Posts tagged bliskość

Ubuntu znaczy bliskość

To może już tak na fali opisywania relacji między ludźmi jeszcze trochę napiszę o bliskości między nimi. Bo to jedna z ważniejszych cech różniących Rwandyjczyków od nas. Sami uważamy skandynawów za narody zamknięte, więc możecie sobie wyobrazić co mniej więcej Rwandyjczyk myślałby o nas (i pewnie myśli i o mnie).

Kiedy siedziałem z Paulem w szpitalu w Nyamata czekając na wyniki badań jakoś zaczęliśmy rozmawiać o pobycie w takim miejscu i temat zszedł nawet na kwestie śmierci i pogrzebu. Paul powiedział, że gdyby był chory i hospitalizowany, na pewno odwiedziłaby go cała rodzina i wszyscy sąsiedzi. Zapytał czy tak byłoby i ze mną w Polsce i aż wybuchnąłem śmiechem, bo wyobraziłem sobie jak schodzą się do mnie moi sąsiedzi – chyba bym z miejsca ozdrowiał na taki widok.

Podobnie jest ze śmiercią. Paul mówi, że jak ktoś umiera ludzi na pogrzebie można liczyć w setkach czy nawet tysiącach. Po prostu przychodzą wszyscy, którzy znali tą osobę, a tu jest tak, że każdy z każdym się zna.

Wspominałem, że idąc ulicą co chwila ktoś mnie pozdrawia, ale ludzie pozdrawiają się też nawzajem. Nie  jest tak, że każdy każdego musi pozdrowić, jeśli przejdzie się obojętnie nic się nie stanie. Jednak co chwila jednak ktoś komuś pomacha, ktoś do kogoś powie mwiriwe, poda rękę. Jak jadę z Paulem samochodem, ten co chwila naciska klakson i macha do kogoś na chodniku. Czasem są to znajomi, czasem jest to ktoś po prostu, kogo Paul codziennie widzi, ale nie znają się po imieniu.

Gdy gdzieś zachodzimy – do sklepu czy jakiegoś biura – poza załatwieniem sprawy trzeba chwilę porozmawiać z pracownikami. Krew mnie mało nie zalała jak śpieszyło mi się, a musieliśmy odwiedzić biuro poligraficzne. Paul wydrukował już plany budowanego hoteliku, ale rozsiadł się na krześle i z piętnaście minut rozmawiał nie wiem o czym z kobietą tam pracującą. Niespiesznie, robili sobie minutowe przerwy, podśmiewali się; potem mi powiedział, że pierwszy raz był w tym biurze, a wyglądało to jakby znali się od lat.

Ale tak jest i w innych miejscach. W każdym sklepie jest stolik i krzesełka, gdzie ludzie mogą sobie usiąść, zjeść co kupili i porozmawiać ze sklepikarzem. Sklepy to raczej taka fuzja sklepu z barem. Często zachodzę do jednego takiego po wodę, gdzie sklepikarka bez przerwy gra w karty z klientami. Kiedyś może i ja się dołączę.

Ciekawą sprawą jest mir domowy, a właściwie jego brak. Gdy pada deszcz (a jak tutaj pada, to naprawdę na fest), ludzie otwierają naszą bramę i wchodzą by schować się pod daszkiem naszego ganku. Nikt nie pyta czy może; tu jest oczywiste, ze może.

Czasem jak siedzę w salonie otwieram sobie drzwi by mieć przeciąg. I już kilka razy się zdarzyło, że ktoś sobie do domu wszedł, pozdrowił mnie i usiadł koło mnie. Najpierw od razu sobie pomyślałem, że to tutejszy odpowiednik Świadków Jehowy (przyszli całkiem sporą gromadką), ale nie. Jak drzwi są otwarte, trzeba zajrzeć kto w tym domu mieszka, zwłaszcza jak jest to nowy sąsiad, którego się jeszcze nie zna. Trochę to dla mnie krępująca sytuacja, bo nie wiem co w takim przypadku robić. Ani nie mam czym poczęstować, bo domy są puste od jedzenia, ani nie mam jak za bardzo pogadać; kilka podstawowych zwrotów w kinyarwanda, przywitania, tłumaczę kim jestem, co robię (mam już opanowane na tip top przedstawianie się i informowanie, że jestem wolontariuszem, który szkoli z obsługi komputerów). No ale tyle. Oni nie mówią po angielsku, a ja nie za bardzo mam co więcej powiedzieć w tutejszym języku. Na szczęście po chwili pojawia się Samuel i przejmuje gości.

Poza brakiem miru domowego, jest i brak strefy intymności o czym już wspomniałem w poprzednim poście. Dzieciaki widząc mnie na ulicy nie tylko krzyczą muzungu! I machają rękami, ale jeśli widzą, że jestem przyjaźnie nastawiony, podchodzą i obejmują za nogi 🙂 To też ich naturalna metoda na witanie się. Gdy odwiedzam jakieś domy, dorośli zawsze podają mi rękę, a dzieciaki wieszają się na nogach.

