Posts tagged kongo

Rwandyjscy żołnierze po raz trzeci w Kongo

Świat emocjonuje się tym co się dzieje w Strefie Gazy i tradycyjnie już braknie w mediach miejsca na doniesienia z Afryki. Tymczasem rwandyjskie wojsko wkroczyło właśnie na terytorium Kongo.

Brzmi groźnie, zwłaszcze jeśli przypomnimy sobie, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat Rwanda już dwukrotnie dokonała inwazji Konga: w 1996 roku i drugi raz w 1999, rozpętując największą – jeśli by liczyć ilość ofiar – wojnę od czasów II Wojny Światowej.

Tym razem jednak nie jest to inwazja, a odpowiedź na prośbę o pomoc wystosowaną przez kongijski rząd. Kinszasa (stolica Konga) bowiem sama ma już dość wojennej sytuacji we wschodnich prowincjach swojego kraju, z którą od lat nie może sobie poradzić. Jeszcze we wrześniu była oskarżana o wspieranie ukrywających się tam ludzi Hutu, zbiegłych po dokonanym ludobójstwie z Rwandy. Teraz ma ramię w ramię z Rwandyjczykami walczyć z nimi. W grudniu doszło do porozumienia pomiędzy rządami Rwandy i Kongo w myśl którego Rwanda zobowiązała się wspierać Kinszasę logistycznie i wywiadowczo przy zaprowadzaniu porządku w Północnym i Południowym Kivu; teraz także wesprze ich oddziałami wojskowymi. Oficjalnym celem misji jest zmuszenie oddziałów Hutu do powrotu do Rwandy, gdzie mieliby zostać osądzeni i prawdopodobnie skazani za ludobójstwo na karę wiezienia (w Rwandzie nie obowiązuje kara śmierci). Jestem nieco sceptyczny co do tych zapewnień: do prowincji Kivu nie są dopuszczani ani żołnierze błękitnych hełmów, ani pracownicy organizacji pomocowych i dziennikarze. Nie będzie więc wiadomo co może tam się wydarzyć.

Ciekawy przewrót dokonał się także w obozie generała Nkundy (przypomnę, że Nkunda to człowiek Tutsi, od lat popierany przez Rwandę właśnie z uwagi na to, że cały czas walczył w Kongo z Hutu). Obóz rozpadł się na dwie frakcje. Część ludzi wspiera żołnierzy Kongo (i teraz także żołnierzy Rwandy) w walce z Hutu. Część pozostała przy generale Nkunda nie chce się podporządkować zwierzchnictwu rządu w Kinszasie i nadal zapowiada walkę partyzancką zarówno z Hutu jak i armią kongijską. Być może Laurent Nkunda obawia się więzienia, być może prawdą jest to co się mówi o jego prawdziwych intencjach – jakoby oficjalnie chodziło mu o walkę z Hutu i ochronę Tutsi, a nieoficjalnie jest trybikiem w układance mającej na celu dobranie się do kongijskich złóż metali.

3 komentarze »

W Kongo jest już bardzo źle

Jestem pewien, że nie odrabiacie pracy domowej i nie śledzicie wraz ze mną co się dzieje w Afryce, więc napomknę przynajmniej o jednym: w Kongo jest już regularna wojna.

BBC. Kliknij by przeczytać artykuł

Źródło: BBC. Kliknij by przeczytać artykuł

Oddziały rebelianckiego generała Nkundy regularnie strzelają się już z wojskiem rządowym, z partyzantką Hutu, a nawet z Monuc (misja stabilizacyjna ONZ). Ci ostatni zapowiedzieli, że będą odpowiadać ogniem i faktycznie robią.

BBC. Kliknij by przeczytać kolejny artykuł

Źródło: BBC. Kliknij by przeczytać kolejny artykuł

Tutaj wszystkie media o tym głośno trąbią, do tego stopnia, że przyznam, że straciłem już rachubę co do szczegółów. Nawet słyszałem, że wojska rządowe walczą już Hutu – a przecież nasilenie konfliktu zaczęło się po tym, jak Nkunda oskarżył rząd Kongo o wspieranie Hutu.

Nawet Paul mi dziś napomknął o tym, że sytuacja jest już bardzo poważna. Ewa napisała mi maila z pytaniem czy ze mną wszystko w porządku, bo słyszała w BBC, że w Kigali doszło do zamieszek. Byłem dziś w Kigali i to dość długo (postanowiłem w końcu na luzie pozwiedzać sobie to miasto) i nic nie widziałem.

Czy w Polsce coś się o tym mówi? Nie wiem jak było w Gruzji, ale wydaje mi się, że to co się dzieje w Kongo (tak przy okazji niemal na granicy z Rwandą) jest większe. Jak znam życie, konflikty afrykańskie nadal nie zajmują głównych stron gazet, nawet jeśli ilość ich ofiar sięgnęłaby czterech milionów, tak jak to miało miejsce w czasie drugiej wojny kongijskiej. Dajcie znać.

10 komentarzy »

Zamieszki na granicy Polsko – Chińskiej

Póki co jeszcze nie tytułowej granicy (ale w sumie chciałoby się może trochę by i ta część znanego dowcipu się spełniła, wszak pierwsza o komunizmie w USA już powoli się spełnia – kto by pomyślał kilka lat temu), ale na granicy Rwandyjsko – Kongijskiej.

MSZ obiecało, że jak coś będzie się działo, to wyślą po mnie helikopter. Więc się trochę nawet cieszę, bo nigdy helikopterem nie leciałem 😉 Ale jednak wolałbym zostać tu nieco dłużej, nawet kosztem ominięcia mnie frajdy podróży Sokołem czy innym.

O czym ja brędzę?

O problemach Rwandyjsko – Kongijskich informowałem Was już nie raz. Tymczasem w ostatnim tygodniu chyba dość mocna nasilił się konfilkt. Czytam na bieżąco BBC i newsy z AllAfrica i nie ma dnia by nie było jakichś nowych informacji na ten temat. Najpierw zaczęło się „niewinnie” od informacji o zabitych Rwandyjczykach, którzy poszli z kongijskiej Gomy na drugą stronę granicy na wybory. Potem były informacje, że generał Nkunda – kongijski rebeliant po cichu wspierany przez Rwandę, bo między innymi zobowiązał się do ochrony mieszkających w Kongo Rwandyjczyków przed ukrywającymi się tam Hutu – zaatakował kongijską bazę wojskową i ją przejął.

Zrobiło się jeszcze bardziej gorąco, bo Kongo oświadczyło, że wojska rwandyjskie wtargnęły na ich terytorium i nawet poskarżyło się do ONZ. Rwanda zaprzeczyła, ale Innocent mówi, że różnie z tym może być. Walki przy Rwandyjskiej granicy po stronie Kongo nasilają się i każdego dnia czytam o Nkundzie, dziś nawet doniesiono o pojawieniu się nowych partyzantek w dżungli (wczoraj Nkunda zaapelował o powstawanie takich właśnie). W każdym bądź razie ludzie tam giną i być może Rwanda ma z tym coś wspólnego.

To są mniej więcej okolice obozu uchodźców, z którego mnie wyrzucono podejrzewając mnie o bycie szpiegiem, tyle, że po drugiej stronie granicy.

* * *

Informacje powiązane lub nie:

W poprzednią niedzielę przez Nyamata w kierunku Burundi przejechało około 30-40 ciężarówek pełnych żołnierzy (kurcze, a może ja faktycznie jestem szpiegiem?). Ciężarówki były w większości białe, oznaczone UN i UNAMID. Te ostatnie to międzynarodowa misja wojskowa w Darfurze, składająca się miedzy innymi z oddziałów rwandyjskich. Może chłopaki wracali z Darfuru do jakiejś bazy wojskowej tutaj ot tak sobie, a może dlatego, że jest mobilizacja?

Dziś byłem w Kigali Memorial Site i na wejściu strażnik mnie zaskoczył przeczesując mnie całego wykrywaczem metali i dokładnie przetrząsając plecak. Wizytę w Memrial Site – jak dożyję – opiszę przy innej okazji, bo jest o czym pisać. Niestety bez zdjęć, bo fotografowanie tam jest zabronione (ale o tym wiedziałem od dawna) i wolałem to uszanować.

Comments (1) »

10 rzeczy których (nie)wiesz o Afryce

Może nie uwierzycie, ale ostatnio bardzo dużo czytam o Afryce, głównie o aktualnych wydarzeniach na tym kontynencie. Przeważnie przeglądam zagraniczne strony takie jak allafrica.com, oglądam dostępne tutaj kanały telewizyjne. I zastanawiam się na ile więcej wiem od Polaków na temat afrykańskich newsów. Niektóre z nich są tak bardzo głośne i licznie komentowane, że aż zastanawiam się czy do Polski także dochodzą jakieś echa na ich temat.

Proponuję więc małą zabawę, która ma na celu poinformowanie nie tylko Was co tu się dzieje, ale także mnie. Liczę na zwrotną informację o tym, czy to co poniżej opiszę dociera do polskich mediów (TVN24, Wiadomości…). Przeczytajcie i napiszcie w komentarzu o czym sami wiedzieliście, bo na przykład też się interesujecie Afryką oraz o czym z poniższych rzeczy zapewne wie przeciętny Polak z uwagi na obecność w krajowych mediach. Zgoda? No to zaczynamy.

U wybrzeży Somalii porwano ukraiński statek transportujący 33 czołgi

http://news.bbc.co.uk/2/hi/africa/7640496.stm

Historia z jednej strony śmieszna, a z drugiej straszna. Straszna bo wraz ze statkiem porwano 20 osób załogi. Straszna bo wyszło na jaw, ze choć czołgi oficjalnie Ukraina transportowała do Kenii, tak naprawdę chyba płynęły one do Sudanu; tego samego w którym cały pozostały świat „zachodni” stara się ocalić Darfur (swoją drogą kilka lat temu wyszło na jaw, że Ukraina zaopatrywała wbrew embargo Irak; i oni chcą do NATO?). Statek jest już okrążony przez wojskowe jednostki Rosji i USA (ci ostatni boją się żeby czołgi nie trafiły do terrorystów).

Śmieszna bo jednostki wojskowe nic specjalnie robić nie muszą i spokojnie czekają aż porywacze powystrzelają się nawzajem. Ponoć już kilku nie żyje w wyniku sporów na pokładzie na temat tego, co powinni robić dalej.

Rwanda jest jedynym na świecie krajem, w którym ponad połowa parlamentarzystów to kobiety

http://afryka.org//index.php?showNewsPlus=3171

Tak, po ostatnich wyborach sprzed 3 tygodni w rwandyjskim parlamencie zasiada ponad 50% kobiet. Ale faktem jest, że kobiety mają tu nieco uprzywilejowaną pozycję już w samym systemie wyborczym. Wybory składają się z trzech dni. Pierwszego dnia wybierani są wszyscy (kobiety i mężczyźni), drugiego tylko kobiety na ileś tam zarezerwowanych dla nich miejsc, trzeciego po jednym (czy kilku, niestety teraz nie pamiętam) przedstawicielu młodzieży i niepełnosprawnych.

Mój komentarz jest taki, że może to i dobrze? Jak pisałem w tym kraju prawo naprawdę szybko się tworzy, a nie skupia na pobocznych tematach kto komu nie płaci alimentów (tak, podglądam też co się dzieje w Polsce i uwierzcie, że z dystansu 6 tysięcy kilometrów wygląda to naprawdę katastrofalnie).

W Kongo wciąż trwa wojna, nazywana czasem III Wojną Światową

http://en.wikipedia.org/wiki/Second_Congo_War

Oficjalnie już zakończona, ale nadal nieoficjalnie trwa. W dniu rwandyjskich wyborów zginęło kilka osób, które odważyły się wziąć w nich udział i przez to zdradzić, że są Rwandyjczykami. Co chwila media donoszą o kolejnych ofiarach ukrywających się w dżungli oddziałów partyzanckich.

Choć i w samej części oficjalnej wzięło udział tak wiele państw (oficjalnie ponad dziewięć) i zginęło tak wielu ludzi (prawie cztery miliony, bardziej krwawa była tylko druga wojna światowa), że nazywa się ją Trzecią Wojną Światową.

Mugabe zgodził się na współwładzę z opozycją

http://allafrica.com/stories/200809151361.html

Dyktator Zimbabwe znany w Europie głównie z powodu uzyskania inflacji na poziomie kilkuset procent dziennie, w końcu zgodził się dopuścić do władzy opozycję. Zgodę pomiędzy partią opozycyjną i jej premierem, a ludźmi prezydenta podpisano w dniu wyborów w Rwandzie, co sprawiło, że naprawdę sporo osób zasiadło tu przed telewizorami (z tego co zauważyłem relację na żywo nadawała tylko Al Jazeera, bardzo dobry kanał informacyjny wbrew temu co próbują o nim mówić zachodnie więc i polskie media).

