Posts tagged komary

Mity o Rwandzie

Do Rwandy przyjechałem z pewnym nastawieniem co tu mogę spotkać, które bardzo szybko zostało zweryfikowane. Wdziałem jednak w Waszych komentarzach, że także macie jakiś swój obraz tego kraju.

Co więcej kilka rzeczy, które wymyśliłem sobie po przyjechaniu też już w ciągu dwóch miesięcy się zmieniło. Wyprostujmy więc nieco obraz tego kraju.

Komary i malaria wiszą w powietrzu

Tak to mnie więcej wyobrażałem sobie przed przyjazdem. Chmary komarów, leżący na ulicach ludzie dogorywający na malarię (jak opisywał to Kapuściński), zwłaszcza, że Rwanda jest jednym z krajów najbardziej zagrożonych pod tym względem. Nikt nie wychodzi o „szarej” godzinie z domu i każdy nad łóżkiem ma moskitierę.

To najbardziej pozytywne rozczarowanie chyba 🙂 Komary widuję w liczbie jednej sztuki na kilka dni. Ponoć w czasie pory deszczowej powinno być ich zatrzęsienie, ale od kiedy się zaczęła, nic się nie zmieniło.

Miałem zamiar ze strachu stosować wieloliniową obronę przed malarią: pryskanie się repelentami, zażywanie codziennie malarone, spanie pod moskitierą i siatki ochronne w oknach.

Siatki mam (nieco dziurawe, ale znośne), biorę też malarone. Pod moskitierą spałem tylko w hostelu przez dwa pierwsze dni i potem w szpitalu. W domu jej nie mam.

Pierwszego dnia całkowicie spryskałem się repelentem, a później przez dwa tygodnie, tylko jak słyszałem brzęczenie komara w pokoju. Teraz jak słysze brzęczenie co najwyżej nakrywam się szczelniej kołdrą i zasypiam.

Paul mówi, że na malarię choruje średnio raz na dwa lata i mówi, że to straszne cholerstwo, którego nikomu nie życzy. Innocent mówi, że nigdy nie chorował.

Zdjęcie zrobiłem ot tak sobie w czasie jazdy samochodem. Dopiero potem gdy oglądałem je na ekranie komputera, zauważyłem, że w tle pod murem ktoś leży.

Zdjęcie zrobiłem ot tak sobie w czasie jazdy samochodem. Dopiero potem gdy oglądałem je na ekranie komputera, zauważyłem, że w tle pod murem ktoś leży.

Jestem jedynym białym w całym Nyamata

Też nieprawda, ale już o tym pisałem 🙂 Na początku miałem takie wrażenie, ale do dziś poznałem już bardzo dużo ludzi z całego świata, a często widze też i białych nieznajomych. Wszyscy tu są z pomocą rozwojową podobnie jak ja.

Jestem spalony na raka

Jeden raz mnie lekko piekła skóra jak poszedłem na dłuższy spacer. Jest słonecznie, ale jakoś udaje mi się uniknąć poparzeń. Jak pisałem chmury tworzą tu coś w rodzaju filtra przeciwsłonecznego, przez co jest jasno, ale nie upalnie (ale bywają i dni bz chmur). Bardzo mnie zdziwiło odczucie termiczne. Któregoś dnia gdy zakładałem, że jest idealna temperatura 21 stopni, wszedłem na stronę z prognozą pogody i bardzo się zdziwiłem widząc, że brakuje tylko jednego stopnia do trzydziestu. W Polsce nie dałoby się żyć w takich warunkach, a tu było naprawdę super.

Większość mieszkańców Rwandy to katolicy

Tu też zdziwiewnie. Wikipedia i CIA twierdzą, że katolicy to ponad połowa wierzących, ale widocznie nie mają aktualnych danych (dane CIA są z roku 2001). Przez całe dwa miesiące pobytu spotkałem tylko jedną katoliczkę (Pacifique, dziewczyna Paula). Zdecydowana większość to protestanci różnych wyznań (adwentyści, ewangeliści, kościół odnowienia i założona w Rwandzie Zion Temple). W ostatni dzień Ramadanu zauważyłem sporo muzułmanów (ale i poza tym dniem bywają widoczni).

