Posts tagged obóz uchodźców

Autocenzura i krótka historia najnowsza Rwandy

Jak niektórzy zauważyli na początku tygodnia pojawił się mój drugi wpis opisujący moją i Maombiego wyprawę do Kibuye, a dokładnie jej etap spędzony w obozie dla uchodźców i związane z tym przygody. Było ciekawie, ale artykuł po kilku godzinach zniknął. Właśnie go przywróciłem w niezmienionej postaci, ale jestem winien wyjaśnienia tych dziwnych kroków.

Spojler: wskazane jest jeśli ktoś nie przeczytał do tej pory drugiej części opisu wyprawy, aby zrobił to teraz, zanim przeczyta dalszą część tego tekstu. Kliknij, a otworzy się w nowym oknie.

Maombi miał z obozu wrócić we środę, tymczasem zamiast wrócić zadzwonił do mnie późnym wieczorem. Zapytał co u mnie słychać, odpowiedziałem, że wszystko w porządku i co u niego. A on roztrzęsionym głosem odparł, że jest w więzieniu.

Maombi słabo mówi po angielsku, do tego doszły zakłócenia na łączu i mało rozumiałem, ale od razu wyczułem, że chodzi o moją wizytę w obozie na jego zaproszenie. Powiedziałem, że zaraz zadzwonię do Paula i on zadzwoni do niego by wypytać co się dzieje.

Okazało się, że Paul już wie i że potwierdza, że chodzi o mój pobyt w obozie. Był akurat w telecentrum, więc poszedłem do niego by wspólnie obradować co z tym zrobić. Właściwie to pobiegłem.

Afrykańczycy to luzaki. Paul mówi, że faktycznie Maombi jest w więzieniu, nie wie gdzie, nie wie co i jak, ale nie ma czasu się tym zajmować teraz, bo musi gdzieś jechać. Widząc moją wystraszoną minę on i Innocent zaczęli się śmiać. Przez moment myślałem, że to wszystko żart, ale jednak nie. Uzyskaliśmy od Maombiego numer telefonu do jakiegoś naczelnika więzienia, ten niestety jednak na przemian nie odbierał albo był poza zasięgiem (tu w Rwandzie jestem już przyzwyczajony, że jak do kogoś dzwonię, muszę próbować co najmniej 3 do 5 razy, bo albo sieć akurat jest niedostępna, albo ja jestem poza zasięgiem, albo odbiorca).

Po godzinie w końcu udało się dodzwonić do samego Maombiego, co mnie uspokoiło, bo powiedział, że właśnie go wypuścili. Ma jednak pozostać w obozie i czekać na kogoś z biura Wysokiego Komisarza d/s Uchodźców w ONZ (UNHCR), przed którym będzie się na następny dzień tłumaczył dlaczego przyprowadził białego człowieka do obozu.

Dziś po tygodniu czasu w końcu Maombi jest z powrotem. Opowiedział, że od razu po opuszczeniu przeze mnie obozu zabrano go na przesłuchanie, po którym trafił do obozowego więzienia gdzie siedział trzy dni.

Okazuje się, że wizyta  w obozie to nie taka prosta wycieczka, jak mniej więcej to zrozumiałem, gdy pisała Krysia. Obóz uchodźców w Rwandzie i obóz w Ghanie to nie to samo. Paul mi wszystko opowiedział przypominając, że odradzał mi wizytę w tym miejscu. Teraz inaczej wszystko wygląda, gdy już wiem to co wiem. Dziwiłem się czemu Rwandyjczycy są tacy skonfundowani gdy mówiłem im gdzie się wybieram, a Innocent mówił, że sam by się bał spać w takim miejscu.

Prezydent obozu od razu uznał, że przybywam do obozu z powodów politycznych i myślał, że jestem szpiegiem. Stąd delikatne ale nieodwracalne wyproszenie mnie z obozu oraz przesłuchiwanie i więzienie Maombiego. Brzmi absurdalnie, ale teraz się nie dziwię. Mieszkam sobie w Rwandzie od jakiegoś czasu, wszystko wygląda pięknie, ale okazuje się, że pod tą dekoracją siedzi chyba dość złożony aparat ochrony państwa bazujący na lęku przed powrotem do ludobójstwa. Bo wszystko jak się do tego należycie zbliżyć jest jednak nadal delikatne.

Z opowieści Paula wiem, że obóz dla uchodźców jest miejscem bardzo zamkniętym, a jego niedostępne położenie to nie przypadek. Przebywają w nim uciekinierzy z terenu Konga. Sytuacja jest złożona i nie wszystko rozumiem, ale postaram się opisać ostatnie lata w Rwandzie po ludobójstwie.

Paul mówi, że po zwycięstwie FPR w 1994 roku większość mordujących Hutu (ale i także tych, którzy nie zabijali, jednak bali się odwetu jedynie z uwagi na swoją przynależność) uciekła za granicę, w tym bardzo duża część do Konga. Wywiad rwandyjski wiedział, że przy wsparciu kongijskiego rządu ze stojącym na jego czele dyktatorem Mobutu Sese Seko, Hutu organizują się zbrojnie by wrócić do Rwandy i dokończyć to, co im się nie udało. Dlatego Rwanda prewencyjnie zaatakowała wschodnie tereny Konga, wojna trwała wiele lat i jednym z jej efektów była kolejna fala uchodźctwa; sytuacja była tak skomplikowana, walczył tam niemal każdy z każdym, że nawet niektórzy Hutu uciekli z Konga z powrotem do Rwandy.

Do dziś sytuacja między Kongiem i Rwandą wygląda fatalnie, tam nadal trwa wojna domowa. Z jednej strony zabijani są tam mieszkający od lat Rwandyjczycy, z drugiej strony rwandyjskie bojówki atakują Kongijczyków żądając niepodległości wschodnich terenów tego kraju. Oczko do geniusza Cejrowskiego: to pokłosie ukochanych jego czasów kolonialnych gdy przyleźli tu Europejczycy i nie patrząc na odwieczne granice wytyczyli swoje własne. Tak to Rwanda została podzielona na co najmniej trzy części: wschodnią Rwandę faktyczną, południowe Burundi, a położone na zachód od jeziora Kiwu tereny dostało Kongo.

Dodać muszę też stosunki Rwandy z Francją. Z jednej strony Rwanda dysponuje dowodami na udział rządu francuskiego z czasów Françoisa Mitterranda w przygotowaniu ludobójstwa. Ale wróćmy do jeszcze wcześniejszych czasów.