Mugabe się dzieli, a Al Jazeera transmituje to na żywo

Mugabe się dzieli, a Al Jazeera transmituje to na żywo

Inna sprawa, że podział władzy do dnia dzisiejszego pozostaje tylko na papierze.

W RPA zabijani są biali ludzie za kolor skóry

Linka nie podam, bo to informacja usłyszana od Roberta. Nie jest to regularna rewolucja na tle rasowym, ale raz na jakiś czas rdzenni mieszkańcy Republiki Południowej Afryki powodowani frustracją,  napadają na domy białych i zabijają ich mieszkańców. Biali nadal w RPA dostają lepiej płatną pracę na stanowiskach kierowniczych.

Mieszkańcy Suazi protestują przeciw monarchii

http://news.bbc.co.uk/2/hi/africa/7624634.stm

Suazi to taki mały kraj wewnątrz RPA, ponoć ostatnia na świecie monarchia absolutna. Tak absolutna, że król wystawił do wyborów tylko jedną swoją partię nie dopuszczając do nich żadnej innej i jeszcze rozkazał by wszyscy w tych wyborach oddali swój głos na swojego faworyta. Lud więc okazuje swój głos, ale na ulicach.

W RPA obalono prezydenta

http://afryka.org//index.php?showNewsPlus=3189

A obalił go były wiceprezydent. Więcej w artykule, który jest po polsku.

W Egipcie porwano europejskich turystów

http://news.bbc.co.uk/2/hi/in_depth/7640837.stm

Niemców, Rumunów i kilku innych. Turyści zostali uprowadzeni do Sudanu, a porywacze w połowie zostali wybici przez oddziały specjalne Egiptu, któremu bardzo zależy na tym, by Egipt nie stracił opinii bezpiecznego kraju turystycznego. Porywaczami okazali się, według opinii porwanych, znudzeni kilkunastoletni chłopcy liczący na szybki zysk. Tak to już jest, jak państwa czasem się godzą na zapłacenie okupu za porwanych, to potem zawsze znajdą się kolejni chętni na zarobek.

Ten artykuł nie zawiera dziesięciu rzeczy o Afryce

Tylko osiem. A nawet jak wliczyć i ten akapit, to nadal nie jest dziesięć, a jedynie dziewięć. Ot i rzetelność dziennikarska.

16 komentarzy »

Autocenzura i krótka historia najnowsza Rwandy

Jak niektórzy zauważyli na początku tygodnia pojawił się mój drugi wpis opisujący moją i Maombiego wyprawę do Kibuye, a dokładnie jej etap spędzony w obozie dla uchodźców i związane z tym przygody. Było ciekawie, ale artykuł po kilku godzinach zniknął. Właśnie go przywróciłem w niezmienionej postaci, ale jestem winien wyjaśnienia tych dziwnych kroków.

Spojler: wskazane jest jeśli ktoś nie przeczytał do tej pory drugiej części opisu wyprawy, aby zrobił to teraz, zanim przeczyta dalszą część tego tekstu. Kliknij, a otworzy się w nowym oknie.

Maombi miał z obozu wrócić we środę, tymczasem zamiast wrócić zadzwonił do mnie późnym wieczorem. Zapytał co u mnie słychać, odpowiedziałem, że wszystko w porządku i co u niego. A on roztrzęsionym głosem odparł, że jest w więzieniu.

Maombi słabo mówi po angielsku, do tego doszły zakłócenia na łączu i mało rozumiałem, ale od razu wyczułem, że chodzi o moją wizytę w obozie na jego zaproszenie. Powiedziałem, że zaraz zadzwonię do Paula i on zadzwoni do niego by wypytać co się dzieje.

Okazało się, że Paul już wie i że potwierdza, że chodzi o mój pobyt w obozie. Był akurat w telecentrum, więc poszedłem do niego by wspólnie obradować co z tym zrobić. Właściwie to pobiegłem.

Afrykańczycy to luzaki. Paul mówi, że faktycznie Maombi jest w więzieniu, nie wie gdzie, nie wie co i jak, ale nie ma czasu się tym zajmować teraz, bo musi gdzieś jechać. Widząc moją wystraszoną minę on i Innocent zaczęli się śmiać. Przez moment myślałem, że to wszystko żart, ale jednak nie. Uzyskaliśmy od Maombiego numer telefonu do jakiegoś naczelnika więzienia, ten niestety jednak na przemian nie odbierał albo był poza zasięgiem (tu w Rwandzie jestem już przyzwyczajony, że jak do kogoś dzwonię, muszę próbować co najmniej 3 do 5 razy, bo albo sieć akurat jest niedostępna, albo ja jestem poza zasięgiem, albo odbiorca).

Po godzinie w końcu udało się dodzwonić do samego Maombiego, co mnie uspokoiło, bo powiedział, że właśnie go wypuścili. Ma jednak pozostać w obozie i czekać na kogoś z biura Wysokiego Komisarza d/s Uchodźców w ONZ (UNHCR), przed którym będzie się na następny dzień tłumaczył dlaczego przyprowadził białego człowieka do obozu.

Dziś po tygodniu czasu w końcu Maombi jest z powrotem. Opowiedział, że od razu po opuszczeniu przeze mnie obozu zabrano go na przesłuchanie, po którym trafił do obozowego więzienia gdzie siedział trzy dni.

Okazuje się, że wizyta  w obozie to nie taka prosta wycieczka, jak mniej więcej to zrozumiałem, gdy pisała Krysia. Obóz uchodźców w Rwandzie i obóz w Ghanie to nie to samo. Paul mi wszystko opowiedział przypominając, że odradzał mi wizytę w tym miejscu. Teraz inaczej wszystko wygląda, gdy już wiem to co wiem. Dziwiłem się czemu Rwandyjczycy są tacy skonfundowani gdy mówiłem im gdzie się wybieram, a Innocent mówił, że sam by się bał spać w takim miejscu.

Prezydent obozu od razu uznał, że przybywam do obozu z powodów politycznych i myślał, że jestem szpiegiem. Stąd delikatne ale nieodwracalne wyproszenie mnie z obozu oraz przesłuchiwanie i więzienie Maombiego. Brzmi absurdalnie, ale teraz się nie dziwię. Mieszkam sobie w Rwandzie od jakiegoś czasu, wszystko wygląda pięknie, ale okazuje się, że pod tą dekoracją siedzi chyba dość złożony aparat ochrony państwa bazujący na lęku przed powrotem do ludobójstwa. Bo wszystko jak się do tego należycie zbliżyć jest jednak nadal delikatne.