Rwandyjczycy dzielą się na Tutsi i Hutu

Już nie. Dominuje opinia, że byli podzielieni prze ludobójstwem, sztucznie przez kolonizatorów. Obecnie wszyscy nazywają się Rwandyjczykami i oficjalnie nikt nie zwraca uwagę na to kto kim kiedyś był. Podejrzewam jednak, że to tylko trochę fasada: każdy dobrze wie kto był Hutu, a kto Tutsi, ale nikt nie chce wracać do podziałów pamiętając jak to się skończyło. Zresztą jak wspominałem jest to nielegalne. Można pytać, owszem, kto kim jest, ale nie wolno nikogo z tego powodu dyskryminować. Ludzie jednak mówią żebym nie pytał, bo to może ich drażnić, więc nie pytam. Nie wiem kto kim jest, jedynie się domyślam na podstawie opowiadanych przez nich historii rodzinnych. Na przykład Robert mówi, że jego rodzina przed ludbójstwem mudziała wraz ze swoimi krowami uciec do Ugandy – typowa historia Tutsi.

Rwandyjczycy są niebezpieczni

Bo jakby niby inaczej miało być w kraju, w którym każdy albo zabił kogoś by żyć, albo zginął?

Tymczasem jest tak, że zdecydowanie bardziej boję się chodzić po ulicach w dzień w Polsce niż w Rwandzie po zmierzchu. I wcale tu nie przesadzam. Wiele razy opisywałem przyjazność Rwandyjczyków i chęć pomagania. Bardzo, bardzo pozytywni ludzie. Przed przyjazdem mama wszyła mi od wewnętrznej strony spodni ukryte kieszonki na pieniądze. W ogóle z nich nie korzystam.

Po przyjechaniu wymieniłem kilkaset dolarów na franki i od razu porażka: dostałem tak dużo banknotów (objętościowo była to cegłówka), że nie zmieściłbym ich do żadnej kieszeni. Wrzuciłem je więc do plecaka.

Po ulicach chodzę z aparatem w ręku, laptopa zostawiam na widoku. Jak pisałem, nie wierzę by Nyamata byli złodzieje (ale ponoć w Kigali trzeba na siebie czasem uważać).

Gdzie więc ci wszyscy mordercy? Nie żyją, w więzieniach lub uciekli za granicę. Rwanda przez ludobójstwo to baradzo młody kraj. Niemal wszyscy których znam w 1994 roku mieli zaledwie kilka lat i są teraz sierotami. Te ostatnie jest smutne, jak sobie pomyślę, że mając 4 lata sttracili oboje rodziców.

Na pobliskich sawannach pasą się lwy i antylopy

Na pobliskich zawannach nic się nie pasie. Lwy, bawoły, antylopy i żyrafy ponoć są tylko w Parku Akagera (do którego zdradzę, że być może pojadę w najbliższy weekend!).

Od końca września cały czas leje

W Rwandzie są dwie pory deszczowe: wiosną i jesienią. Przy czym ta pierwsza nazywana jest porą deszczów długich, a ta druga – krótkich. I tak jest w istocie. Deszcz pada średnio co półtorej dnia i trwa około piętnastu minut. Przeważnie wieczorami lub w nocy. Deszcze są różne, od cichych i delikatnych, aż po naprawdę superanckie nawałnice, w czasie których nic poza deszczem nie słychać. Raz się zdarzyło, że w czasie szkolenia taki spadł i musieliśmy przerwać zajęcia, bo nawet gdy krzyczałem nikt mnie nie słyszał (duży w tym udział ma fakt, że wszystkie budynki pokryte są falistą blachą na dachach, która działa jak bęben). Deszczom czasem towarzyszą burze, a nawet grad.

Po deszczu rynsztoki są nieco wezbrane wodą, ale krótko. Za to jak pada, to zawsze zalewa nam przez nieszczelne okna telecentrum.

Comments (1) »

Przyroda Rwandy

7 sierpnia 2008, czwartek

Pewnego dnia wybrałem się na krótki spacer do lasu sawanny

Pewnego dnia wybrałem się na krótki spacer do lasu sawanny

Można o niej napisać tak:

Jest po prostu pięknie! Już w pierwszy wieczór powalił mnie z nóg widok dziedzińca katolickiego hostelu z dwiema potężnymi rozłożystymi palmami, których pnia nie zdołałbym objąć. Wszędzie rosną bananowce, a laterytowa czerwona ziemia niesłychanie lśni w zachodzie słońca. W ogrodach hodowane są ananasy. Pogoda: ani razu nie musiałem założyć kapelusza i jak dotąd nie zużyłem ani kropli olejku chroniącego przed słońcem. Niebo jest cały czas przesłonięte delikatną chmurą – obłokiem pary wodnej, który właśnie co zdążył wyparować z zaczynającej się 100 kilometrów stąd równikowej dżungli. Spotkany przeze mnie dziś Tim – ekspata z USA, który mieszka już w Rwandzie 3 lata – potwierdził tylko moje przepuszczenia: The weather here is the magic. Nie jest za ciepło, nie jest za zimno. Jest w sam raz. Na oko 22 stopnie. Każdego dnia. Ta sama mgiełka na niebie chroniąca przed słońcem, ale przepuszczająca wystarczającą ilość światła, ta sama temperatura, ten sam kojący wietrzyk. Po stokroć lepiej niż w Polsce, gdy z niej wyjeżdżałem.

)

Tak rosną ananasy. Wiedzieliście? Ja się przyznam, że myślałem, że szukać ich trzeba na drzewach 🙂

Wysoko na niebie krąży co najmniej kilka drapieżnych ptaków. Co chwila nisko nad ziemią, jakieś góra 10 metrów nad nią przelatują klucze pelikanów i innych żurawiopodobnych ptaków, gęgając przy tym tak jak nasze polskie gęsi. Lub po cichu wyskakuje z drzew stado śnieżnobiałych ptaków i dostojnie przelatują mi przed oczami. Scena jak z filmu o Afryce, tyle, że ja to widzę naprawdę.

To chyba bambus

To chyba bambus

Agathe mówi, że to nie baobab. Nic tam, tys piknie

Agathe mówi, że to nie baobab. Nic tam, tys piknie

Zapytałem Paula, czy mają tu niebezpieczne zwierzęta. Nie. Skorpiony? Nie ma. Lwy? Tylko w rezerwacie Akagera kilkadziesiąt kilometrów stąd. Inne niebezpieczne zwięrzęta? Nie. Juliette powiedziała, że jadowite węże w kraju są, ale w Nyamata nigdy nie widziała.

Mała termitiera

Mała termitiera

Wiedziałem że samolot ma lądować już po zmroku i miałem taki plan, że jeszcze na pokładzie spryskam się sprayem przeciw komarom. Przerażająca wizja bestii dopadających mnie chmarą i z miejsca zarażających śmiertelną malarią była paraliżująca. Tymczasem już w pierwszy wieczór  usiadłem z Paulem na tarasie i w cieplutką noc zapytałem go gdzie są komary. Powiedział, że nie ma. I jest to niemal prawda! Bo czym jest jeden komar widziany raz na dwa, trzy dni? Nie żartuję.

A czy już wspomniałem, że wszędzie gdzie nie spojrzysz są góry? Nie skaliste, a takie bieszczadzkie, ale gdzie nie spojrzysz żadnego płaskiego fragmentu horyzontu. Porośnięte lasami, poprzetykanymi licznymi zabudowaniami pagórki, staczające się w głębokie doliny; ciągnące się daleko widoki widziane z serpentyn dróg wijących się po zboczach.

To jest powód, dlaczego napisałem, że mógłbym tu mieszkać wiecznie. Po prostu raj na ziemi, w pełnym tych słów znaczeniu.

Jakbyście mieli takie widoki w pracy, też by wam się nie chciało

Jakbyście mieli takie widoki w pracy, też by wam się nie chciało

Ale można napisać i tak:

Gdy laterytową drogą przejedzie samochód, z powodu wzbitego kurzu nie ma czym oddychać. A i bez samochodu nie sposób znieść ciągle umorusanych spodni w czerwonej glinie.

Miałem nadzieję, że wracając w listopadzie do Polski zaskoczę wszystkich opalenizną; tymczasem z powodu ciągle unoszącej się chmurki nadal nie jestem opalony ani trochę. Poza tym jak jednego dnia było bezchmurnie, słońce tak przygrzało, że już po godzinie miałem dość.

Wczoraj jak stałem pod okienkiem baru, zobaczyłem jak za barmanką po słupie zbiegł czarny szczur lub inne licho do niego podobne i zniknął gdzieś za kontuarem. Barmanka nawet nie zareagowała. I ja się tu każdego dnia stołuję!

Idąc do toalety spłoszyłem spod drzwi mysz lub inne licho do niej podobne, które wdrapało się jednym susem po pionowej (!) trzymetrowej ścianie i dreptało gdzieś po dachu.

Dziś rano podszedł do mnie robotnik z budowy i zapytał czy chcę zobaczyć węża. Jakiego węża – zapytałem. Żmiję. Poszedłem za nim i tuż za bramą, na skraju drogi zobaczyłem widok, który mi zjeżył włosy na plecach. Co najmniej półtorej metrowy całkowicie czarny wąż, grubszy od mojego nadgarstka. Był już martwy, ale i tak nie odważyłem się go dotknąć. Robotnicy zresztą też. Powiedzieli, że jego jad jest zabójczy, a co gorsze gatunek ten słynie z plucia jadem na odległość. Trafienie w oczy co najmniej oślepia, a potrafi i zabić. Robotnik powiedział, że węże widzi ciągle jak pracuje w terenie. Według niego jeszcze gorsze są czarne kobry. Potem Paul powiedział, że wczoraj wieczorem znaleźli tą żmiję na terenie telecentrum, zabili trafiając łopatą w gardło.

Czarna żmija

Czarna żmija

Miejsce cięcia na szyi węża było już całe pokryte masą drobnych czarnych mróweczek; tych samych, które kilka dni temu oblazły mi cały bagaż, bo zostawiłem w nim zaczętą paczkę czipsów. Zresztą one nie są największym problemem – widok ruszającego się całego bagażu z milionami mrówek to co najwyżej dyskomfort. Po ziemi biegają za to inne mrówki, długie na bez mała dwa centymetry, których żwaczki widać na stojąco. Choć jako student biologii uwielbiałem mrówki, te tylko mam odwagę przepędzać książką. A one jakby rozumiały co się stało, biegną z powrotem ku tobie. Pozostaje ci tylko uciekać. W powietrzu unoszą się błonkówki, długie na minimum pięć centymetrów. Kiedyś mnie w Polsce użądliła taka centymetrowa i bolało jak diabli.

Jakaś bycza błonkówka, bliska krewna naszej osy

Jakaś bycza błonkówka, bliska krewna naszej osy

A gdy to piszę, słyszę nad sobą brzęczenie komara.

Można pisać i tak i tak. I pewnie jeszcze wiele można do tego dodać. Wczoraj o przyrodzie Rwandy wysmoliłem artykuł na 5 stron w wordzie, a dziś postanowiłem go skasować. Bo dziś widziałem węża, wczoraj wieczorem widziałem szczury i myszy, ale za to też dziś widziałem stado białych ptaków i przyjrzałem się bliżej tym pięknym drzewom, co wyglądają jak długie chude anteny, rozgałęzione parasolowato dopiero na czubkach. Postanowiłem, że o przyrodzie Rwandy będę pisał po kawałku, tak jak o ludziach. Tylko o drobnych aspektach. Bo wiele mnie jeszcze pewne zadziwi i wiele razy się jeszcze pomyliłbym jakbym chciał stwierdzić coś w tej kwestii ostatecznie.

9 Komentarzy »