Po dojściu do władzy Hutu, Tutsi obawiając się skrajnych ruchów dyktatora J. Habyarimany uciekli do sąsiednich krajów; planowali jednak wrócić do ojczyzny i powoli to robili. Pod koniec lat osiemdziesiątych sformowany został FPR, który z terenów Ugandy wkroczył do Rwandy i zaczęła się wojna domowa, dość szybko powstrzymana. Tutsi z FPR już mieli obalić dyktatora, gdy jednak ten poprosił Francję o pomoc, a ta – co jest uważane przez dużą ilość ludzi nie tylko z Afryki – popełniła fatalną pomyłkę i wsparła reżim wysyłając swoje wojsko.

Rozpoczęła się misja stabilizacyjna ONZ, która jednak ze strony Francji nie była do końca stabilizacyjną. Rząd Rwandy kierowany przez Hutu od lat przygotowywał się do eksterminacji Tutsi, francuskie władze dobrze o tym wiedziały, a francuscy żołnierze z dużym udziałem Legii Cudzoziemskiej ochoczo w tym pomagali szkoląc militarnie bojówki i dozbrajając je. Te same bojówki które w 1994 roku pod pretekstem odwetu za zestrzelenie samolotu z lecącym w nim rwandyjskim dyktatorem, w trzy miesiące zabiły 800 tys ludzi ludności cywilnej. I jak tam panie Cejrowski z pana poglądem, że biali w Afryce czarnych trzymają na smyczy by się nie pozabijali? Gdy zaczęła się rzeź pierwszym ruchem białych, była ucieczka.

Doszło do tego jeszcze niedawne oskarżenie przez Francję obecnego prezydenta Paula Kagame, że to właśnie on kierował zamachem na dyktatora i wszystko się posypało. Rwanda kazała Francuzom kompletnie się wynieść z kraju i nie utrzymuje z Francją żadnych stosunków dyplomatycznych.

I tu pojawiam się ja – mała polska wolontariacka pchełka 🙂 To są tylko domysły moje i Paula, ale jak Paul mówi dość słuszne. Gdy potencjalnie w obozie z uchodźcami z Konga zjawia się biały człowiek, od razu pojawia się podejrzenie, że nie jest on zwykłym turystą, a zwyczajnym szpiegiem. Jako, że jest biały i jest z Unii Europejskiej, jest wielce podejrzane, że może szpiegować dla Francji. Jako, że Francja była odpowiedzialna (według Rwandyjczyjów) za przygotowanie ludobójstwa, od razu pojawia się pytanie, czy Francja nie przygotowuje tego lub czegoś podobnego ponownie. Nie mogę o to pytać, ale zastanawiam się czy obóz dla uchodźców nie pełni też funkcji izolacyjnej. Przypominam, że dużo Hutu odpowiedzialnych za ludobójstwo uciekło do Konga, a potem wróciło do Rwandy w czasach, gdy powrót taki oznaczałby dla nich śmierć. Kiedyś Paula o to zapytam, ale podejrzewam, że ów obóz to także Hutu. (W tej sytuacji nie dziwię się, że wszyscy mówili, że wizyta w nim może być niebezpieczna, a prezydent obozu mówił, że muszą mnie tu teraz chronić, by nie zaatakował mnie jakiś szaleniec). Jeśli to wszystko byłaby prawda, a ja byłbym szpiegiem, sam bym się podejrzewał o to, że przysłała mnie tu Francja by pomóc Hutu w organizowaniu kolejnego ludobójstwa.

Maombi mówi, że wszystko już wyjaśnione, UNHCR i rząd Rwandy wierzy, że szpiegiem nie jestem i możemy znów się wybrać tam ponownie, tylko, że teraz najpierw muszę uzyskać zgodę od MINALOC. Chyba jednak jak na razie mam dość wrażeń. 🙂

Będę co miał opowiadać. Przyjechałem do kraju, w którym stosunkowo niedawno było ludobójstwo, trafiłem do szpitala, uczestniczyłem w kolizji drogowej, koło mnie dachował samochód, odwiedziłem obóz uchodźców, gdzie zostałem wzięty za szpiega, a osoba, która mnie tam przyprowadziła, trafiła za to do więzienia. Z rzeczy których nie opowiadałem jeszcze, bo są banałami przy powyższym jestem w dobrych stosunkach z tutejszą policją, a burmistrz pożycza ode mnie modem, widziałem się z Ministrem Obrony i szefem Państwowej Komisji Wyborczej, obiady jadam z bratem pani Minister Sprawiedliwości. A to dopiero połowa pobytu. Czasami jest naprawdę strasznie, ale bardzo, bardzo mi się to podoba 🙂

szpiedzy tacy jak my

Maombi i Konrad: szpiedzy tacy jak my

P.S. Teraz zauważyłem, że intencją artykułu miało być wyjaśnienie, dlaczego artykuł zniknął. W jednym zdaniu: gdy usłyszałem, że Maombi siedzi w więzieniu, bo zostałem wzięty za szpiega, pomyślałem, że lepiej jednak taki opis ukryć. Po co dostarczać coś, co może być wzięte za dowody na to, że faktycznie szpieguję? Teraz już jest wszystko ok, więc artykuł wrócił.

81996f36e53cef4f2400e857d8e3d51b

8 komentarzy »

Wyprawa do Kibuye, cz. 2 – Niedostępne miasto w chmurach

Obóz uchodźców

Jedziemy do obozu i jestem wniebowzięty

Motory ruszyły, a ja zrozumiałem dlaczego Maombi roześmiał się na mój pomysł aby do obozu iść pieszo. Cała przejażdżka zajęła około pół godziny i z jednej strony była fascynująca, z drugiej zaś przerażała mnie. Motocykle krętymi drogami wspinały się coraz wyżej i wyżej w naprawdę wysokie partie gór. Kibuye dość szybko zostawiliśmy gdzieś za którymś zakrętem, a ja z zachwytem patrzyłem na zbocza gór z coraz rzadszymi drzewami i na odbijające się w dole w tafli jeziora Kiwu powoli zbliżające się ku zachodowi słońce. Aż żałowałem, że nie możemy się zatrzymać by zrobić kilka zdjęć. Obiecałem sobie jednak, że jutro gdy będziemy wracać – autobusem czy też motorem – będę zdjęcia pstrykał.