Z opowieści Paula wiem, że obóz dla uchodźców jest miejscem bardzo zamkniętym, a jego niedostępne położenie to nie przypadek. Przebywają w nim uciekinierzy z terenu Konga. Sytuacja jest złożona i nie wszystko rozumiem, ale postaram się opisać ostatnie lata w Rwandzie po ludobójstwie.

Paul mówi, że po zwycięstwie FPR w 1994 roku większość mordujących Hutu (ale i także tych, którzy nie zabijali, jednak bali się odwetu jedynie z uwagi na swoją przynależność) uciekła za granicę, w tym bardzo duża część do Konga. Wywiad rwandyjski wiedział, że przy wsparciu kongijskiego rządu ze stojącym na jego czele dyktatorem Mobutu Sese Seko, Hutu organizują się zbrojnie by wrócić do Rwandy i dokończyć to, co im się nie udało. Dlatego Rwanda prewencyjnie zaatakowała wschodnie tereny Konga, wojna trwała wiele lat i jednym z jej efektów była kolejna fala uchodźctwa; sytuacja była tak skomplikowana, walczył tam niemal każdy z każdym, że nawet niektórzy Hutu uciekli z Konga z powrotem do Rwandy.

Do dziś sytuacja między Kongiem i Rwandą wygląda fatalnie, tam nadal trwa wojna domowa. Z jednej strony zabijani są tam mieszkający od lat Rwandyjczycy, z drugiej strony rwandyjskie bojówki atakują Kongijczyków żądając niepodległości wschodnich terenów tego kraju. Oczko do geniusza Cejrowskiego: to pokłosie ukochanych jego czasów kolonialnych gdy przyleźli tu Europejczycy i nie patrząc na odwieczne granice wytyczyli swoje własne. Tak to Rwanda została podzielona na co najmniej trzy części: wschodnią Rwandę faktyczną, południowe Burundi, a położone na zachód od jeziora Kiwu tereny dostało Kongo.

Dodać muszę też stosunki Rwandy z Francją. Z jednej strony Rwanda dysponuje dowodami na udział rządu francuskiego z czasów Françoisa Mitterranda w przygotowaniu ludobójstwa. Ale wróćmy do jeszcze wcześniejszych czasów.

Po dojściu do władzy Hutu, Tutsi obawiając się skrajnych ruchów dyktatora J. Habyarimany uciekli do sąsiednich krajów; planowali jednak wrócić do ojczyzny i powoli to robili. Pod koniec lat osiemdziesiątych sformowany został FPR, który z terenów Ugandy wkroczył do Rwandy i zaczęła się wojna domowa, dość szybko powstrzymana. Tutsi z FPR już mieli obalić dyktatora, gdy jednak ten poprosił Francję o pomoc, a ta – co jest uważane przez dużą ilość ludzi nie tylko z Afryki – popełniła fatalną pomyłkę i wsparła reżim wysyłając swoje wojsko.

Rozpoczęła się misja stabilizacyjna ONZ, która jednak ze strony Francji nie była do końca stabilizacyjną. Rząd Rwandy kierowany przez Hutu od lat przygotowywał się do eksterminacji Tutsi, francuskie władze dobrze o tym wiedziały, a francuscy żołnierze z dużym udziałem Legii Cudzoziemskiej ochoczo w tym pomagali szkoląc militarnie bojówki i dozbrajając je. Te same bojówki które w 1994 roku pod pretekstem odwetu za zestrzelenie samolotu z lecącym w nim rwandyjskim dyktatorem, w trzy miesiące zabiły 800 tys ludzi ludności cywilnej. I jak tam panie Cejrowski z pana poglądem, że biali w Afryce czarnych trzymają na smyczy by się nie pozabijali? Gdy zaczęła się rzeź pierwszym ruchem białych, była ucieczka.

Doszło do tego jeszcze niedawne oskarżenie przez Francję obecnego prezydenta Paula Kagame, że to właśnie on kierował zamachem na dyktatora i wszystko się posypało. Rwanda kazała Francuzom kompletnie się wynieść z kraju i nie utrzymuje z Francją żadnych stosunków dyplomatycznych.

I tu pojawiam się ja – mała polska wolontariacka pchełka 🙂 To są tylko domysły moje i Paula, ale jak Paul mówi dość słuszne. Gdy potencjalnie w obozie z uchodźcami z Konga zjawia się biały człowiek, od razu pojawia się podejrzenie, że nie jest on zwykłym turystą, a zwyczajnym szpiegiem. Jako, że jest biały i jest z Unii Europejskiej, jest wielce podejrzane, że może szpiegować dla Francji. Jako, że Francja była odpowiedzialna (według Rwandyjczyjów) za przygotowanie ludobójstwa, od razu pojawia się pytanie, czy Francja nie przygotowuje tego lub czegoś podobnego ponownie. Nie mogę o to pytać, ale zastanawiam się czy obóz dla uchodźców nie pełni też funkcji izolacyjnej. Przypominam, że dużo Hutu odpowiedzialnych za ludobójstwo uciekło do Konga, a potem wróciło do Rwandy w czasach, gdy powrót taki oznaczałby dla nich śmierć. Kiedyś Paula o to zapytam, ale podejrzewam, że ów obóz to także Hutu. (W tej sytuacji nie dziwię się, że wszyscy mówili, że wizyta w nim może być niebezpieczna, a prezydent obozu mówił, że muszą mnie tu teraz chronić, by nie zaatakował mnie jakiś szaleniec). Jeśli to wszystko byłaby prawda, a ja byłbym szpiegiem, sam bym się podejrzewał o to, że przysłała mnie tu Francja by pomóc Hutu w organizowaniu kolejnego ludobójstwa.

Maombi mówi, że wszystko już wyjaśnione, UNHCR i rząd Rwandy wierzy, że szpiegiem nie jestem i możemy znów się wybrać tam ponownie, tylko, że teraz najpierw muszę uzyskać zgodę od MINALOC. Chyba jednak jak na razie mam dość wrażeń. 🙂

Będę co miał opowiadać. Przyjechałem do kraju, w którym stosunkowo niedawno było ludobójstwo, trafiłem do szpitala, uczestniczyłem w kolizji drogowej, koło mnie dachował samochód, odwiedziłem obóz uchodźców, gdzie zostałem wzięty za szpiega, a osoba, która mnie tam przyprowadziła, trafiła za to do więzienia. Z rzeczy których nie opowiadałem jeszcze, bo są banałami przy powyższym jestem w dobrych stosunkach z tutejszą policją, a burmistrz pożycza ode mnie modem, widziałem się z Ministrem Obrony i szefem Państwowej Komisji Wyborczej, obiady jadam z bratem pani Minister Sprawiedliwości. A to dopiero połowa pobytu. Czasami jest naprawdę strasznie, ale bardzo, bardzo mi się to podoba 🙂

szpiedzy tacy jak my

Maombi i Konrad: szpiedzy tacy jak my

P.S. Teraz zauważyłem, że intencją artykułu miało być wyjaśnienie, dlaczego artykuł zniknął. W jednym zdaniu: gdy usłyszałem, że Maombi siedzi w więzieniu, bo zostałem wzięty za szpiega, pomyślałem, że lepiej jednak taki opis ukryć. Po co dostarczać coś, co może być wzięte za dowody na to, że faktycznie szpieguję? Teraz już jest wszystko ok, więc artykuł wrócił.

81996f36e53cef4f2400e857d8e3d51b

8 komentarzy »

Wyprawa do Kibuye, cz. 2 – Niedostępne miasto w chmurach

Obóz uchodźców

Jedziemy do obozu i jestem wniebowzięty

Motory ruszyły, a ja zrozumiałem dlaczego Maombi roześmiał się na mój pomysł aby do obozu iść pieszo. Cała przejażdżka zajęła około pół godziny i z jednej strony była fascynująca, z drugiej zaś przerażała mnie. Motocykle krętymi drogami wspinały się coraz wyżej i wyżej w naprawdę wysokie partie gór. Kibuye dość szybko zostawiliśmy gdzieś za którymś zakrętem, a ja z zachwytem patrzyłem na zbocza gór z coraz rzadszymi drzewami i na odbijające się w dole w tafli jeziora Kiwu powoli zbliżające się ku zachodowi słońce. Aż żałowałem, że nie możemy się zatrzymać by zrobić kilka zdjęć. Obiecałem sobie jednak, że jutro gdy będziemy wracać – autobusem czy też motorem – będę zdjęcia pstrykał.

Przyznam jednak, że był też spory strach. Droga wraz ze swoim biegiem coraz mniej przypominała drogę, a bardziej górskie szlaki. Kamieniste, wyboiste, tuż nad urwiskami (motocykliści chyba znają tą trasę dobrze i lubią straszyć takich turystów jak ja, bo przy jednej zupełnie pionowej kilkudziesięciometrowej przepaści przejechali 20 centymetrów od niczym nie zabezpieczonej jej krawędzi). Koła odskakiwały na kolejnych nierównościach i usypiskach kamieni; bardziej to przypominało przejażdżkę moto-crossem niż transport taxi. Zastanawiałem się jakim cudem tą drogą potrafi przejechać autobus i zastanawiałem się jakim cudem nadal jeszcze siedzę na motorze. Kolejny raz wbijając paluchy w uchwyt pod siedzeniem spojrzałem na Maombiego. Luzak jechał sobie niczego się nie trzymając: w jednej ręce ściskał torbę z zakupami, a drugą dłubał sobie w nosie pod owiewką kasku.

Dawno już opuściliśmy strefę lasu i jechaliśmy w czymś co jest odpowiednikiem naszych tatrzańskich hal, gdy przekroczyliśmy jeden wąwóz pomiędzy górami, a moim oczom ukazał się widok jakiego zupełnie się nie spodziewałem. Szczyt innej, położonej nieco niżej od nas góry w całości był zasłany tysiącami białych dachów. Od razu domyśliłem się, że jest to obóz, ale zupełnie nie przewidywałem, że będzie on tak piękny, tak wysoko i tak niedostępnie położony. Z dala od jakichkolwiek osad ludzkich, wśród dziesiątek gór, sam usytuowany na szczycie jednej z nich, nasunął mi skojarzenie z tolkienowskimi widokami starożytnych mitycznych miast. Kto by pomyślał, że to co oglądałem na ekranie kina, to co sobie wyobrażałem czytając różne książki, kiedykolwiek będzie mi przypominało coś, co zobaczę na własne oczy. Przyznam się, że na ten widok momentalnie cholernie się wzruszyłem. Miasto wśród gór, zapewne nieraz owiewane chmurami. Na szczycie wysokiego wzgórza, otoczone niczym potężnym murem pierścienia innych szczytów. Warto było dożyć tego momentu.

Zachwycające

Zachwycające

Teraz zjeżdżaliśmy już powoli nieco delikatniejszymi stokami niespiesznie omijając znajdującą się między nami a obozem kotlinę. Obóz był coraz bliżej i bliżej, a ja zastanawiałem się jak wiele ludzi w nim żyje. Wyobrażałem sobie do tej pory miasteczko składające się ze stu, góra dwustu namiotów, a tymczasem to co widziałem można było liczyć w tysiącach białych dachów, a przecież nie widziałem jeszcze drugiej strony góry. Dlatego pierwsze pytanie jakie zadałem Maombiemu po zejściu z motoru było o liczbę mieszkańców. Powiedział, że jest ich ponad dwadzieścia tysięcy.

Powitanie w obozie

Brama obozu

Brama obozu

Motory zatrzymały się daleko przed białymi dachami na czymś w rodzaju bramy wjazdowej. W cudzysłowie. Przy drodze przeciętej zieloną szmacianą taśmą stał namiot z logiem UNHCR, z którego wyszło dwóch strażników w bardzo nieoficjalnych strojach: typowa dla kloszardów marynarka od garnituru, dresowe spodnie, gumowce, brak zębów i kije w ręku. Widok bardzo afrykański. Maombi chwilę z nimi porozmawiał tłumacząc kim jestem, a ci ucieszeni powiedzieli, że muszę pokazać paszport i wpisać się do zeszytu i mogę przekroczyć taśmę. Już tutaj dopadły mnie pierwsze dzieciaki super zachwycone moim widokiem. Ja też się ucieszyłem, bo znów czułem się jak pierwszego dnia w Rwandzie. Wszystko było takie niezwykłe. Spoglądałem daleko w dół kotliny, robiłem zdjęcia. Za namiotem w pionowej piaskowej ścianie zauważyłem wykopane jamki; zapewne chowali się w nich od skwaru dnia strażnicy.

Taki widok strażnicy obozu mają na codzień

Taki widok strażnicy obozu mają na codzień

Rzut oka za siebie i możemy wchodzić

Rzut oka za siebie i możemy wchodzić

Gdzie nie spojrzeć, kolejne pasma gór

Gdzie nie spojrzeć, kolejne pasma gór

To zdjęcie zostawiam w dużej rozdzielczości z sugestią kliknięcia, pobrania i ustawienia sobie jako tapetę pulpitu. ;)

To zdjęcie zostawiam w dużej rozdzielczości z sugestią kliknięcia, pobrania i ustawienia sobie jako tapetę pulpitu. 😉

Ruszyliśmy przed siebie. Maombi co chwila pozdrawiający starych znajomych i przedstawiający mnie im. Ja cały obwieszony dzieciakami. Każda moja ręka była trzymana przez co najmniej trzy – cztery małe dłonie, a wokół mnie zbierała się coraz większa grupa maluchów. W szczytowym momencie było ich kilkadziesiąt, a gdy tylko wyciągałem aparat fotograficzny, od razu byłem obskakiwany przez dzieci bym zrobił im zdjęcie. A potem abym pokazał, co omal nie doprowadzało mnie do upadku – tak mocno napierały na mnie bym przypadkiem nie zapomniał o którymkolwiek z nich.

Nadciąga powitalny orszak

Nadciąga powitalny orszak

Idziemy, a ja w obozie czuję się coraz bardziej jak król. Tłum dzieci, pozdrawiających mnie ucieszonych ludzi i zaczepiających mnie znajomych Maombiego. Wszyscy mówią, że się strasznie cieszą, że spędzę tu noc, bo jak dotąd żaden biały chyba nie przyjechał do nich z odwiedzinami. Ludzie biegną gdzieś w boczne uliczki i wołają kolejne osoby, by pokazać im zjawisko, jakim jestem.

A kto tam z tyłu się skrada?

A kto tam z tyłu się skrada?

Białe dachy, które widziałem z daleka okazują się nie dachami namiotów, a lepianek. Ulepione z wszędobylskiej tu gliny na rusztowaniu z gałęzi, przykryte jakimś białym foliowym materiałem, wyglądają bardzo skromnie, ale na pewno są solidniejsze od namiotu. Nie jest więc tak źle. Zanim tu przyjechałem Paul i inni byli bardzo zdziwieni, że chcę zostać na noc w takim miejscu. Paul kazał mi napisać pisemne oświadczenie, że jestem świadomy gdzie jadę, a Innocent powiedział, że zwyczajnie bałby się spać w takim miejscu. Agathe dodała, że na pewno trafię znów do szpitala. A tymczasem wszystko wygląda surowo, ale nie tragicznie.

Idziemy w defiladzie wrzeszczących z radości dzieciaków przez obóz. Do domu czekających na mnie rodziców Maombiego, przed którymi ten się chciał pochwalić swoim białym kolegą mieliśmy jeszcze daleko gdy Maombi pokazuje mi prezydenta obozu. Za żywopłotem dostrzegłem całkiem dostojnego posiwiałego starca ubranego w dość elegancki jak na to miejsce i ten kontynent garnitur. Dostrzegłem do razu, że w przeciwieństwie do innych obozowiczów nie podzielał ich entuzjazmu z powodu mojego przybycia; powoli sobie spacerował i beznamiętnie zerkając na mnie. Przyznam, że widać było, że jest to ktoś ważny i charyzmatyczny.

Prezydent

Maombi powiedział, że powinniśmy się z nim przywitać, co też zrobiliśmy. Podszedłem do niego, z uśmiechem podałem rękę, przedstawiłem się i otrzymałem uśmiech i uścisk dłoni w odpowiedzi. Okazało się, że prezydent nie mówi po angielsku więc Maombi zaczął mu tłumaczyć kim jestem i co tu robię. Tem odpowiedział tylko kilka krótkich zdań i odszedł gdzieś dalej, a jakiś chłopak świetnie mówiący po angielsku zaczął mi tłumaczyć jego słowa. Po długości jednak tłumaczenia i po minie Maombiego widziałem, że nie jest to dokładnie to samo, co powiedział prezydent.

Chłopak długo mówił, że będąc w obozie jestem w pewnym sensie nadal na terenie Rwandy, ale też w pewnym sensie na terenie kolejnego państwa tworzonego przez Kongijczyków i powinienem respektować także ich przepisy prawne. Zgodziłem się z nim. Powiedział, że bardzo się cieszą, że jestem ich gościem i że będą dbać aby nic mi się tutaj nie stało i że to wyjątkowe dla nich wydarzenie. Powiedział, że powiadomią lokalną policję obozową, że tu jestem by dbali aby nikt niebezpieczny nie zrobił mi żadnej krzywdy. Ucieszyłem się bardzo i powiedziałem, że też jestem szczęśliwy, że mogę tu być. Znowu wybuchła radość wśród oglądających mnie ludzi.

Chłopak powiedział jednak, że aby być w obozie muszę mieć pozwolenie MINALOC – rwandyjskiego odpowiednika polskiego ministerstwa spraw regionalnych. Na szczęście oddział tego ministerstwa jest w Kibuye i prezydent zaraz poprosi pastora, który jest w obozie aby mnie podwiózł tam, bo tylko pastor ma samochód. Pastor zaraz będzie jechał i mamy na niego zaczekać na zewnątrz obozu i musimy znów wrócić się na granicę.

Nie jest więc źle. Musimy się wrócić znów na dół, ale na szczęście mamy transport. Maombi miał jednak tak zrozpaczoną minę, że gdy szliśmy z powrotem przez obóz i mi udzielił się nastrój jakbym wracał na tarczy. Dzieciaki i ludzie już się nie cieszyli, a byli zdziwieni dlaczego już wracam. Maombi im tłumaczył, a ci odprowadzili mnie tłumem na granicę, gdzie przycupnąłem na kamieniu koło namiotu czekając na pastora i jego samochód. Za kilka minut miało zajść słońce.

Szykuje się noc pod gołym niebem

Słońce zaszło i zrobiło się niemal kompletnie ciemno, a samochód pastora wcale nie nadjeżdżał, a ja coraz bardziej zaczynałem rozumieć, że prezydent to nie tylko charyzmatyczny człowiek, ale i wytrawny dyplomata. Taki co to potrafi ci powiedzieć sp*aj w taki sposób, że ucieszysz się na myśl o zbliżającej się podróży 😉

Zapytałem Maombiego jak myśli, czy MINALOC będzie teraz otwarte. Powiedział, że nie sądzi. Jest niedziela, jutro jest dzień wyborów, jest po zachodzie słońca. Żadne urzędy nie są otwarte. Prezydent mnie zwyczajnie pod byle pretekstem wygonił z obozu.

