałem tutaj.

Ceny transportu opisałem powyżej. Motorek z centrum Kigali do Memorial Site kosztuje turystę dolara.

Pamiątki w cenach różnych; można się targować. Ale o pamiątkach niżej. O właśnie tutaj:

Co kupić

Cokolwiek co chcesz. 🙂 Genialny pomysł miała jedna z odwiedzających mnie dziewczyn, która od chłopaków grających na ulicy odkupiła piłkę zrobioną ze sznurka i starych papierów. Nawiasem mówiąc, to powinien być główny towar eksportowy z Afryki, każdy przecież zapewne słyszał o tego typu piłkach (także robionych z nadmuchanej prezerwatywy oklejonej taśmą). Hela za piłkę zapłaciła chyba 100 franków, co dla chłopaków jest bardzo wysoką ceną.

Typowe dla Rwandy pamiątki to na przykład ugaseke – charakterystyczny baryłkowaty kosz (że też do tej pory nie zrobiłem mu zdjęcia!). Imishanana  – różne kolorowe materiały na kobiecie suknie. Drobne wyroby z drewna, figurki, dzidy, totemy. Dużo tego jest. Fajny jest też kapelusz pasterski zrobiony z kory drewna (przypomina trochę kapelusz Włóczykija, ma strukturę lnu i jest ciemnobrązowy). Pasterza kosztuje około 2 dolary, ale turystę 12. Ale chyba sobie kupię 🙂

Pamiątki kupisz w punkcie informacji turystycznej i w sklepach z pamiątkami. Polecam całą mikro dzielnicę ze sklepami. Ruszasz spod budynku, w którym jest biuro MTN i Nakumatt (i wiele innych sklepów), schodzisz w dół ulicy w kierunku ronda z fontanną i po lewej jej stronie na wielkiej bramie zobaczysz napisy, a wśród nich „handicraft”. Za bramą będzie coś w rodzaju byłych garaży czy warsztatu samochodowego, teraz zapełnionego mini sklepikami z pamiątkami. Konkurencja sprzedawców jest tak duża, że bardzo łatwo się targować.

Nie polecam kupowania pamiątek w Caritasie. Drogo i nie da się targować, nawet jak powiesz, że kupujesz większą ilość. Do tego sprzedają tam figurki z kości słoniowej lub czegoś, co ją imituje. W punkcie informacji turystycznej na gablotce z pamiątkami jest fajny napis „Jedynie słonie mają prawo do kości słoniowej”. Nawet jeśli to imitacja, to i tak strażnik na granicy nie musi o tym wiedzieć i napytasz sobie kłopotów, łącznie z więzieniem.

Koniec

A wcale bo nie. Polecam przeczytanie całego mojego bloga. A także opis Rwandy, jaki możecie znaleźć tutaj.


10 Komentarzy »

Biały Stok

Raczej nie śledzę tego, co się dzieje teraz w Polsce i świecie. (Nie uwierzycie, ale pewnie jako ostatni dowiedziałem się, że jest jakiś kryzys bankowy w USA). Przeglądam raczej newsy w kontekście Afryki i bardzo mnie zaczęło dziwić, że w ten sposób trafiłem na kilka artykułów odnośnie mojego rodzinnego Białegostoku.

Podsumowujący felieton zamieścił dziś Kofi na Afryka.org. Ale wcześniej ks. Konkol starał się przekonać, że Białystok powinien być nie tylko dla białych, a po nim dziekan UMB przyznał rację, że Białystok ma problem rasizmu. Te dwa ostatnie to przedruki z lokalnego Kuriera Porannego.

Cóż, dla mnie to nie nowość. Białostoccy skini są bardzo aktywni, co można zobaczyć śledząc ich prostacką stronę RedWatch, znalazłem na niej wielu znajomych w charakterze tropionych i wytypowanych do pobicia za zbyt otwarte według dzieci w dresach poglądy. Co więcej zdarzyło mi się zobaczyć przemarsz takich ubranych na czarno, wygolonych na łyso chłopczyków przez miasto. Chłopczyków, bo wiem, że większość z nich to wiek licealny (a raczej zawodówkowy) – uczyłem w Zespole Szkół Zawodowych nr 1 w Białymstoku, gdzie uczniowie ostatnich klas bez skrępowania chodzili w ubraniach z naszytymi sfastykami. Czytam białostockie fora i grupy dyskusyjne i wiem jakie bywa podejście do czarnoskórych w naszym mieście: obsługa jednego z barów nie omieszkała nawet opluć takiego klienta (pizzeria przy Grochowej, według relacji na grupie alt.pl.regionalne.bialystok). Teraz ks. Konkol, Kofi i inni dodają do tego jeszcze informacje o kolejnych upluciach, wyzwiskach i pobiciach.

Informacje o tym docierają do Afryki. Sam nie widzę powodu by zatajać je przed nimi. Rwandyjczycy mi mówią, że marzą o wyjeździe do Europy, do Polski, więc im opowiadam co ich czeka. Mówię, że większość ludzi jest nastawiona do nich przychylnie lub przynajmniej obojętnie, ale nawet mała grupka debili może popsuć im wymarzony pobyt. Zresztą oni o tym wiedzą i beze mnie. Za każdym razem rozmowa się kończy ich opowieścią o piłkarzu Samuelu Oto’o – opowiadają jak w Hiszpanii przezywany jest małpą i wyzywany.

Jedno mi się podoba: media zaczęły o tym pisać. Czarni w Biłymstoku jak i w innych miastach zapewne są traktowani z poniżeniem od lat, nareszcie przynajmniej białostocka prasa mówi o tym głośno. Cisza to przyzwolenie.

Tylko przyznam, że jest mi cholernie ciężko czytać to wszystko. Zwłaszcza, że zobaczyłem z jakim szacunkiem traktowany jest biały cżłowiek w Afryce. Wstyd mi z tego powodu. Tu jestem traktowany z wszystkimi przywilejami, przepuszczany w kolejkach, ustępuje mi się miejsca w pierwszym rzędzie w autobusie, policjanci na ulicach mnie pozdrawiają i ściskają rękę. A co jeśli ten, który ustąpił mi miejsca, zjawi się któregoś dnia w autobusie w Białymstoku?

* * *

Rasistom i skinom polecam bardzo dobry film.

6 Komentarzy »