Posts tagged telecentrum

Jak działa NTC. Jeszcze raz.

Dwa tygodnie temu moje zmęczenie Nyamata Teleservice Centre osiągnęło apogeum. Nie zdarzyło się tak naprawdę w tym dniu nic wyjątkowego. Ot, podłączałem rano dwa kolejne komputery i liczyłem sobie porażenia prądem. Doliczyłem czternastu i poszedłem na spacer zostawiając robotę rozgrzebaną. Wróciłem dokładnie na zajęcia żeby zobaczyć, że przegapiłem jak przez noc ktoś sobie wziął myszki od dwóch innych komputerów. Do tego podkręciłem się jeszcze sam licząc czas ile czekałem na usmażenie jajecznicy (zajęło to kuchni pół godziny) i efekt gotowy. Wysłałem do Paula SMS z treścią, że mam dość całego NTC i wziąłem się za prowadzenie kursu. Paul próbował zadzwonić  z pytaniem co się stało, ale nie odbierałem telefonu. Bo nie stało się nic nowego. Kolejny dzień jak zwykle, tyle, że ile można wytrzymywać przy takiej powolności ludzi, przy takiej koordynacji działań i traktowaniem mnie jako w najlepszym wypadku powietrza. Te ostatnie to przytyk do zabierania sprzętu i krzeseł tuż przed zajęciami, bo jest on akurat potrzebny w restauracji gdzie zjawiło się więcej gości.

To wymaga dłuższej rozmowy niż przez telefon i w końcu z Paulem ustaliliśmy, że pogadamy wieczorem w domu. Gdy przyjechał, wygarnąłem mu wszystko – spokojnie bez podnoszenia głosu, ale jednak – co mi się tutaj nie podoba.

O tym, że w Europie jak kurs się zaczyna o 12:00, to kursanci zjawiają się na 15 minut przed, a nie dwie godziny po i do tego mają pretensje jak mówię, że nie mogę zostawić reszty grupy, by się nimi zająć i nadgonić.

O tym, że w domu jajecznicę robię w 3 minuty plus góra pięć na przygotowanie składników, a nie w pół godziny.

O tym, że w naszym SPEKu komputery nie kopią osób je dotykających, a już na pewno nie szklane monitory.

O tym, że jak w SPEKu postawiono komputery nie wiem kiedy, to cały czas stoją w tym samym miejscu i nie znikają codziennie.

O tym, że każdy kursant ma krzesło. Nikt nie w chodzi i bez pytania zabiera wszystkie krzesła, bo są akurat potrzebne w innym miejscu. Krzesła bierze się z miejsc gdzie nie są właśnie używane, a zabieranie mi ich w czasie kursu uważam za pokazanie mi jak istotne dla nich są szkolenia, które tu prowadzę.

O tym, że w Polsce sztućce w restauracji są bez węglanowych zacieków, a sos bez włosów i owadów.

I o wielu innych rzeczach przez które nazwanie NTC miejscem klasy VIP to zwykła kpina.

A gdy już to wszystko powiedziałem, słuchałem Paula odpowiedzi i z minuty na minutę coraz bardziej żałowałem swoich słów.

* * *

Paul zaczął od początku istnienia NTC. Opowiedział jak rząd rwandyjski pilotażowo wspomógł cztery telecentra w Rwandzie, w tym właśnie te w Nyamacie. I że po roku wspierania finansowego, gdy wsparcie się skończyło tylko NTC przetrwało. Wszystkie inne upadły i zostały zamknięte.

Przy czym telecentrum w Nyamacie jako sama pracownia komputerowa w żaden sposób nie jest samoutrzymujące się. Był jako taki dochód na pokrycie opłat za prąd i pensji Innocenta dopóki działał Internet. Ludzie przychodzili posurfować po sieci, płacili za to i jako tako to funkcjonowało. Bez przychodu, ale i bez strat. Niestety też bez pieniędzy na amortyzację. Antena od Internetu nie działa już około pół roku, a raty kredytu na 10 tys USD za nią spłacać i tak trzeba. Do tego diabelnie wysoki koszt prądu – Rwanda nie jest w tej kwestii samowystarczalna i kupuje go od państw sąsiednich lub wytwarzany jest z generatorów paliwowych. Ponadto biznes komputerowy, oparty na dostępie do prądu jest bardzo niepewne. Prądu co chwila nie ma, więc i nie ma biznesu. Póki Innocent prowadził płatne kursy dla mieszkańców jakieś pieniądze były, choć też nie starczące na utrzymanie tego wszystkiego. Teraz gdy prowadzę szkolenia za darmo, NTC nic z tego nie oczywiście finansowo nie ma. A za prąd z czegoś zapłacić trzeba. Z czego?

Z restauracji. Gdyby Paul jej nie wybudował, niechybnie skończył by jak i pozostałe telecentra. Restauracja, jej kuchnia i związane z nią szkolenia w wynajmowanej różnym innym organizacjom sali dają dochód nie tylko na pokrycie kosztów restauracji, ale właśnie i pracowni komputerowej. Pracownia, choć daje Paulowi duży prestiż, pozwala się nią chwalić gdzie tylko może, sprawia, że Paul jest zapraszany do wielu inicjatyw informatycznych w kraju, generuje jedynie straty.

Ba. Pracownia nie ma krzeseł. Wraz z początkiem działalności NTC rząd obiecał dostarczenie niezbędnego sprzętu, ale skończyło się na afrykańskim „we will”. Krzesła wszelkie należą do restauracji i gdy jest więcej gości, pracownicy jej po prostu przychodzą po swoje. Gdy gości jest jeszcze więcej, idą wypożyczyć je za opłatą ze szkoły. Jeśli ich nie wezmą ode mnie, będą musieli zapłacić.

Na moją mityczną jajecznicę czekam pół godziny, bo nie ma patelni i innych naczyń. Gdy ją zamawiam, muszą z garnków wyjąć coś innego lub poczekać aż to się dogotuje lub usmaży. Umyć i zająć się moim daniem. (Jak się potem okazało włosy w jedzeniu to strzępki czyściwa, już je zmienili, bo nie tylko ja na to się skarżyłem i faktycznie włosów już nie widuję).

* * *

Po tej opowieści, w której Paul też opowiadał jak ciągle na wszystko nie ma pieniędzy, poczułem się jak rozpasany bałwan z Europy, który zapomniał gdzie jest. Zapomniał, że to środek Afryki, kraj podnoszący się po ludobójstwie, kraj w którym dochód narodowy na głowę mieszkańca jest najniższy na świecie, zajmuje też hańbiące ostatnie miejsca w wielu innych rankingach, a przeciętny mieszkaniec zarabia mniej niż dolar dziennie, ale nie narzeka i haruje jak może od szóstej rano do 22:00. W którym bose dzieciaki na boisku kopią piłkę zrobioną ze sznurka i papieru, a ludzie spędzają noce bez światła i świeczek, bo ich na nie nie stać.

Na Paula budowie od miesiąca nie została położona ani jedna cegła, zapewne z braku pieniędzy na zakup ich lub opłacenie ekipy budowlanej.

* * *


Paul jednak oficjalnie cały czas powtarza, że wszystko jest OK. Afrykańska – może rwandyjska – natura nie pozwala mówić inaczej. Przyznanie się do kłopotów to tutaj hańba. O wszystkim opowiedział mi w cztery oczy po moich pretensjach, ale nigdy nikomu nie powie otwarcie jak jest naprawdę. Któregoś dnia Paul wziął mnie stronę i po cichu zapytał czy mógłbym pożyczyć mu pieniędzy bo nie ma. Obiecał, że odda, bo na koniec tygodnia  dostanie czek za wynajęcie sali dystryktowi na szkolenie, ale pieniędzy potrzebuje już dziś na zapłacenie pensji pracownikom.

Powiedziałem zgodnie z prawdą, że pieniądze jakie mam należą do ministerstwa i nie mogę bez ich zgody tak nimi dysponować. Powiedziałem, że wyślę maila i na pewno się zgodzą (lub nie). Tu stanowczo zaprotestował, że to jest sekret tylko pomiędzy mną, a nim. A już na pewno nie może o żadnych kłopotach finansowych wiedzieć polskie ministerstwo. Paul liczy, że w przyszłości uda się jeszcze zrobić jakieś wspólne projekty i ministerstwo nie może wiedzieć, że NTC ma jakiekolwiek problemy. Według niego dobry partner to partner bez problemów.

Powiedziałem, że to nie tak. Że tak jest może w normalnym biznesie, ale MSZ daje pieniądze po to by pomagać tym, którzy tej pomocy potrzebują, a nie tym, komu się dobrze wiedzie. Paul jednak zrezygnował z pożyczki i powiedział żebym w żadnym wypadku nie mówił MSZ jak ciężko tu jest naprawdę.

* * *

Jak widzicie Paulowi słowa nie dotrzymuję, ale w dobrej wierze. Zatem cicho sza, jakby co, to nic nie napisałem. Ale po prostu uważam, że winny jestem Wam wyjaśnienie jak naprawdę jest w Rwandzie. Gdy zapytasz kogokolwiek amakuru (jak się masz), zawsze usłyszysz niemeza (bardzo dobrze). Prawdy jak jest ciężko nigdy się nie dowiesz.

Zapytałem wczoraj Scholę co słychać u jej dzieci. Powiedziała, że wszystko dobrze. Potem się dowiedziałem, że od wczoraj są w szpitalu. Oba maluchy – jeden trzy lata, drugi czztery miesiące – leżą tam na malarię.


12 Komentarzy »