Posts tagged szpital

Tak na szybko

  1. W czwartek wypisali mnie  ze szpitala. I dobrze, bo nieźle się tam nudziłem. Rwandyjczycy w Kigali (albo po prostu w szpitalu) są inni niż w Nyamata. Mniej kontaktowni, więc całe dnie tylko leżałem. Prawie mnie nikt nie odwiedzał. Teraz  biorę leki na malarię i salmonellozę, ale już jest supcio.
  2. Po wyjściu ze szpitala okazało się, że właśnie skończył mi się abonament na internet. Trzeba więc było wrócić znów do Kigali i zapłacić, a Paulowi się nie spieszyło (15 września będą tu wybory parlamentarne i Paul jest lokalnym organizatorem kampanii wyborczej; jest cały czas zajęty, choć od dawna wiadomo, że właśnie ta partia wygra wybory, kiedyś to opiszę). W końcu dziś pojechałem busem z Robertem i na miejscu się okazało, że salon dziś czynny tylko do 12:00. Na szczęście chwilę później się okazało, że doładowanie na internet to to samo co doładowanie komórki pre-paid. Kupiliśmy kartę za 20000FRW (około 40USD) od chłopaka na ulicy, doładował, pokazał jak to potem robić samemu w Nyamata i nawet wystawił fakturę.
  3. Udało mi się kupić pocztówki! Ale było to niemiłosiernie trudne. Oni tu nie wiedzą co to jest postcard. Gdy tłumaczysz pokazują Ci laurki na urodziny i (wyjątkowo dużo tu takich) z okazji urodzin dziecka. Juz zrezygnowałem i nawet miałem zamiar taką połogową kupić dla Doroty, ale napatoczyła się jakaś nierwandyjka i powiedziała nam, że pocztówki można kupić w Caritasie. Caritas też był zamknięty, ale okazuje się, że uliczni sprzedawcy są rewelacyjni. Wyczarują ci wszystko. Jeden pobiegł gdzieś i po chwili przyniósł plik pocztówek. Niestety cena spora: 500FRW (1 dolar), kupiłem na razie 5. Żałuję bo zaraz potem zaczepił mnie inny sprzedawca uliczny, który mial takie ręcznie robione i to za 150FRW. No nic.
  4. Widzę, że rośnie mi konkurencja. Karolina, Kinga i Fabian piszą z Togo (mam nadzieję, bo na razie zaczęli, ale liczę na to, że nie skończy się na kilku postach jak na naszym wspólnym blogu), a Przemek rozpisał się nieźle na temat pobytu w Ugandzie.
  5. W piątek rano czułem się jeszcze jakbym miał znów wrócić do szpitala (zawroty głowy, kłopoty ze staniem), ale dumnie melduję, że o 14:00 wróciłem do prowadzenia zajęć.

3 Komentarze »

Agathe jest chora czyli o służbie zdrowia słów kilka

Pisane 4 sierpnia, w poniedziałek w polski wieczór, a rwandyjską noc

Pierwszego dnia znajomości, gdy z Agathe i Paulem jeździliśmy po mieście Kigali, Agathe powiedziała, że boli ją gardło.

Pod wieczór miała już straszną chrypkę i zapytałem ją czy pójdzie do lekarza. Powiedziała, że nie. Tutaj za każdą wizytę u lekarza trzeba płacić, powiedziała.

Oddałem jej wszystkie swoje cholineksy, bo powiedziała, że nic nie ma i że nie kupi. W Nyamata widziałem aptekę i nie wyglądała jak wyglądają apteki. Kilka płóciennych woreczków zapewne z jakimiś bardziej i mniej skutecznymi środkami.

Następnego dnia poprosiłem Agathe by poczęstowała mnie moimi cholineksami, bo sam też zaczynam się nie najlepiej. Ale bez paniki, po prostu gardło.

W międzyczasie Agathe zdecydowała się jednak pójść do lekarza, a ja zapytałem czy mogę iść z nią, bo chcę zobaczyć tutejszy szpital. Może to nierozsądne – tu ludzie mogą chorować i na tyfus, i na AIDS, trąd… – ale poszliśmy.

Szpital niczym się nie wyróżnia wizualnie od innych zabudowań. Kilka parterowych budynków, pomiędzy nimi laterytowa ziemia, pojedyncze drzewa. Nawet nie ma tabliczki, że to szpital.

Wizyta u lekarza powinna kosztować 20000 franków czyli po dzisiejszym kursie 76 złotych. Niemało. Ale akurat lekarza już nie było.

Agathe postanowiła odwiedzić swoją przyjaciółkę leżącą na oddziale. Zajrzałem do jednego budynku i widok był jak z filmu „Angielski Pacjent”: sala, a na niej łóżka porozdzielane byle jakimi, szmacianymi przepierzeniami.

Agathe zawołała mnie abym wszedł z nią do oddzielnej salki, w której leżała jej przyjaciółka, ale szybko pod pretekstem, że się duszę stamtąd wyszedłem. Nie wiedziałem na co choruje i czy czymś się nie zarażę, a poza tym w sali był dziwny, zatrważający zapach. Na łóżku leżała jej przyjaciółka obejmując malutkie dziecko.

Potem mi Agathe powiedziała, że ona jest znów w ciąży i że ciąża jest zagrożona.

Wracając do naszych gardeł, dziś z Agathe urządziliśmy sobie zawody w bulgotaniu. Agathe słabo mówi po angielsku, a mi akurat brakowało tu słownictwa. Przygotowałem miksturkę, jakiej nauczyła mnie doktor w Polsce. Do szklanki wody wlać dużą łyżkę wody utlenionej, dopełnić zwykłą wodą (w Afryce: wodą butelkowaną; tu jest kilka rodzajów wody, ale napiszę o nich więcej jak już je dobrze poznam). I płukać tym gardło.

Wyszliśmy na podwórko i pokazałem jej co ma z tym robić zamiast to wypijać. Śmiała się strasznie, a i chyba Nelly podglądała mnie przez okno bo też zaczęła się zanosić śmiechem. Agathe szło z tym kiepsko – wlewała do ust i po sekundzie właściwie wypluwała – a nie potrafiła zrozumieć jak jej mówiłem by trzymała to w ustach jak długo da radę, więc powiedziałem, że są zawody kto dłużej będzie bulgotał. Teraz było już lepiej, ale i tak wygrałem.

Komentarze wyłączone