Przyznam jednak, że był też spory strach. Droga wraz ze swoim biegiem coraz mniej przypominała drogę, a bardziej górskie szlaki. Kamieniste, wyboiste, tuż nad urwiskami (motocykliści chyba znają tą trasę dobrze i lubią straszyć takich turystów jak ja, bo przy jednej zupełnie pionowej kilkudziesięciometrowej przepaści przejechali 20 centymetrów od niczym nie zabezpieczonej jej krawędzi). Koła odskakiwały na kolejnych nierównościach i usypiskach kamieni; bardziej to przypominało przejażdżkę moto-crossem niż transport taxi. Zastanawiałem się jakim cudem tą drogą potrafi przejechać autobus i zastanawiałem się jakim cudem nadal jeszcze siedzę na motorze. Kolejny raz wbijając paluchy w uchwyt pod siedzeniem spojrzałem na Maombiego. Luzak jechał sobie niczego się nie trzymając: w jednej ręce ściskał torbę z zakupami, a drugą dłubał sobie w nosie pod owiewką kasku.

Dawno już opuściliśmy strefę lasu i jechaliśmy w czymś co jest odpowiednikiem naszych tatrzańskich hal, gdy przekroczyliśmy jeden wąwóz pomiędzy górami, a moim oczom ukazał się widok jakiego zupełnie się nie spodziewałem. Szczyt innej, położonej nieco niżej od nas góry w całości był zasłany tysiącami białych dachów. Od razu domyśliłem się, że jest to obóz, ale zupełnie nie przewidywałem, że będzie on tak piękny, tak wysoko i tak niedostępnie położony. Z dala od jakichkolwiek osad ludzkich, wśród dziesiątek gór, sam usytuowany na szczycie jednej z nich, nasunął mi skojarzenie z tolkienowskimi widokami starożytnych mitycznych miast. Kto by pomyślał, że to co oglądałem na ekranie kina, to co sobie wyobrażałem czytając różne książki, kiedykolwiek będzie mi przypominało coś, co zobaczę na własne oczy. Przyznam się, że na ten widok momentalnie cholernie się wzruszyłem. Miasto wśród gór, zapewne nieraz owiewane chmurami. Na szczycie wysokiego wzgórza, otoczone niczym potężnym murem pierścienia innych szczytów. Warto było dożyć tego momentu.

Zachwycające

Zachwycające

Teraz zjeżdżaliśmy już powoli nieco delikatniejszymi stokami niespiesznie omijając znajdującą się między nami a obozem kotlinę. Obóz był coraz bliżej i bliżej, a ja zastanawiałem się jak wiele ludzi w nim żyje. Wyobrażałem sobie do tej pory miasteczko składające się ze stu, góra dwustu namiotów, a tymczasem to co widziałem można było liczyć w tysiącach białych dachów, a przecież nie widziałem jeszcze drugiej strony góry. Dlatego pierwsze pytanie jakie zadałem Maombiemu po zejściu z motoru było o liczbę mieszkańców. Powiedział, że jest ich ponad dwadzieścia tysięcy.

Powitanie w obozie

Brama obozu

Brama obozu

Motory zatrzymały się daleko przed białymi dachami na czymś w rodzaju bramy wjazdowej. W cudzysłowie. Przy drodze przeciętej zieloną szmacianą taśmą stał namiot z logiem UNHCR, z którego wyszło dwóch strażników w bardzo nieoficjalnych strojach: typowa dla kloszardów marynarka od garnituru, dresowe spodnie, gumowce, brak zębów i kije w ręku. Widok bardzo afrykański. Maombi chwilę z nimi porozmawiał tłumacząc kim jestem, a ci ucieszeni powiedzieli, że muszę pokazać paszport i wpisać się do zeszytu i mogę przekroczyć taśmę. Już tutaj dopadły mnie pierwsze dzieciaki super zachwycone moim widokiem. Ja też się ucieszyłem, bo znów czułem się jak pierwszego dnia w Rwandzie. Wszystko było takie niezwykłe. Spoglądałem daleko w dół kotliny, robiłem zdjęcia. Za namiotem w pionowej piaskowej ścianie zauważyłem wykopane jamki; zapewne chowali się w nich od skwaru dnia strażnicy.

Taki widok strażnicy obozu mają na codzień

Taki widok strażnicy obozu mają na codzień

Rzut oka za siebie i możemy wchodzić

Rzut oka za siebie i możemy wchodzić

Gdzie nie spojrzeć, kolejne pasma gór

Gdzie nie spojrzeć, kolejne pasma gór

To zdjęcie zostawiam w dużej rozdzielczości z sugestią kliknięcia, pobrania i ustawienia sobie jako tapetę pulpitu. ;)

To zdjęcie zostawiam w dużej rozdzielczości z sugestią kliknięcia, pobrania i ustawienia sobie jako tapetę pulpitu. 😉

Ruszyliśmy przed siebie. Maombi co chwila pozdrawiający starych znajomych i przedstawiający mnie im. Ja cały obwieszony dzieciakami. Każda moja ręka była trzymana przez co najmniej trzy – cztery małe dłonie, a wokół mnie zbierała się coraz większa grupa maluchów. W szczytowym momencie było ich kilkadziesiąt, a gdy tylko wyciągałem aparat fotograficzny, od razu byłem obskakiwany przez dzieci bym zrobił im zdjęcie. A potem abym pokazał, co omal nie doprowadzało mnie do upadku – tak mocno napierały na mnie bym przypadkiem nie zapomniał o którymkolwiek z nich.

Nadciąga powitalny orszak

Nadciąga powitalny orszak

Idziemy, a ja w obozie czuję się coraz bardziej jak król. Tłum dzieci, pozdrawiających mnie ucieszonych ludzi i zaczepiających mnie znajomych Maombiego. Wszyscy mówią, że się strasznie cieszą, że spędzę tu noc, bo jak dotąd żaden biały chyba nie przyjechał do nich z odwiedzinami. Ludzie biegną gdzieś w boczne uliczki i wołają kolejne osoby, by pokazać im zjawisko, jakim jestem.

A kto tam z tyłu się skrada?

A kto tam z tyłu się skrada?

Białe dachy, które widziałem z daleka okazują się nie dachami namiotów, a lepianek. Ulepione z wszędobylskiej tu gliny na rusztowaniu z gałęzi, przykryte jakimś białym foliowym materiałem, wyglądają bardzo skromnie, ale na pewno są solidniejsze od namiotu. Nie jest więc tak źle. Zanim tu przyjechałem Paul i inni byli bardzo zdziwieni, że chcę zostać na noc w takim miejscu. Paul kazał mi napisać pisemne oświadczenie, że jestem świadomy gdzie jadę, a Innocent powiedział, że zwyczajnie bałby się spać w takim miejscu. Agathe dodała, że na pewno trafię znów do szpitala. A tymczasem wszystko wygląda surowo, ale nie tragicznie.

Idziemy w defiladzie wrzeszczących z radości dzieciaków przez obóz. Do domu czekających na mnie rodziców Maombiego, przed którymi ten się chciał pochwalić swoim białym kolegą mieliśmy jeszcze daleko gdy Maombi pokazuje mi prezydenta obozu. Za żywopłotem dostrzegłem całkiem dostojnego posiwiałego starca ubranego w dość elegancki jak na to miejsce i ten kontynent garnitur. Dostrzegłem do razu, że w przeciwieństwie do innych obozowiczów nie podzielał ich entuzjazmu z powodu mojego przybycia; powoli sobie spacerował i beznamiętnie zerkając na mnie. Przyznam, że widać było, że jest to ktoś ważny i charyzmatyczny.

Prezydent

Maombi powiedział, że powinniśmy się z nim przywitać, co też zrobiliśmy. Podszedłem do niego, z uśmiechem podałem rękę, przedstawiłem się i otrzymałem uśmiech i uścisk dłoni w odpowiedzi. Okazało się, że prezydent nie mówi po angielsku więc Maombi zaczął mu tłumaczyć kim jestem i co tu robię. Tem odpowiedział tylko kilka krótkich zdań i odszedł gdzieś dalej, a jakiś chłopak świetnie mówiący po angielsku zaczął mi tłumaczyć jego słowa. Po długości jednak tłumaczenia i po minie Maombiego widziałem, że nie jest to dokładnie to samo, co powiedział prezydent.

Chłopak długo mówił, że będąc w obozie jestem w pewnym sensie nadal na terenie Rwandy, ale też w pewnym sensie na terenie kolejnego państwa tworzonego przez Kongijczyków i powinienem respektować także ich przepisy prawne. Zgodziłem się z nim. Powiedział, że bardzo się cieszą, że jestem ich gościem i że będą dbać aby nic mi się tutaj nie stało i że to wyjątkowe dla nich wydarzenie. Powiedział, że powiadomią lokalną policję obozową, że tu jestem by dbali aby nikt niebezpieczny nie zrobił mi żadnej krzywdy. Ucieszyłem się bardzo i powiedziałem, że też jestem szczęśliwy, że mogę tu być. Znowu wybuchła radość wśród oglądających mnie ludzi.

Chłopak powiedział jednak, że aby być w obozie muszę mieć pozwolenie MINALOC – rwandyjskiego odpowiednika polskiego ministerstwa spraw regionalnych. Na szczęście oddział tego ministerstwa jest w Kibuye i prezydent zaraz poprosi pastora, który jest w obozie aby mnie podwiózł tam, bo tylko pastor ma samochód. Pastor zaraz będzie jechał i mamy na niego zaczekać na zewnątrz obozu i musimy znów wrócić się na granicę.

Nie jest więc źle. Musimy się wrócić znów na dół, ale na szczęście mamy transport. Maombi miał jednak tak zrozpaczoną minę, że gdy szliśmy z powrotem przez obóz i mi udzielił się nastrój jakbym wracał na tarczy. Dzieciaki i ludzie już się nie cieszyli, a byli zdziwieni dlaczego już wracam. Maombi im tłumaczył, a ci odprowadzili mnie tłumem na granicę, gdzie przycupnąłem na kamieniu koło namiotu czekając na pastora i jego samochód. Za kilka minut miało zajść słońce.

Szykuje się noc pod gołym niebem

Słońce zaszło i zrobiło się niemal kompletnie ciemno, a samochód pastora wcale nie nadjeżdżał, a ja coraz bardziej zaczynałem rozumieć, że prezydent to nie tylko charyzmatyczny człowiek, ale i wytrawny dyplomata. Taki co to potrafi ci powiedzieć sp*aj w taki sposób, że ucieszysz się na myśl o zbliżającej się podróży 😉

Zapytałem Maombiego jak myśli, czy MINALOC będzie teraz otwarte. Powiedział, że nie sądzi. Jest niedziela, jutro jest dzień wyborów, jest po zachodzie słońca. Żadne urzędy nie są otwarte. Prezydent mnie zwyczajnie pod byle pretekstem wygonił z obozu.

Granica obozu już za nic nie wygląda tak przyjaźnie jak wcześniej

Granica obozu już za nic nie wygląda tak przyjaźnie jak wcześniej

Po godzinie takiego siedzenia, powiedziałem Maombiemu by zadzwonił po motor aby ten mnie zabrał stąd. Powiedziałem, że wyjścia nie mam: muszę stąd spadać albo spać w górach. Na szczęście jak byliśmy w Kibuye zrobiłem zdjęcie rozkładu jazdy autobusów do Kigali. Włączyłem aparat i na nieszczęście zobaczyłem, że ostatni autobus do Kigali odjechał półtorej godziny temu. Ale niech dzwoni po ten motor: wolę spać w mieście na ulicy, niż w trawie wysoko w górach. Jakby nie było jestem w Afryce, jest już dawno ciemno, wokół mnie z pewnością jest co najmniej dziesięć jadowitych gatunków węży, nie wiadomo ile pająków i innego dziwactwa. W tych samych górach, nie wiem jak daleko ode mnie jest słynny rezerwat goryli górskich. Wolę wrócić na murek, na którym przysypiałem przed przyjechaniem tutaj i doczekać na nim do pierwszego autobusu do Kigali o szóstej rano.

Przyznam, że coraz bardziej byłem wściekły na tego prezydenta. Mówiąc, że troszczy się o moje bezpieczeństwo, dobrze wiedział, że właśnie w nocy wywala mnie w środek afrykańskiej dziczy. Fakt, że przyjechałem do Afryki ze ściśle określoną pomocą jako wolontariusz, a wizyta w obozie w żaden sposób w ten program się nie wpisuje. Chciałem po prostu zobaczyć jak tu jest i zobaczyłem, jednak otoczony przez te umorusane dzieciaki z gilami wiszącymi pod nosem od razu zacząłem się zastanawiać czy kiedyś nie udałoby mi się wrócić do tego kraju, by pomagać w takich miejscach jak to. Jutro w dzień miałem zamiar zobaczyć jak wygląda funkcjonowanie tego wszystkiego, jak wygląda tu szkoła, jeśli w ogóle jest. Tymczasem godzinę później jedyne co chciałem, to pokazać szefowi tego miejsca wała.

Motocyklista świetnie wyczuł w jakiej jestem sytuacji i przez telefon powiedział, że przejazd będzie droższy i w dodatku nie wystawi mi faktury (tu wszyscy w tym kraju chyba robią wszystko by nie płacić podatków, co chwila w sklepie słyszę, że właśnie skończył się bloczek z fakturami). Ale co miałem zrobić, musiałem się zgodzić.

Pojawia się pastor

Zjawił się po kolejnej godzinie siedzenia w już całkiem niezłym chłodku, akurat w tym samym czasie gdy obóz bez żadnego zatrzymania się opuszczał jakiś busik. Pojechał dalej, a ja poprosiłem Maombiego, by ten zapytał strażników kto to był. Strażnicy wyjaśnili Maombiemu, a ten powoli wyjaśnił mi, że to był właśnie pastor i że jedzie on nie tylko do Kibuye ale pojedzie dalej do Kigali. Cholera jasna, tymczasem samochód był już daleko za kolejnymi zakrętami! Szybko powiedziałem motocykliście, że zapłacę mu pełną kwotę bez faktury tylko niech dogoni ten bus. Wskoczyłem na motor, zapiąłem kask i właściwie bez pożegnania z nikim ruszyliśmy w pościg.

Od razu zacząłem tego żałować. Motocyklista bardzo się przejął swoim zadaniem i pędziliśmy na złamanie karku tymi samymi osypującymi się, kamienistymi drogami nad skrajami kolejnych przepaści, tyle że teraz była noc. Ale zależało mi na dogonieniu tego busa. Parę razy naprawdę było blisko wypadku, jednak w ostatniej chwili jakimś cudem motor jechał dalej. W końcu zacząłem czuć spaliny autobusu, a potem zobaczyliśmy jego światła.

To jeszcze nie koniec udręki. Na krętych, byle jakich ścieżkach nie dało się ni jak wyprzedzić samochodu, więc jechaliśmy przez kilka kilometrów tuż za jego zderzakiem wpatrując się tylko w czerwone światła. Przed wskoczeniem na motor nie zamknąłem owiewki, a teraz nie miałem odwagi się puścić uchwytów, więc po chwili cały byłem oblepiony w kurzu, wyskakującym prawdziwymi tumanami spod kół samochodu.

Nareszcie udało się zrównać z samochodem i wrzeszcząc, mrugając światłami zmusić kierowcę by ten się zatrzymał. Zeskoczyłem z motoru, zajrzałem do środka busa. Poza kierowcą było w nim sporo osób, ale na szczęście widać było, że jest jeszcze trochę miejsca. Zadałem retoryczne pytanie czy jadą do Kigali, na które otrzymałem odpowiedź twierdzącą. Zadałem kolejne retoryczne pytanie czy mogą mnie zabrać ze sobą, na które dostałem powalającą odpowiedź… „nie”. Zdziwiony upewniam się czy na pewno dobrze usłyszałem, a kierowca ze śmiechem po raz kolejny wypowiada krótkie słowo „no”. Załamka, a ten się śmieje. O co tu chodzi? Gdzie Rwandyjska uczynność i gdzie chrześcijańska pomoc bliźniemu w potrzebie?

Zza kierowcy wychylił się pastor i pyta czemu chcę jechać z nimi, więc wyjaśniłem w jakiej jestem sytuacji. Już się nawet nie zdziwiłem, że nie miał zielonego pojęcia, że prezydent obozu obiecał mi, iż pastor podrzuci mnie na dół (a potem zawiezie z powrotem na górę, co już na pewno nie było w najmniejszym planie duchownego). Pastor powiedział abym jechał na tym motorku do Kibuye, a tam na pewno znajdę autobus do Kigali. Mówię więc, że wiem, że na pewno nic już nie jedzie. Z pewną niechęcią odpowiedział jednak, żebym jechał do Kibuye, zobaczył czy faktycznie nic nie jedzie i jak okaże się to prawdą, zatrzymają się i mnie wezmą.

Zjechaliśmy do miasta gdzie tak jak się spodziewałem nic już nie było. Mieliśmy wolną chwilę więc zapytałem motocyklistę czy ma może jednak te faktury. Odpowiedział, że nie, ale zapytał innych licznych motocyklistów czy nie mają. Wybuchnęli tylko śmiechem.

Gdy pojawił się bus pastora powiedziałem, że nic już nie jedzie i czy nie mogą mnie zabrać ze sobą jednak. Powiedział, że w takiej sytuacji na pewno nie zostawią mnie tutaj i zabiorą, lecz zapytał ile mogę zapłacić. Wcześniej służba więzienna… teraz służba Bogu… co za różnica. Płacić trzeba. Mówię, że nie wiem, pytam ile pastor by chciał za to. Wiem, że regularny bus kosztuje 1700 franków. Wiem, że gdybym chciał wynająć zwykły samochód i znalazł 3 inne osoby, które jadą do Kigali, za swoją część zapłaciłbym około 3000 franków. Tymczasem pastor mówi: pięć tysięcy. Wierzcie mi – Rwanda to miejsce w którym naprawdę jest łatwo zwątpić w chrześcijańskie intencje duchownych.

Pastor na szczęście pyta czy mi ta cena odpowiada więc mówię, że trochę sporo. Wczoraj Ola z Simba Friends skontaktowała mnie z polskim misjonarzem w Kigali, a ten od razu powiedział żebym go odwiedził, a jeśli trzeba mogę nawet przenocować w parafii. Mówię więc pastorowi, że jadę do katolickiego księdza, co od razu zmienia ton rozmowy. Pastor zauważa, że jakby nie było jesteśmy sługami tego samego Boga i musimy sobie pomagać. Dlatego pyta co powiem na cenę trzech tysięcy franków. No niech już będzie.

…i wracam

Droga powrotna była jeszcze gorsza niż do Kibuye. Siedziałem na rozwalonym krzesełku, z którego co chwila spadałem na zakrętach. Zadzwoniłem do misjonarza czy mógłbym dziś przenocować bo jestem w nieco kryzysowej sytuacji. Odpowiedział, że dziś go nie ma w Kigali, ale może zadzwonić do parafii i uprzedzić ich, że ktoś ich odwiedzi na noc. Powiedziałem, że w ostateczności zadzwonię jeszcze raz, ale póki co sprawdzę czy są jeszcze jakieś busy. Nie było jeszcze dziesiątej.

Wysłałem sms z pytaniem do Innocenta, a ten odpisał, że ostatni bus w niedzielę był przed 18:00. Nie chciałem już w sumie fatygować Paula po tym jak mi wspominał jak drogo go kosztuje benzyna do Kigali, ale ten sam po chwili do mnie zadzwonił. Zapytał co się dzieje, opowiedziałem całą historię i gdzie jestem. Paul wielkodusznie wyraził nadzieję, że znajdę sobie jakiś nocleg w Kigali. Pozostało mi więc skorzystać z noclegu w parafii misjonarza.

Do parafii ledwo dotarłem około północy (pastor podwiózł mnie pod same jej drzwi po tym jak opowiedziałem, że jestem wolontariuszem i gdy zapytał czy mogę przyjść do jego szkoły pouczyć także w niej, nie mając większego wyboru zgodziłem się wstępnie). I nocleg w niej był idealnym wynagrodzeniem całego dnia trudów i niewyspanej włóczęgi przez cały kraj w tą i z powrotem. Pokój wyglądał jak pokój w polskim hotelu; było wszystko łącznie z muszlą klozetową i prysznicem 🙂

Na koniec wszystkich przygód, luksusik katolickiej parafii w Kigali. Drzwi do toalety zostawiłem otwarte specjalnie by pochwalić się sedesem ;)

Na koniec wszystkich przygód, luksusik katolickiej parafii w Kigali. Drzwi do toalety zostawiłem otwarte specjalnie by pochwalić się sedesem 😉

Wymęczyłem się nieźle. Wkurzałem się, momentami miałem dość. Ale było naprawdę warto. Do końca życia będę wspominał widok miasta wśród chmur, nocny pościg górskimi duktami i mimo wszystko cieszę się, że będę mógł mówić „byłem w obozie dla uchodźców”, nawet jeśli ten pobyt trwał zaledwie niecałą godzinę i skończył się jak skończył. Jeśli mnie gdzieś ktoś nie chce – trudno. Problem to zakamuflowana możliwość. Będę mógł dzięki temu mówić także, że „pewnego razu w środku Afryki, wysoko w górach w nocy, wśród goryli, nagle zostałem zostawiony sam sobie”. 😉

4 komentarze »

Wyprawa do Kibuye, cz. 1 – Jezioro, góry i hotele

Ruszamy w drogę

Ja to już tak mam, że zawsze gdy słyszę dźwięk budzika, choćbym nie wiem jak mocno spał, w tej samej sekundzie pojawia mi się od razu myśl: „Znajdź powód by spać dalej”. Tak było i tym razem. Dokładnie o szóstej rano rozległ się brzęk mojej komórki, a ja już myślałem co powiedzieć Maombiemu jako wykręt.

Na szczęście jednak się przemogłem, ogarnąłem, chwyciłem spakowany dzień wcześniej plecak i wyszedłem z domu. O szóstej rano wschodzi tu słońce, a zawsze chciałem to zobaczyć. Okazało się jednak, że widok jest taki, o jakim mi opowiadał Robert – widok jest taki, że nic nie widać. Ponoć dzień w dzień wczesny ranek to jedna wielka mgła, tak było i tym razem.

 

To nie pustynia, a boisko, które codziennie przemierzam w poprzek

To nie pustynia, a boisko, które codziennie przemierzam. Zazwyczaj w tle widać budynki.

 

Po omacku dotarłem jakoś na nasz przystanek autobusowy, gdzie czekał już na mnie Maombi. Żeby zbędnie się nie rozpisywać etap ten ujmę w słowach: i pojechaliśmy najpierw do Kigali. No może jeszcze dodam, że diabelnie mi się spać chciało.

Dodać musiałem, bo na miejscu okazało się, że bus z Kigali do Kibuye odjeżdża w południe. Niepotrzebnie się więc zrywałem – myślę sobie.

Maombi wykombinował, że musimy pojechać na inny dworzec, ten większy, który już Wam pokazywałem, jak pierwszy raz odwiedziłem Kigali na własną rękę. Dworzec jest dość daleko, więc bierzemy dwa motory (z kierowcami) i jedziemy. Przyznam się, że nigdy dotąd nie siedziałem nawet na motorze i nie wiem teraz czy mi się to podoba. Nie ma się czego trzymać, a motocykliści pędzą w moim mniemaniu jak szaleni, przepychając się przez liczny już tłum samochodów, ludzi i innych motocykli. Ledwo zerkam na Maombiego wbijając paluchy w mini uchwyt pod moim tyłkiem, a luzak sobie siedzi trzymając ręce na swoich udach.

Ale dojechaliśmy. Na dworcu dość szybko znajdujemy bus, który będzie nas kosztował 4000 franków (8 dolarów). Maombi coś tłumaczy, że będą problemy, ale ruszamy więc chyba wszystko gra.

Usiadłem dość niewygodnie, straszny ścisk, co więcej smród i mgła za oknem. Dopada mnie delikatnie choroba lokomocyjna więc spuszczam głowę na oparcie przede mną i korzystając z tego, że nadal mnie męczy senność, próbuję zasnąć. Trud nadaremny ale jadę tak spory kawałek drogi.

Gdy w końcu podnoszę głowę, przeżywam pewne zaskoczenie. Rwanda wygląda już inaczej i robi się z kilometra na kilometr jeszcze bardziej różna od tego co znam z widoku wokół Nyamata. To co dotąd w Nyamata nazywałem górami, teraz zaczyna wydawać się pagórkami. Tutaj to są dopiero góry i wraz z trasą robi się coraz stromiej, coraz głębiej, coraz bardziej przepastnie. Zza jednego pasma górskiego wyłania się następne i następne. Droga wije się po zboczach, często na skraju urwisk, przeskakujemy wysoko zawieszonym nad rzeką mostem z jednej góry na drugą. Aż żal, że jest ścisk, że nie siedzę przy oknie, a aparat jest gdzieś głęboko schowany w moim plecaku gdzieś wciśniętym pod siedzenie.

Żal tez i strach jazdy kierowcy. Pod górkę, z górki, na skraju drogi tuż nad stromym zboczem bez żadnej barierki zabezpieczającej. Samochód pędzi jak szalony kołysze się tak, że co chwila mam wrażenie, że w najlepszym wypadku wylądujemy na boku, a w najgorszym gdzieś daleko poniżej drogi. Kładę więc głowę z powrotem na oparciu fotela i nie chcę tego widzieć.

Po jakimś czasie bus się zatrzymuje, a Maombi mówi, że wysiadamy? Kibuye? – pytam. Nie, tu musimy wysiąść i czekać na kolejny bus. Kiedy przyjedzie? Nie wiadomo, czy w ogóle coś przyjedzie, ale trzeba być dobrej myśli. Stoimy więc w jakieś naprawdę małej wioseczce raz z tłumem innych ludzi. Zapewne też czekają na to samo co my. Jak zwykle budzę poruszenie wśród ludzi, ale zaspany niespecjalnie się tym przejmuję.

Dość szybko podjeżdża samochód, na którym napisy mówią, że należy do służby więziennej, kierowca przytrzymuje się i mówi coś w kinyarwanda, z czego rozumiem tylko dobrze znane mi słowo muzungu – biały człowiek. Maombi wyszedł przed tłum i tłumaczy, że chcemy się dostać do Kibuye. Szofer mówi wszystkim czekającym by wskakiwali na pakę więźniarki. Za wyjątkiem mnie. Wyprasza kogoś z szoferki i każe mi usiąść koło siebie. Czy ja już wspominałem, że muzungu jedną z fajniejszych rzeczy w Rwandzie jest to, że biali co chwila trafiają na jakieś przywileje?

Szoferka więźniarki w porównaniu z busem to naprawdę niezły luksus, więc wyciągam aparat i robię zdjęcia. Trochę trzęsie, więc niektóre są nieostre, ale i tak Wam pokażę.

Zaczyna się pora deszczowa i Rwanda staje się coraz bardziej kolorowa

Zaczyna się pora deszczowa i Rwanda staje się coraz bardziej kolorowa

Aż dziwię się, że to co do dzisiaj widziałem, nazywałem górami. To są dopiero góry!

Aż dziwię się, że to co do dzisiaj widziałem, nazywałem górami. To są dopiero góry!

Kiwu

Po pewnym czasie kolejnej szaleńczej jazdy spomiędzy góry wyłania się w końcu jezioro Kiwu.

Jezioro Kiwu (Kivu)

Jezioro Kiwu (Kivu)

Muszę zapytać kierowcy czy to na pewno Kiwu (on odpowiada, że tak), bo widok wcale nie jest jak widać na początku taki imponujący. Jezioro Kiwu to jedno z największych liczb Afryki. Nie będę podawał liczb, ale spróbuje to jakoś Wam zilustrować: wyobraźcie sobie jezioro Śniardwy i Mamry i połączcie je ze sobą w jeden wielki zbiornik. Potraficie to sobie wyobrazić? Ja nie, ale udawajmy dla dobra opisu, że potrafimy. Wielki zbiornik wodny, że ho-ho, którego drugiego brzegu w żaden sposób nie widać. Jeśli już to sobie wyobrażacie, pomnóżcie jego powierzchnie dwanaście razy. Dodajcie do tego kolejne pięćdziesiąt kilometrów kwadratowych i otrzymacie powierzchnię Kiwu.

Po horyzont góry i woda

Po horyzont góry i woda

 

Zatem to co widać, to zapewne dopiero jedna z zatoczek wielkiego jeziora, które gdzieś daleko na horyzoncie rozpływa się dalej pomiędzy kolejnymi wcinającymi się w jego linię brzegową górami.

Jesteśmy w Kibuye

Docieramy w końcu na miejsce, a moja radość z darmowej podwózki okazuje się nietrafna. Strażnik więzienny jadący na pace z kałasznikowem w ręku prosi mnie o trzy tysiące franków. Aż żal takiemu odmówić. Przez chwilę zastanawiam się czy poprosić o fakturę, czy jednak tłumaczyć potem MSZ-owi dlaczego w tym wypadku jednak z niej zrezygnowałem.

Kibuye to średniej wielkości miasteczko, około 40 tysięcy mieszkańców. Podczas gdy Nyamata to po prostu jedna główna droga i rozpajęczone od niej mniejsze dróżki, kształt Kibuye wyraźnie podyktowany jest przez wyrastające wszędzie góry i wzgórza oraz brzeg Kiwu. Na początku zabudowania przypominają typowe biedne domostwa Rwandy, ale Maombi po szybkim śniadaniu zabrał mnie nad jezioro gdzie chodziliśmy od hotelu do hotelu.

Maombi w Kibuye

Maombi w Kibuye

Takie widoki mają mieszkańcy Kibuye.

Takie widoki mają mieszkańcy Kibuye.

Widoki są niesamowite. W taflę jeziora co chwila wcinają się zbocza kolejnych wzgórz, w oddali z wody wystają stożkowate wyspy będące niegdyś na pewno wulkanami. Za jednym pasmem góry widać kolejne i kolejne.

Przydrożny las pachnie drzewami iglastymi. Do tego mnóstwo potężnych drzewiastych kaktusów, sukulentów i różnokolorowych drzew liściastych. I oczywiście palm. Co chwila wzdłuż drogi biegnie wyłupane przez budowniczych zbocze góry z pięknymi różnokolorowymi warstwami skał.

Jezioro w większości oglądamy z wysoka, trudno jest dojść do samego brzegu. Tam gdzie jest to możliwe, stoją hotele, a za wejście na ich mini plaże (długości 10 metrów) trzeba płacić. Nie ma spodziewanego przez mnie widoku hotelowych kurortów, gdzie jeden hotel zasłania kolejny. Od jednego do drugiego musimy przemierzyć nieraz kilka kilometrów wijącymi się drogami; pod górkę i potem w dół. Ale nie żałuję, bo cały czas towarzyszą nam widoki, że dech zapiera.

Hotel Golf

Hotel Golf

Kolejny z hoteli. Przy okazji widać już ogrom jeziora Kiwu. Na horyzoncie wystający z wody wulkan.

Kolejny z hoteli. Przy okazji widać już ogrom jeziora Kiwu. Na horyzoncie wystający z wody wulkan.

 

Jezioro, za jeziorem las. Za lasem jezioro. Za jeziorem góry, za górami, góry...

Jezioro, za jeziorem las. Za lasem jezioro. Za jeziorem góry, za górami, góry...

W tle cały czas jest rozmyta, ledwo widoczna linia odległych najwyższych szczytów. Jeszcze nie wiem, że tam także dzisiaj dotrę.

W końcu w jednym z hoteli udaje nam się dojść do samej wody. To całkiem elegancki pensjonat należący do betanek. Nie odpuszczam sobie okazji by choć zamoczyć nogi. Dno jest bardzo kamieniste ale nic to. Pływać jednak nie będę, bo pływać nie umiem. Woda jest jednak bardzo ciepła.

Taką łódeczką można sobie popłynąć do restauracji położonej na jednej z wysp w tle.

Taką łódeczką można sobie popłynąć do restauracji położonej na jednej z wysp w tle.

Oni zaraz tam popłyną. Ludzie to mają kasiore...

Oni zaraz tam popłyną. Ludzie to mają kasiore...

