Posts tagged pomoc rozwojowa

Czym jest pomoc rozwojowa?

Jak wspomniałem pod jednym z artykułów na dzień dzisiejszy uzbieraliśmy w akcji już ponad 1500 złotych. Nie spodziewałem się tak dużej kwoty i pojawił się dziwny problem 🙂 Nie wiem co z tymi pieniędzmi zrobić. Dlatego pod jednym z wpisów poprosiłem Was, abyście doradzali na co by było dobrze przeznaczyć te pieniądze.

Nie oznacza to jednak, że chciałbym abyście wstrzymali się z kolejnymi wpłatami. Kwota 1500 złotych to za dużo jak na drobne upominki, które zaplanowałem (zabawki, narzędzia, piłka do gry), ale wciąż za mało na przykład na rzutnik multimedialny. Będziemy wspólnymi moimi i Waszymi siłami się starać by każda złotówka została tutaj wydana. Nigdy nie będzie za dużo 🙂

Przy okazji myślę, że jest to dobry moment na opisanie nieco dokładniej czym tak naprawdę jest – a właściwie czym powinna być – rozsądna pomoc biednym krajom i ludziom.

Zacznę od tego czym pomoc nie powinna być. Nie powinno to być rozdawanie pieniędzy. Ktoś w jednym z komentarzy dobrze zauważył, że nawet w Polsce możemy zobaczyć negatywne skutki takiej „pomocy”. Z pewnością są ludzie, którzy błagają o pieniądze i danie im ich jest jakoś ludzko usprawiedliwione, jednak tylko w krótkiej perspektywie. W Polsce wychowujemy dzięki temu już kolejne pokolenie ludzi, których rodzice od zawsze byli na zasiłku, więc i sami nie widzą żadnej motywacji aby wziąć się do pracy. Skoro wiedzą, że państwo nie pracującym zapewni zasiłek, to po co mają iść harować, skoro pieniądze mogą mieć za darmo? Te same zjawisko występuje też w Afryce, może nawet silniej.

Pisałem o tym, że codziennie jestem zaczepiany z prośbą o pieniądze. Po prostu kiedyś ktoś komuś dał pieniądz. Ta osoba powiedziała o tym innym znajomym i w głowach się zakorzeniło, że biały człowiek, jak go poprosisz, da gotówkę. Jeśli dam tu komuś pieniądze, tylko mu zaszkodzę. Nauczy się jedynie żebrać o więcej.

Dobra pomoc rozwojowa, to taka, która tylko zanęca jakąś inicjatywę, która po pomocy będzie rozwijana prze samych Rwandyjczyków. Przyjechałem tutaj, wytrenowałem iluś nauczycieli z obsługi komputerów. Wrócę do Polski, a oni będą uczyć innych nauczycieli i swoich uczniów. Miho rozdała kilka królików i nauczyła jak je hodować; pokazała jakie potrawy można z nich zrobić i wróci kiedyś do Japonii. Króliki zostaną i będą się rozmnażać.

To formy najlepsze. Nie dajemy im w rękę pieniędzy, ani nawet nie finansujemy im rzeczy, za które w Polsce przedsiębiorca musi zapłacić sam (pomijam dotacje unijne). Już nawet budowa szpitala według niektórych ludzi zaangażowanych w pomoc rozwojową czasami uważana jest za kontrowersyjną. Bo wybudowanie szpitali w każdym mieście Rwandy może nauczyć Rwandyjczyków, że szpitali budować nie trzeba, bo przyjdzie biały człowiek i zbuduje je za darmo. W takim wypadku lepsza od pomocy rozwojowej jest współpraca rozwojowa („dopłacimy Wam do budowy szpitala, ale część musicie pokryć sami”).

Dlatego i samo rozdawanie prezentów nie jest najlepszym zawsze pomysłem. Prezent powinien być narzędziem, które zacznie jakąś zmianę. Samuel dostanie narzędzia, których nigdy nie mógłby sobie sam kupić i może dzięki nim pojawi się dla niego nowe źródło dochodów. Kupię książki do nauki angielskiego i do obsługi komputerów. Być może ktoś z nich zostanie kiedyś informatykiem lub tłumaczem. Zostawię na boisku dzieciakom piłkę nożną. Być może któreś z nich kiedyś będzie kolejnym Samuelem Eto’o. (Cały czas „być może”, ale pewności nigdy nie będziemy mieć).

