Posts tagged powitanie

Jak witają się Rwandyjczycy

Właśnie ostatecznie przed publikajcą czytam drugą część opisu wyprawy do Kibuye. Zauważyłem pewien fragment, który chcę wyciąć z uwagi, że nie do końca pasuje do reszty, ale szkoda byłoby go stracić na zawsze. Zatem robię z niego krótki artykulik i oto on:

* * *

…Jak wspomniałem Maombi co chwila z kimś się witał co sprawiało, że szliśmy naprawdę wolno; może jest to zatem dobry moment by opisać jak ludzie w Rwandzie się witają. Planowałem to od dawna, bo jest to nieco inne niż w Polsce, zrobię więc to teraz.

Rwandyjczycy witając się jak na całym świecie podają sobie ręce, z tą różnicą, że w tym samym momencie lewa ręka musi złapać łokieć prawej ręki (u tej samej osoby, czyli podajemy komuś rękę i lewą ręką łapiemy się za swój prawy łokieć). Rękę drugiej osoby należy trzymać długo, co najmniej jakieś pięć sekund. Co więcej normą jest, że osoby które rękę sobie podały, nie puszczają się przez cały czas rozmowy. Stoją trzymając się za ręce i rozmawiają.

Jeśli kogoś nie widzieliśmy dłużej przed podaniem ręki kładziemy nasze dłonie na jego ramionach (druga osoba robi to samo). Jeśli z tą osobą jesteśmy w bardzo zażyłych kontaktach (przyjaciel lub członek rodziny), Rwandyjczycy niezależnie od płci obejmują się i stoją tacy przytuleni chwilę.  To jednak widziałem rzadko.

Natomiast powitania Kongijczyków aż mnie rozśmieszyły, tak bardzo są rytualne i nienaturalne. Kiedy Maombi kogoś spotka podaje mu rękę, następnie chwytają się za ramiona i stykają czołami. Na czołach ludzie mają dwa takie jakby mniej lub bardziej zarysowane guzy. Trzeba dotknąć swoim prawym guzem do prawego guza drugiej osoby i potem to samo tylko z guzami lewymi. Ale co ja się śmieję – to tak jak z naszymi pocałunkami w policzki, tyle, że oni to robią czołami i wszyscy, niezależnie od okazji i płci…


3 Komentarze »

Pierwszego dnia

Pomocy! Niech mnie ktoś stąd wyciągnie! Zabrali mi paszport i wsadzili razem z innymi muzungu do jakiejś obskurnej piwnicy, tu są skorpiony! Nie wiem co się dzieje, bo nikt nie mówi po angielsku, rozumiem tylko jak ciągle powtarzają la guerre. Wojna? Pewnie już mówią w telewizji albo i nie. Ja tu nie mam kontaktu z niczym. Zapłaciłem tysiąc dolarów jakiemuś dzieciakowi z maczetą by dał mi napisać to co piszę. Cały czas gryzą komary, leki mi też zabrali.

Żartowałem.

Nie wiem po kiego grzyba były mi te wszystkie obawy i stresy. Tu nie dość, że jest super, to jeszcze nie sprawdza się większość ostrzeżeń ze szkolenia z MSZ 🙂 Komary można liczyć na palcach jednej ręki, da wieczory za mną i nic mnie jeszcze nie ugryzło. Zamiast szoku kulturowego są fajoskie nowe zwyczaje. A ludzie są tak mili, że boję się, że któregoś dnia poczuję, że są aż za mili.

Jeden problem to brak netu. Kiedy to piszę jest 2 sierpnia, sobota, ranek, jem śniadanie. To znaczy, że za mną już dwie noce i jeden cały dzień. Nie wiem kiedy to opublikuje, Paul mówi, że modem zostanie naprawiony dopiero w poniedziałek, 4 sierpnia. Pewnie od razu wrzucę masę wpisów. Nawet jeszcze nie opublikowałem opisu podróży.

Na razie się dzieje tak mnóstwo rzeczy, że nie jestem w stanie tego wszystkiego dogłębnie opisać. Postanowiłem, że będę pisał zwięźle co się wydarzyło, a różne ciekawe aspekty rozwinę w wolnych chwilach w osobnych tematach.

A więc pierwszego dnia spałem w katolickim hostelu, obejrzałem Nyamata Teleservice Centre, pojechaliśmy do Kigali praktycznie na cały dzień, a wieczorem odbyło się party z okazji urodzin Pacifique, dziewczyny Paula, które nie ma nic wspólnego z europejskimi imprezkami.

Ok, to tyle. Na razie się czuję tak, że mógłbym mieszkać tu całe życie.

3 Komentarze »