Jeszcze inne łódeczki

Jeszcze inne łódeczki

Koniec zwiedzania hoteli. Wracamy powoli do centrum Kibuye, gdzie postaramy się złapać jakiś bus do obozu dla uchodźców, dokąd zmierza Maombi. Przedtem zahaczamy o tutejszy rynek. Maombi mówi, że na śniadanie zjemy chleb z wodą, bo nic innego w obozie nie ma, więc postanawiam nakupić trochę różnego jedzenia i napojów. Nie będę się przecież zjawiał z pustymi rękoma.

Zmęczony zostawiam Maombiego na targu, idę na przystanek autobusowy i rozkładam się wygodnie na murku z nadzieją, że może jednak zasnę – wciąż jestem niewyspany, choć powoli o tym zapominam.

A tą panią już znacie z poprzedniego wpisu ;) Młoda Einstein myśli nad kolejną rewolucyjną teorią.

A tą panią już znacie z poprzedniego wpisu 😉 Młoda Einstein myśli nad kolejną rewolucyjną teorią.

Przystanek autobusowy w Kibuye

Przystanek autobusowy w Kibuye

 

Pojawia się Maombi i rozmawia z innymi ludźmi czekającymi na autobus do obozu (wszyscy tu się znają, nawet Maombi, choć już w obozie nie mieszka). I okazuje się, że nie jest dobrze. Jest dopiero godzina 15 z minutami, a najbliższy i jedyny dziś autobus odjedzie o 22. Faktycznie nie jest dobrze, to siedem godzin czekania.

Idziemy więc coś zjeść i zastanawiam się co tu z tym zrobić. Pytam Maombiego czy nie da się tam przespacerować (choć zupełnie mi się nie chce po tych kilku kilometrach wzdłuż brzegów) i Maombi tylko się śmieje. Pokazuje mi całkiem pokaźnych rozmiarów górę i mówi, że obóz jest za nią i jeszcze kolejną. Odchodzi mi ochota na spacer.

Na wszelki wypadek pytam ile kosztuje przejażdżka motorami. Pięć tysięcy franków (10 dolarów) więc nie mało. Siadamy i czekamy więc. Zresztą MSZ jeśli dobrze pamiętam przykazał by z ich pieniędzy zawsze wybierać najtańszy z możliwych środek transportu.

Po dwóch godzinach wiercenia się na murku mam już dość. Mam nadzieję, że „najtańszy” można interpretować jako „najtańszy dostępny w rozsądnym okresie czasu”. Za godzinę zajdzie słońce, a potem w ciemności będziemy musieli jeszcze siedzieć kolejne cztery godziny. W obozie znajdziemy się późną nocą, więc nici ze zwiedzania.

Decyduję się jednak, że weźmiemy te motorki póki jest jeszcze słońce na niebie. Zwłaszcza, że kierowca zgadza się wystawić fakturę (motory w Kigali nie dały żadnego papieru, bo jak powiedzieli, akurat im się druczki skończyły).

Ruszamy do obozu, z którego sprawozdanie zdam w kolejnym wpisie. Tam to się będzie dopiero działo.

Komu w drogę, ten wsiada na motor. Do zobaczenia w obozie ;)

Komu w drogę, ten wsiada na motor. Do zobaczenia w obozie 😉

8 komentarzy »

Jutro trafię do obozu

Miałem trafić już dziś, ale w wyniku nieporozumień nadal siedzę w Nyamata. Maombi potrzebuje zgody Paula aby ten dał mu wolne, a cały dzień wczoraj go nie było. Ustaliłem więc z Maombim, że ten jak już będzie miał zgodę, wyśle mi sms-a i spotykamy się przed 7 rano i ruszamy na zachód w okolice miejscowości Kibuye do położonego nad jeziorem Kivu obozu dla kongijskich uchodźców, gdzie mieszka jego rodzina. To tak słowem wstępu, dla tych którzy nie czytają na bieżąco.

Maombi smsa nie wysłał, więc grałem sobie do trzeciej w nocy w Łosia. Jestem nieźle teraz od tej gry uzależniony 🙂

Za to dziś po szóstej rano zbudził mnie telefonem z pytaniem czy jadę. Powiedziałem, że nie bo nie wysłał smsa nie spakowałem się i właściwie mało spałem. Widać, że bardzo mu zależy bym też jechał, bo postanowił przełożyć wyjazd do rodziny na dzień później.

Co ciekawe Paul się poczuł i poprosił abym złożył mu pisemny wniosek o zgodę na mój wyjazd. Oczywiście skończyło się na śmiechu.

Zatem uprzedzam, że jutro i pojutrze nic nie będę pisał. W obozie nie ma mojego ulubionego prądu, wszyscy mówią, że warunki są bardzo ciężkie i patrzą na mnie jak na wariata, że chcę tam jechać. Laptop i sprzęty poza aparatem foto zostawiam w Nyamata. Plan jest taki, że o 7 rano ruszamy, około południa jesteśmy w Kibuye, które zwiedzamy (ludzie mówią, że to piękna miejscowość turystyczna z drogimi hotelami) i jedziemy do obozu, gdzie spędzam w survivalowych (lub nie) warunkach noc. Jak przeżyję, w poniedziałek wieczorem będę w Nyamata z powrotem.

* * *

Z inne beczki to jak zapowiadałem odwiedziła mnie wczoraj Ola z Simba Friends. Niestety szybko uciekła bo widać, że odwiedza chyba wszystkich Polaków, jakich udało jej się w Rwandzie ustalić (przed chwilą dzwonił do mnie misjonarz z Kigali, z którym właśnie Ola się widzi), a w niedzielę wraca do Tanzanii.

Paul i Ola omawiają dalekośiężne plany przejęcia sektora ICT w Rwandzie, a potem na cały świecie. Tylko w przeciągu kilku minut tej rozmowy notowania akcji spółek informatycznych na nowojorskiej giełdzie spadły o 3 punkty.

Paul i Ola omawiają dalekośiężne plany przejęcia sektora ICT w Rwandzie, a potem na cały świecie. Tylko w przeciągu kilku minut tej rozmowy notowania akcji spółek informatycznych na nowojorskiej giełdzie spadły o 3 punkty.

Udało się jej jednak chwilę porozmawiać, także z Paulem. Simba Friends na wiosnę będzie robić dwa projekty w Rwandzie i kontakt z Paulem im się przyda. Oczywiście nie omieszkałem wyraźnie zaznaczyć, że jak coś to jestem zainteresowany także współudziałem. Trzeba się reklamować 😉


Komentarze wyłączone