OK, zasady więc – w bardzo wielkim uproszczeniu – znacie. Zatem zadanie:

Wymyśl prezent jaki mogę kupić. Gdy już wymyślisz, odpowiedz na pytanie: co ten prezent zmieni w Rwandzie lub dla konkretnego Rwandyjczyka?

Odpowiedz można zamieszczać pod tym wpisem, lub – lepiej, bo tam już jest ładny wątek na ten temat – pod wpisem z wynikami ankiety.

* * *

Na koniec zdjęcie nie na temat (dawno żadnego nie było).

Na zdjęciu na pierwszy rzut oka plecha jakiegoś mchu, ale jak się przyjrzycie, zobaczycie, że są to zbite w kupę uskrzydlone samice mrówek. Bardzo często po deszczu na brukowanym podłożu siadają tak miliony mrówek i przeczekują noc. Nawet teraz jestem pewien, że gdybym wyszedł z domu, zobaczyłbym, że cały nasz dziedziniec usłany jest takimi mrówkowymi krzaczkami. Fajnie, co nie? 🙂


Comments (2) »

Google do potęgi czyli pomoc rozwojowa za 10 milionów USD

Paweł mi właśnie w komentarzu do poprzedniego wpisu pokazał, że Google uruchomiło całkiem sporą akcję pomocową. Jako, że mimo wszystko dzięki RSS jestem z newsami na bieżąco, to tylko dodam, że już wiem 🙂 Czytałem, w pierwszym odruchu się zachwyciłem, ale po przeczytaniu wszystkiego poza stroną główną zastanawiam się jaka liczba podniesiona do potęgi daje zero. Bo tyle z tego ostatecznie może dostać zwycięzca.

Z wierzchu widzimy wszystko naprawdę pięknym: wpadnij na pomysł jak zbawić świat, a jeśli twój pomysł okaże się tak genialny, tak skuteczny i zmieniający życie tak wielkiej liczby osób, że trafisz do pierwszej piątki zwycięzców, Google na jego realizację przeznaczy kilka milionów dolarów. Całkowita suma jaką Google wyda bardzo ładnie się błyszczy: 10 milionów dolarów.

Zanim z ogniem w oczach zaczniesz jednak wypełniać formularz na stronie Google, poczekaj. Z owych 10 milionów jest wielce prawdopodobne, że nie dostaniesz ani centa.

Po pierwsze projektu do Google nie może złożyć żadna organizacja pomocowa. Trochę szkoda, bo w nich jest najwięcej osób, które wiedzą co jest tak naprawdę potrzebne, a co nie i mają naprawdę wiele fajnych pomysłów. Możesz jednak złożyć wniosek jako osoba prywatna, choć pracujesz w organizacji. W jednym z pól możesz wpisać swoją organizację jako sugerowanego realizatora.

Jednak jeśli projekt wygra, nie oznacza to, że twoja organizacja z twoim udziałem projekt ten zrealizuje. Google ogłosi przetarg, w którym wybierze wykonawcę. Ty i Twój zespół być może będziecie w jakiś sposób faworyzowani, ale podejrzewam, że zdarzą się przypadki gdy czyjś genialny pomysł zostanie komuś sprzątnięty sprzed nosa.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie wyobrażajcie sobie, że składając projekt spodziewam się, że po zwycięstwie dostanę dwa miliony USD, kupię sobie willę, samochód… Te pieniądze powinny faktycznie trafić na pomoc, a nie do kieszeni zwycięzcy.

Tyle, że gdybyś teraz zdradził dla Google swój pomysł, gdybyś wpisał jako wykonawcę którąś z organizacji, z którą masz coś wspólnego, gdyby projekt został wybrany, wybrany spośród zapewne dziesiątek tysięcy znając zasięg tej kampanii Google… To by oznaczało, że naprawdę jesteś geniuszem i że naprawdę w twojej głowie siedziało coś, co potrafi zrewoluzjonizować świat.

A teraz sobie wyobraź, że Google przekazuje projekt do realizacji jakiejś w żaden sposób ci nie znanej organizacji, organizacja dostaje miliony dolarów do rozdysponowania, a ty dostajesz uścisk ręki prezesa Google i jedyne co możesz to stać z boku i patrzeć jak twój pomysł, twoje dzieło jest wdrażane przez kogoś innego… A ty nie możesz nawet zaprotestować, że to twoje i chcesz mieć z tym coś wspólnego (bo jak? pomysły nie są patentowane). Sam sobie wyobraź jakie to uczucie.

Czyli co w zamian? Przez zawiść skrywać genialny pomysł w jak najgłębszym sekrecie? Niech ludzie umierają z głodu, z powodu wojen, niech wszystkie słonie wyginą, bo nie zgadzasz się na takie potraktowanie przez Google? Otóż nie.

W obliczu tego co napisałem, pomysł Google to nic więcej niż poprawienie sobie wizerunku (coraz częściej słychać przecież, że Google jednak zapomina o swojej maksymie „don’t be evil”; jak ktoś ładnie napisał, do konkursu w pierwszej kolejności powinno zgłosić się samo Google z projektem odcenzurowania wyszukiwarki w Chinach). Czym jest dla Google 10 milionów?

Google zrobiło z tego wielkie halo, a tymczasem nasz rząd bez takiego rozgłosu (co nie znaczy, że rozgłosu nie chce, a jedynie, że nie ma takiej siły przebicia jak firma, która jest już na każdym komputerze) za pośrednictwem Departamentu Współpracy Rozwojowej MSZ w ciągu roku na projekty, które mają takie same założenia jak projekty, które możesz złożyć do Google, przeznacza grubo ponad pół miliarda złotych. Działa to tak samo: organizacje składają projekty do MSZ, MSZ rozpatruje, w większości odrzuca, ale jeśli faktycznie projekt jest dobry i może coś zmienić, organizacja dostaje pieniądze na jego realizację. Składając do Google, dostajesz podziękowanie, a projekt zrobi ktoś inny.

Niemniej pomysł Google uważam za suma sumarum dobry. Fajnie, że znajdą się kolejne – co prawda skromne w obliczu liczb które podałem wyżej, ale zawsze – środki na pomoc. Fajne jest też to, że Google zwróciło uwagę na potrzebę pomagania. Dziś na pewno tysiące  osób wymyślało mniej lub bardziej niedorzeczne pomysły jak zbawić świat. Tyle, że ktoś projektując tą ideę za bardzo skupił się na poprawieniu sobie PR-u i rozdmuchaniu całej akcji, a zapomniał o tych, którzy od dziś zaczną się głowić jak ten konkurs wygrać. Ja jednak wole w przyszłości swoje pomysły zdradzać – i będę to zapewne robił – komuś kto pomoże mi je wykonać, a nie je sobie weźmie i wykona pod innym szyldem.

Comments (8) »

Japończycy rozdają króliki

Poza mną tu w Rwandzie jest naprawdę dużo muzungu, którzy zjawili się tu z pomocą rozwojową. Nie policzę ile w samym Nyamata. Kiedyś pisałem, że jestem tu jedyny biały, ale wybaczcie pomyłkę, pisałem w pierwszym tygodniu pobytu. Na pewno jestem jedyny, który każdego dnia dwa razy pieszo przemierza całą długość miejscowości. Inni się kryją w samochodach chyba, bo widuję ich sporadycznie, zwłaszcza jak zjawią się w NTC w restauracji.

We wtorek czy środę pierwszy raz spotkałem tu skośnooką trójkę – Udzie (piszę jak to się wymawia) i Kim z Korei Płd oraz Miho (nawet już wiem jak to zapisać w katakanie: ミホ) z Japonii. Zjawili się jak się najpierw dowiedziałem by pokazać tradycyjne potrawy z dalekiego wschodu. Miałem już iść do domu, ale jednak zostałem 😉

Miho przyniosła ze sobą królika i przyrządziła go w super sposób. Dość pikantnie a samo mięso niestety smakuje jak kurczak (zauważyliście jak często opisując smak czegoś stwierdza się, że smakuje jak kurczak?). Ale i tak było świetnie.

