Archive for Uncategorized

Jedzie ktoś w piątek z Berlina w Polskę (Poznań, Warszawa)?

A zapytam. Dwie prośby.

Preludium. W czwartek o godzinie 20.50 czasu tutejszego (w Polsce to będzie 19.50, bo przeszliście na czas zimowy, a tu nie było takiej potrzeby) wylatuję z Kigali. Około 6 rano jestem w Brukseli, skąd kolejny samolot mam kilka godzin później (gdy to pisze nie mam przy sobie biletu) wylatuję do Berlina. Na lotnisku Berlin Tegel będę około 11.15 w piątek. Jeśli nie będzie opóźnień samolotu.

I tu się kończy moja zaplanowana podróż powrotna, muszę jeszcze dotrzeć jakoś do Białegostoku.

1.

Czy ktoś może będzie w okolicach południa zmierzał samochodem z Berlina w Polskę, gdzieś po trasie Berlin – Poznań – Warszawa – Białystok? Chętnie bym się zabrał stopem. Choć specjalnie nie zmieniajcie dla mnie planów, ani nie wyjeżdżajcie po mnie do Berlina 😉 Pieniądze na bilet kolejowy mam.

Jeśli ktoś jednak by jechał, chciałby mnie zabrać i w przypadku opóźnienia samolotu, nie zwiałby mi sprzed nosa, to proszę o kontakt na email kkarpieszuk małpa gmail.com.

2.

Możecie mi sprawdzić jak się dostać z lotniska Berlin Tegel do Warszawy? Najpierw jak z lotniska na jakiś dworzec w Berlinie, potem pociągi do Warszawy. Tylko bez mapek, szczególnie na Google Maps, bo tu nie owtorzę tego w rozsądnym czasie 🙂 Proszę o wyjaśnienia typu „Przy lotnisku wsiądź w tramwaj/metro/bus linii … i wysiadz po … przystankow na przystanku o nazwie …”. Proszę też dać mi jako taki zapas czasu, a nie na przyklad zakladać, że wyląduję o 11.15 i o 11.25 będę już w busie 🙂 Dobrze by było jakby udało Wam się ustalić ceny wszelkich przejazdów. Proszę pisać w komentarzach.

Do Warszawy, bo ze stolicy odbierze mnie samochodem siostra.


Z góry dziękuję 🙂 Wysługuję się Wami, bo z tutejszym łączem ustalenie wszystkich wariantów możliwych przejazdów zajęłoby kilka godzin ciągłego siedzenia i sprawdzania.

p.s. Tylko proszę bez akcji na Wykopie „Podwieźmy wolontariusza z Rwandy do Polski” 😉

Reklamy

5 Komentarzy »

Sto wpisów więc zróbmy podsumowanie

Planowałem zrobić jakiś specjalny wpis gdy dobiję do stu, a tymczasem, choć obserwowałem co chwila licznik, to przegapiłem 🙂 Ten wpis jest już wpisem sto pierwszym.

Może to i trochę dobrze. Bo dzięki temu mogę zrobić podsumowanie osiągnięć nie tylko dla 99 wpisów, ale właśnie okrągłej setki 🙂

No więc do tej pory, powtórzę nie potrzebnie kolejny raz, na moim blogu opublikowałem 100 wpisów. Nie wiem ile to stron druku, ale szacuję, że zapełniłbym drukiem co najmniej 250 kartek formatu A4. Dużo, sam się nigdy nie spodziewałbym, że mógłbym napisać coś tak pojemnego.

Do tej pory skomentowaliście moje wpisy 477 razy. Bardzo za to dziękuję, popularność bloga się ponoć mierzy ilością komentarzy.

Spamerzy próbowali w komentarzach wrzucić swoje reklamy 324 razy 🙂

Blog zanotował 52939 odsłon. Tego się właśnie najmniej spodziewałem. Początkowo miało być to miejsce, w którym będę realnych znajomych i rodzinę informował jak mi się wiedzie, gdy mnie w Polsce nie ma. Tymczasem chyba bardzo polubiliście Rwandę, bo dzięki blogowi poznałem wiele nowych osób. Z biegiem pisania postanowiłem zatem także realizować tutaj jeden z celów MSZ-owskiego wolontariatu, jakim jest edukacja rozwojowa (informowanie Polaków o sytuacji w biednych krajach i uświadamianie o współodpowiedzialności za ten ten stan rzeczy i konieczności naprawy tego).

Co się zdarzyło w czasie tych stu wpisów? O głównych etapach mojego pobytu możecie się dowiedzieć z podstrony „W poprzednich odcinkach” więc powtarzać nie będę.

Może tylko krótkie podsumowanie głównych punktów planu.

1. Założyłem w projekcie, że przeszkolę około 20 przyszłych trenerów komputerowych. Na miejscu się okazało, że szkolił będę nauczycieli szkół podstawowych, a po treningu szkoły dostaną swój pierwszy komputer (tzn kupią za 50$ od telecentrum prawdę mówiąc, ale moja część czyli szkolenia jest nieodpłatna) i tam będą szkolić dalszych nauczycieli i oczywiście dzieci. Normalnie łał! 🙂 Rozmach większy niż się spodziewałem.

Do dnia dzisiejszego przeszkoliłem już 20 takich nauczycieli, plan minimum więc jest wykonany. Ponadto zacząłem właśnie kolejną grupę 10 nauczycieli, a na początku gdy start szkoleń sie opóźniał przeszkoliłem także „na poczekaniu” 7 nauczycieli ze szkół średnich w Nyamata.

W ubiegłym tygodniu pierwsi nauczyciele odebrali pierwsze komputery. Więc to działa.

)

Komputery jadą do szkół. Tak, na rowerach 🙂

2. Drugim punktem planu było pomaganie przy prowadzeniu obecnych tu szkoleń. Innocent ma też swoje grupy nauczycieli, też już przeszkolił 20 z nich, a ja asystuje mu przy tym. Choć muszę przyznać, że i bez tej asysty by sobie zapewne poradził. No ale jak plan, to plan 🙂

3. Miałem także dbać o serwisowanie komputerów, co robię i tu także rozszerzyłem swój zakres obowiązków. Poza naprawą komputerów w pracowni, jak wiecie odwirusowywuję komputery w jednej ze szkół średnich w Nyamata.

Niestety tu nie widzę susteinability, czyli nie wierzę, aby efekty tego działania pozostały po mnie w Rwandzie na dłużej. To raczej reanimowanie trupa, jak wyjadę wszystko znów zacznie się walić, a kable i przedłużacze jak się rozsypywały, nadal będą się rozsypywać. Moje klejenie ich taśmą klejącą to oczywiście czysta prowizorka. W pracowni nadal będzie ciemno i będzie brakować rzutnika. Niestety MSZ nie daje w programie wolontariatu pieniędzy na zakup sprzętu, więc tu jest całkiem spora porażka, bo bez nowego sprzętu nie da się nic zrobić. Próbowałem ubiegać się o pieniądze z funduszu Małych Grantów, ale spóźniłem się; ostatni termin grantowy w MSZ wypada w połowie sierpnia, gdy dopiero zjawiłem się w Rwandzie.

4. Promocja telecentrów poprze stworzenie im strony WWW. Na miejscu wymyśliłem, że więcej zrobię jak zamiast stworzyć im stronę samemu, zrobię kurs HTML i zrobimy ją wspólnie. Kurs się zaczął ale idzie z potwornymi oporami. Paul, Innocent i Robert mówią, że bardzo, bardzo mocno chcą się nauczyć robić strony. Tymczasem Paul nie zjawił się na żadnej lekcji, Innocent na kilku, z których musiał w połowie wyjść, a jedynie Robert się uczy, ale z oporami. W efekcie zapewne założymy dla NTC bloga. Też dobrze, a może nawet lepiej.

A teraz zła wiadomość. Do mojego powrotu do Polski został tylko miesiąc i 10 dni. Rwandy mam już czasem dosyć, ale ze świadomością uciekającego czasu jest mi bardzo, bardzo źle.

Po pierwsze koniec pobytu w Rwandzie to powrót do Polski. Boję się, że złapię doła jak kolejny raz trafię nna te wszystkie nasze polskie absurdy. Rwanda też ma absurdy, ale z nimi żyję dopiero dwa miesiące.

