Posts tagged Zdrowie

Agathe jest chora czyli o służbie zdrowia słów kilka

Pisane 4 sierpnia, w poniedziałek w polski wieczór, a rwandyjską noc

Pierwszego dnia znajomości, gdy z Agathe i Paulem jeździliśmy po mieście Kigali, Agathe powiedziała, że boli ją gardło.

Pod wieczór miała już straszną chrypkę i zapytałem ją czy pójdzie do lekarza. Powiedziała, że nie. Tutaj za każdą wizytę u lekarza trzeba płacić, powiedziała.

Oddałem jej wszystkie swoje cholineksy, bo powiedziała, że nic nie ma i że nie kupi. W Nyamata widziałem aptekę i nie wyglądała jak wyglądają apteki. Kilka płóciennych woreczków zapewne z jakimiś bardziej i mniej skutecznymi środkami.

Następnego dnia poprosiłem Agathe by poczęstowała mnie moimi cholineksami, bo sam też zaczynam się nie najlepiej. Ale bez paniki, po prostu gardło.

W międzyczasie Agathe zdecydowała się jednak pójść do lekarza, a ja zapytałem czy mogę iść z nią, bo chcę zobaczyć tutejszy szpital. Może to nierozsądne – tu ludzie mogą chorować i na tyfus, i na AIDS, trąd… – ale poszliśmy.

Szpital niczym się nie wyróżnia wizualnie od innych zabudowań. Kilka parterowych budynków, pomiędzy nimi laterytowa ziemia, pojedyncze drzewa. Nawet nie ma tabliczki, że to szpital.

Wizyta u lekarza powinna kosztować 20000 franków czyli po dzisiejszym kursie 76 złotych. Niemało. Ale akurat lekarza już nie było.

Agathe postanowiła odwiedzić swoją przyjaciółkę leżącą na oddziale. Zajrzałem do jednego budynku i widok był jak z filmu „Angielski Pacjent”: sala, a na niej łóżka porozdzielane byle jakimi, szmacianymi przepierzeniami.

Agathe zawołała mnie abym wszedł z nią do oddzielnej salki, w której leżała jej przyjaciółka, ale szybko pod pretekstem, że się duszę stamtąd wyszedłem. Nie wiedziałem na co choruje i czy czymś się nie zarażę, a poza tym w sali był dziwny, zatrważający zapach. Na łóżku leżała jej przyjaciółka obejmując malutkie dziecko.

Potem mi Agathe powiedziała, że ona jest znów w ciąży i że ciąża jest zagrożona.

Wracając do naszych gardeł, dziś z Agathe urządziliśmy sobie zawody w bulgotaniu. Agathe słabo mówi po angielsku, a mi akurat brakowało tu słownictwa. Przygotowałem miksturkę, jakiej nauczyła mnie doktor w Polsce. Do szklanki wody wlać dużą łyżkę wody utlenionej, dopełnić zwykłą wodą (w Afryce: wodą butelkowaną; tu jest kilka rodzajów wody, ale napiszę o nich więcej jak już je dobrze poznam). I płukać tym gardło.

Wyszliśmy na podwórko i pokazałem jej co ma z tym robić zamiast to wypijać. Śmiała się strasznie, a i chyba Nelly podglądała mnie przez okno bo też zaczęła się zanosić śmiechem. Agathe szło z tym kiepsko – wlewała do ust i po sekundzie właściwie wypluwała – a nie potrafiła zrozumieć jak jej mówiłem by trzymała to w ustach jak długo da radę, więc powiedziałem, że są zawody kto dłużej będzie bulgotał. Teraz było już lepiej, ale i tak wygrałem.

Komentarze wyłączone

Do wyjazdu miesiąc i 8 dni

Wpis poruszy po krótce kilka spraw, jakie uzbierały się przez weekend. Nie wiedziałem jaki dać tytuł. Może być taki?

Nie uwierzycie, ale znów jestem chory. Znów angina, zatem raczej nazwałbym to niewyleczniem do końca poprzedniej infekcji. Jutro się chyba poddam i pójdę w końcu do lekarza.

Zdjęcia do gazety zrobione. Tak jak pisałem, jak będzie już artykuł, dam znać. Jeśli sam będę wiedział, bo autorka jutro wybywa z  Polski i o publikacji artykułu i jej miejscu zdecyduje ktoś inny, w tej chwili dla mnie anonimowy.
Zatem może jak ktoś zobaczy coś o mnie w „Teraz Białystok”, „Kurierze Porannym” lub „Gazecie Współczesnej” mógłby mi dać znać? 😉

Wszyscy ponoć ustawiają się dziś w długaśne kolejki po jakąś książkę, a do mnie dziś dotarła paczka z MSZ z książką. Pieczone gołąbki… Nie wiem czy to ta sama książka, ale jestem szczęśliwy. To poradnik „Polak za granicą” dostępny w Internecie. Tyle, że ja oczywiście dostałem wersję papierową. Ponad 700 stron opisów wszystkich krajów świata!
W paczce ponadto był też poradnik dla wolontariuszy polskiej pomocy, ale przyznam, że na razie obejrzałem go pobieżnie.

Udało się w końcu założyć blog dla pozostałych wolontariuszy Polskiej Pomocy. Znaleźć go można pod adresem http://wolontariat2008.wordpress.com/ i w RSS w panelu bocznym mojego bloga. Na razie jest tylko jeden artykuł Judyty; wszyscy inni autorzy powoli się rejestrują. Mam nadzieję, że blog nabierze tempa.

Wczoraj w Wiadomościach TVP pokazano krótki reportarz z Rwandy. Fajnie zobaczyć kraj do którego się jedzie 🙂 Relacjonowano uroczystość nadania imion 20 gorylom górskim. I tu się nadaża okazja do wstawienia jednego z moich ulubionych zdjęć 🙂

Młody goryl górski

Mam więcej zdjęć małych gorylków, na wszystkich wyglądają równie super 🙂

Turystyka związana z obserwacją goryli górskich to jedna z ważniejszych gałęzi gospodarczych kraju; dlatego też między innymi wczoraj ta uroczystość – taki happening. Im więcej media powiedzą, tym więcej turystów przyjedzie.

Ja niestety sobie nie pooglądam 😦 Raz, że rezerwaty są w dokładnie drugim końcu kraju (co prawda małego), dwa, że wstęp ponoć kosztuje 500$. No ale nie jadę przecież do Rwandy wypoczywać 😉 Może kiedyś załapię się jako wolontariusz pomagający tym zwierzętom? 😉

Komentarze wyłączone

Nowy pomysł na walkę z malarią

OkładkaW pierwszy tydzień istnienia tego bloga, zostałem wirtualnie odwiedzony ponad dwa tysiące razy. Nie spodziewałem się takiego zainteresowania, ale przyznać muszę, że analizując wyniki wyszukiwania po jakich trafiają do mnie odwiedzający, spora część osób szuka informacji o Mateuszu.

Wczoraj udzielałem wywiadu dla prasy 🙂 Niestety jeszcze nie wiem w jakiej konkretnie gazecie artykuł się ukaże. Albo będzie to Teraz Białystok, albo Kurier Poranny, albo Gazeta Współczesna (wymieniam w kolejności prawdopodobieństwa). Jak będę wiedział coś więcej, napiszę. Jeszcze na jutro jestem umówiony na sesję zdjęciową, bo w aparacie Pani Redaktor (zresztą byłej wolontariuszki SPEK, więc się znamy nie od dziś / zauważyłem, że jest bardzo podobna do Gosi Łokaj, która wyjeżdża do Ugandy) padły baterie.

Dziś o 12.00 w Wiadomościach TVP usłyszałem, że brytyjscy naukowcy wynaleźli nową metodę walki z malarią. Planują stworzyć genetycznie zmodyfikowaną wersję komara widliszka, w której zarodziec malarii nie będzie w stanie się namnażać. Komar ma wyprzeć ze środowiska „starszą” wersję i problem malarii się rozwiąże z powodu wyeliminowania wektora. Laboratoryjnie już im się to udało.

Szukałem coś na ten temat w sieci, żeby Wam podlinkować, ale znajduję tylko informację sprzed ponad roku. Czyżby Wiadomości odgrzewały starocia? Nieważne. Ważne,  że coś się z tym robi i o tym mówi.

Na malarię co roku umierają 3 miliony ludzi, głównie dzieci z Afryki. Ale umrzeć może każdy, nawet Ty czytelniku. Roznosi ją komar widliszek, obecny także w Polsce. U nas nie jest on skutecznym wektorem z powodu chłodnych zim, co uniemożliwia zarodźcowi malarii przejście pełnego cyklu rozwojowego. Nie oznacza to jednak, że taki stan rzeczy będzie trwał zawsze. Malaria naturalnie w Polsce występowała do 1964 roku, potem przyszło ochłodzenie. Jednak jeśli wierzyć, że klimat się ociepla, powrót tej choroby to tylko kwestia czasu.

Ponadto, choć biura podróży nie piszą tego w ulotkach reklamujących wycieczki, wyjeżdżając do ciepłych krajów jak najbardziej jesteście zagrożeni malarią. Także np. na południu Włoch, nie mówiąc już o popularnych wycieczkach do Tunezji czy Egiptu. Paweł opowiadał, że jak był wolontariuszem na Sri Lance, niemal wszyscy przechorowali malarię (malaria to choroba śmiertelna, ale na szczęście nie zabija zawsze).

Na malarię nie można się zaszczepić. Można tylko dzień w dzień brać leki antymalaryczne, ale one zmniejszają jedynie ryzyko zachorowania. Ponadto trzeba spać pod moskitierą, ubierać się na biało (komary lecą do ciemnych ubrań), unikać wychodzenia z domu o zmierzchu, stosować silne repelenty przeciw owadom. A i tak nie oznacza to 100% gwarancji bezpieczeństwa. Wyobrażacie sobie żebyście musieli dzień w dzień stosować się do tych zasad?

A afrykańczycy po prostu tak żyją. I mimo to umierają. Problemem jest świadomość (np. nie wszyscy mieszkańcy globalnego południa kojarzą malarię z komarem, więc nie chronią się przed nim) i jak zwykle pieniądze. W czasie mojego około studniowego pobytu w Rwandzie na leki malaryczne wydam ponad 1600zł. Mi za leki zapłaci MSZ, ale jeśli ktoś w Afryce zarabia dolara dziennie, oznacza to, że na przeżycie całego roku ma 365 dolarów = 800 PLN. Dwa razy mniej niż MSZ wyda na moje tylko sto dni profilaktyki antymalarycznej.

Genetyczne uniemożliwienie widliszkowi roznoszenia malarii zatem brzmi tutaj jak zbawienie i wszyscy powinni chyba temu pomysłowi przyklasnąć. Komar przeżyje, malaria zniknie, a przede wszystkim przestaną umierać ludzie. Super?

Nie według ekoterrorystów. Już pojawiają się ich głosy protestu, że człowiek nie powinien genetycznie ingerować w naturę, bo nie wiadomo, czy nie wyrządzi to więcej szkód niż pożytku. I trzy miliony ocalonych ludzi rocznie nie ma tu znaczenia…

2 Komentarze »