Posts tagged hotele

Rwanda. Informacje turystyczne.

Czas napisać coś bardziej na sucho. Bez żadnego opisywania przygód, bez rozpisywania się o tutejszych ewenementach kultury. Ktoś nazwał w komentarzach mojego bloga rodzajem portalu o Rwandzie i aż wstyd by nie znalazł się tu rozdział przeznaczony dla ludzi, którzy Rwandę chcieliby pozwiedzać, szukają o niej informacji w sieci i trafią na tą stronę. A tu a kuku – nic o hotelach, nic o cenach, nic o zwiedzaniu… Czas to zmienić.

Artykulik oczywiście wszystkiego nie wyczerpie w tej materii. Zostawmy nieco miejsca na własne doświadczenia  przyszłych podróżników.

Przed wyjazdem

Bardzo króciutko o rzeczach, które jednak naprawdę warto przeczytać, aby na miejscu nie wydarzyło się nieszczęście.

Co wziąć

Szczegółowo mniej więcej opisałem to w artykule Co wziąć do Afryki. Możesz się do niego zastosować lub nie. Dopowiem jeszcze do tego artykułu, że choć mam ze sobą pełne buty, nie zakładam ich, a chodzę cały czas w sandałach. Jeśli jedziesz w porze deszczowej pomyśl o wzięciu parasola, albo kup go na miejscu (ja swój kupiłem za mniej więcej 2 dolary). Pora deszczowa nie jest taka straszna (przynajmniej ta jesienna) i przypomina polskie lato, tyle, że pada intensywniej, jak już zacznie padać.

Weź drobiazgi, które możesz rozdawać zaczepiającym Cię dzieciakom na ulicy i proszącym o pieniądze (nie dawaj im pieniędzy, bo tylko nauczysz stereotypu, że żebractwo popłaca). Ja w białostockiej cepelii kupiłem po 60gr małe drewniane biedroneczki. Uwaga: noś je luźno w kieszeni 🙂 Gdy wyciągnąłem torebkę z biedronkami i dałem każdemu dziecku po jednej, zamiast się ucieszyć, że coś dostały, były rozczarowane, że dostały tylko po jednej. Tu obowiązuje zasada „dasz komuś palca, będzie chciał całą rękę”.

Pokseruj wszystkie dokumenty. Trzy razy. Jedną kopię zostaw w domu, drugą włóż do walizki, trzecią miej przy sobie. Oczywiście dokumenty też weź.

Szczepienia i leki

W wielkim skrócie: zamiast czytać ten rozdział udaj się do lekarza od chorób tropikalnych (gdzie jest najbliższy dowiesz się u lekarza rodzinnego lub w sanepidzie – tam też możesz się zaszczepić). Ja nie jestem profesjonalistą i jeśli śledzisz mój blog, na pewno wiesz, że moja wiedza wpakowała mnie już do dwóch szpitali, w tym do jednego dwa razy 🙂

No ale ja byłem u lekarzy i mimo wszystko coś tam wiem. Niestety sama wiedza nie chroni przed chorobą, no ale zawsze to jakiś dobry początek. No więc:

Obowiązkowo musisz się zaszczepić na żółtą febrę. To wymóg WHO. Po szczepieniu dostaniesz żółtą książeczkę, którą włóż do paszportu i miej zawsze ze sobą. Bez niej możesz mieć problemy z wjechaniem do Rwandy, a już zwłaszcza z wyjechaniem z niej. WHO ma tak naprawdę gdzieś czy zachorujesz na febrę czy nie, a chodzi im jedynie abyś tej choroby nie zawlókł do innych regionów świata.

Warto też (a nawet trzeba, żeby nie skończyło się biedą) abyś zaszczepił się też na inne choroby, częstsze niż febra. I tak ja szczepiłem się przeciw:

– polio

– tężec (pewnie wyda Ci się to niepotrzebne, bo w dzieciństwie byłeś szczepiony; jednak to szczepienie jak i inne trzeba odnowić)

– błonica

– dur brzuszny

– zakażenie meningokokami

– WZW A (zaszczep się też na inne WZW, ja już miałem te szczepienia wcześniej).

Dobre wiadomości: zaszczepiłem się na więcej trzeba, więc zapewne lekarz powie Ci, że Twoja lista szczepień jest krótsza. Co więcej część szczepień będzie chronić Cię przez 10 lat nawet. Szczepienia nie bolą wcale za bardzo.

Zła wiadomość: szczepienia kosztują. Całość moich szczepień to kilkaset złotych.

Nie na wszystkie choroby się zaszczepisz. Najgroźniejsze choroby Rwandy to AIDS (5,6% ludności jest nosicielem wirusa HIV) i malaria.

