Wyprawa do Kibuye, cz. 2 – Niedostępne miasto w chmurach

Obóz uchodźców

Jedziemy do obozu i jestem wniebowzięty

Motory ruszyły, a ja zrozumiałem dlaczego Maombi roześmiał się na mój pomysł aby do obozu iść pieszo. Cała przejażdżka zajęła około pół godziny i z jednej strony była fascynująca, z drugiej zaś przerażała mnie. Motocykle krętymi drogami wspinały się coraz wyżej i wyżej w naprawdę wysokie partie gór. Kibuye dość szybko zostawiliśmy gdzieś za którymś zakrętem, a ja z zachwytem patrzyłem na zbocza gór z coraz rzadszymi drzewami i na odbijające się w dole w tafli jeziora Kiwu powoli zbliżające się ku zachodowi słońce. Aż żałowałem, że nie możemy się zatrzymać by zrobić kilka zdjęć. Obiecałem sobie jednak, że jutro gdy będziemy wracać – autobusem czy też motorem – będę zdjęcia pstrykał.

Przyznam jednak, że był też spory strach. Droga wraz ze swoim biegiem coraz mniej przypominała drogę, a bardziej górskie szlaki. Kamieniste, wyboiste, tuż nad urwiskami (motocykliści chyba znają tą trasę dobrze i lubią straszyć takich turystów jak ja, bo przy jednej zupełnie pionowej kilkudziesięciometrowej przepaści przejechali 20 centymetrów od niczym nie zabezpieczonej jej krawędzi). Koła odskakiwały na kolejnych nierównościach i usypiskach kamieni; bardziej to przypominało przejażdżkę moto-crossem niż transport taxi. Zastanawiałem się jakim cudem tą drogą potrafi przejechać autobus i zastanawiałem się jakim cudem nadal jeszcze siedzę na motorze. Kolejny raz wbijając paluchy w uchwyt pod siedzeniem spojrzałem na Maombiego. Luzak jechał sobie niczego się nie trzymając: w jednej ręce ściskał torbę z zakupami, a drugą dłubał sobie w nosie pod owiewką kasku.

Dawno już opuściliśmy strefę lasu i jechaliśmy w czymś co jest odpowiednikiem naszych tatrzańskich hal, gdy przekroczyliśmy jeden wąwóz pomiędzy górami, a moim oczom ukazał się widok jakiego zupełnie się nie spodziewałem. Szczyt innej, położonej nieco niżej od nas góry w całości był zasłany tysiącami białych dachów. Od razu domyśliłem się, że jest to obóz, ale zupełnie nie przewidywałem, że będzie on tak piękny, tak wysoko i tak niedostępnie położony. Z dala od jakichkolwiek osad ludzkich, wśród dziesiątek gór, sam usytuowany na szczycie jednej z nich, nasunął mi skojarzenie z tolkienowskimi widokami starożytnych mitycznych miast. Kto by pomyślał, że to co oglądałem na ekranie kina, to co sobie wyobrażałem czytając różne książki, kiedykolwiek będzie mi przypominało coś, co zobaczę na własne oczy. Przyznam się, że na ten widok momentalnie cholernie się wzruszyłem. Miasto wśród gór, zapewne nieraz owiewane chmurami. Na szczycie wysokiego wzgórza, otoczone niczym potężnym murem pierścienia innych szczytów. Warto było dożyć tego momentu.

Zachwycające

Zachwycające

Teraz zjeżdżaliśmy już powoli nieco delikatniejszymi stokami niespiesznie omijając znajdującą się między nami a obozem kotlinę. Obóz był coraz bliżej i bliżej, a ja zastanawiałem się jak wiele ludzi w nim żyje. Wyobrażałem sobie do tej pory miasteczko składające się ze stu, góra dwustu namiotów, a tymczasem to co widziałem można było liczyć w tysiącach białych dachów, a przecież nie widziałem jeszcze drugiej strony góry. Dlatego pierwsze pytanie jakie zadałem Maombiemu po zejściu z motoru było o liczbę mieszkańców. Powiedział, że jest ich ponad dwadzieścia tysięcy.

Powitanie w obozie

Brama obozu

Brama obozu

Motory zatrzymały się daleko przed białymi dachami na czymś w rodzaju bramy wjazdowej. W cudzysłowie. Przy drodze przeciętej zieloną szmacianą taśmą stał namiot z logiem UNHCR, z którego wyszło dwóch strażników w bardzo nieoficjalnych strojach: typowa dla kloszardów marynarka od garnituru, dresowe spodnie, gumowce, brak zębów i kije w ręku. Widok bardzo afrykański. Maombi chwilę z nimi porozmawiał tłumacząc kim jestem, a ci ucieszeni powiedzieli, że muszę pokazać paszport i wpisać się do zeszytu i mogę przekroczyć taśmę. Już tutaj dopadły mnie pierwsze dzieciaki super zachwycone moim widokiem. Ja też się ucieszyłem, bo znów czułem się jak pierwszego dnia w Rwandzie. Wszystko było takie niezwykłe. Spoglądałem daleko w dół kotliny, robiłem zdjęcia. Za namiotem w pionowej piaskowej ścianie zauważyłem wykopane jamki; zapewne chowali się w nich od skwaru dnia strażnicy.

Taki widok strażnicy obozu mają na codzień

Taki widok strażnicy obozu mają na codzień

Rzut oka za siebie i możemy wchodzić

Rzut oka za siebie i możemy wchodzić

Gdzie nie spojrzeć, kolejne pasma gór

Gdzie nie spojrzeć, kolejne pasma gór

To zdjęcie zostawiam w dużej rozdzielczości z sugestią kliknięcia, pobrania i ustawienia sobie jako tapetę pulpitu. ;)

To zdjęcie zostawiam w dużej rozdzielczości z sugestią kliknięcia, pobrania i ustawienia sobie jako tapetę pulpitu. 😉

Ruszyliśmy przed siebie. Maombi co chwila pozdrawiający starych znajomych i przedstawiający mnie im. Ja cały obwieszony dzieciakami. Każda moja ręka była trzymana przez co najmniej trzy – cztery małe dłonie, a wokół mnie zbierała się coraz większa grupa maluchów. W szczytowym momencie było ich kilkadziesiąt, a gdy tylko wyciągałem aparat fotograficzny, od razu byłem obskakiwany przez dzieci bym zrobił im zdjęcie. A potem abym pokazał, co omal nie doprowadzało mnie do upadku – tak mocno napierały na mnie bym przypadkiem nie zapomniał o którymkolwiek z nich.

Nadciąga powitalny orszak

Nadciąga powitalny orszak

Idziemy, a ja w obozie czuję się coraz bardziej jak król. Tłum dzieci, pozdrawiających mnie ucieszonych ludzi i zaczepiających mnie znajomych Maombiego. Wszyscy mówią, że się strasznie cieszą, że spędzę tu noc, bo jak dotąd żaden biały chyba nie przyjechał do nich z odwiedzinami. Ludzie biegną gdzieś w boczne uliczki i wołają kolejne osoby, by pokazać im zjawisko, jakim jestem.

A kto tam z tyłu się skrada?

A kto tam z tyłu się skrada?

Białe dachy, które widziałem z daleka okazują się nie dachami namiotów, a lepianek. Ulepione z wszędobylskiej tu gliny na rusztowaniu z gałęzi, przykryte jakimś białym foliowym materiałem, wyglądają bardzo skromnie, ale na pewno są solidniejsze od namiotu. Nie jest więc tak źle. Zanim tu przyjechałem Paul i inni byli bardzo zdziwieni, że chcę zostać na noc w takim miejscu. Paul kazał mi napisać pisemne oświadczenie, że jestem świadomy gdzie jadę, a Innocent powiedział, że zwyczajnie bałby się spać w takim miejscu. Agathe dodała, że na pewno trafię znów do szpitala. A tymczasem wszystko wygląda surowo, ale nie tragicznie.

Idziemy w defiladzie wrzeszczących z radości dzieciaków przez obóz. Do domu czekających na mnie rodziców Maombiego, przed którymi ten się chciał pochwalić swoim białym kolegą mieliśmy jeszcze daleko gdy Maombi pokazuje mi prezydenta obozu. Za żywopłotem dostrzegłem całkiem dostojnego posiwiałego starca ubranego w dość elegancki jak na to miejsce i ten kontynent garnitur. Dostrzegłem do razu, że w przeciwieństwie do innych obozowiczów nie podzielał ich entuzjazmu z powodu mojego przybycia; powoli sobie spacerował i beznamiętnie zerkając na mnie. Przyznam, że widać było, że jest to ktoś ważny i charyzmatyczny.

Prezydent

Maombi powiedział, że powinniśmy się z nim przywitać, co też zrobiliśmy. Podszedłem do niego, z uśmiechem podałem rękę, przedstawiłem się i otrzymałem uśmiech i uścisk dłoni w odpowiedzi. Okazało się, że prezydent nie mówi po angielsku więc Maombi zaczął mu tłumaczyć kim jestem i co tu robię. Tem odpowiedział tylko kilka krótkich zdań i odszedł gdzieś dalej, a jakiś chłopak świetnie mówiący po angielsku zaczął mi tłumaczyć jego słowa. Po długości jednak tłumaczenia i po minie Maombiego widziałem, że nie jest to dokładnie to samo, co powiedział prezydent.

Chłopak długo mówił, że będąc w obozie jestem w pewnym sensie nadal na terenie Rwandy, ale też w pewnym sensie na terenie kolejnego państwa tworzonego przez Kongijczyków i powinienem respektować także ich przepisy prawne. Zgodziłem się z nim. Powiedział, że bardzo się cieszą, że jestem ich gościem i że będą dbać aby nic mi się tutaj nie stało i że to wyjątkowe dla nich wydarzenie. Powiedział, że powiadomią lokalną policję obozową, że tu jestem by dbali aby nikt niebezpieczny nie zrobił mi żadnej krzywdy. Ucieszyłem się bardzo i powiedziałem, że też jestem szczęśliwy, że mogę tu być. Znowu wybuchła radość wśród oglądających mnie ludzi.

Chłopak powiedział jednak, że aby być w obozie muszę mieć pozwolenie MINALOC – rwandyjskiego odpowiednika polskiego ministerstwa spraw regionalnych. Na szczęście oddział tego ministerstwa jest w Kibuye i prezydent zaraz poprosi pastora, który jest w obozie aby mnie podwiózł tam, bo tylko pastor ma samochód. Pastor zaraz będzie jechał i mamy na niego zaczekać na zewnątrz obozu i musimy znów wrócić się na granicę.

Nie jest więc źle. Musimy się wrócić znów na dół, ale na szczęście mamy transport. Maombi miał jednak tak zrozpaczoną minę, że gdy szliśmy z powrotem przez obóz i mi udzielił się nastrój jakbym wracał na tarczy. Dzieciaki i ludzie już się nie cieszyli, a byli zdziwieni dlaczego już wracam. Maombi im tłumaczył, a ci odprowadzili mnie tłumem na granicę, gdzie przycupnąłem na kamieniu koło namiotu czekając na pastora i jego samochód. Za kilka minut miało zajść słońce.

Szykuje się noc pod gołym niebem

Słońce zaszło i zrobiło się niemal kompletnie ciemno, a samochód pastora wcale nie nadjeżdżał, a ja coraz bardziej zaczynałem rozumieć, że prezydent to nie tylko charyzmatyczny człowiek, ale i wytrawny dyplomata. Taki co to potrafi ci powiedzieć sp*aj w taki sposób, że ucieszysz się na myśl o zbliżającej się podróży 😉

Zapytałem Maombiego jak myśli, czy MINALOC będzie teraz otwarte. Powiedział, że nie sądzi. Jest niedziela, jutro jest dzień wyborów, jest po zachodzie słońca. Żadne urzędy nie są otwarte. Prezydent mnie zwyczajnie pod byle pretekstem wygonił z obozu.

Granica obozu już za nic nie wygląda tak przyjaźnie jak wcześniej

Granica obozu już za nic nie wygląda tak przyjaźnie jak wcześniej

Po godzinie takiego siedzenia, powiedziałem Maombiemu by zadzwonił po motor aby ten mnie zabrał stąd. Powiedziałem, że wyjścia nie mam: muszę stąd spadać albo spać w górach. Na szczęście jak byliśmy w Kibuye zrobiłem zdjęcie rozkładu jazdy autobusów do Kigali. Włączyłem aparat i na nieszczęście zobaczyłem, że ostatni autobus do Kigali odjechał półtorej godziny temu. Ale niech dzwoni po ten motor: wolę spać w mieście na ulicy, niż w trawie wysoko w górach. Jakby nie było jestem w Afryce, jest już dawno ciemno, wokół mnie z pewnością jest co najmniej dziesięć jadowitych gatunków węży, nie wiadomo ile pająków i innego dziwactwa. W tych samych górach, nie wiem jak daleko ode mnie jest słynny rezerwat goryli górskich. Wolę wrócić na murek, na którym przysypiałem przed przyjechaniem tutaj i doczekać na nim do pierwszego autobusu do Kigali o szóstej rano.

Przyznam, że coraz bardziej byłem wściekły na tego prezydenta. Mówiąc, że troszczy się o moje bezpieczeństwo, dobrze wiedział, że właśnie w nocy wywala mnie w środek afrykańskiej dziczy. Fakt, że przyjechałem do Afryki ze ściśle określoną pomocą jako wolontariusz, a wizyta w obozie w żaden sposób w ten program się nie wpisuje. Chciałem po prostu zobaczyć jak tu jest i zobaczyłem, jednak otoczony przez te umorusane dzieciaki z gilami wiszącymi pod nosem od razu zacząłem się zastanawiać czy kiedyś nie udałoby mi się wrócić do tego kraju, by pomagać w takich miejscach jak to. Jutro w dzień miałem zamiar zobaczyć jak wygląda funkcjonowanie tego wszystkiego, jak wygląda tu szkoła, jeśli w ogóle jest. Tymczasem godzinę później jedyne co chciałem, to pokazać szefowi tego miejsca wała.

Motocyklista świetnie wyczuł w jakiej jestem sytuacji i przez telefon powiedział, że przejazd będzie droższy i w dodatku nie wystawi mi faktury (tu wszyscy w tym kraju chyba robią wszystko by nie płacić podatków, co chwila w sklepie słyszę, że właśnie skończył się bloczek z fakturami). Ale co miałem zrobić, musiałem się zgodzić.

Pojawia się pastor

Zjawił się po kolejnej godzinie siedzenia w już całkiem niezłym chłodku, akurat w tym samym czasie gdy obóz bez żadnego zatrzymania się opuszczał jakiś busik. Pojechał dalej, a ja poprosiłem Maombiego, by ten zapytał strażników kto to był. Strażnicy wyjaśnili Maombiemu, a ten powoli wyjaśnił mi, że to był właśnie pastor i że jedzie on nie tylko do Kibuye ale pojedzie dalej do Kigali. Cholera jasna, tymczasem samochód był już daleko za kolejnymi zakrętami! Szybko powiedziałem motocykliście, że zapłacę mu pełną kwotę bez faktury tylko niech dogoni ten bus. Wskoczyłem na motor, zapiąłem kask i właściwie bez pożegnania z nikim ruszyliśmy w pościg.

Od razu zacząłem tego żałować. Motocyklista bardzo się przejął swoim zadaniem i pędziliśmy na złamanie karku tymi samymi osypującymi się, kamienistymi drogami nad skrajami kolejnych przepaści, tyle że teraz była noc. Ale zależało mi na dogonieniu tego busa. Parę razy naprawdę było blisko wypadku, jednak w ostatniej chwili jakimś cudem motor jechał dalej. W końcu zacząłem czuć spaliny autobusu, a potem zobaczyliśmy jego światła.

To jeszcze nie koniec udręki. Na krętych, byle jakich ścieżkach nie dało się ni jak wyprzedzić samochodu, więc jechaliśmy przez kilka kilometrów tuż za jego zderzakiem wpatrując się tylko w czerwone światła. Przed wskoczeniem na motor nie zamknąłem owiewki, a teraz nie miałem odwagi się puścić uchwytów, więc po chwili cały byłem oblepiony w kurzu, wyskakującym prawdziwymi tumanami spod kół samochodu.

Nareszcie udało się zrównać z samochodem i wrzeszcząc, mrugając światłami zmusić kierowcę by ten się zatrzymał. Zeskoczyłem z motoru, zajrzałem do środka busa. Poza kierowcą było w nim sporo osób, ale na szczęście widać było, że jest jeszcze trochę miejsca. Zadałem retoryczne pytanie czy jadą do Kigali, na które otrzymałem odpowiedź twierdzącą. Zadałem kolejne retoryczne pytanie czy mogą mnie zabrać ze sobą, na które dostałem powalającą odpowiedź… „nie”. Zdziwiony upewniam się czy na pewno dobrze usłyszałem, a kierowca ze śmiechem po raz kolejny wypowiada krótkie słowo „no”. Załamka, a ten się śmieje. O co tu chodzi? Gdzie Rwandyjska uczynność i gdzie chrześcijańska pomoc bliźniemu w potrzebie?

Zza kierowcy wychylił się pastor i pyta czemu chcę jechać z nimi, więc wyjaśniłem w jakiej jestem sytuacji. Już się nawet nie zdziwiłem, że nie miał zielonego pojęcia, że prezydent obozu obiecał mi, iż pastor podrzuci mnie na dół (a potem zawiezie z powrotem na górę, co już na pewno nie było w najmniejszym planie duchownego). Pastor powiedział abym jechał na tym motorku do Kibuye, a tam na pewno znajdę autobus do Kigali. Mówię więc, że wiem, że na pewno nic już nie jedzie. Z pewną niechęcią odpowiedział jednak, żebym jechał do Kibuye, zobaczył czy faktycznie nic nie jedzie i jak okaże się to prawdą, zatrzymają się i mnie wezmą.

Zjechaliśmy do miasta gdzie tak jak się spodziewałem nic już nie było. Mieliśmy wolną chwilę więc zapytałem motocyklistę czy ma może jednak te faktury. Odpowiedział, że nie, ale zapytał innych licznych motocyklistów czy nie mają. Wybuchnęli tylko śmiechem.

Gdy pojawił się bus pastora powiedziałem, że nic już nie jedzie i czy nie mogą mnie zabrać ze sobą jednak. Powiedział, że w takiej sytuacji na pewno nie zostawią mnie tutaj i zabiorą, lecz zapytał ile mogę zapłacić. Wcześniej służba więzienna… teraz służba Bogu… co za różnica. Płacić trzeba. Mówię, że nie wiem, pytam ile pastor by chciał za to. Wiem, że regularny bus kosztuje 1700 franków. Wiem, że gdybym chciał wynająć zwykły samochód i znalazł 3 inne osoby, które jadą do Kigali, za swoją część zapłaciłbym około 3000 franków. Tymczasem pastor mówi: pięć tysięcy. Wierzcie mi – Rwanda to miejsce w którym naprawdę jest łatwo zwątpić w chrześcijańskie intencje duchownych.

Pastor na szczęście pyta czy mi ta cena odpowiada więc mówię, że trochę sporo. Wczoraj Ola z Simba Friends skontaktowała mnie z polskim misjonarzem w Kigali, a ten od razu powiedział żebym go odwiedził, a jeśli trzeba mogę nawet przenocować w parafii. Mówię więc pastorowi, że jadę do katolickiego księdza, co od razu zmienia ton rozmowy. Pastor zauważa, że jakby nie było jesteśmy sługami tego samego Boga i musimy sobie pomagać. Dlatego pyta co powiem na cenę trzech tysięcy franków. No niech już będzie.

…i wracam

Droga powrotna była jeszcze gorsza niż do Kibuye. Siedziałem na rozwalonym krzesełku, z którego co chwila spadałem na zakrętach. Zadzwoniłem do misjonarza czy mógłbym dziś przenocować bo jestem w nieco kryzysowej sytuacji. Odpowiedział, że dziś go nie ma w Kigali, ale może zadzwonić do parafii i uprzedzić ich, że ktoś ich odwiedzi na noc. Powiedziałem, że w ostateczności zadzwonię jeszcze raz, ale póki co sprawdzę czy są jeszcze jakieś busy. Nie było jeszcze dziesiątej.

Wysłałem sms z pytaniem do Innocenta, a ten odpisał, że ostatni bus w niedzielę był przed 18:00. Nie chciałem już w sumie fatygować Paula po tym jak mi wspominał jak drogo go kosztuje benzyna do Kigali, ale ten sam po chwili do mnie zadzwonił. Zapytał co się dzieje, opowiedziałem całą historię i gdzie jestem. Paul wielkodusznie wyraził nadzieję, że znajdę sobie jakiś nocleg w Kigali. Pozostało mi więc skorzystać z noclegu w parafii misjonarza.

Do parafii ledwo dotarłem około północy (pastor podwiózł mnie pod same jej drzwi po tym jak opowiedziałem, że jestem wolontariuszem i gdy zapytał czy mogę przyjść do jego szkoły pouczyć także w niej, nie mając większego wyboru zgodziłem się wstępnie). I nocleg w niej był idealnym wynagrodzeniem całego dnia trudów i niewyspanej włóczęgi przez cały kraj w tą i z powrotem. Pokój wyglądał jak pokój w polskim hotelu; było wszystko łącznie z muszlą klozetową i prysznicem 🙂

Na koniec wszystkich przygód, luksusik katolickiej parafii w Kigali. Drzwi do toalety zostawiłem otwarte specjalnie by pochwalić się sedesem ;)

Na koniec wszystkich przygód, luksusik katolickiej parafii w Kigali. Drzwi do toalety zostawiłem otwarte specjalnie by pochwalić się sedesem 😉

Wymęczyłem się nieźle. Wkurzałem się, momentami miałem dość. Ale było naprawdę warto. Do końca życia będę wspominał widok miasta wśród chmur, nocny pościg górskimi duktami i mimo wszystko cieszę się, że będę mógł mówić „byłem w obozie dla uchodźców”, nawet jeśli ten pobyt trwał zaledwie niecałą godzinę i skończył się jak skończył. Jeśli mnie gdzieś ktoś nie chce – trudno. Problem to zakamuflowana możliwość. Będę mógł dzięki temu mówić także, że „pewnego razu w środku Afryki, wysoko w górach w nocy, wśród goryli, nagle zostałem zostawiony sam sobie”. 😉

Reklamy

komentarze 4 so far

  1. 1

    monia said,

    niesamowite

  2. 2

    Mateusz Karbowski said,

    I tylko Maombiego szkoda. Jak wspominałeś, bardzo mu na tej wizycie zależało, a tu nagle taki niewypał…

  3. 3

    S4M said,

    „…zaczynałem rozumieć, że prezydent to nie tylko charyzmatyczny człowiek, ale i wytrawny dyplomata. Taki co to potrafi ci powiedzieć sp*aj w taki sposób, że ucieszysz się na myśl o zbliżającej się podróży”
    hehe
    Piekne zdanie 😀 Jesli twojego, autorstwa to gratuluje

  4. 4

    kkarpieszuk said,

    nie moje 🙂 jest taki dowcip przeciez:

    – Kto to jest dyplomata?
    – To ktos, kto potrafi powiedziec ci sp*aj w taki sposob, ze poczujesz dreszczyk emocji na mysl o zblizajacej sie podrozy 🙂


Comment RSS

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: