Muzungu Super Star

2 sierpnia w sobotę, w drugi dzień pobytu postanowiłem się wybrać na spacer wzdłuż głównej drogi Nyamata. Wczoraj cały dzień jeździłem z Paulem jego terenową mazdą. Z okien samochodu dużo widać, ale brak jest interakcji z ludźmi. Jeśli nawet ktoś mnie dostrzeże, zanim zdąży zareagować, jestem już daleko.

Dzień wcześniej Agathe uprzedziła mnie, jak jechaliśmy do Kigali, że na pewno dzieci będą na mój widok mówić muzungu, może nawet spróbują mnie dotknąć. Mam się nie dziwić. Muzungu po prostu znaczy w kinyarwanda „biały człowiek” i tak dzieci reagują na widok jasnej karnacji. Nie dziwię się. Szczerze mówiąc nigdy nie chcieliście dotknąć czarnej skóry by sprawdzić czy jest taka sama w dotyku jak nasza? Ja tak 🙂

Z Telecentrum do głównej, asfaltowej drogi idzie się najpierw około 50 metrów laterytowym żużlem. Mijająca mnie kobieta uśmiechnęła się i powiedziała mwiriwe? [czyt. Mirłi?] co znaczy „jak się masz?” To normalne powitanie po południu. Także odpowiedziałem mwiriwe (choć lepiej jest powiedzieć coś, co fonetycznie brzmi „jego”) i uśmiechnięty poszedłem dalej.

Zaraz po wyjściu z terenu telecentrum. Laterytowa droga prowadzi do głównej asfaltowej. Po lewej stronie sad bananowców

Spacer ulicami Nyamata to prawdziwe wyzwanie. Zrobiłem jedno zdjęcie na samym początku i na tym skończyłem. Na więcej nie miałem odwagi. Szedłem sztywny jak kołek, ale postanowiłem sobie, że mimo stresu przejdę całą długość.

Zaraz po wyjściu na główną drogę. Przede mną centrum Nyamata. Zwróćcie uwagę na głębokośc rynsztoka, gotowego na przyjęcie masy wody w czasie pory deszczowej

Zaraz po wyjściu na główną drogę. Przede mną centrum Nyamata. Zwróćcie uwagę na głębokośc rynsztoka, gotowego na przyjęcie masy wody w czasie pory deszczowej

Nie chodzi o to, że jest niebezpiecznie. Aparat luźno trzymałem w ręku bez najmniejszej obawy o utratę jego.

Wyobraźcie sobie, że jesteście w godzinach szczytu na ruchliwym bazarze. Dwieście osób jest przed wami, dwieście osób jest za wami i kolejne setki gdzieś po bokach. Jeden wielki zgiełk, ruch, po prostu mrowisko. Zza jednej głowy widać następną. Osoba za osobą. Obok pieszych ludzie na rowerach, na motorach, w nielicznych ale jednak samochodach. Dokąd wzrok sięga w tym tłumie – ludzie.

A teraz wyobraźcie sobie, że każda z tych osób, co do jednej – piesza, na motorze, na rowerze, w samochodzie, dorośli, kobiety, mężczyźni, dzieci – każdy kogo macie w zasięgu wzroku: gapi się na was. Nie patrzy – gapi. Setki jeśli nie tysiące wrytych w ciebie oczu. Nie przesadzam, nie upiększam żeby dodać dramaturgii. Autentycznie spróbujcie sobie wyobrazić taką sytuację 🙂

Nie patrzą tylko przez chwilę: gdy tylko  trafiają na ciebie wzrokiem, nie spuszczają go z ciebie dopóki nie znikniesz z pola widzenia. Jeśli cię nie dostrzegą, ktoś wskaże im na ciebie palcem. Gdzieniegdzie faktycznie słyszę muzungu. Ruch na ulicy zamiera, ludzie zwalniają. Zupełnie jakby nagle na środku Rynku Kościuszki w Białymstoku prosto z nieba zeskoczył różowy słoń i zaczął tańczyć kankana. Wszystkie oczy w słup.

Muzungu Super Star.

Ciężko było oddychać, ale pomyślałem sobie, że będę szedł. Mam tu spędzić kawał czasu, więc niech mnie zobaczą. Dziś się pogapią, jutro popatrzą, za kilka dni wieść się rozniesie po miasteczku i przywykną. Nie będzie źle. Ale gdy wróciłem do telecentrum poczułem się znacznie lepiej 😉

* * *

Inaczej było wczoraj w Kigali. Tam ludzie zerkali, co poniektórzy przycupnięci pod murami patrzyli się póki nie zniknąłem im z oczu. Tam się muzungu trafiają. Widziałem kilkoro w okolicach sklepu i w barze mlecznym.

W Kigali największe zainteresowanie budziłem wśród ulicznych handlarzy i żebrzących kobiet. Nie musiałem nawet wysiadać z samochodu by zaraz się ktoś nie zjawił. Można w ten sposób kupić kurtkę, okulary przeciwsłoneczne, kartę do telefonu czy prasę. Najtrudniej było z żebraczkami. To nawet nie zawsze były żebraczki do końca (to chyba nigdy nie były żebraczki). Wpadałem w pole widzenia jakiejś kobiety i automatycznie, niczym odruchowo wyciągała rękę w błagalnym geście: Mister, please… Children…

* * *

W Nyamata jest inaczej. To mała miejscowość. Tu nie ma białych. Biały to jest wydarzenie, to jest święto.

