Posts tagged kościół

Księża w czasach ludobójstwa. Jeszcze raz.

Pod moim dość głośnym artykułem „Księża w czasach ludobójstwa” pojawił się dziś w nocy bardzo dobry komentarz. Przyznam, że czekałem na coś takiego, bo jak sam napisałem w treści wpisu, opisałem tylko jedną stronę – to jak sprawa kościoła i jego udziału w ludobójstwie wygląda z punktu widzenia przeciętnego Rwandyjczyka. Chciałem dowiedzieć się co o tym mówi Kościół, jak naprawdę wyglądała pielgrzymka Jana Pawła II do Rwandy, ale niestety nie znalazłem na ten temat nic. Próbowałem przeszukać strony Watykańskie, ale wolne łącze internetowe nie dało mi na to szansy. Dlatego opisałem całość stronniczo, jednak ie ukrywając tego, że opisuję tylko pewien wycinek prawdy.

Autor komentarza, Retus zgodził się abym zamieścił go jako osobny artykuł co z przyjemnością czynię. Poniżej gwiazdek jest już tylko treść owego komentarza, bez żadnej mojej ingerencji w niego.

* * *

Artykuł jest poruszający i dobrze, że piszesz o takich sprawach. Nikt nie powinien zapominać o takich potwornościach i wypierać ze świadomości tego rodzaju kart z historii Afryki.

Kościół nie jest bez winy, ale… Nie jestem katolikiem, nie wierzę w Boga, może dlatego łatwiej mi spojrzeć z dystansu. Nie ma sensu obwiniać Jana Pawła II o to, że zrobił za mało albo nie zrobił nic. I szczegóły faktograficzne nie są bez znaczenia, tym bardziej że są do wychwycenia i weryfikacji bez trudności. W 1990 r. biskup Rzymu był rzeczywiście w Rwandzie i Burundi, natomiast w 1993 r. najbliżej dotarł do Ugandy. Wiele miejsca poświęcił wtedy w wystąpieniach zabliźnianiu ran w Ugandzie i unifikacji społeczeństwa. O państwach sąsiednich (Rwanda to przecież nie jedyny, który był rozdzierany kolosalnymi problemami, w tym etnicznymi) siłą rzeczy nie mówił. Bezpośrednio o polityce w homiliach głowy kościołów nie mogą mówić, stąd bardziej ogólne uwagi. Ale powiedział np.: Among the essential components of a sound civic life are such things as the recognition of the dignity of every human person, respect for the rights which are
rooted in that dignity – especially the right to life and the right to religious liberty – and an effective commitment to secure the well–being of the poor, the weak and the defenceless (w Kampali, 7 II 1993).

W 1990 r. Jan Paweł II przemawiał w Rwandzie kilkakrotnie – pełne teksty wiszą na stronie Watykanu; można je przeczytać po włosku lub francusku. Znamienne, że ani razu nie użył w homiliach określeń Tutsi i Hutu. O społeczeństwie mówił jako o całości, podkreślając, że przechodzi trudności, z których jednak może wyjść. Wielokrotnie podkreślał też pojęcie solidarności, wzajemnego zrozumienia – czy mógł przewidzieć, z jaką dzikością ludzie rzucą się na siebie za cztery lata? Moim zdaniem nie do końca. Czy mógł odnosić się do konfliktu Hutu i Tutsi, stając po stronie rebeliantów albo reżimu Habyarimany? Z zasady też nie. Z drugiej strony prawda, ogólne nawoływanie do dobra człowieka mogło nie wystarczyć. Ale papież to głowa przede wszystkim kościoła, a nie polityk – głowa państwa. Zresztą ani jedna ani druga rola nie uprawniały w 1990 r. do bezpośrednich ingerencji, które byłyby odebrane tym alergiczniej, że przecież to znowu byłaby wypowiedź białego Europejczyka, a i władze i ludzie w Rwandzie pamiętali, jak wiele biali misjonarze (nie tylko katoliccy) i biali urzędnicy kolonialni zrobili, by podsycać istniejące antagonizmy.

Warto do tego dodać, że papież był jednym z najpierwszych uczestników światowej sceny politycznej, którzy użyli na to, co się działo w Rwandzie, określenia ‚ludobójstwo’. O sprawie rwandyjskiej mówił wtedy dużo. Po koniec 1994 r. amerykański (więc zasadniczo niekatolicki) „Time” ogłosił go człowiekiem roku, przypominając m.in. właśnie postawę wobec konfliktu w Rwandzie.

Teraz sprawa księży… Kilkudziesięciu bezdyskusyjnie dołączyło do oprawców, brali udział w odrażających mordach. Ale przecież nie można papieża obciążać za ich działalność (to jak z Josefem Tiso w czasie wojny). Sprawa jest tu głębsza i sięga okresu po Soborze Watykańskim II, kiedy postawiono na kapłanów autochtonów, jako lepiej rozumiejących wiernych. Tyle że nie zawsze można było zweryfikować ich przygotowanie, humanizm, szacunek dla życia itp. Ten sam problem przeżywają dzisiaj np. kościoły anglikańskie, ze zgrozą patrząc na nienawistny stosunek swoich afrykańskich kongregacji i duchownych np. do sprawy gejów. Mordercy w sutannach wprawili w osłupienie nie tylko kościół, ale też duże grupy posoborowych intelektualistów; niektórzy z nich zwątpili w sensowność reform.

Tylko że morderstwa i zbrodnie księży to nie to samo, co określone tak w artykule powyżej „zbrodnie kościoła katolickiego”. Bo żeby mówić o takich, trzeba by pokazać, że episkopaty, w porozumieniu z Rzymem, na podstawie prawa kanonicznego nawołują do mordowania, do nienawiści, do zlikwidowania wszystkich Tutsi. Tak oczywiście nie było. Analogicznie, incydentalne akty przemocy ze strony pojedynczych żołnierzy AK nigdy nie staną się „zbrodniami Armii Krajowej”. Warto o tym pamiętać.

I jeszcze katolicy w Rwandzie. To oczywiście naiwność myśleć, że już ich nie ma. Mordowano w 1994 głównie Tutsich, a katolikami byli nie tylko oni, ale i znaczna większość Hutu. Zresztą na całe szczęście część Tutsich przetrwała. W 2001 r. rzymscy katolicy stanowili 56% populacji.

Dodatek prawny – kościół jest po wpadkach powojennych niezwykle ostrożny w ochronie jakichkolwiek zbrodniarzy. Tuszował sprawy księży-pedofilów, to prawda, oburzająca prawda. Ale zbrodniarze z Rwandy nie są kryci przez kościół, to pewne. Jeśli stosunek kleru do kwestii seksualnych jest nadal często bigoteryjny i ambiwalentny, to ze zbrodniami typu rwandyjskiego trudno wiązać skrycie aprobujące albo ochraniające działania Rzymu. I kropka. Dobrze uzupełnia to wpis Jacka, o ile jest wiarygodny co do danych. Kler był w 1994 i wśród oprawców, i wśród ofiar.

Jana Pawła II można krytykować; nie jestem zwolennikiem apriorycznego, bezrefleksyjnego uznawania jego wielkości. To niewątpliwie postać wyjątkowo wybitna, ale jak każda osoba działająca publicznie, nie działał zawsze bezbłędnie. Trudno mu natomiast przypisywać wszystkie winy na planecie. To i tak jeden z najaktywniej działających papieży, gdy idzie o tak egzotyczne dla kościoła jeszcze 100 lat temu kwestie, jak prawa człowieka, solidarność międzyetniczna i międzywyznaniowa itp.

Tak czy inaczej interesujący artykuł.

8 Komentarzy »

Jedno wesele, kilka bierzmowań i jeszcze więcej chrztów

U dentysty już byłem, w obozie byłem. W Kigali też. Szpital zwiedziłem kilka razy. Czas było się udać do kościoła.

Od dawna Agathe namawia mnie abym udał się wraz z nią na mszę i cały czas mówię, że kiedyś to zrobię, ale podejrzewam, że jednak nie. Nie ze względów religijnych. Otóż masz w kościele Agathe trwa cztery godziny. Brzmi to dla mnie co najmniej męcząco. Rozumiem, że Rwandyjczykom to nie przeszkadza, bo protestanckie msze są odprawiane w sposób jak najbardziej atrakcyjny, co słyszę co tydzień przez mury kościołów. Ale boję się, że masz w języku kinyarwanda niekoniecznie musi być również atrakcyjna dla kogoś, kto w tym języku mówi bardzo mało. Do tego jeszcze dochodzi stres  kulturowy: wyobrażałem sobie, że przez cztery godziny będę musiał obserwować ludzi i ich naśladować. Może to nieźle wymęczyć.