Gdy przedłużaliśmy moją wizę, musiałem to opłacić w czymś w rodzaju urzędu pocztowego (wygląda jak poczta, ale służy tylko płaceniu rachunków). W środku były niemożebne kolejki, w każdej stało z dwadzieścia osób. Tyle, że mimo takiego tłumu, kolejka nie przekraczała czterech metrów. Po prostu ludzie byli tak ściśnięci, że każdy swoją całą przednią częścią ciała całkowicie przylegał do osoby przed nim. Po prostu sklejeni ze sobą, szkoda, że nie mam zdjęcia, ale wyobraźcie to sobie. Jak stoję w Polsce w kolejce na poczcie i czuję, że ktoś jest blisko mnie za mną, od razu włącza mi się światełko alarmowe czy aby przypadkiem zaraz mi czegoś nie wyciągnie z kieszeni. Wyobrażacie sobie stać w kolejce, w której nie masz za bardzo szans się ruszyć? Było w urzędzie jeszcze nieco miejsca, ale i tak wszyscy stali sklejeni. Chyba każdy chciał byś jak najbliżej okienka.

To tylko kawałek opisu tutejszej bliskości. Wszystkiemu temu towarzyszy niemożliwa do wyobrażenia sobie w Polsce serdeczność. Tutaj nazywa się to ubuntu (tak, od tego słowa wzięła się nazwa dystrybucji): jestem dlatego, że ty istniejesz. Nieważne, że się nie znamy, ale wszyscy muszą być sobie bliscy, muszą sobie pomagać, bo każdy zależy od każdego. Gdy tragarze niosący do domów wodę zostaną zaczepieni, zatrzymują się i częstują tą wodą każdego, kto akurat jest spragniony. Nie wierzę w to, że w tym kraju istnieją złodzieje (choć Paul mówi, że naturalnie są). Teraz gdy to piszę, siedzę na tarasie restauracji przy telecentrum. Obok mnie leży czyjś telefon komórkowy i ładuje się podłączony do kontaktu. Właściciela nigdzie nie widać, ale nie jest to pierwszy raz. Czasem widzę pod wieczór jak wychodzi ktoś z budowy i telefon naładowany zabiera z powrotem. Oznacza to, że zostawił go w miejscu publicznym na kilka godzin bez żadnego nadzoru. Zostawiłbyś w Polsce na stoliku w restauracji swój telefon choć na minutę?

W busiku wielkości znanego chyba wszystkim VW Transportera - hipisowskiego ogórka, mieści się łącznie z kierowcą 19 osób. Jest taki ścisk, że naturalne jest to, że wszyscy siedzą jedni na drugim i się obejmują, bo nie ma gdzie indziej położyć ramion jak nie na oparciu fotela. Czasem się zastanawiam czemu właśnie 19 osób a nie o jedną więcej i żartuję sobie, że to pewnie dlatego, że w Rwandzie co dwudziesta osoba jest nosicielem wirusa HIV.

W busiku wielkości znanego chyba wszystkim VW Transportera - hipisowskiego ogórka, mieści się łącznie z kierowcą 19 osób. Jest taki ścisk, że naturalne jest to, że wszyscy siedzą jedni na drugim i się obejmują, bo nie ma gdzie indziej położyć ramion jak nie na oparciu fotela. Czasem się zastanawiam czemu właśnie 19 osób a nie o jedną więcej i żartuję sobie, że to pewnie dlatego, że w Rwandzie co dwudziesta osoba jest nosicielem wirusa HIV.

5 Komentarzy »

Tajemnice rwandyjskich gór

Kliknij i wykop

Podoba Ci się ten artykuł? Kliknij i wykop

Od kilku tygodni Beata na swoim blogu z Zambii naprawdę nieźle opisuje swoje doświadczenia z wolontariatu, naprawdę polecam. Tyle, że jak na razie zauważyłem koncentruje się na tych gorszych stronach innej kultury. No może przesadzam, ale brakuje mi w tym jej pisaniu zachwytu.

I ja widzę inność kultury Rwandy, ale bałem się trochę o tym pisać. O drobiazgach owszem – mógłbym i nic by się nie stało, ale boję się, że po tym co opiszę poniżej zaraz zleci się tu kupa rasistów (analizuję ruch na blogu i widzę, że po moim artykule o proszeniu o pieniądze, zlinkowano mnie w kilku rasistowskich serwisach) i palcem będzie pokazywać jaki ten afrykański lud ciemny. Tymczasem im dłużej tu siedzę, tym bardziej uświadamiam sobie, że rasizm to efekt właśnie ciemnoty, tyle, że po stronie rasistów. Siedząc z dala od Afryki i trafiając sporadycznie na tylko niektóre elementy jej kultury, łatwo jest sobie wyrobić negatywne stereotypy. Jednak jak się umiejscowi te drobne elementy w całej złożoności społeczeństwa, przestaje to już tak dziwić.

* * *

Największą różnicę kulturową dostrzegłem już w pierwszym dniu gdy Paul i Agathe zabrali mnie do Kigali. Opisywałem już jakie tłumy zastaję tam każdego dnia w mieście, ale nie wspominałem, że owe pierwsze odwiedziny stolicy w tłumie wypatrzyłem dwóch chłopaków idących i trzymających się za ręce.

W Polsce wzbudziło by to co najmniej kontrowersje, żeby nie powiedzieć, że towarzyszyła by im salwa gwizdów i rzucanych kamieni. Tu jednak nikt na to nie zwracał zupełnie żadnej uwagi. Tolerancyjne społeczeństwo, pomyślałem sobie.

Po chwili zobaczyłem kolejną taką parę, ale przy trzeciej zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem nie jest tu organizowane dziś jakieś love parade. Trzecia para to byli idący ręka w rękę dwaj policjanci. Nie udało mi się dłużej powstrzymywać ciekawości i zapytałem Agathe o co tu chodzi.

Z kolei ona nie zrozumiała o co chodzi mi gdy pytam dlaczego dwóch mężczyzn trzyma się za ręce. Powiedziała, że to tutaj naturalne. Opowiedziałem jej, że w Europie jeśli dwóch facetów zachowuje się w ten sposób, z pewnością są homoseksualistami. Z ręce trzymają się co najwyżej pary lub dziewczyny, ale nigdy żaden facet tego nie zrobi z innym facetem. Tu z kolei ją trochę zdziwiło, że dziewczyny są sobie takie bliski. Powiedziała, że owszem nic by się nie stało, ale to rzadki widok tu, choć spotykany. Natomiast w splataniu dłoni przez mężczyzn nie ma nic homoseksualnego.

Przyznam, że nie mogłem jej uwierzyć. To znaczy skoro mówi, że nie są homo, to pewnie tak jest, ale doszukiwałem się czy przypadkiem nie ma gdzieś w ich podświadomości czegoś zniewieściałego. No bo przecież facet musi być twardy, musi być macho, co nie?
Ale jestem tu już drugi miesiąc i zaczynam wierzyć, że to naprawdę po prostu inna kultura i tutaj tak jest. Bo przypadek z Kigali to nie jedyny tego typu. Facetów trzymających się za ręce widzę codziennie, więc przywykam powoli do tego widoku (choć nadal nie mogę nie spojrzeć w ich kierunku). Ba, żeby było tego mało, naturalne jest to, że stoją całkowicie objęci ze sobą, jeden obejmuje drugiego w pasie, drugi zarzuca mu ręce na szyję. Leżą sobie objęci w cieniu gdzieś na jakimś murku…

Nie jestem w stanie Wam w kilku akapitach udowodnić, że to jest zupełnie tu naturalne, nie ma żadnych podtekstów seksualnych (choć pamiętając Freuda, trzeba i pamiętać, że wszystko ma takie podteksty, nawet bułka z masłem), a wynika jedynie z różnicy kulturowej. Nie będę więc nawet próbował, bo wysiłek byłby marny. Przyjedźcie, pobądźcie, a zobaczycie i sami zrozumiecie.

Na szkoleniu nam tłumaczono, że jednym z aspektów kultury afrykańskiej jest bliskość. Dobrze to ilustruje przykład ławeczki w parku. W Polsce jedna ławka jest dla jednej osoby. Jeśli ktoś siedzi sam na trzymetrowej ławce, małe są szanse by ktoś do niego się dosiadł. Sam w takim wypadku idę szukać kolejnej.

W Afryce trzymetrowa ławka może być zapchana niemal kompletnie ludźmi, a na pewno znajdzie się ktoś, kto podejdzie, przysiądzie skrawkiem tyłka na brzegu i wszyscy inni postarają się podsunąć by zrobić mu miejsce.

Tutaj nie ma pojęcia strefy intymności, więc gdy jeden facet obejmuje drugiego, ten nawet nie wie, czemu miałby się oburzać. Bliskość oznacza jedynie, że tego kogoś lubimy. Trzymanie się za rękę, to naturalna tu rzecz, a nie jakieś „tajemnice  Rwandan Mountain” 😉

Chłopaki stoją i zastanawiają się co tu dzisiaj robić

Chłopaki stoją i zastanawiają się co tu dzisiaj robić

Są i inne aspekty bliskości, ale nie będę rozbijał się na tysiąc wątków i zostańmy przy opisie tylko powyższego.

* * *

Chcę także poinformować, że skrupulatnie czytam wszystkie znane mi blogi innych wolontariuszy, którzy podobnie jak ja wyjechali właśnie do różnych krajów Afryki. Tyle, że jakby się zmówili i wszyscy blogują na googlowskim Bloggerze, który działa dla mnie diabelnie wolno, a umieszczenie tam komentarza jest po prostu niemożliwe. Tak więc tą właśnie drogą, mając nadzieję, że i oni czytają mnie, informuję: czytam przez RSS i niecierpliwie czekam na kolejne wpisy!

20 Komentarzy »