Udzie, Paul i Miho za "kuchennym" stołem

Udzie, Paul i Miho za "kuchennym" stołem

Usiadłem z Miho przy stole, porozmawialiśmy sobie i okazało się, że te dokarmianie mnie ma głębszy podtekst.

Miho pokazuje co narobiła

Miho pokazuje co upichciła

Miho jest wolontariuszką w organizacji Jica. Japończycy przyjechali tu rozwiązać jeden z naprawdę największych problemów, jakie trapią Rwandę – głód. Przywieźli ze sobą około 10 królików, które rozdali rolnikom. Jak latwo się domyślić króliki bardzo chętnie zaczęły się mnożyć: jest ich już pięćdziesiąt po okresie nieco dłuższym niż pół roku. Królik jest tani w utrzymaniu, rozmnaża się bardzo chętnie co wpływa na jego cenę. Dorosła kura na rzeź na targu kosztuje tu 4000 Franków (8 dolarów, btw, jak to się ma do ceny w Polsce? Napiszcie w komentarzu, bo mnie ciekawi). Królik natomiast o połowę mniej.

Ale to nie koniec. Rwandyjczycy nie mają ani tradycji hodowli królików, ani ich przyrządzania. Jica pomyślała jednak o wszystkim; uczą nie tylko jak je hodować i onie dbać. Miho odwiedza teraz restauracje takie jak Paula i uczy jak zrobić potrawy z królików. Paul dołączy teraz do swojej oferty także „króliczyznę”. Z biegiem czasu być może rozejdzie się to do zwykłych domów.

Jica robi jednak więcej w kwestii walki z głodem, tak dużo, że wszystkiego nie spamiętałem. Dzień później w telecentrum odbyła się ich konferencja podsumowują projekt i trochę podglądałem. Z ciekawszych rzeczy zauważyłem, że uczą rolników także jak uprawiać ryż czy hodować pszczoły. Ale ofertę mają znacznie większą.

my tu marzymy o rzutniku na szkolenia, a oni mają nie tylko rzutnik, ale i swoją kamerę. ;)

Konferencja Jica. Widać, że Japonia: my tu marzymy o rzutniku na szkolenia, a oni mają nie tylko rzutnik, ale i swoją kamerę. 😉

Trochę się obawiam czy z hodowlą królików nie powtórzy się scenariusz australijski, gdzie po ich sprowadzeniu na ten kontynent stały się prawdziwą plagą wpływając na lokalne środowisko, ale mam nadzieję, że nie. Zresztą choć skończyłem biologię, przeważnie wyznaję zasadę „najpierw życie człowieka, potem środowisko” (już wiem od kogo mi się dostanie po uszach za to na GG 😉 ).

* * *

Przy okazji podczas gotowania pojawił się pomysł aby przygotował coś z Polski. Szczerze mówiąc marzyłem nieco o polskim żarciu, więc zgodziłem się od razu. W przyzły tydzień robię kotlety schabowe. Szkoda, że pewnie nie mają tu kapusty kiszonej. A może ktoś wie jak się ją robi i czy da się w jeden tydzień? 🙂

Comments (8) »

Wpadniesz w sobotę do Warszawy?

A może tam mieszkasz? Super.

Więc nie siedź w domu,  a wybierz się na organizowane przez MSZ Forum Polskiej Pomocy Rozwojowej. Jak chcesz się dowiedzieć w jaki sposób Polska pomaga krajom rozwijającym się, jak to się dzieje, że tacy wolontariusze jak ja jadą pomagać do Rwandy i innych krajów i mają super przygody, poznać organizacje do których możesz dołączyć i też gdzieś być może wyjechać lub pomagać w inny sposób, to będzie to chyba niepowtarzalna okazja.

Forum jeśli dobrze rozumiem jest pod gołym niebem na Krakowskim Przedmieściu, zaczyna się o godzinie 11:00, a pozostałe szczegóły znajdziesz na specjalnej stronie.

W programie tańce, darmowa afrykańska wyżerka, koncerty (w tym mój nieco ulubiony NRM) i wiele innych atrakcji. Być może wystawiająca się tam moja organizacja – Centrum Współpracy Rozwojowej – będzie próbowała na żywo się łączyć ze mną. Jeśli oczywiście będę miał prąd i Internet 😉

Comments (4) »

Po pierwszym tygodniu szkoleń

Dziś do telecentrum niemalże biegłem. Trochę zaspałem, musiałem się jeszcze ogolić, a na jedenastą byliśmy z Paulem umówieni w końcu na to spotkanie z oświatowymi władzami w sprawie zorganizowania szkoleń komputerowych dla nauczycieli. Godzina jedenasta, ja, Paul, różni dyrektorzy jeśli dobrze rozumiałem. Miejsce w jakiejś knajpce  w środku Nyamata. Nie wiem gdzie, więc najpierw bieg do telecentrum z nadzieją, że jeszcze zdążę zjeść śniadanie, a potem z Paulem już na miejsce.

Gdy doczłapałem się zasapany, Paul akurat gdzieś odjeżdżał. Zatrzymał się na mój widok, krzyknął, że dziś nauczycielom nie pasuje, może jutro, ale jeszcze nie wiadomo kiedy, a on teraz jedzie do Kigali załatwiać jakieś swoje sprawy. I pojechał.

[Tu pada siarczyste przekleństwo 😉 ]

Zastanawiam się czy coś w ogóle jest zorganizowane, czy Paul dopiero zapyta czy są zainteresowani. Czuję, że o wielkim planie przeszkolenia sześćdziesięciu nauczycieli wiem na razie tylko ja i Paul.

Zaraz przyjdzie Robert Sunday i postaram się z nim powtórzyć plan z poprzedniego tygodnia – łapankę nauczycieli przy jego pomocy. Wtedy się udało, więc może i teraz.

A propos poprzedniego tygodnia – w sobotę skończyliśmy pierwszy kurs. Przeszkoliłem cztery i pół osoby. Pół, bo Maurice – 50-letni nauczyciel francuskiego – był tylko na dwóch pierwszych zajęciach. Spotkałem go dziś rano i powiedział, że w pozostałe dni był bardzo zajęty. Nie będzie problemu, bo zjawia się tu często i na pewno uda nam się jeszcze dokończyć. W każdej wolnej chwili przychodzi tu by pouczyć się nawet we własnym zakresie.

Z pierwszych obserwacji widzę wielką chęć do nauki. Nawet jak nie ma internetu ludzie przychodzą choćby popisać w edytorze tekstów. I przychodzą przy każdej nadarzającej się okazji, a mówią, że moja obecność jest jedną z najlepszych. Kursy organizowane tu w telecentrum są  – symbolicznie ale jednak – płatne; ja tymczasem stanowczo powiedziałem Paulowi, że skoro jestem wolontariuszem, a ponadto i tak dostaje z MSZ pieniądze na zorganizowanie tu wielu rzeczy, za moje kursy nie może pobierać opłat.

Inna obserwacja to kreatywność. Podczas kursów w Polsce nasi kursanci siedzą i nie dotykają komputera dopóki im się nie powie co mają robić. Tutaj jest kompletnie odwrotnie. Przeglądają menu programów, klikają przyciski na pasku narzędziowym. Sprawia to pewne trudności w uczeniu bo przez to każdy jest w innym miejscu, ale dałem sobie tu na luz. Sam się kiedyś uczyłem komputerów grzebiąc w każdym ich zakamarku i sprawdzając co się stanie. Tak się na pewno nauczą więcej niż gdy co chwila będę im kazał co chwila przerywać i robić to co właśnie ja mam na myśli.

Śmieszna obserwacja: piszą powoli, a mimo to odgłos jest jakby na sali siedziało stado stenotypistek. Wszyscy szukając odpowiedniego klawisza cały czas głaszczą klawiaturę, zataczają na niej koła dłońmi i gdy trafią wzrokiem na odpowiednie miejsce, przyciskają. Naprawdę zabawnie to wygląda. Innocent zgadza się ze mną, ale mówi, że oni po prostu starają się naśladować, tych którzy piszą już dobrze.