Tak przynajmniej o mnie powiedziała Agathe tego samego dnia, kiedy miałem pierwszy spacer, ale wieczorem. Pojechaliśmy do mieszkania Paula zabrać stamtąd meble i rzeczy przed przeprowadzką. Zaraz się w środku domu zjawiła czteroletnia dziewczynka i Paul pozwolił jej mnie dotknąć. Trochę zawstydzona dotykała krótko i zaraz potem zaczynała się bawić moim rzemykiem na przedramieniu. W kinyarwanda dawała do zrozumienia, że tak naprawdę to on ją interesuje.

Ale gdy wychodziliśmy na zewnątrz i inne dzieciaki zbiegały się mnie zobaczyć, od razu ostentacyjnie chwytała mnie za rękę. To jest jej święto, nie ich.

* * *

Człowiek poznany w pociągu z Białegostoku do Warszawy powiedział, że dziewczyny będą tu na mnie strasznie lecieć, bo jestem biały. Nie wiem czy tak to należy diagnozować, jako podryw, ale coś jest na rzeczy. Może nie podrywają, ale bardzo chcą poznać. Wczoraj na urodzinach Pacifique nieco skrępowany usiadłem na końcu stołu. Nie było jeszcze wszystkich gości, więc od innych dzieliło mnie kilka krzeseł. Nie minęło więcej niż 2 minuty, a ze swoich miejsc wstały dwie dziewczyny i usiadły obok mnie i zaczęły rozmowę. Shila i Nelly. Jak mi się podoba w Rwandzie? Jak mi się podobają urodziny? Po chwili podszedł Innocent, zapytał czy dobrze się bawię i zapytał czy poznałem już jego dziewczynę – Shilę. No właśnie poznałem.

Potem dosiadła się jeszcze Denise. Potem poznałem jeszcze dwie inne dziewczyny; niestety imion nie pamiętam.

Ale to niekoniecznie jest podryw. Po pierwsze jak napisałem, Shila jak i kilkoro innych z nich mają chłopaków. Po drugie przysiadają się też faceci po taką samą niezobowiązującą rozmowę. Jest jedna prawidłowość: jak muzungu siedzi sam, nawet jeśli właśnie siedzi przed komputerem, to na pewno się nudzi i koniecznie trzeba do niego podejść i zaprosić do rozmowy. Opowiada się wtedy całe swoje życie takiemu muzungu, proponuje mu, że nauczy się go francuskiego lub kinyarwanda. To nie wypada by biały człowiek siedział sam i nikt się nim nie zajmował. Zdarzyło się, że przez chwilę czekałem na Paula, przycupnąłem na murku i w 20 sekund zjawiła się dziewczyna, powiedziała, że nazywa się Juliette i jeśli chcę, może mnie nauczyć języka. A nawet kiedy siedzę już z kimś, zjawia się Paul i pyta czy się nie nudzę, upewnia jeszcze raz, że na pewno się nie nudzę i mówi, że to dobrze i żebym dał mu znać jak będę się nudzić.

Czteroletnia dziewczynka na widok, że pomagam nieść łóżko z domu Paula wybucha śmiechem, a Agathe mi tłumaczy, że to dla niej niezwykły widok, że muzungu pracuje. Bo biały człowiek nie pracuje, to czarni pracują za niego przecież.

Tak proszę państwa: echa kolonializmu.

Reklamy

komentarzy 5 so far

  1. 1

    Krysia said,

    Konrad, nie wierzyłabym w to, że miejscowi przyzwyczają się do Ciebie i przestaną reagować 😉 Mi okrzyki dzieci i mężczyzn towarzyszyły przez pół roku!!! w tych samych miejscach na drodze do domu 😉

    Przygotuj się na propozycje matrymonialne 😉

  2. 2

    kkarpieszuk said,

    okrzyki i patrzenie sie towarzysza dalej ale juz sie przyzwyczailem troche 🙂 o ile mozna sie przyzwyczaic. jak wychodze z domu zastanawiam sie zawsze co tym razem sie wydarzy 🙂

  3. 3

    Pawel said,

    Ja juz napisałem komentarze w poprzedniej notce że bardzo ładne dziewczyny sa do okoła… więc jak bedziesz rozrabial Konrad to może lepiej na koniec wyjazdu niz na początku 😉

    W razie czego daj znać, to przyjadą koledzy z pomocą/odsieczą!!!

    P.S. Coraz bardziej mi się ta Rwanda podoba :-))

  4. 4

    […] dużo muzungu, którzy zjawili się tu z pomocą rozwojową. Nie policzę ile w samym Nyamata. Kiedyś pisałem, że jestem tu jedyny biały, ale wybaczcie pomyłkę, pisałem w pierwszym tygodniu pobytu. Na […]

  5. 5

    […] właśnie wywiady. Ciężke jest życie Muzungu Super Star Udzieliłem wywiadu (ale nie tylko ja, a także 3 inne zaproszone w charakterze eksponatów […]


Comment RSS

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: