Archive for pomoc rozwojowa

Wolontariat w Afryce. Sudan, ktoś chętny?

Poprzez tajemną sieć kontaktów z ludźmi związanymi z pracą w projektach pomocowych dotarła do mnie oferta wolontariatu w Sudanie. Treść jej była następująca:

Firma Tricomp (http://www.tricomp.com.pl), która obecnie prowadzi projekt infrastrukturalny w Sudanie, poszukuje wolontariusza do pracy w terenie – miejscowość Juba.

Praca wolontariusza będzie polegała na:

– sporządzaniu dokumentacji fotograficznej oraz sprawowaniu opieki nad stroną internetową projektu;
– przygotowywaniu raportów z postępu budowy;
– tworzeniu materiałów o charakterze PR dla klientów firmy.

Oprócz obowiązków redaktorskich, przyda się także ogólna pomoc w utrzymaniu ładu w biurze – czyli zdolności organizatorskie mile widziane. Mogą zdarzyć się także inne ciekawe wyzwania.

Poszukiwana jest osoba o zamiłowaniu dziennikarskim z umiejętnością wykonywania artystycznych fotografii.

Jeżeli jesteście zainteresowani, lub znacie kogoś kto chciałby w takim charakterze pracować – proszę o kontakt z Magdaleną Kowalską:

mkowalska małpa tricomp.com.pl

W między czasie z Panią Kowalską ustaliłem kilka rzeczy, którymi też mogę się chyba z Wami podzielić:

  • Firma zapewnia przeloty, zakwaterowanie, wyżywienie i ubezpieczenie
  • Data rozpoczęcia współpracy : praktycznie od zaraz
  • Data zakończenia 31.08.2009  do negocjacji z możliwością przedłużenia
  • Tygodniowe kieszonkowe: 30 SDG /15 USD
  • Tygodniowy limit na rozmowy telefoniczne 10SDG/5 USD

Dlaczego dzielę się z Wami tymi tajnymi informacjami? Powodów jest wiele: bo Was lubię 😉 , bo ja niestety nie mogę podjąć się tego zadania w tej chwili, bo Pani Magda zgodziła się na umieszczenie tego na moim blogu, bo oboje mamy nadzieję, że ktoś z Was może się zdecyduje.

Pytaliście mnie wiele razy jak zostać wolontariuszem w Afryce, ja Wam już napisałem, że nie jest to takie łatwe. I teraz się nadarza okazja. Jeśli ktoś jest naprawdę zdeterminowany, to pisać na wyżej podany adres email. Kto wie, może powstanie czyjś kolejny blog pt „Julia/Marcin/Zosia jest w Sudanie”? 😉

Ja jak wspomniałem podjąć się nie mogę. Przyznam, że cały dzień się z tym gryzłem i z nieco ciężkim sercem zrezygnowałem. Obecnie zajmuję się małymi rzeczami, ale jednak czymś tam się zajmuję. Co więcej wyjazd jest od zaraz, a ja musiałbym najpierw nieco podreperować zdrowie (uwierzycie, że wciąż nie zająłem się bolącymi zębami jeszcze z czasów Rwandy? (Teraz bolą już mniej, ale jednak) Otóż okazało się, że to nie zęby, a sprawa neurologiczna, dokładnie neuralgia, a do neurologa jeszcze się nie wybrałem. Musiałbym to jednak przed wyjazdem zrobić).

Tak więc informację przesyłam dalej, a sam ewentualnie czekam na kolejne oferty, tylko już płatnej pracy.

Reklamy

18 Komentarzy »

Quiz na koniec roku

Na blogu Świat Inaczej znalazłem bardzo fajny quiz dotyczący zagadnień międzynarodowych / pomocowych w 2008 roku. Niestety po angielsku, ale polecam, jeśli chcecie sprawdzić ile się w tej kwestii nauczyliście lub dowiedzieliście w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

Jak Wam poszło? Mój wynik to 80%.

5 Komentarzy »

Genialny film

Nie, to o nie o tym filmie z Nelly w roli głównej 😉

TVP1 wyemitowała dziś dwadzieścia minut po północy film Manderlay. Choć nie wiedziałem o czym będzie, to od razu byłem pewien, że muszę go zobaczyć. Po pierwsze reżyser – Lars Von Trier. Jak dotąd nie zdarzyło mi się abym rozczarował się jakąś jego produkcją (dla nie kojarzących człowieka, podpowiem, że zrobił on dość popularny film „Tańcząc w ciemnościach” z Bjork w roli ślepnącej kobiety). Po drugie Manderlay to kontynuacja filmu Dogville, który oczywiście widziałem i byłem zachwycony. Akurat Manderlay ciężko jest znaleźć na sieci (albo ja nie potrafię dobrze szukać), więc niecierpliwie czekałem pokazu w telewizji. I się doczekałem.

Bardzo mnie zaskoczył. Nic o nim nie czytałem wcześniej i nie wiedziałem, że głównymi bohaterami będą Murzyni, a tematem ich relacje z białymi. Główna bohaterka wracając z ojcem z Dogville trafia do miasteczka Manderlay (bez paniki, nie zdradze zakończenia i najważniejszych zaskakujących rzeczy, więc możecie śmiało czytać), w którym odkrywa, że wciąż panuje niewolnictwo, mimo,  że oficjalnie zostało zniesione 70 lat wcześniej. Akurat umiera zarządczyni farmy i bohaterka postanawia wyswobodzić wszystkich czarnoskórych. Przekonana, że im pomaga zmusza ich panów do zaprzestania wyzysku i przyznania im praw obywatelskich.

Tak się zaczyna film, a potem Lars zmusza nas wszystkich do zastanowienia się czym tak naprawdę jest pomoc dla czarnoskórych. To dość kontrowersyjne, zwłaszcza dla ludzi takich jak ja, ale naprawdę bardzo polecam obejrzenie każdemu, kto wybiera się na wolontariat do Afryki, czy też ma pomysł na inny rodzaj pomocy.

Rozbroiła mnie dosadność tego filmu, ale i rozbroiło przedstawienie czarnoskórych. Ktoś, kto pisał scenariusz musiał być w tej kwestii świetnym obserwatorem. W filmie mamy wszystko, z czym spotkałem się osobiście w Afryce (a Wy spotkaliście się na tym blogu): lenistwo i podejście do czasu (jedną z pierwszy zmian w Manderlay po zapanowaniu demokracji było zatrzymanie się zegara, którego już nikt nie odczuwał potrzeby aby nakręcać), umiejętność rozwiązywania problemów i planowania projektów, kwestie manipulowania białymi przez czarnych. Po prostu genialne!

Polecam. I jeszcze raz polecam. My wolontariusze mieliśmy to na treningu w MSZ, teraz i Wy możecie zobaczyć jak wygląda pomoc i przede wszystkim film zmusi Was do zastanowienia komu tak naprawdę pomoc pomaga. Czy to wszystko co robimy, jest de facto dlatego, że chcemy aby Murzynom się lepiej żyło, czy robimy to po to, aby nam się wydawało, że pomagamy i leczymy swoje sumienia?

9 Komentarzy »

Z okazji pierwszego grudnia

Pierwszy dzień grudnia to światowy dzień walki z AIDS. Może zatem to dobra okazja dla mnie, aby co nieco napisać o tym, czego się na temat tej choroby dowiedziałem będąc w Rwandzie.

Dla Europejczyków Afryka bardzo często się automatycznie kojarzy z wirusem HIV. Nie bezpodstawnie: Afrykę kojarzy się z pierwszym miejscem pojawienia się tego wirusa, a dziś w wielu krajach jest to olbrzymi problem. Kraje południowej Afryki – RPA, Zimbabwe, Botswana – to miejsca, w których nawet co trzecia osoba jest nosicielem tego wirusa. Potraficie to sobie wyobrazić?

W Rwandzie odsetek ten jest mniejszy, co nie znaczy, że problem jest znikomy. Oficjalnie w dystrykcie Bugesera, w którym znajduje się zamieszkiwana przez mnie przez jakiś czas Nyamata, 5,6% procenta mieszkańców jest nosicielami. Statystycznie co dwudziesta osoba. (Dla porównania w Polsce wirusem HIV zarażona jest jedna osoba na 10000). Jeśli by liczyć odsetek zarażonych tylko wśród kobiet, to już co dziesiąta mieszkanka Nyamata jest nosicielką. Nieoficjalnie słyszałem, że w Kigali odsetek sięga trzydziestu.

Czy widziałem tam osoby zarażone HIV i chore na AIDS? Biorąc pod uwagę liczby powyżej, z pewnością. Jeden raz w sali konferencyjnej organizowane było spotkanie osób chorych, o czym poinformował mnie Paul ściszonym głosem. Zerknąłem okiem – ludzie jak każdy inni.

HIV i AIDS to w Rwandzie temat wstydliwy i nie wstydliwy. Owszem, swobodnie rozmawiałem o nim z ludźmi, a na ulicach dosłownie co kilometr stoi billboard uprzedzający o tym problemie. Nikt jednak nie przyzna się, że jest nosicielem. Na szczęście nikogo jednak o to wprost nie pytałem.

Głównym oficjalnym powodem szerzenia się AIDS jest oczywiście seks. Zdrady małżeńskie w Rwandzie są częste, co więcej jest wewnątrz małżeństw pewne na to przyzwolenie. Jeżeli mężczyzna przebywa długo poza domem rodzinnym, w pewnym sensie ma prawo korzystać z usług prostytutek, czy mieć kochankę. W ten sposób się zaraża, potem zaraża swoją i żonę i dalej zarażają się dzieci (podczas porodu).

Drugi powód nosicielstwa utajonego to gwałty na małych dziewczynkach w okresie ludobójstwa. Nie były to zdarzenia incydentalne, w Afryce (patrz komentarze do wpisu) gwałt jest jedną z form walki, tak więc jeżeli jakaś kobieta czy dziecko nie zostali zabici w czasie zagłady, jest bardzo prawdopodobne, że uratowało je przed tym „pozwolenie” na gwałt. Teraz się o tym nie mówi, ale – jak powiedział mi Robert – wiele dziewczyn w naszym wieku spotkało to w przeszłości. Wstyd jednak powstrzymuje je przed zbadaniem się; oficjalnie zresztą cały czas uważają się za dziewice.

Podejrzewam jednak, że jest jeszcze wiele dróg, którymi ludzie zarażają się tam HIV i o tym nie wiedzą. Za każdym razem gdy goliłem się, przyglądał się mi Samuel, Innocent czy ktoś inny. Któregoś dnia Paul zapytał mnie czy w Polsce wszyscy sami się golą i powiedziałem, że tak. Odparł, że on nigdy sam się nie golił, że tu ludzie chodzą w tym celu do fryzjera. Odrzekłem, że to nieco dziwne, bo w Polsce od kilku lat nie można już ogolić się w zakładzie fryzjerskim, właśnie z uwagi na ryzyko zarażenia się HIV. Byli zdziwieni i nie wierzyli mi, że tą drogą można także się zarazić.

Wszyscy doskonale sobie zdają sprawę z ryzyka jakie niesie seks, ale mało kto (a właściwie nikt spośród ludzi, z którymi o tym rozmawiałem) nie zna żadnych innych dróg. Któregoś dnia, gdy Schola zobaczyła, że mam skaleczone i nieco krwawiące przedramię, podeszła i zaczęła je wycierać swoją ręką. Innego razu Robert był bardzo zdziwiony, że obawiam się zarażenia przez sprzęt dentystyczny.

* * *


I jeszcze nieco ciekawostek politycznych odnośnie AIDS. Mało bowiem, kto wie, że problem tej choroby to także element strategii gospodarczych państw afrykańskich.

Zbyt duży procent osób zarażonych to według władz niektórych państw mniejsze przychody z turystyki. Dlatego ponoć zdarzają się kraje, które specjalnie liczbę tą zaniżają. O tym zjawisku słyszałem w odniesieniu do Kenii.

Z drugiej jednak strony duży wskaźnik nosicielstwa to dużo pieniędzy z WHO i innych organizacji na badania nad HIV, leczenie i profilaktykę. Jednym z głównych celów pomocy dla państw afrykańskich jest bowiem wspieranie wszelkich działań skierowanych przeciw tej chorobie. Dlatego ponoć zdarza się, że niektóre państwa widząc jak bardzo USA i Europa stara się wspomóc finansowo kraje wyniszczane przez AIDS, same zawyżają swoje oficjalne statystyki. O tym zjawisku słyszałem w odniesieniu do Ugandy, gdzie ponoć „dzięki” dużej liczbie chorych niedawno powstał za pieniądze amerykańskiej pomocy rozwojowej jeden z największych ośrodków badawczych d/s HIV/AIDS.

Czy to prawda: nie wiem. Powyżej opisane wiem z rozmów z ludźmi, ale też artykułów z lokalnej prasie, gdzie dziennikarze wiele razy zastanawiają się jak to możliwe, że na przykład w RPA co trzecia osoba jest zarażona – w takim wypadku liczba infekcji powinna już bardzo szybko doprowadzić do zarażenia niemal całego społeczeństwa.

* * *


Sam jeszcze przed wyjazdem do Rwandy postanowiłem sobie, że co by się tam nie wydarzyło, po powrocie pójdę się zbadać. W Rwandzie pobierano mi krew, krwawiłem u dentysty, więc mam jeszcze większą motywację.

Byłem już u lekarza, jednak badań nie zrobiłem. Pierwsze stwierdzenie wirusa w krwi może nastąpić najwcześniej po 6 tygodniach od infekcji, więc sobie spokojnie poczekam. Spokojnie, bo lekarka rozwiała większość moich obaw, mówiąc, że ryzyko, że zostałem zarażony jest naprawdę małe. Sprzęt medyczny jest jednym ze źródeł zarażeń, ale raczej rzadkim. I to prędzej ja zaraziłem lekarzy, a nie oni i ich sprzęt mnie. To moja krew była świeża, natomiast wirus HIV w zaschniętej krwi, która mogłaby być na sprzęcie bardzo szybko obumiera. 

 

wikimedia

Oficjalny procent nosicielstwa wirusa HIV w Afryce. Źródło: wikimedia

Eugen odpowiada w dystrykcie za koordynację wszystkich działań odnośnie HIV/AIDS. To od niego dowiedziałem się większość informacji. Na zdjęciu za swoim skromnym biurkiem.

Eugen odpowiada w dystrykcie za koordynację wszystkich działań odnośnie HIV/AIDS. To od niego dowiedziałem się większość informacji. Na zdjęciu za swoim skromnym biurkiem.

Na różowo i niebiesko. Plansze informujące, że wszędzie dookoła czycha AIDS znajdują się na każdym kroku.

Na różowo i niebiesko. Plansze informujące, że wszędzie dookoła czycha AIDS znajdują się na każdym kroku.

10 Komentarzy »

Koniec z pesymizmem


OK, nie będę ukrywał, że powrót do Polski całkiem nieźle dał mi po nerach i po nastroju. Widziałem, że będzie źle, jedynie nie spodziewałem się, że aż tak. Ostatnie dwa dni spędziłem nie wychodząc w ogóle z domu, siedząc cały czas pod ciepłym kocem. A ostatni tydzień dobijało mnie wiele różnych rzeczy.

Drażnił mnie telewizor. Pstrykam sobie między kanałami i trafiam na TVN, w którym juror z programu „You Can Dance” zaproszony do porannego studia tłumaczy jakie to ważne aby mężczyzna potrafił dobrze tańczyć. W reklamie dziewczyna przejmuje się, że ma białe plamy pod pachami od dezodorantu. Jeszcze ktoś inny mówi, że niezwykle istotne jest to, aby przed urządzeniem mieszkania dokładnie rozplanować rozstawienie mebli, tak by odpowiednio wpływały na naszą aurę.

Nie, drogi jurorze i reszta mądrych ludzi z telewizji. To nie jest ważne. To jest niesamowicie trywialne. Lakier na telefonie może sobie spokojnie blaknąć i pozwólmy mu na to. Kobieta ma prawo przybrać tyle kilogramów, czy tyle kilogramów stracić, ile sama będzie miała ochotę; telewizja nie musi jej tego podpowiadać. Te wszystkie porady to teraz w mojej opinii fanaberie bogatego społeczeństwa. Sztuka dla sztuki, gadanie o byle czym, aby tylko gadać. Nawet nie chce wspominać o konsumpcyjnym podłożu porad typu „mężczyzna musi się zapisać na kurs tańca”, „posiadacz telefonu bez super hiper aparatu cyfrowego powinien się zastanowić czy nadal zalicza się do wyższych sfer warszawki”.

Siostra mi mówi, że muszę wyrzucić lokatorów, sprzedać samochód na złom i zapisać się do urzędu pracy jako bezrobotny. Wszystko jednym tchem, w dwudziestej godzinie pobytu w Białymstoku. Właśnie sieknął mnie po twarzy mróz. Chwilę temu trzeba było kombinować co zrobić aby się nie przegrzać, a teraz trzeba kombinować co zrobić aby nie zamarznąć. Chwilę temu byłem – co tu kłamać – VIP-em w środku Afryki, a teraz mam się ustawić w kolejkę do pośredniaka. Żadnego czyśćca, żadnej fazy przejściowej. Nikt mnie nie pyta co chciałbym teraz robić, tylko każdy mówi co robić muszę.

Chciałoby się jeszcze trochę powspominać, a nikt nie daje na to czasu.

* * *

Ale dobra, dość tego. Czas wyciągnąć stare powiedzenie, jakim się kierowałem od dość długiego czasu: „każdy problem to zakamuflowana możliwość”. Dość z tym użalaniem się nad sobą.

Niniejszym publicznie oświadczam, że biorę się do kupy i zaczynam szukać dobrych stron obecnej sytuacji. Fakt, że jeszcze nie do końca wiem co mam znaleźć, ale nie znaczy to, że nie znajdę. Ponoć organizmy żyjące w chłodniejszym klimacie żyją dłużej 😉

Górnolotnie napiszę, że coś się we mnie przez te trzy i pół miesiąca zmieniło. To prawda. Z obecnej perspektywy inaczej patrzę na ludzi, których widziałem do tej pory i inaczej patrzę na siebie. Nieco napisałem o tym w artykule „Oduczanie”. Rozumiem trochę więcej, trochę zwolniłem w wyścigu szczurów (nie wytłumaczę Wam teraz tego, ale z perspektywy Rwandy zrozumiałem, że niestety wszyscy w nim bierzemy udział).

I najbardziej po głowie mi chodzi myśl, że „wiem, że nic nie wiem”. Liznąłem troszkę świata, ale nadal wiem, że to tak naprawdę mało. Wyrwałem się tylko na chwilę z codziennego schematu. Taka malutka Rwanda nauczyła mnie tak wiele. Teraz sobie myślę jak wiele mógłbym się jeszcze nauczyć. Ech, cudownie by było zamieszkać na kolejne trzy miesiące w amazońskiej indiańskiej wiosce, w domu z ludźmi w Iranie, lub gdzieś na głębokiej prowincji Chin, Wietnamu czy Korei. Stuprocentowo jestem pewien, że po takim doświadczeniu znów bym patrzył na kolejne sprawy z punktu, o którym teraz nawet nie wiem, że istnieje.

* * *

Najbardziej w Rwandzie otworzyłem oczy na kwestię stosunków między ludźmi. Na imprezy. Urodziny czy inne uroczystości. Teraz sobie myślę, że w Polsce tak naprawdę w dupie mamy solenizantów i jubilatów. Liczymy się sami dla siebie. Urodziny to ma być kolejna okazja do własnej przyjemności.

Już wiem, że część z Was sobie mówi: co ty chrzanisz, człowieku; u mnie to jest inaczej. I ja to doskonale rozumiem. Ba, gdyby mi ktoś coś takiego jak wyżej napisał pół roku temu, pewnie powiedziałbym to samo. Tyle, że teraz, po urodzinach Pacifique, po uroczystości pożegnania mnie myślę inaczej. Żałosne wydaje mi się wręczanie kwiatów w progu, buźka – buźka, „wszystkiego najlepszego bla bla bla” i lecimy zobaczyć kto już przyszedł, kto jeszcze przyjdzie, nalewamy kieliszek wina i do przodu. Urodzinowe obowiązki odhaczone, czas się zająć upiciem samego siebie i własną przyjemnością. Rzecz jasna zaśpiewamy potem jeszcze trzy razy „Sto lat”, tym głośniej im mniej już  mamy w butelce.

* * *

Dobra, jeszcze raz: dość tej żółci i żalenia się nad samym sobą 🙂 Czas przejść od słów do czynów. Mam kilka fajnych pomysłów „co by tu” i uprzedzam, że część będzie z Waszym udziałem 😉 Mam nadzieję, że porobimy coś wspólnie, co naprawi choć jeden obluzowany trybik w tym świecie. Ale szczegóły wkrótce.

* * *


Szedłem sobie do sklepu ze słuchawkami w uszach, gdy zaczepił mnie jakiś pan na ulicy. Zatrzymałem się, wyjąłem słuchawki i poprosiłem by powtórzył. Pan dość bardzo nieskładnie zaczął mi coś udowadniać. Coś o jakimś Krzyśku Kowalskim, że ja go przecież znam, czy coś. Chwiejąc się , chciał mi nawet chyba rękę uścisnąć, ale podziękowałem panu, przeprosiłem, że niestety nie wiem o co mu może chodzić i poszedłem dalej.

Poszedłem wesoły. Znów przez chwilę byłem muzungu 😉

Cóż. Jaki kraj, taki muzungu.


8 Komentarzy »

Czwartek. Ostatni dzień w Rwandzie

To już właściwie tydzień jak nie ma mnie w Rwandzie.

* * *

Z samego rana przygotowałem dwa stroje. Jeden na podróż, luźny ale i ciepły. W Europie jest już przecież późna jesień. Drugi na ostatnie chwile, które miałem spędzić z nauczycielami (i być może ministrem edukacji) na spotkaniu podsumowującym. Chwilami z nauczycielami postanowiłem się nie przejmować i raczej myśleć o tym jako o ostatnich godzinach z rwandyjskimi przyjaciółmi.

Zresztą zapowiedziałem Paulowi, że minister czy nie minister, ja o pierwszej się stąd zwijam, żeby nie spóźnić się na samolot. Zapytałem oczywiście Paula o której jest to spotkanie, a on tylko zaczął mocno się zastanawiać wpatrując się gdzieś daleko przed siebie. Z polskim doświadczeniem wiem, że uznałbym właśnie, że zapomniał o spotkaniu i nie powiadomił nauczycieli. Z rwandyjskim doświadczeniem jednak wiem, że wszystko było w porządku. Tutaj po prostu bardzo często jest tak, że nie ustala się godzin. Na pewno sms od Paula do dyrektorów szkół wyglądał mniej więcej tak: „W czwartek proszę się stawić na spotkanie zamykające kurs i rozdanie certyfikatów”. I tyle, bez podania godziny spotkania. Kiedy się zjawi dostatecznie dużo osób, impreza się zacznie.

Po jako takim zastanowieniu Paul odpowiedział, że może to być w południe. Samolot mój miał odlecieć o 20.50, a ostatni moment na odprawę był tuż po 19.00. Robert jednak wyłamawszy się ze swojej rwandyjskiej solidarności sam mi podpowiedział abym nie zdradzał nikomu tych terminów, a szczególnie Paulowi i zaczął ewakuację jak najwcześniej mogę. W innym wypadku trzymano by mnie tu jak najdłużej cały czas mówiąc, że jeszcze jest czas. W takiej sytuacji awaria samochodu, pęknięta opona na pewno spowodowałyby, że na samolot bym nie zdążył. Dlatego powiedziałem, że najpóźniej o pierwszej biorę taksówkę i jadę.

Z rana jednak postanowiłem zebrać w końcu do plastikowej butelki rwandyjskie kamyki i laterytową ziemię. Dzieciaki sąsiadów patrzyły na mnie nieco jak na dziwaka. Ale nauczyłem się już, że przecież jestem muzungu i mam prawo do robienia dziwnych rzeczy, sami Rwandyjczycy tak mi mówili. Dziwiło ich, że chodzę po mieszkaniu zupełnie boso, dziwiło ich, że zamiast iść do fryzjera sam się golę, więc i mnie nie dziwiła zdziwiona mina dzieci, gdy wbijałem pazury w zmoknięte, wciąż wilgotne od rosy błoto i nabierałem je do butelki.

Dzieci! Rzuciłem butelkę i popędziłem do domu. Te dalej patrzyły na mnie zdziwione, ale po chwili wybiegłem z piłką, podałem im ją i jednym tchnieniem powiedziałem, że to dla nich. Zdziwienie ustąpiło miejsca przeszerokim uśmiechom i radości. Ich matka wyszła zobaczyć z czego tak się cieszą i gdy zobaczyła powód, także mi podziękowała. Ja wróciłem natomiast do grzebania w ziemi.

Postanowiłem też zerwać kilka tutejszych roślin, na zamówienie mojej cioci. Do papierowej torby wpakowałem dwa kaktusy, jedną gałąź kwitnącej rośliny przypominającej nasze polne róże i kilka patyków rośliny robiącej tutaj za żywopłot. Bardzo interesująca, zbudowana tylko z zielonych, za to grubych gumowatych gałęzi bez żadnych liści.

(Jakąś godzinę później, po otwarciu na chwilę walizki, wystraszyłem się i całą torebkę z roślinami wyrzuciłem. Spod pokrywy walizki buchnął bowiem bardzo silny ziołowy i ostry zapach. Najprawdopodobniej kaktus puścił soki. Przypomniałem sobie, że kaktusy przecież często zawierają różnego typu narkotyzujące koloidy i nie specjalnie chciało mi się z tego tłumaczyć na granicy.)

Paul podrzucił do telecentrum moją walizę, a ja pieszo w asyście Samuela i tego drugiego chłopaka (nie znam jego imienia, nazywają go kazungu, co znaczy „lubiący białych ludzi”) przyniosłem plecak i torbę z laptopem.

Gdy tylko zobaczyłem Scholę, poprosiłem ją aby poszła ze mną do małego bungalow. Tam podziękowałem za prezenty, powiedziałem jak bardzo mi się podobały i powiedziałem, że chcę dać jej jeszcze ostatni prezent. Powiedziałem, że będzie musiała go sobie kupić sama, bo ja już na to nie mam niestety czasu. I poprosiłem aby obiecała, że kupi właśnie go i nikomu nie powie, że dostała ode mnie pieniądze. Wtedy dałem jej wymyślone dzień wcześniej sto euro. Schola nie dała po sobie poznać jak bardzo się cieszy; podejrzewam, że nie wiedziała ile to jest tak naprawdę franków. W Rwandzie euro nie jest popularną walutą, przynajmniej nie tak popularną jak dolar. Powiedziałem jej jednak, że na pewno starczy z tego na telefon i na doładowanie go.

Powoli zbierali się nauczyciele i dochodziło południe. Ja jednak wciąż myślałem o ostatniej rzeczy jaka mi została, czyli pożegnaniu z Nelly. Czekałem na nią w domu, jednak teraz byłem w telecentrum. Powiedziałem Samuelowi (za pośrednictwem Innocenta), że jeśli Nelly zjawi się tam, by powiedział jej gdzie jestem i że na nią czekam. Właśnie zadzwoniła Agathe, że Nelly dzwoniła do niej i już idzie do restauracji.

Gdy tylko pojawiła się, jak wariat wybiegłem jej na spotkanie, wyściskałem i przeprosiłem, że nie zdążyłem wczoraj do jej szkoły. Ależ się cieszyłem, że jednak się udało! Usiedliśmy na krzesłach pod bambusowym parasolem, dałem jej prezenty (angielski słownik szkolny, rozmówki angielsko – kinyarwanda i powieść Paolo Coelho po angielsku) i porozmawialiśmy sobie prawie ostatni raz. Nelly jeszcze raz zaśpiewała mi kołysankę „kotki dwa”, której jej uczyłem od jakiegoś czasu (strasznie bawi ją słowo „cichutko”, mam to na filmiku, który zamieszczę, gdy będę miał porządne łącze internetowe). Ustaliliśmy, że skoro na lotnisko jadę taksówką, a Nelly też musi się dostać ze swoimi wszystkimi tobołami do stolicy, pojedziemy razem. Wróciła się pakować.

Kolejne dziecięce deja vu. Zobaczyłem jak Olivier przegania z restauracyjnych huśtawek mieszkające zapewne niedaleko maluchy. To mi też się w Rwandzie nie podoba – postawa psa ogrodnika. Choć akurat restauracja nie miała klientów to i tak huśtawki powinny stać puste. Powiedziałem mu aby przestał i co więcej je zatrzymał by sobie nie poszły. Pobiegłem do pracowni po drugą piłkę, tym razem tą prawdziwą, futbolową. Na mój widok dzieciaki zaczęły uciekać (nic dziwnego, właśnie wyskoczył z telecentrum muzungu i zaczął jak szaleniec biec w ich kierunku, podczas gdy chwilę temu dostały ochrzan za przebywanie na prywatnym terenie), więc piłkę wykopałem w ich kierunku krzycząc do Oliviera, by powiedział im, że jest dla nich. Dzieciaki zatrzymały się, chwyciły prezent i zaczęły nieśmiało kopać ją do siebie. Olivier już ich nie przeganiał, więc wskoczyły z powrotem na huśtawkę. Jeden z nich stał przed huśtającym się i rzucał mu piłkę. Ten ją wykopywał. Na szybko zainspirowana zabawa.

Po wszystkim dzieciak podszedł do mnie i oddał piłkę dziękując. Powiedziałem, że nie, że to na zawsze dla nich i znów poprosiłem Oliviera by to przetłumaczył. No teraz to się naprawdę ucieszyły!

Zgodnie z wszystkimi prawami Murphy’ego na dziesięć minut przed pierwszą, planowanym terminem mojego wyjazdu, w telecentrum do nauczycieli dołączył pracownik dystryktu do spraw edukacji, powiedział, że (taaada!) minister jednak się nie zjawi i możemy zaczynać. Oczywiście miałem zapas czasu, nikomu nie mówiłem jaki i powiedziałem, że więc pojadę o drugiej.

Po krótkim wstępie zaczęliśmy od mojego przemówienia. Nie będę się nad nim rozwodził, bo w na szybko zaimprowizowanej mowie, nie mogłem powiedzieć nic wyjątkowo błyskotliwego. Ot, kilka słów i podziękowań i do widzenia. Poszedłem, zjadłem obiad i do taksówki.

Jeszcze ostatnie wyściskiwanie wszystkich. Było naprawdę trudno. Dla mnie trudniej niż dla nich, bo zostawiałem właśnie kilkanaście osób, których nigdy już więcej nie zobaczę. Dla nich natomiast znikałem tylko ja jeden. Mimo to łzy pojawiły się w niemal wszystkich oczach.

Zamknąłem drzwi, a na zewnątrz została Schola, Vestine, Pacifique. Chantalle i Console. Został Maombi, Olivier, Alojz i Elize. Paul prowadził nadal spotkanie nauczycieli. A mi się kolejny raz serce ścisnęło, że jadę właśnie do wanny z gorącą wodą, telewizji z sześćdziesięcioma kanałami i do sklepów z koszulkami, które kosztują w Polsce tyle, co ich całomiesięczna pensja.

Ruszyliśmy nieco po drugiej. Ja, kierowca taksówki, który kiedyś był menedżerem restauracji tutaj, Innocent i architekt rysujący dla Paula plany kolejnego budynku, który zabrał się na stopa. Z centrum Nyamata zabraliśmy Nelly wraz z dwiema sporymi torbami (jak to dziewczyna miała więcej bagaży niż ja) i materacem z łóżka.

Bardzo dobrze, że jechaliśmy z zapasem czasu. Najpierw musieliśmy wysadzić architekta, potem z centrum na jego miejsca zabrać Agathe, która wsiadła z kolejnymi pamiątkami dla mnie, potem do mieszkania rodziny Nelly zawieźć jej bagaże i na końcu udać się na lotnisko. Każde z tych miejsc było w innej części Kigali i widziałem panikę w oczach Innocenta. Co chwila dopytywał się mnie czy zdążymy na samolot i popędzał kierowcę. Ja jednak spokojnie odpowiadałem, że jeszcze mamy chwilę czasu.

W mieszkaniu rodziny Nelly musiałem pójść do toalety. Żałuję, że nie wziąłem ze sobą aparatu. Nie ze względu na toaletę, ale dlatego, że właśnie pierwszy raz zobaczyłem z bliska jak wyglądają domy, które dotąd oglądałem z centrum miasta, ciasno powciskane między siebie na zboczach gór. Niemiłosiernie stroma ścieżka pomiędzy parkanami z falistej blachy, a same mieszkania kształtem wciśnięte tak, aby pasowały do pozostałych. Mnóstwo dziwnych zaułków, ale ani grosza prywatności.

Kolejny raz ruszyliśmy na lotnisko. Były z tym delikatne kłopoty. Kigali w takich miejscach nie ma żadnych planów dróg i taksówkarz musiał dopytywać się jak wyjechać z tej dzielnicy. Raz zdarzyło się, że wróciliśmy w te same miejsce, z którego ruszyliśmy, ale w końcu się udało.

Dopiero na lotnisku powiedziałem im ile jeszcze mam czasu i widząc ich zawiedzione miny, powiedziałem, że nie ma problemu i możemy pożegnać się teraz. Uściskałem Agathe, Innocenta i załzawioną Nelly (mi też było ciężko). Obiecaliśmy wszyscy sobie pisać do siebie emaile. I poszli.

Odwiedziła mnie jeszcze na chwile znajoma Hariette, co gdy byłem w Kigali Memorial Site, pomogła mi znaleźć w deszczu autobus i dała mi swój numer telefonu. Potem już siedziałem sobie zupełnie sam, spokojnie czekając aż stąd wylecę. Beż żadnych emocji patrzyłem jak słońce zachodzi, wziąłem swoją walizkę i przeszedłem odprawę.

* * *


I tak to się kończy ta cała historia. Pożegnałem się z każdym, z kim chciałem się pożegnać. Nelly się znalazła, Schola dostała telefon, z którego już w sobotę zadzwoniła do mnie do Polski i podziękowała za prezent. Nauczyciele byli wyszkoleni, Paul nadal przygotowywał się do ślubu, który już za dwa tygodnie. Innocent został kierownikiem restauracji w Kigali, a Agathe niedługo się do niego przeprowadzi, jak powinna postąpić w Rwandzie każda niezamężna siostra. Maombi będzie dalej pracował w Nyamata zbierając pieniądze na wyciągnięcie rodziców z obozu dla uchodźców. Całość więc kończy się happy endem, nawet pomimo tego, że Robert był właśnie w połowie drogi do Ugandy do swojego umierającego dziadka.

Sto osiem dni życia na zupełnie innej planecie. W świecie, w którym globalny kryzys finansowy nie ma żadnego znaczenia, nikt nie słyszał o iPodzie i nikt nie marzy o wakacjach w Chorwacji. Ludzie lepią mieszkania z gliny na bambusowym rusztowaniu, a wszelkie prace starają się wykonywać na ulicy wśród ludzi. Kobiety co rano wystawiają przed domy swoje maszyny do szycia, chłopacy zakładają okulary przeciwsłoneczne i spawają pęknięte ramy samochodów zaraz obok nich. Bo ważniejsze od pracy, od pieniądza i od wszystkiego innego są właśnie kontakty z innymi. Z każdym trzeba się przywitać, każdego pozdrowić. Nawet jeśli nie mają nic do robienia, wychodzą na ulice by rozmawiać z innymi o niczym. I nigdzie się nie spieszyć.


15 Komentarzy »

Akcja „Uśmiech na Święta” – pomóż dzieciom z Tanzanii

Miałem zamiar napisać o tym dość długi (no przynajmniej nie krótki) artykuł gdy będę już w Polsce. Tymczasem jestem w Polsce i właściwie nie mam jak pisać, bo na internecie jestem z doskoku. Zatem niestety tylko krótko.

Kilka osób mnie pytało w komentarzach jak jeszcze może pomóc, poza naszą „małą” akcją zbierania pieniędzy dla moich przyjaciół z Rwandy. I oto jest okazja, o której wiem już pewnie z miesiąc, wspominałem w komentarzach, a teraz piszę wyraźnie.

Wolontariuszka SimbaFriends, która jest teraz w Tanzanii równolegle do mnie wpadła na podobny pomysł co my. Zbiera pieniądze na gwiazdkowe prezenty dla dzieci z Tanzanii (jak się nie mylę z miejscowości Moshi). W tym celu został stworzony krótki blog o tytule

Uśmiech na Święta

Zatem jeśli ktoś ma jeszcze na tyle dobrego serca (a wierzę, że tak) i chce nadal pomagać, zapraszam na stronę powyżej po informacje.

Przy okazji. Jak pisałem wciąż zostało nam sporo pieniędzy. Chce za nie wywołać zdjęcia i wysłać zgodnie z obietnicą do Rwandy, dla tych, którzy na ni czekają. Po tym jednak nadal powinno coś zostać. Jak myślicie, co z nimi zrobić? Dodam, że nie przypadkiem pytam o to w tym wpisie, ale nie chcę ni sugerować ;-P

12 Komentarzy »