Profilaktykę przeciw AIDS zapewne znasz, a jeśli nie, znajdziesz o niej informację w wielu innych miejscach. W każdym bądź razie życzę powodzenia 😉

Przeciw malarii możesz brać tabletki (wydawane na receptę u lekarza). Ja biorę malarone i niefachowo mogę je polecić. Uważaj! W różnych regionach świata należy brać różne leki antymalaryczne. Pomyłka w doborze leku to bardzo częsta pośrednia przyczyna śmierci z powodu malarii. Akurat malarone działa w Rwandzie. I tu złe wiadomości: leki nie ochronią Cię w 100%, są bardzo drogie (tabliczka 12 tabletek wystarcza na 12 dni i kosztuje 200zł) i mają całkiem pokaźną listę efektów ubocznych. Dobre wiadomości: weź ze sobą też repelenty i w miarę możliwości śpij pod moskitierą. W Internecie (nielegalnie, bo to lek na receptę) możesz odkupić od powracających z Afryki ich lekowe pozostałości nawet za pół ceny. Ponoć w Holandii są one tanie i legalne, więc rozważ ewentualny lot przez ten kraj (ponoć można kupić je na lotnisku, ale nie sprawdzałem). I na koniec: komarów w Rwandzie jest zdecydowanie mniej niż w Polsce. W porze suchej widywałem średnio jednego na trzy dni, w porze deszczowej mam teraz średnio 1-2 komary wieczorem w pokoju (a te które nie udało mi sie zatłuc przed zaśnieciem, rano kurcze rozgniatam zostawiając na ścianie plamę z mojej krwii; trzymajcie kciuki).

Rozważ ubezpieczenie się przed wyjazdem. Sam mam ubezpieczenie w Allianz (Mondiall Assistance), które jeśli będziesz się ubezpieczać, polecam. Jak wspomniałem byłem już w szpitalach i Allianz dość dobrze się mną opiekował. Szkopuł w tym, że za ubezpieczenie płacę (tzn MSZ płaci) ponad tysiąc złotych miesięcznie, a moje leczenie przez 3 miesiące kosztowało Allianz jak do tej pory góra 200 dolarów 🙂 No ale, póki co na szczęście choroby miałem niezbyt poważne. Pomyśl, czy byłoby Cię stać na opłacenie z własnej kieszeni ewentualnej misji ratunkowej w przypadku gdyby stało Ci się coś z dala od miast i na dodatek musiałbyś zostać przetransportowany do szpitala w Europie.

Leki przeciwbólowe możesz zostawić w domu. W ostatni weekend kupiłem aspirynę w cenie 1 tabletka (pani aptekarka wyjmuje ją z wielkiego słoja) = 2 centy amerykańskie.

Zrozumieć Rwandę

Klimat: idealny. Bardzo ciepło, w najgorszym wypadku klimat typu „polskie lato”. Dwie pory deszczowe: wiosną pora deszczy długich i jesienią od października do grudnia pora deszczy krótkich (nagła niespodziewana – choć zawsze poprzedzona strasznym wiatrem – nawałnica kończąca się zazwyczaj po 15 minutach, a potem znów upał). W porze suchej, sucho i tyle 🙂

Wyrzuć z głowy stereotypy o Rwandyjczykach jako ludziach, którzy zabijają się na ulicach i zapewne i Ciebie zabiją! Przysięgam: w Polsce jest kilka razy bardziej niebezpiecznie na ulicach niż tu. Ludzie niezwykle pokojowo nastawieni, uprzejmi i jak tylko będziesz mieć najmniejszy problem (nie wiesz jak gdzieś dotrzeć itp) na 100% ktoś Ci pomoże. Jeśli nie wierzysz, przeczytaj tego bloga w całości.

Ale unikaj rozmów o podziałach na Hutu i Tutsi. W niektórych aspektach (dyskryminacja) taka rozmowa może Cię zaprowadzić do więzienia. Obecna doktryna mówi, że wszyscy są sobie równi, nie ma podziału na Tutsi i Hutu, a wszelkie próby jego wznowienia od razu budzą w Rwandyjczykach obawę o powtórzenie ludobójstwa. Możesz jednak rozmawiać o ludobójstwie, ale rób to delikatnie. Na pewno nie pytaj rozmówcy po której stronie był w czasie ludobójstwa. Sam nigdy też nikogo nie zapytałem czy jest Tutsi czy Hutu.

Wiza

Jeśli jedziesz bezpośrednio z Polski lub innego kraju, w którym nie ma ambasady Rwandy, wypełnij formularz na stronie http://migration.gov.rw/. W innym wypadku postaraj się zdobyć wizę przed wyjazdem. Jest też opcja polegająca na tym, że wyślesz paszport do ambasady na przykład w Berlinie i odeślą Ci go z wbitą wizą. Opcja ta jednak kosztuje, a znając polską pocztę wolałem nie ryzykować powierzenia im mojego paszportu choćby na chwilę.

Pomimo, że formularz wypełnisz online, na granicy jeszcze raz wypełnisz drukowany z tymi samymi pytaniami. Zrób to jednak. Generalnie panuje opinia, że wizę do Rwandy dostać jest bardzo łatwo, ale jedna osoba, która nie wypełniła formularza na stronie o mało co nie została zawrócona na granicy.

Wiza kosztuje 50 dolarów i obowiązuje dwa tygodnie. Jeśli chcesz zostać dłużej, musisz w Kigali udać się do Migration Office. Zrób to na kilka dni przed wygaśnięciem wizy! Niestety przedłużenie wizy jest droższe.

Jak dotrzeć

Samolotem, lądem autobusem lub samochodem. Rwanda nie ma kolei i nie ma dostępu do morza. Kolej ma być wybudowana za kilka lat.

Ja przyleciałem tutaj Brussels Airlines z Berlina z przesiadką w Brukseli. Latają też z Warszawy do Brukseli. Sam poszukaj dobrego połączenia. Pamiętaj, że w Afryce komunikacja autobusowa jest tania, więc popatrz też, czy na przykład samolot do bardziej popularnej Ugandy czy Tanzanii nie będzie tańszy. Autobus z Kampali w Ugandzie do Kigali w Rwandzie kosztuje ponoć około 10 dolarów! (Tak słyszałem) Pamiętaj jednak, że w takiej opcji musisz doliczyć opłatę za wizę do któregoś z tych krajów.

Rwanda graniczy z Ugandą, Tanzanią, Burundi i Kongo. Tylko z Kongo możesz mieć problemy z wjechaniem do Rwandy. Oba kraje się nie lubią, a ponadto we wschodnim Kongo, właśnie przy granicy z Rwanda trwa obecnie intensywna wojna i zapewne nie skończy się szybko. Raczej odpuść sobie tą drogę.

Na miejscu

Gdzie spać

Niestety nie wiem. Sam śpię z Rwandyjczykami w domu, więc płacę zwyczajny czynsz 145 dolarów miesięcznie. Mam w to wliczony czynsz, prąd, pranie, sprzątanie i kolację. Ponadto Samuela – naszego house keepera – mogę w ramach czynszu wysyłać  po zakupy dla mnie.

Spałem w katolickim hostelu w Nyamata 20km od Kigali. Koszt to 4 dolary za noc. Hostel znajduje się bardzo blisko Nyamata Memorial  Site (każdy mieszkaniec Nyamaty wie gdzie to jest i na pewno pomoże Ci tam dojść po drodze wypytując skąd jesteś i jak Ci się Rwanda podoba). Pod Memorial Site wypatruj figurki matki bożej stojącej właśnie koło bramy hostelu.

W Kigali jest niestety ponoć drożej, ceny zaczynają się od 20 dolarów. Hotele są jeszcze droższe oczywiście. Zatem pomyśl o noclegu w Nyamata. Bilet na bus kosztuje jednego dolara, a bus jedzie około 40 minut (w warunkach afrykańskich to bardzo szybko!).

Tu być może znajdziesz adresy hoteli i hosteli w Rwandzie.

Gdzie jeść

Raczej na mieście. Mało kto ma tu lodówkę w domu, my nawet nie mamy kuchni.

W Kigali możesz znaleźć nastawione na bogatych klientów restauracje i czyste bary (które nawiasem mówiąc też starają się nazywać restauracjami). Jest nawet coś w rodzaju baru mlecznego. Natomiast najbardziej popularne są różne restauracje i bary oferujące coś w rodzaju szwedzkiego stołu. Płacisz około 2 dolarów i z mis nabierasz sobie co chcesz i ile chcesz. Za napoje płacisz oddzielnie. W misach będą makarony, frytki, banany (w tym słone, smakujące jak gotowane ziemniaki), bataty (ziemniaki, tyle, że właśnie z kolei słodkie), fasola, szpinak lub nać kasawy, sos i wołowe mięso. Tak przynajmniej jest u nas w Nyamata Teleservice Centre, które co prawda położone jest na drugim końcu miasteczka względem hostelu, ale gorąco polecam 😉

Musisz też zjeść broszety – szaszłyki z kawałków koziego mięsa. Czasem koziej wątroby, ale też smaczne.

Internet

W Kigali kawiarenki internetowe są na każdym kroku. 15 minut korzystania z Internetu kosztuje 20 centów amerykańskich. W biurze MTN możesz kupić modem GPRS za około 200 dolarów i potem miesięcznie płacić 35 dolarów. Niestety internet w tej opcji działa kosmicznie wolno i przez kilka godzin dziennie jest niedostępny. Zatem jeśli nie musisz być stale online, polecam kawiarenki.

Jak się poruszać

Pomiędzy miastami najlepiej busami. W Kigali jest jeden duży dworzec autobusowy oraz drugi mniejszy, ale za to w samym centrum. Na obu znajdziesz busy praktycznie w każde miejsce w kraju (do każdego większego miasta, ma się rozumieć). Są stosunkowo tanie – bilet Kigali – Nyamata na trasie 20km kosztuje 2 dolary. Ciekawostką jest, że są właśnie bilety, a nawet jak ich nie ma to cena jest stała. Nawet jak chcesz wysiąść gdzieś na trasie, płacisz za pełny kurs. Co więcej płacisz tyle samo co Rwandyjczyk. Inna ciekawostka, to to, że autobusy mają godziny odjazdu. W Afryce to nietypowe: w innych krajach autobus odjeżdża, gdy jest już pełny, więc możesz czekać nawet i kilka godzin na mniej uczęszczanych trasach. Autobus na trasie do Nyamaty jeździ co pół godziny (i zawsze jest pełny ludzi). Bilety na trasy międzymiastowe kupujemy w okienkach, od biedy możesz kupić w autobusie (cena taka sama).

W Kigali są także autobusy miejskie, ale nie oznakowane. Musisz pytać ludzi skąd odjeżdża interesujący Cię autobus i w samym busie dowiaduj się czy to właśnie ten. Bilet kosztuje około 30 centów. Bilety kupujemy w busie.

Gdy chcesz wysiąść z busa, zastukaj głośno w metalową jego część (obowiązuje też na trasach międzymiastowych).

Inne środki transportu to motor i rower. Droższe od busa, ale za to dowiozą cię dokładnie do celu; bus nie dojeżdża wszędzie, nawet do niektórych atrakcji turystycznych.

Na ulicach Kigali będziesz zaczepiany przez kierowców aut osobowych. To nieformalne taksówki, ale odradzam. Piekielnie drogie. Raz musiałem skorzystać gdy wracałem ze szpitala w Kigali do Nyamaty i zapłaciłem ponad 25 dolarów.

Po niektórych parkach możesz poruszać się tylko autem terenowym, wynajmiesz je w Kigali lub pod samym parkiem.

Co zwiedzać

Udaj się najpierw do punktu Informacji Turystycznej w Kigali. Znajduje się w samym centrum Kigali i dowiesz się tam o wiele więcej niż ode mnie. Czytelnicy bloga wiedzą, że ja niestety nie zwiedzam, więc podam Ci tylko suche fakty; takie same jakie się dowiedz właśnie w TI.

W Rwandzie zwiedza się przyrodę i miejsca pamięci ofiar ludobójstwa (Memorial Sites). Zabytków brak.

Sztandarowy park Rwandy to Volcano Park, gdzie turyści jadą oglądać ostatnie 300 pozostałych przy życiu goryli górskich. Zanim się napalisz, ostudzę emocje: koszt wejścia wynosi 500 dolarów.

Inny park to Akagera National Park – park safari położony nad rzeką Akagera na wschodzie Rwandy, z żyrafami, lwami, hipopotamami i innymi „-ami”. Koszt wjazdu to 30 dolarów plus koszt wynajęcia samochodu terenowego. Są także inne parki, ale te dwa są najbardziej znane. O pozostałych dowiesz się w TI.

Bardzo polecam wizytę w Kigali Memorial Site. Poświęć na nią co najmniej kilka godzin. Jeśli nie odwiedzisz tego miejsca, to jesteś bałwan 😉

Ponadto każde miasto ma swój własny Memorial Site. Zobacz moje opisy z odwiedzin tych miejsc.  Wstęp do nich jest darmowy, ale przy wyjściu wypada zostawić datek (zostaniesz o to poproszony). Uprzedzam, że są to miejsca robiące bardzo duże wrażenie.

Polecam także wybranie się nad jezioro Kivu. Bardzo pięknie położone wśród gór. Nie będziecie żałować (pod warunkiem, że nie wpadnie Wam do głowy udanie się do położonego w okolicy obozu dla uchodźców).

Pieniądze, ceny i zakupy

Jedyna obsługiwana karta płatnicza w Rwandzie to Visa Horizon (jeśli masz Visę Electron, nie zdziała), zatem o ile wiem nie ma sensu z polski brać jakiejkolwiek karty. Aczkolwiek w sklepie Nakumat widziałem plakietkę Visa Electron, więc może coś się zmienia.

Weź gotówkę, w dolarach. Nie bój się napaści i kradzieży (no może jedynie po zmroku, ale to wiem tylko ze słyszenia). To nie Brazylia, nikt nie wyskoczy zza rogu z nożem. Zdarzyło mi się wymieniać w kantorze 2 tys dolarów i jako, że byłem już w Rwandzie od miesiąca, ani trochę nie obawiałem się, że zaraz po wyjściu z kantora stracę te pieniądze. Jak pisałem, niebezpieczniej jest w Polsce.

Przy zakupach możesz się targować. Gdy kupujesz coś na targu lub od jednego z ulicznych sprzedawców (kobiety i chłopacy zaczepiający Cię z wszelkiej maści dobrami w ręku, od pocztówek, po dżinsy) nawet trzeba się targować, bo na bank usłyszysz cenę nawet wyższą od cen dla turystów.

Właśnie. W Rwandzie często ceny dla Rwandyjczyków są inne niż dla obcokrajowców (także czarnych). Nawet w Volcano Park Rwandyjczyk zapłaci 200 dolarów, a Ty urzędowo 500. Tak samo na targu czy ulicy. Targuj się, ale i tak nie stargujesz ceny do poziomu lokalnego. Na początku się przeciw temu buntowałem, ale po miesiącach pobytu zaakceptowałem i nawet zacząłem rozumieć. To biedny kraj, w którym ludzie zarabiają często pół dolara dziennie. Wiedząc o tym raczej czułbym się podle będąc sknerą.

I teraz ceny. Będę podawał także info, czy to cena dla wszystkich, czy też właśnie w tym wypadku jest wyższa dla turysty.

Acha. Ceny podaję w dolarach i w przybliżeniu, ale walutą Rwandy jest frank rwandyjski (FRW). Stosunek franka do dolara jest mniej więcej stały. Gdy przyjechałem tu trzy miesiące temu jednego dolara skupowano po 550 FRW, teraz skupują po 565.

Woda pół litra: pół dolara. Cena taka sama dla wszystkich. W ogóle ta cena jest chyba jakaś urzędowa, bo wszędzie wynosi tyle samo. W Nyamata, w Kigali, w sklepie, w restauracji…

Omlet z trzech jajek: dolar. Cena taka sama dla wszystkich.

Dwie bułki do omletu: mniej niż pół dolara (200FRW).

Kawa: dolar. Dostajemy cały termos kawy, który starczy na dwa kubki.

Herbata: cena i objętość taka sama jak przy kawie.

Cola w butelce 500ml: dolar. Ceny cały czas takie same dla wszystkich.

Wyżerka ze szwedzkiego stołu: 2 dolary.

Kozi szaszłyk (brouchette): poniżej dolara (400FRW).

Frytki: dolar. Duża porcja.

Dowolny owoc w barze lub na targu: 100FRW czyli 20 centów. Na targu jednak biała osoba zapłaci przynajmniej dwa razy więcej. Ale 40 centów za całego ananasa to przecież nadal śmieszne pieniądze.

Sambusa (rodzaj słonych mięsnych pierożków we francuskim cieście): 40 centów w sklepie.

Parasol i ręcznik na targu (używane): po dwa dolary od turysty, lokalni mają taniej.

Spodnie na targu (używane): 2-4 dolary dla miejscowego. Turysta na pewno zapłaci więcej.

Ceny piwa i innych alkoholi opisałem tutaj.

Ceny transportu opisałem powyżej. Motorek z centrum Kigali do Memorial Site kosztuje turystę dolara.

Pamiątki w cenach różnych; można się targować. Ale o pamiątkach niżej. O właśnie tutaj:

Co kupić

Cokolwiek co chcesz. 🙂 Genialny pomysł miała jedna z odwiedzających mnie dziewczyn, która od chłopaków grających na ulicy odkupiła piłkę zrobioną ze sznurka i starych papierów. Nawiasem mówiąc, to powinien być główny towar eksportowy z Afryki, każdy przecież zapewne słyszał o tego typu piłkach (także robionych z nadmuchanej prezerwatywy oklejonej taśmą). Hela za piłkę zapłaciła chyba 100 franków, co dla chłopaków jest bardzo wysoką ceną.

Typowe dla Rwandy pamiątki to na przykład ugaseke – charakterystyczny baryłkowaty kosz (że też do tej pory nie zrobiłem mu zdjęcia!). Imishanana  – różne kolorowe materiały na kobiecie suknie. Drobne wyroby z drewna, figurki, dzidy, totemy. Dużo tego jest. Fajny jest też kapelusz pasterski zrobiony z kory drewna (przypomina trochę kapelusz Włóczykija, ma strukturę lnu i jest ciemnobrązowy). Pasterza kosztuje około 2 dolary, ale turystę 12. Ale chyba sobie kupię 🙂

Pamiątki kupisz w punkcie informacji turystycznej i w sklepach z pamiątkami. Polecam całą mikro dzielnicę ze sklepami. Ruszasz spod budynku, w którym jest biuro MTN i Nakumatt (i wiele innych sklepów), schodzisz w dół ulicy w kierunku ronda z fontanną i po lewej jej stronie na wielkiej bramie zobaczysz napisy, a wśród nich „handicraft”. Za bramą będzie coś w rodzaju byłych garaży czy warsztatu samochodowego, teraz zapełnionego mini sklepikami z pamiątkami. Konkurencja sprzedawców jest tak duża, że bardzo łatwo się targować.

Nie polecam kupowania pamiątek w Caritasie. Drogo i nie da się targować, nawet jak powiesz, że kupujesz większą ilość. Do tego sprzedają tam figurki z kości słoniowej lub czegoś, co ją imituje. W punkcie informacji turystycznej na gablotce z pamiątkami jest fajny napis „Jedynie słonie mają prawo do kości słoniowej”. Nawet jeśli to imitacja, to i tak strażnik na granicy nie musi o tym wiedzieć i napytasz sobie kłopotów, łącznie z więzieniem.

Koniec

A wcale bo nie. Polecam przeczytanie całego mojego bloga. A także opis Rwandy, jaki możecie znaleźć tutaj.


10 Komentarzy »

Wyprawa do Kibuye, cz. 1 – Jezioro, góry i hotele

Ruszamy w drogę

Ja to już tak mam, że zawsze gdy słyszę dźwięk budzika, choćbym nie wiem jak mocno spał, w tej samej sekundzie pojawia mi się od razu myśl: „Znajdź powód by spać dalej”. Tak było i tym razem. Dokładnie o szóstej rano rozległ się brzęk mojej komórki, a ja już myślałem co powiedzieć Maombiemu jako wykręt.

Na szczęście jednak się przemogłem, ogarnąłem, chwyciłem spakowany dzień wcześniej plecak i wyszedłem z domu. O szóstej rano wschodzi tu słońce, a zawsze chciałem to zobaczyć. Okazało się jednak, że widok jest taki, o jakim mi opowiadał Robert – widok jest taki, że nic nie widać. Ponoć dzień w dzień wczesny ranek to jedna wielka mgła, tak było i tym razem.

 

To nie pustynia, a boisko, które codziennie przemierzam w poprzek

To nie pustynia, a boisko, które codziennie przemierzam. Zazwyczaj w tle widać budynki.

 

Po omacku dotarłem jakoś na nasz przystanek autobusowy, gdzie czekał już na mnie Maombi. Żeby zbędnie się nie rozpisywać etap ten ujmę w słowach: i pojechaliśmy najpierw do Kigali. No może jeszcze dodam, że diabelnie mi się spać chciało.

Dodać musiałem, bo na miejscu okazało się, że bus z Kigali do Kibuye odjeżdża w południe. Niepotrzebnie się więc zrywałem – myślę sobie.

Maombi wykombinował, że musimy pojechać na inny dworzec, ten większy, który już Wam pokazywałem, jak pierwszy raz odwiedziłem Kigali na własną rękę. Dworzec jest dość daleko, więc bierzemy dwa motory (z kierowcami) i jedziemy. Przyznam się, że nigdy dotąd nie siedziałem nawet na motorze i nie wiem teraz czy mi się to podoba. Nie ma się czego trzymać, a motocykliści pędzą w moim mniemaniu jak szaleni, przepychając się przez liczny już tłum samochodów, ludzi i innych motocykli. Ledwo zerkam na Maombiego wbijając paluchy w mini uchwyt pod moim tyłkiem, a luzak sobie siedzi trzymając ręce na swoich udach.

Ale dojechaliśmy. Na dworcu dość szybko znajdujemy bus, który będzie nas kosztował 4000 franków (8 dolarów). Maombi coś tłumaczy, że będą problemy, ale ruszamy więc chyba wszystko gra.

Usiadłem dość niewygodnie, straszny ścisk, co więcej smród i mgła za oknem. Dopada mnie delikatnie choroba lokomocyjna więc spuszczam głowę na oparcie przede mną i korzystając z tego, że nadal mnie męczy senność, próbuję zasnąć. Trud nadaremny ale jadę tak spory kawałek drogi.

Gdy w końcu podnoszę głowę, przeżywam pewne zaskoczenie. Rwanda wygląda już inaczej i robi się z kilometra na kilometr jeszcze bardziej różna od tego co znam z widoku wokół Nyamata. To co dotąd w Nyamata nazywałem górami, teraz zaczyna wydawać się pagórkami. Tutaj to są dopiero góry i wraz z trasą robi się coraz stromiej, coraz głębiej, coraz bardziej przepastnie. Zza jednego pasma górskiego wyłania się następne i następne. Droga wije się po zboczach, często na skraju urwisk, przeskakujemy wysoko zawieszonym nad rzeką mostem z jednej góry na drugą. Aż żal, że jest ścisk, że nie siedzę przy oknie, a aparat jest gdzieś głęboko schowany w moim plecaku gdzieś wciśniętym pod siedzenie.

Żal tez i strach jazdy kierowcy. Pod górkę, z górki, na skraju drogi tuż nad stromym zboczem bez żadnej barierki zabezpieczającej. Samochód pędzi jak szalony kołysze się tak, że co chwila mam wrażenie, że w najlepszym wypadku wylądujemy na boku, a w najgorszym gdzieś daleko poniżej drogi. Kładę więc głowę z powrotem na oparciu fotela i nie chcę tego widzieć.

Po jakimś czasie bus się zatrzymuje, a Maombi mówi, że wysiadamy? Kibuye? – pytam. Nie, tu musimy wysiąść i czekać na kolejny bus. Kiedy przyjedzie? Nie wiadomo, czy w ogóle coś przyjedzie, ale trzeba być dobrej myśli. Stoimy więc w jakieś naprawdę małej wioseczce raz z tłumem innych ludzi. Zapewne też czekają na to samo co my. Jak zwykle budzę poruszenie wśród ludzi, ale zaspany niespecjalnie się tym przejmuję.

Dość szybko podjeżdża samochód, na którym napisy mówią, że należy do służby więziennej, kierowca przytrzymuje się i mówi coś w kinyarwanda, z czego rozumiem tylko dobrze znane mi słowo muzungu – biały człowiek. Maombi wyszedł przed tłum i tłumaczy, że chcemy się dostać do Kibuye. Szofer mówi wszystkim czekającym by wskakiwali na pakę więźniarki. Za wyjątkiem mnie. Wyprasza kogoś z szoferki i każe mi usiąść koło siebie. Czy ja już wspominałem, że muzungu jedną z fajniejszych rzeczy w Rwandzie jest to, że biali co chwila trafiają na jakieś przywileje?

Szoferka więźniarki w porównaniu z busem to naprawdę niezły luksus, więc wyciągam aparat i robię zdjęcia. Trochę trzęsie, więc niektóre są nieostre, ale i tak Wam pokażę.

Zaczyna się pora deszczowa i Rwanda staje się coraz bardziej kolorowa

Zaczyna się pora deszczowa i Rwanda staje się coraz bardziej kolorowa

Aż dziwię się, że to co do dzisiaj widziałem, nazywałem górami. To są dopiero góry!

Aż dziwię się, że to co do dzisiaj widziałem, nazywałem górami. To są dopiero góry!

Kiwu

Po pewnym czasie kolejnej szaleńczej jazdy spomiędzy góry wyłania się w końcu jezioro Kiwu.

Jezioro Kiwu (Kivu)

Jezioro Kiwu (Kivu)

Muszę zapytać kierowcy czy to na pewno Kiwu (on odpowiada, że tak), bo widok wcale nie jest jak widać na początku taki imponujący. Jezioro Kiwu to jedno z największych liczb Afryki. Nie będę podawał liczb, ale spróbuje to jakoś Wam zilustrować: wyobraźcie sobie jezioro Śniardwy i Mamry i połączcie je ze sobą w jeden wielki zbiornik. Potraficie to sobie wyobrazić? Ja nie, ale udawajmy dla dobra opisu, że potrafimy. Wielki zbiornik wodny, że ho-ho, którego drugiego brzegu w żaden sposób nie widać. Jeśli już to sobie wyobrażacie, pomnóżcie jego powierzchnie dwanaście razy. Dodajcie do tego kolejne pięćdziesiąt kilometrów kwadratowych i otrzymacie powierzchnię Kiwu.

Po horyzont góry i woda

Po horyzont góry i woda

 

Zatem to co widać, to zapewne dopiero jedna z zatoczek wielkiego jeziora, które gdzieś daleko na horyzoncie rozpływa się dalej pomiędzy kolejnymi wcinającymi się w jego linię brzegową górami.

Jesteśmy w Kibuye

Docieramy w końcu na miejsce, a moja radość z darmowej podwózki okazuje się nietrafna. Strażnik więzienny jadący na pace z kałasznikowem w ręku prosi mnie o trzy tysiące franków. Aż żal takiemu odmówić. Przez chwilę zastanawiam się czy poprosić o fakturę, czy jednak tłumaczyć potem MSZ-owi dlaczego w tym wypadku jednak z niej zrezygnowałem.

Kibuye to średniej wielkości miasteczko, około 40 tysięcy mieszkańców. Podczas gdy Nyamata to po prostu jedna główna droga i rozpajęczone od niej mniejsze dróżki, kształt Kibuye wyraźnie podyktowany jest przez wyrastające wszędzie góry i wzgórza oraz brzeg Kiwu. Na początku zabudowania przypominają typowe biedne domostwa Rwandy, ale Maombi po szybkim śniadaniu zabrał mnie nad jezioro gdzie chodziliśmy od hotelu do hotelu.

Maombi w Kibuye

Maombi w Kibuye

Takie widoki mają mieszkańcy Kibuye.

Takie widoki mają mieszkańcy Kibuye.

Widoki są niesamowite. W taflę jeziora co chwila wcinają się zbocza kolejnych wzgórz, w oddali z wody wystają stożkowate wyspy będące niegdyś na pewno wulkanami. Za jednym pasmem góry widać kolejne i kolejne.

Przydrożny las pachnie drzewami iglastymi. Do tego mnóstwo potężnych drzewiastych kaktusów, sukulentów i różnokolorowych drzew liściastych. I oczywiście palm. Co chwila wzdłuż drogi biegnie wyłupane przez budowniczych zbocze góry z pięknymi różnokolorowymi warstwami skał.

Jezioro w większości oglądamy z wysoka, trudno jest dojść do samego brzegu. Tam gdzie jest to możliwe, stoją hotele, a za wejście na ich mini plaże (długości 10 metrów) trzeba płacić. Nie ma spodziewanego przez mnie widoku hotelowych kurortów, gdzie jeden hotel zasłania kolejny. Od jednego do drugiego musimy przemierzyć nieraz kilka kilometrów wijącymi się drogami; pod górkę i potem w dół. Ale nie żałuję, bo cały czas towarzyszą nam widoki, że dech zapiera.

Hotel Golf

Hotel Golf

Kolejny z hoteli. Przy okazji widać już ogrom jeziora Kiwu. Na horyzoncie wystający z wody wulkan.

Kolejny z hoteli. Przy okazji widać już ogrom jeziora Kiwu. Na horyzoncie wystający z wody wulkan.

 

Jezioro, za jeziorem las. Za lasem jezioro. Za jeziorem góry, za górami, góry...

Jezioro, za jeziorem las. Za lasem jezioro. Za jeziorem góry, za górami, góry...

W tle cały czas jest rozmyta, ledwo widoczna linia odległych najwyższych szczytów. Jeszcze nie wiem, że tam także dzisiaj dotrę.

W końcu w jednym z hoteli udaje nam się dojść do samej wody. To całkiem elegancki pensjonat należący do betanek. Nie odpuszczam sobie okazji by choć zamoczyć nogi. Dno jest bardzo kamieniste ale nic to. Pływać jednak nie będę, bo pływać nie umiem. Woda jest jednak bardzo ciepła.

Taką łódeczką można sobie popłynąć do restauracji położonej na jednej z wysp w tle.

Taką łódeczką można sobie popłynąć do restauracji położonej na jednej z wysp w tle.

Oni zaraz tam popłyną. Ludzie to mają kasiore...

Oni zaraz tam popłyną. Ludzie to mają kasiore...

Jeszcze inne łódeczki

Jeszcze inne łódeczki

Koniec zwiedzania hoteli. Wracamy powoli do centrum Kibuye, gdzie postaramy się złapać jakiś bus do obozu dla uchodźców, dokąd zmierza Maombi. Przedtem zahaczamy o tutejszy rynek. Maombi mówi, że na śniadanie zjemy chleb z wodą, bo nic innego w obozie nie ma, więc postanawiam nakupić trochę różnego jedzenia i napojów. Nie będę się przecież zjawiał z pustymi rękoma.

Zmęczony zostawiam Maombiego na targu, idę na przystanek autobusowy i rozkładam się wygodnie na murku z nadzieją, że może jednak zasnę – wciąż jestem niewyspany, choć powoli o tym zapominam.

A tą panią już znacie z poprzedniego wpisu ;) Młoda Einstein myśli nad kolejną rewolucyjną teorią.

A tą panią już znacie z poprzedniego wpisu 😉 Młoda Einstein myśli nad kolejną rewolucyjną teorią.

Przystanek autobusowy w Kibuye

Przystanek autobusowy w Kibuye

 

Pojawia się Maombi i rozmawia z innymi ludźmi czekającymi na autobus do obozu (wszyscy tu się znają, nawet Maombi, choć już w obozie nie mieszka). I okazuje się, że nie jest dobrze. Jest dopiero godzina 15 z minutami, a najbliższy i jedyny dziś autobus odjedzie o 22. Faktycznie nie jest dobrze, to siedem godzin czekania.

Idziemy więc coś zjeść i zastanawiam się co tu z tym zrobić. Pytam Maombiego czy nie da się tam przespacerować (choć zupełnie mi się nie chce po tych kilku kilometrach wzdłuż brzegów) i Maombi tylko się śmieje. Pokazuje mi całkiem pokaźnych rozmiarów górę i mówi, że obóz jest za nią i jeszcze kolejną. Odchodzi mi ochota na spacer.

Na wszelki wypadek pytam ile kosztuje przejażdżka motorami. Pięć tysięcy franków (10 dolarów) więc nie mało. Siadamy i czekamy więc. Zresztą MSZ jeśli dobrze pamiętam przykazał by z ich pieniędzy zawsze wybierać najtańszy z możliwych środek transportu.

Po dwóch godzinach wiercenia się na murku mam już dość. Mam nadzieję, że „najtańszy” można interpretować jako „najtańszy dostępny w rozsądnym okresie czasu”. Za godzinę zajdzie słońce, a potem w ciemności będziemy musieli jeszcze siedzieć kolejne cztery godziny. W obozie znajdziemy się późną nocą, więc nici ze zwiedzania.

Decyduję się jednak, że weźmiemy te motorki póki jest jeszcze słońce na niebie. Zwłaszcza, że kierowca zgadza się wystawić fakturę (motory w Kigali nie dały żadnego papieru, bo jak powiedzieli, akurat im się druczki skończyły).

Ruszamy do obozu, z którego sprawozdanie zdam w kolejnym wpisie. Tam to się będzie dopiero działo.

Komu w drogę, ten wsiada na motor. Do zobaczenia w obozie ;)

Komu w drogę, ten wsiada na motor. Do zobaczenia w obozie 😉

8 Komentarzy »