Granica obozu już za nic nie wygląda tak przyjaźnie jak wcześniej

Granica obozu już za nic nie wygląda tak przyjaźnie jak wcześniej

Po godzinie takiego siedzenia, powiedziałem Maombiemu by zadzwonił po motor aby ten mnie zabrał stąd. Powiedziałem, że wyjścia nie mam: muszę stąd spadać albo spać w górach. Na szczęście jak byliśmy w Kibuye zrobiłem zdjęcie rozkładu jazdy autobusów do Kigali. Włączyłem aparat i na nieszczęście zobaczyłem, że ostatni autobus do Kigali odjechał półtorej godziny temu. Ale niech dzwoni po ten motor: wolę spać w mieście na ulicy, niż w trawie wysoko w górach. Jakby nie było jestem w Afryce, jest już dawno ciemno, wokół mnie z pewnością jest co najmniej dziesięć jadowitych gatunków węży, nie wiadomo ile pająków i innego dziwactwa. W tych samych górach, nie wiem jak daleko ode mnie jest słynny rezerwat goryli górskich. Wolę wrócić na murek, na którym przysypiałem przed przyjechaniem tutaj i doczekać na nim do pierwszego autobusu do Kigali o szóstej rano.

Przyznam, że coraz bardziej byłem wściekły na tego prezydenta. Mówiąc, że troszczy się o moje bezpieczeństwo, dobrze wiedział, że właśnie w nocy wywala mnie w środek afrykańskiej dziczy. Fakt, że przyjechałem do Afryki ze ściśle określoną pomocą jako wolontariusz, a wizyta w obozie w żaden sposób w ten program się nie wpisuje. Chciałem po prostu zobaczyć jak tu jest i zobaczyłem, jednak otoczony przez te umorusane dzieciaki z gilami wiszącymi pod nosem od razu zacząłem się zastanawiać czy kiedyś nie udałoby mi się wrócić do tego kraju, by pomagać w takich miejscach jak to. Jutro w dzień miałem zamiar zobaczyć jak wygląda funkcjonowanie tego wszystkiego, jak wygląda tu szkoła, jeśli w ogóle jest. Tymczasem godzinę później jedyne co chciałem, to pokazać szefowi tego miejsca wała.

Motocyklista świetnie wyczuł w jakiej jestem sytuacji i przez telefon powiedział, że przejazd będzie droższy i w dodatku nie wystawi mi faktury (tu wszyscy w tym kraju chyba robią wszystko by nie płacić podatków, co chwila w sklepie słyszę, że właśnie skończył się bloczek z fakturami). Ale co miałem zrobić, musiałem się zgodzić.

Pojawia się pastor

Zjawił się po kolejnej godzinie siedzenia w już całkiem niezłym chłodku, akurat w tym samym czasie gdy obóz bez żadnego zatrzymania się opuszczał jakiś busik. Pojechał dalej, a ja poprosiłem Maombiego, by ten zapytał strażników kto to był. Strażnicy wyjaśnili Maombiemu, a ten powoli wyjaśnił mi, że to był właśnie pastor i że jedzie on nie tylko do Kibuye ale pojedzie dalej do Kigali. Cholera jasna, tymczasem samochód był już daleko za kolejnymi zakrętami! Szybko powiedziałem motocykliście, że zapłacę mu pełną kwotę bez faktury tylko niech dogoni ten bus. Wskoczyłem na motor, zapiąłem kask i właściwie bez pożegnania z nikim ruszyliśmy w pościg.

Od razu zacząłem tego żałować. Motocyklista bardzo się przejął swoim zadaniem i pędziliśmy na złamanie karku tymi samymi osypującymi się, kamienistymi drogami nad skrajami kolejnych przepaści, tyle że teraz była noc. Ale zależało mi na dogonieniu tego busa. Parę razy naprawdę było blisko wypadku, jednak w ostatniej chwili jakimś cudem motor jechał dalej. W końcu zacząłem czuć spaliny autobusu, a potem zobaczyliśmy jego światła.

To jeszcze nie koniec udręki. Na krętych, byle jakich ścieżkach nie dało się ni jak wyprzedzić samochodu, więc jechaliśmy przez kilka kilometrów tuż za jego zderzakiem wpatrując się tylko w czerwone światła. Przed wskoczeniem na motor nie zamknąłem owiewki, a teraz nie miałem odwagi się puścić uchwytów, więc po chwili cały byłem oblepiony w kurzu, wyskakującym prawdziwymi tumanami spod kół samochodu.

Nareszcie udało się zrównać z samochodem i wrzeszcząc, mrugając światłami zmusić kierowcę by ten się zatrzymał. Zeskoczyłem z motoru, zajrzałem do środka busa. Poza kierowcą było w nim sporo osób, ale na szczęście widać było, że jest jeszcze trochę miejsca. Zadałem retoryczne pytanie czy jadą do Kigali, na które otrzymałem odpowiedź twierdzącą. Zadałem kolejne retoryczne pytanie czy mogą mnie zabrać ze sobą, na które dostałem powalającą odpowiedź… „nie”. Zdziwiony upewniam się czy na pewno dobrze usłyszałem, a kierowca ze śmiechem po raz kolejny wypowiada krótkie słowo „no”. Załamka, a ten się śmieje. O co tu chodzi? Gdzie Rwandyjska uczynność i gdzie chrześcijańska pomoc bliźniemu w potrzebie?

Zza kierowcy wychylił się pastor i pyta czemu chcę jechać z nimi, więc wyjaśniłem w jakiej jestem sytuacji. Już się nawet nie zdziwiłem, że nie miał zielonego pojęcia, że prezydent obozu obiecał mi, iż pastor podrzuci mnie na dół (a potem zawiezie z powrotem na górę, co już na pewno nie było w najmniejszym planie duchownego). Pastor powiedział abym jechał na tym motorku do Kibuye, a tam na pewno znajdę autobus do Kigali. Mówię więc, że wiem, że na pewno nic już nie jedzie. Z pewną niechęcią odpowiedział jednak, żebym jechał do Kibuye, zobaczył czy faktycznie nic nie jedzie i jak okaże się to prawdą, zatrzymają się i mnie wezmą.

Zjechaliśmy do miasta gdzie tak jak się spodziewałem nic już nie było. Mieliśmy wolną chwilę więc zapytałem motocyklistę czy ma może jednak te faktury. Odpowiedział, że nie, ale zapytał innych licznych motocyklistów czy nie mają. Wybuchnęli tylko śmiechem.

Gdy pojawił się bus pastora powiedziałem, że nic już nie jedzie i czy nie mogą mnie zabrać ze sobą jednak. Powiedział, że w takiej sytuacji na pewno nie zostawią mnie tutaj i zabiorą, lecz zapytał ile mogę zapłacić. Wcześniej służba więzienna… teraz służba Bogu… co za różnica. Płacić trzeba. Mówię, że nie wiem, pytam ile pastor by chciał za to. Wiem, że regularny bus kosztuje 1700 franków. Wiem, że gdybym chciał wynająć zwykły samochód i znalazł 3 inne osoby, które jadą do Kigali, za swoją część zapłaciłbym około 3000 franków. Tymczasem pastor mówi: pięć tysięcy. Wierzcie mi – Rwanda to miejsce w którym naprawdę jest łatwo zwątpić w chrześcijańskie intencje duchownych.

Pastor na szczęście pyta czy mi ta cena odpowiada więc mówię, że trochę sporo. Wczoraj Ola z Simba Friends skontaktowała mnie z polskim misjonarzem w Kigali, a ten od razu powiedział żebym go odwiedził, a jeśli trzeba mogę nawet przenocować w parafii. Mówię więc pastorowi, że jadę do katolickiego księdza, co od razu zmienia ton rozmowy. Pastor zauważa, że jakby nie było jesteśmy sługami tego samego Boga i musimy sobie pomagać. Dlatego pyta co powiem na cenę trzech tysięcy franków. No niech już będzie.

…i wracam

Droga powrotna była jeszcze gorsza niż do Kibuye. Siedziałem na rozwalonym krzesełku, z którego co chwila spadałem na zakrętach. Zadzwoniłem do misjonarza czy mógłbym dziś przenocować bo jestem w nieco kryzysowej sytuacji. Odpowiedział, że dziś go nie ma w Kigali, ale może zadzwonić do parafii i uprzedzić ich, że ktoś ich odwiedzi na noc. Powiedziałem, że w ostateczności zadzwonię jeszcze raz, ale póki co sprawdzę czy są jeszcze jakieś busy. Nie było jeszcze dziesiątej.

Wysłałem sms z pytaniem do Innocenta, a ten odpisał, że ostatni bus w niedzielę był przed 18:00. Nie chciałem już w sumie fatygować Paula po tym jak mi wspominał jak drogo go kosztuje benzyna do Kigali, ale ten sam po chwili do mnie zadzwonił. Zapytał co się dzieje, opowiedziałem całą historię i gdzie jestem. Paul wielkodusznie wyraził nadzieję, że znajdę sobie jakiś nocleg w Kigali. Pozostało mi więc skorzystać z noclegu w parafii misjonarza.

Do parafii ledwo dotarłem około północy (pastor podwiózł mnie pod same jej drzwi po tym jak opowiedziałem, że jestem wolontariuszem i gdy zapytał czy mogę przyjść do jego szkoły pouczyć także w niej, nie mając większego wyboru zgodziłem się wstępnie). I nocleg w niej był idealnym wynagrodzeniem całego dnia trudów i niewyspanej włóczęgi przez cały kraj w tą i z powrotem. Pokój wyglądał jak pokój w polskim hotelu; było wszystko łącznie z muszlą klozetową i prysznicem 🙂

Na koniec wszystkich przygód, luksusik katolickiej parafii w Kigali. Drzwi do toalety zostawiłem otwarte specjalnie by pochwalić się sedesem ;)

Na koniec wszystkich przygód, luksusik katolickiej parafii w Kigali. Drzwi do toalety zostawiłem otwarte specjalnie by pochwalić się sedesem 😉

Wymęczyłem się nieźle. Wkurzałem się, momentami miałem dość. Ale było naprawdę warto. Do końca życia będę wspominał widok miasta wśród chmur, nocny pościg górskimi duktami i mimo wszystko cieszę się, że będę mógł mówić „byłem w obozie dla uchodźców”, nawet jeśli ten pobyt trwał zaledwie niecałą godzinę i skończył się jak skończył. Jeśli mnie gdzieś ktoś nie chce – trudno. Problem to zakamuflowana możliwość. Będę mógł dzięki temu mówić także, że „pewnego razu w środku Afryki, wysoko w górach w nocy, wśród goryli, nagle zostałem zostawiony sam sobie”. 😉

4 komentarze »

Jak witają się Rwandyjczycy

Właśnie ostatecznie przed publikajcą czytam drugą część opisu wyprawy do Kibuye. Zauważyłem pewien fragment, który chcę wyciąć z uwagi, że nie do końca pasuje do reszty, ale szkoda byłoby go stracić na zawsze. Zatem robię z niego krótki artykulik i oto on:

* * *

…Jak wspomniałem Maombi co chwila z kimś się witał co sprawiało, że szliśmy naprawdę wolno; może jest to zatem dobry moment by opisać jak ludzie w Rwandzie się witają. Planowałem to od dawna, bo jest to nieco inne niż w Polsce, zrobię więc to teraz.

Rwandyjczycy witając się jak na całym świecie podają sobie ręce, z tą różnicą, że w tym samym momencie lewa ręka musi złapać łokieć prawej ręki (u tej samej osoby, czyli podajemy komuś rękę i lewą ręką łapiemy się za swój prawy łokieć). Rękę drugiej osoby należy trzymać długo, co najmniej jakieś pięć sekund. Co więcej normą jest, że osoby które rękę sobie podały, nie puszczają się przez cały czas rozmowy. Stoją trzymając się za ręce i rozmawiają.

Jeśli kogoś nie widzieliśmy dłużej przed podaniem ręki kładziemy nasze dłonie na jego ramionach (druga osoba robi to samo). Jeśli z tą osobą jesteśmy w bardzo zażyłych kontaktach (przyjaciel lub członek rodziny), Rwandyjczycy niezależnie od płci obejmują się i stoją tacy przytuleni chwilę.  To jednak widziałem rzadko.

Natomiast powitania Kongijczyków aż mnie rozśmieszyły, tak bardzo są rytualne i nienaturalne. Kiedy Maombi kogoś spotka podaje mu rękę, następnie chwytają się za ramiona i stykają czołami. Na czołach ludzie mają dwa takie jakby mniej lub bardziej zarysowane guzy. Trzeba dotknąć swoim prawym guzem do prawego guza drugiej osoby i potem to samo tylko z guzami lewymi. Ale co ja się śmieję – to tak jak z naszymi pocałunkami w policzki, tyle, że oni to robią czołami i wszyscy, niezależnie od okazji i płci…


3 komentarze »