I obserwacja jeszcze z czasów hospitacji pierwszych zajęć tutaj (tak zwanych hospitacji, bo zajęcia tu ni jak się nie mają do poznanych przeze mnie praktyk i technik dydaktycznych): cztery osoby, a jeden wielki harmider. Kiedy chcą, wstają i wychodzą, kiedy dzwoni telefon, odbierają i rozmawiają kilka minut, nawet jeśli właśnie tej osobie coś tłumaczyłem indywidualnie. Przychodzą kiedy chcą, spóźnienie jest tu w dobrym tonie, ale za to starają się zostać jak najdłużej mogą, nawet po czasie. Nie wszyscy rozumieją dobrze po angielsku, więc czasem proszę Sundeya aby przetłumaczył coś na kinyarwanda. Tłumaczenie jednego zdania zmienia się w kilkuminutową dyskusję z wymianą zdań, śmiechami, pokazywaniem sobie czegoś. Szkoda, że nie wiem o czym mówią i tylko cierpliwie czekam aż skończą (nie sposób jest im przerwać).

Jednak spodziewałem się, że mniej więcej będzie to tak wyglądać. Ważne, że nauczyli się czegoś nowego.

Pierwsze szkolenie. Uczniowie (nauczyciele) przepisują tabelkę z ekranu laptopa zachowując formatowania i korzystając z funkcji Excela

Pierwsze szkolenie. Uczniowie (nauczyciele) przepisują tabelkę z ekranu laptopa zachowując formatowania i korzystając z funkcji Excela

Comments (2) »

Obsuwy

8 sierpnia, piątek

Odważyłem się zrobić zdjęcie bliżej centrum Nyamata. Ale nadal nie w największym tłumie. Choć mam nadzieję, że już widać jak gęsto jest tu od ludzi o każdej porze dnia

Odważyłem się zrobić zdjęcie bliżej centrum Nyamata. Ale nadal nie w największym tłumie. Choć mam nadzieję, że już widać jak gęsto jest tu od ludzi o każdej porze dnia

Przed chwilą jak szedłem do domu z telecentrum (trzeba przejść całą długość miejscowości) podbiegł do mnie ktoś i podał rękę. Oni  tu co chwila podają rękę, przedstawiają się, pytają kim jesteś, więc nie było potrzeby by nie odwzajemnić gestu. Tyle, że ten mojej ręki nie puszczał i szliśmy tak ze sto metrów, on coś mówił w chyba kinyarwanda, i strasznie się śmiał. Czułem, że coś jest nie tak, więc zapytałem jedną z mijanych grupek ludzi o co chodzi i powiedzieli mi, że to wioskowy głupek. Jakiś rosły facet odciągnął go ode mnie.

Po chwili jednak znów mnie dogonił, tym razem jednak ręki mu nie podałem. Położył więc ją na moim ramieniu i znów zaczął się śmiać i coś histerycznie bełkotać. W oczach było widać obłęd (a na twarzy mnóstwo białych wyprysków). Po chwili wbił swoje pazury we mnie i zaczął gadać głośniej. Kazałem mu po angielsku zabrać rękę i ją siłą ze mnie zdjąłem. Wtedy szedł ze mną i głośno prychał przez nos jak rozjuszony byk. Schowałem aparat do kieszeni, założyłem plecak na oba ramiona. Ze śmiechem powiedziałem do niego go away i machnąłem ręką, a on odszedł na drugą stronę ulicy, wszedł w krzaki i usiadł w nich. Wtedy zobaczyłem, że był bez spodni.

To jak dotąd jedyny nieprzyjemny incydent z tutejszą ludnością. (Próśb o pieniądze nie zaliczam do rzeczy nieprzyjemnych, bo nigdy nie ma w tym agresji).

* * *

Praca wolontariusza w Afryce to ciężka i wyczerpująca tyrada. 24 godziny na dobę.

Praca wolontariusza w Afryce to ciężka i wyczerpująca tyrada. 24 godziny na dobę.

To, że nie piszę jak dotąd o pracy, nie znaczy, że nic tu nie robię. Po prostu w pierwszym odruchu chce opisać jak najdokładniej, kamień po kamieniu, tutejszy świat. Stąd tyle o ludziach, tyle o widokach, a jak dotąd nic o pracy wolontariackiej.

Dziś akurat jednak czuję się jakbym faktycznie nic nie robił. Od dwóch dni praktycznie nic nie posunęło się do przodu, a na dodatek Paul zapowiada mi kolejne, w sumie gigantyczne obsuwy.

Do niedzieli jedyne czym się zajmowałem to zapoznawaniem z ludźmi, tym jak funkcjonuje telecentrum i jak wyglądają kursy komputerowe. Kto jest kim, jakie są zwyczaje, czym jeszcze się tu zajmują…

Od poniedziałku obserwuję zajęcia komputerowe prowadzone przez Innocenta. Miałem i hospitować ale ni jak moje umiejętności w tej dziedzinie, wyniesione ze szkoły nie nadają się do afrykańskich warunków. Każdy przychodzi o której godzinie chce, każdy pracuje nad czymś innym, wychodzi kiedy chce. Sam Innocent też jest na tyle zajęty, że choć jest jedynym prowadzącym, często zdarza mu się nie doczekać do końca 🙂 Wtedy ja z obserwatora muszę się zamienić nauczyciela i jeśli ktoś czegoś potrzebuje – pomóc. Ale większość radzi sobie sama bardzo dobrze.

W między czasie rozmawiam z Paulem jak będzie wyglądać mój pobyt tutaj, Jakie są priorytety, co jeszcze możemy zrobić. Okazuje się, że nie tyle Paul dobrze zrozumiał moje zadania, to jeszcze przygotował się na mój przyjazd. W projekcie złożonym do MSZ wpisane mam jako główne zadanie przeszkolenie dwudziestu trenerów i nauczycieli informatyki (ICT). Tymczasem przedwczoraj Paul mi powiedział, że już się skontaktował z kimś tam ważnym i do Nyamata Teleservice Centre zostanie przysłanych na przeszkolenie komputerowe sześćdziesięciu nauczycieli – liderów ze szkół podstawowych z całego kraju, których najpierw ja nauczę jak posługiwać się komputerami, a potem oni tą wiedzę dalej przekażą innym nauczycielom i w konsekwencji uczniom. Nauczyciel w szkole podstawowej jest tutaj nauczycielem od wszystkiego.

No to brzmi super. Myślałem, że wytrenuję dwudziestkę jakichś przypadkowych osób, a tymczasem zanosi się, że faktycznie coś uda mi się zrobić! Poza tym Paul zorganizował dla każdej szkoły komputery po 50 dolarów sztuka (używane, ale też dobrze).

Zapytałem kiedy z tym ruszymy, czy uda się już od następnego tygodnia, a Paul mówi, że pewnie jeszcze nie od poniedziałku, ale może już we wtorek. Musi tylko wysłać jakieś pismo z zaproszeniem do kogoś tam ważnego.

Innocent na weekend jedzie do rodziny, która mieszka w okolicach wulkanów i zapytał czy chcę się z nim wybrać. Weekendy normalnie chciałbym mieć wolne na zwiedzanie, ale jako, że w przyszłym tygodniu mamy ruszyć z kopyta, powiedział, że dziękuję, ale muszę się przygotować.

A dziś mi Paul mówi, że ten ktoś ważny powiedział mu, że na razie nauczyciele nie mogą bo są na kursie języka angielskiego i 18 sierpnia uda się może z nimi zrobić spotkanie i wtedy zaplanować kiedy by zaczęli.

No krew mnie zalała. Ja rozumiem, że w Afryce nikomu się nie spieszy, ale jak słyszę, że teraz mam tydzień czekać i wtedy może będą nauczyciele, a może nawet i nie (grupa już ponoć przecież miała być zorganizowana), to ręce można załamać. Krysia dobrze zresztą wie jak ja reaguję jak słyszę, że coś ma się opóźnić.

Paul natomiast się nie przejął tym za bardzo, zwłaszcza, że choć faktycznie się przykłada do tego by wszystko poszło jak należy to na głowie ma masę innych rzeczy (jak jedziemy do Kigali załatwić jedną moją rzecz, spędzamy tam czas aż do zachodu słońca zanim Paul załatwi też swoje sprawy). Niedługo bierze ślub, rozbudowuje telecentrum, szuka mieszkania do kupienia i grom go wie co jeszcze. Bez przerwy biegamy po jakichś ministerstwach, uczelniach, firmach i organizacjach. Co do przesunięcia terminu rozpoczęcia kursów z miejsca przeszedł nad tym do porządku dziennego i trudno mi go było nawet podejść jakoś, by coś jednak zrobił. Nie będę siedział cały tydzień i nic nie robił.

Próbowałem na różne sposoby, ale dopiero jak mu przypomniałem kolejny raz, że jestem tu z ministerstwa i ono przygląda się nie tylko mi, ale i jemu i jego organizacji, że europejczycy nie lubią opóźnień i takie coś może w przyszłości źle wpłynąć, że jak będzie starał o jakieś granty, o kolejne działania wolontariackie czy inne wsparcie, ktoś inny lepiej zorganizowany może go wyprzedzić, trafiłem chyba w dziesiątkę. Powiedziałem, że musimy coś wymyślić na ten tydzień bym nie siedział z założonymi rękoma i wymyśliliśmy, że zbierzemy nauczycieli z Nyamata i zrobimy krótki tygodniowy kurs nie tylko o komputerach ale i innych zagadnieniach dydaktycznych.

Ale kiedy zbierzemy tych nauczycieli? Dziś to już nie. W weekend też nie. W poniedziałek może i we wtorek zaczniemy. A jeśli nie w poniedziałek (bo znów będziemy musieli jechać do Kigali) to może we wtorek… Albo później, bo wtorek znów trzeba jechać do Kigali zapewne.

* * *

Jak ja nie lubię tego miasta… Nyamata jest piękna, sielska, a tam jedno wielkie kłębowisko ludzi i powywijane we wszystkie strony ulice, tak że nigdy nie wiesz gdzie jesteś. Trzeba przedłużyć moją wizę, bo z marszu dostaje się tylko na 15 dni. Trzeba więc udać się do imigration office, oczywiście w Kigali.

Pierwsza próba była wczoraj. Najpierw Paul zostawił mnie w samochodzie i poszedł biegać załatwiać swoje sprawy, a jak wrócił wjechał w inny samochód i wszystko co już mogłem zrobić to fotografować kolejne warsztaty samochodowe. Warsztat samochodowy to zazwyczaj zwykły plac z rozbitymi samochodami i uwijającymi się między nimi mechanikami. Wygląda jak nasz szrot, tyle, że tu samochody są składane, a nie rozbierane. Ale stoją i takie, których już złożyć na pewno się nie da.

To nie parking, to nie szrot. To warsztat naprawczy.

To nie parking, to nie szrot. To warsztat naprawczy.

obnośny sprzedawca. W tym wypadku można kupićc jeansy.

Mechanik naprawia coś z zawieszeniem. Na pierwszym planie typowy widok dla każdego zakątka Kigali: obnośny sprzedawca. W tym wypadku można kupić jeansy.

Dziś kolejna próba. Dotarliśmy w końcu do biura imigracyjnego, gdzie dowiedzieliśmy się, że przedłużenie wizy kosztuje pięćset dolarów, chyba, że MSZ prześle papier, że faktycznie jestem wolontariuszem, to wtedy tylko dwadzieścia pięć. Zatem w poniedziałek kolejna próba. Lub we wtorek, lub później, bo nie wiem kiedy dostanę skan pisma z MSZ i czy będę miał na tyle łącza, by je ściągnąć. (Dopisane poźnym wieczorem: mam już skan, MSZ jak zwykle nie zawiodło!)

Jeden z widoków, który umila drogę z Kigali do Nyamata

Jeden z widoków, który umila drogę z Kigali do Nyamata

Obsuw za obsuwem.

* * *

Powiedziałem do Paula, że widzę jak dużo rzeczy ma na głowie i rozumiem, że nie zawsze będzie miał dla mnie czas. Powiedziałem więc, że dobrze by było wyznaczyć kogoś kto będzie ze mną pracował tutaj. Powiedział, że to dobry pomysł i co powiem na Innocenta. Zgodziłem się, bo to łebski facet, faktycznie wiele rzeczy potrafi. No to świetnie.

Tyle, że zaczniemy jak wróci spod wulkanów.

Ami w komentarzu do "Kigali na własną rękę" prosił o fotkę bramy wjazdowej do słynnego hotelu z filmu Hotel Rwanda. Więc na specjalne życzenie... ;)

I na koniec: Ami w komentarzu do "Kigali na własną rękę" prosił o fotkę bramy wjazdowej do słynnego hotelu z filmu Hotel Rwanda. Więc na specjalne życzenie... 😉

Comments (1) »