Dlatego ucieszyłem się jak Paul powiedział, że chce mnie zabrać na chrzest do katolickiego kościoła w Nyamata. W końcu zobaczę gdzie jest ten kościół, zobaczę jak wygląda msza i mam nadzieję, że trwa ona tyle samo co w Polsce (dopiero jak obiecałem, że pójdę, dowiedziałem się, że będzie trwać 1,5 godziny ale to i tak lepiej niż cztery).

* * *

Msza miała zacząć się dziś w sobotę o 13.00, ale oczywiście wyjść trzeba było na nią już o 11.00. W końcu to Afryka i jakby ktoś wybrał się do kościoła oddalonego o około 800 metrów od domu na 10 minut przed mszą, na pewno by się spóźnił.

Najpierw z Paulem zajechaliśmy po kogoś z jego rodziny. Ja zostałem w samochodzie. Paul po 10 minutach się zjawił i powiedział, że najpierw zawiezie mnie i Daniego – jego brata – a potem wróci po resztę. W rzeczywistości zwożąc ludzi zrobił w sumie trzy kursy.

Gdy wysiadłem z Paula samochodu, okazało się, że katolicki kościół w Nyamata tak naprawdę widziałem już nie  raz, jedynie nie zdawałem sobie sprawy na co patrzę. Budynek powyżej wygląda bardziej jak jakiś magazyn, ewentualnie szkoła. Tymczasem cała jego lewa strona do zielonych drzwi to właśnie kościół. Na pierwszym planie stoi brat Paula – Dani. Niestety sobie nie pogadaliśmy, bo Dani nie zna języka angielskiego i na wszystko cokolwiek bym nie powiedział, odpowiada „Ahh yes Konrad! It’s not problem!”. Cokolwiek bym nie zapytał.

Stałem sobię więc tak i czekałem aż zjawi się Paul i cała reszta gdy nagle zza zakrętu wyskoczyła rozradowana , krzycząca, klaszcząca i śpiewająca ciężarówka ludzi. Nie wiem ile na niej było osób, ja na zdjęciu doliczyłem się 26 głów, a przecież nie widać nic więcej jak tylko jedną, dwie pierwsze linie pasażerów. Tuż za kabiną kierowcy stoi pan młody i ubrana na biało panna młoda. Potem się miało okazać, że w czasie jednej mszy nie tylko odbywają się chrzciny, ale i chyba bierzmowanie oraz właśnie ślub.

Bardzo mi się to spodobało, powinniśmy się uczyć od Afrykańczyków oszczędności – całly orszak weselny mieści się na jednym samochodzie. Po co te karawany blachosmrodów? Szybko zrobiłem zdjęcie, czego nieco pożałowałem.

Ludzie na samochodzie zaczęli mi machać palcami w geście photographen verboten. Jeden z panów tak bardzo się wkurzył, że zeskoczył z samochodu i wrzeszcząc podszedł do mnie. Mówił tylko w kinyarwanda i niemal nie nie zrozumiałem (poza słowem „Pieniądze”). W tej sytuacji pozostało mi tylko się uśmiechać i udawać głupiego, że nie wiem o co mu chodzi. Próbowałem pytać stojącego obok mnie Daniego, który przejął na siebie ciężar dyskusji, ale jak mogłem się spodziewać odpowiedział tylko „Ahh yes Konrad! It’s not problem!”. Problem jednak widać był, bo rozwrzeszczanego pana przyszła oglądać cała okoliczna ludność czekająca jak i jak, jak i on na mszę. Jeden z chłopaków nieco po angielsku wytłumaczył mi, że podpity pan nie życzy sobie bym robił mu zdjęcia. Powiedziałem więc mu, aby panu przekazał, że zdjęcia nie zrobiłem.

Także jakby co – zdjęcia powyżej nie widzieliście.

W końcu Paul zwiózł już wszystkich, kogo miał zwieźć i zrobiliśmy sobie wspólne (tzn ja zrobiłem) zdjęcie z prześlicznym chrześniaczkiem. Prawda, że cudowny?

Tak oto wygląda wnętrze kościoła. Usiedliśmy w pierwszych rzędach i o dziwo byliśmy przed czasem, więc zrobiłem kilka zdjęć zanim msza się zaczęła.

Tak wygląda Paul na tle okna. Czasem nawet kiepskie oświetlenie daje możliwość ciekawych ujęć.

Msza rwandyjska przypomina właściwie nasze polskie. Mimo języka kinyarwanda rozpoznawałem najważniejsze jej elementy. Na zdjęciu powyżej ksiądz wygłasza kazanie. Podobał mi się tutaj luz z jakim to robił jak i inne czynności: wychodził przed ołtarz, przechadzał się. Chyba ma dobre poczucie humoru, bo ludzie wiele razy chichotali.

To są ministranci. A właściwie od lewej ministrant i ministrantka. Mi się wydaje, czy w Polsce wszyscy ministranci to tylko faceci? Przyznam, że dopiero dziś zacząłem się zastanawiać czy widziałem dziewczynę w takiej roli; jestem niemal pewien, że nie.

Na pierwszym planie chrzcielnica – plastikowy słój pełen wody, który ksiądz tuż przed chrztem poświecił.

To mi wyglądało na bierzmowanie, ale do tej pory nie miałem okazji zapytać nikogo czy miałem rację (z drugiej strony dopiero teraz sprawdziłem w słowniku online jak będzie to po angielsku i nie wiem czy ktoś pytany wiedział by to także). Ksiądz wzywał do siebie spośród ludzi młode osoby, te podchodziły z osobą towarzyszącą, wręczały księdzu różową karteczkę. Ksiądz obejmując osobę przemawiał chwilę do ludzi (to tu były między innymi chichoty publiczności) po czym namaszczał chłopaka bądź dziewczynę.

Potem przyszedł czas na ślub (tylko jeden). Nie trwał on zbyt długo i właściwie nie zauważyłem jakichś ciekawych rzeczy do sfotografowania. Wszystko przebiegało tak jak w Polsce. Były obrączki, nie było całowania.

Państwo młodzi mieli swojego fotografa. Korzystał z dość prostego aparatu, przypominającego rosyjskie Zorki.

I w końcu czas na chrzciny. Wszyscy chrzszczeni ustawili się w rzędzie, ksiądz ich błogosławił po czym…

…polewał głowę wodą z wiaderka. Nasz chreśniak musiał się nieźle do tego celu schylić. Muszę przyznać, że wypadł przy tym lepiej niż Giertych przed o. Rydzykiem.

Tak, dobrze się domyślacie 🙂 Paul zaprosił mnie na swój własny chrzest. Pisałem już, że Paul mówił o sobie, że jest niewierzący, ale chce zostać katolikiem (zapewne konwersja podyktowana jest zbliżającym się ślube z katoliczką Pacifique). Paul powiedział mi, że był katolikiem, przestał nim być, a teraz jak to sam określił, narodził się ponownie.

I kolejny element mszy: zbieranie datków. Tutaj pomocni byli państwo młodzi.

Mszę zdecydowanie wydłużały śpiewy chóru, zresztą bardzo ładne. Nagrałem, ale z racji wolnego łącza pokażę Wam najwcześniej jak wrócę  do Polski (mam trochę  krótkich filmików i mam taki zamiar, że po powrocie wrzuce je do Internetu). Akompaniament na keyboardzie, chór w czasie śpiewania wstaje, a wszyscy klaszczą (czego akurat na zdjęciu nie widać) i śpiewają z nimi.

Mały podglądacz. Ciekawe czemu nie wszedł na mszę.

Kolejny element mszy: komunia. Ludzie ustawiają się w rzędzie, a ksiądz przekazuje ją dla nich do rąk.

I już po wszystkim. Pojechaliśmy razem do telecentrum, gdzie zrobiliśmy sobie (a właściwie ja zrobiłem) pamiątkowe zdjęcie jeszcze raz.

3 Komentarze »