Po drugie jest mi smutno, że choć będę zapewne w Polsce jednym z lepiej znających Rwandę ludzi, z racji długości pobytu, wyjadę z tego kraju nie zobaczywszy jego atrakcji turystycznych: pełnego słoni, lwów i antylop Parku Akagera oraz słynnego na całym świecie, ale drogiego jak diabli (500$ za wejście to chyba szczyt rekordów, tysiąć złotych za bilet wstępu…) rezerwatu goryli górskich. W MSZowskim budżecie projektu nie ma oczywiście pieniędzy na wycieczki, a ja jako wolontariusz jestem finansowo bezrobotny, więc pieniędzy też nie mam. Goryli specjalnie zobaczyć nie chcę, bo przy takiej cenie uważam to za rozrywkę dla snobów, ale antylop i lwów nie mogę przeboleć. Są o wiele tańsze (można się zmieścić z przejazadami w stu złotych), ale i tego nie mam.

Po trzecie trzeba będzie szukać pracy. Mam już z tego powodu horrory. Kilka dni temu przyśniło mi się, że jakaś wielka firma zatrudniła mnie, a tam musiałem siedzieć przed komputerem 8 godzin dziennie, był zakaz rozmawiania i co więcej jedzenia i picia kawy. Zupełnie tego nie rozumiem, bo na przykład człowiek na stanowisku komputerowym za mną przez cały czas bawił się z krokodylem, a mi nawet kawy nie wolno wypić. 😉

I po czwarte: chyba koniec bloga (po powrocie do Polski) 🙂 Jak pisałem blog miał być w założeniu blogiem tymczasowym dla znajomych i po powrocie miałem zamiar przestać pisać, a tymczasem okazało się, że nieskromnie mówiąc jestem popularny. I co teraz? Pisać dalej? Ale o czym? I tytuł „Konrad jest w Rwandzie” nie będzie na miejscu.

Na koniec prezent dla Was w postaci ankiety. I jeszcze raz podziękowania za towarzystwo! Mam nadzieję, że nadal będzie Was przybywać. 🙂

15 Komentarzy »

Byłem w dolinie rzeki Akagera

Moje ulubione zdjęcie z doliny. Tużycowate zarośla, wśród których wszędzie wyłania się dym wypalanych poletek pod uprawę fasoli. To zdjęcie specjalnie wrzucam w wielgachnym rozmiarze, więc kliknijcie i powiększcie. Ja sobie ustawiłem jako tapetę.

Moje ulubione zdjęcie z doliny. Tużycowate zarośla, wśród których wszędzie wyłania się dym wypalanych poletek pod uprawę fasoli. To zdjęcie specjalnie wrzucam w wielgachnym rozmiarze, więc kliknijcie i powiększcie. Ja sobie ustawiłem jako tapetę.

Kurcze, przez tego bloga, przez to, że ja piszę, a Wy czytacie, że komentujecie cały czas mam wrażenie, że wszystko wiecie co się u mnie dzieje. Nawet jak o tym nie napiszę na blogu.

Na przykład mam wrażenie, że wiecie, że we wtorek w końcu udało się spotkanie z nauczycielami. W jednej z kawiarni w Nyamata (dla niepoznaki nazwanej Cafe de Nyamata) nauczyciele mieli jakieś szkolenie w sali konferencyjnej i ja i Paul dostaliśmy dla siebie pięć minut na poinformowanie o możliwości odbycia szkoleń komputerowych i potem zakupu za symboliczną kwotę komputerów (50 dolarów sztuka, przy czym komputery nie są nowe). Tu bardziej Paul informował niż ja; ja robiłem tylko za dekorację jako ważny przybysz z dalekiego kraju. Wczułem się więc w rolę i starałem się robić tak ważną minę, jak tylko potrafię.

Szkolenie to jeszcze nic pewnego, ale wszystko jest na dobrej drodze. Teraz Paul musi udać się do jakiegoś biura od oświaty i uzyskać tam zgodę.

Nie wiecie też, że w sobotę wybrałem się w końcu do doliny rzeki Akagera w miejscu jej przecięcia przez drogę Nyamata – Kigali. Tam pojechałem busikiem (znalezienie go było prawie łatwe), a z powrotem postanowiłem wrócić pieszo, bo Paul mówił, że zajmie mi to około dwie godziny.

Tu ważna rada dla ludzi tak głupich jak ja. Jeśli macie zamiar kiedyś iść w na równiku w palącym słońcu w górzystym (pagórkowatym) terenie, lepiej dobrze się do tego przygotujcie. Myślałem, że wyzionę ducha, a jak doszedłem do telecentrum, wszyscy z politowaniem powiedzieli, że wyglądam jakbym szedł kilka dni przez pustynię. Półlitrowa buteleczka wody skończyła się jeszcze jak krążyłęm po dolince (przypomniałem sobie radę Obeliksa, że jedzenie lepiej nieść w sobie, a nie na sobie). Przy dwóch godzinach spaceru w górach, warto robić postoje, ja jednak się krępowałem. Już przy pierwszej próbie przycupnięcia sobie z nogami w rynsztoku otoczył mnie tłum autochtonów i po prostu stał i sobie patrzył z odległości plus minus trzech metrów ode mnie jak siedzę. Więc sobie poszedłem dalej i już więcej nie usiadłem.

Dobra, teraz jednak to co najciekawsze, czyli zdjęcia z wyprawy.  Większość z nich zrobiłem w dolinie, a nie po drodze, bo po drodze mijający mnie samochodem Paul zgodnie z wcześniejszą umową przechwycił aparat i pojechał do Kigali na wesele. Dlatego też musicie mi uwierzyć na słowo, że widziałem dwa piękne, purpurowe koliberki kompletnie bezszelestnie fruwające sobie tuż nad kępkami trawy.

Praczki i wędkarze. Za nimi most, już nie używany przez samochody. W tle między górami ponownie dym wypalanych trzcin.

Praczki i wędkarze. Za nimi most, już nie używany przez samochody. W tle między górami ponownie dym wypalanych trzcin.

Obecnie przez dolinę przebiega asfaltowa droga ciągnąca się od Kigali aż do granicy z Burundi. Jeszcze pięć mięsiecy temu jej nie  było.

Obecnie przez dolinę przebiega asfaltowa droga ciągnąca się od Kigali aż do granicy z Burundi. Jeszcze pięć mięsiecy temu jej nie było. Przy okazji zwróćcie uwagę: jesteśmy poza miastem, a wciąć widać ludzi. Wracając do Nyamata jedynie przez kilka minut nie miałem w zasięgu wzroku żadnego człowieka.

Te chłopaki też łowią ryby. Inna metoda, wielka płachta materiału służy jako sieć.

Te chłopaki też łowią ryby. Inna metoda, wielka płachta materiału służy jako sieć.

) Tak, słońce paliło praktycznie centralnie z góry.

Jakaś czapla, jeśli się nie mylę. Zwróćcie uwagę na długość cienia jaki rzuca na ziemię 🙂 Tak, słońce paliło praktycznie centralnie z góry.

Inne ujęcie drogi z pierwszego zdjęcia

Inne ujęcie drogi z pierwszego zdjęcia

Pani coś uprawia. Być może trzcinę cukrową. W Polsce cukier z trzciny jest frykasem. Ja tu innego nie widziałem. Musiałem im tłumaczyć, że u nas cukier jest biały.

Pani coś uprawia. Być może trzcinę cukrową. W Polsce cukier z trzciny jest frykasem. Ja tu innego nie widziałem. Musiałem im tłumaczyć, że u nas cukier jest biały.

Szersze ujęcie. Zarośla, a pomiędzy nimi małe poletka. W tle góry.

Szersze ujęcie. Zarośla, a pomiędzy nimi małe poletka. W tle góry.

Oto i główny wartki nurt rzeki. W dolinie jest sporo starorzeczy po obu jej stronach (wcześniejsi wędkarze i rybacy łowili na właśnie jednym ze starorzeczy).

Oto i główny, wartki nurt rzeki. W dolinie jest sporo starorzeczy po obu jej stronach (wcześniejsi wędkarze i rybacy łowili na właśnie jednym ze starorzeczy).

Stary, żelazny (gdy widziałem go z daleka, myślałem że jest drewniany) most nad rzeką.

Stary, żelazny (gdy widziałem go z daleka, myślałem że jest drewniany) most nad rzeką.

Pomyślałem sobie, że skoro za każdym razem w drodze do Kigali jedziemy mostem nowym, nieciekawym, przejdę sobie starym, co też zrobiłem. Dopiero na końcu zauważyłem, że siedzący panowie trzymają maczety.

Pomyślałem sobie, że skoro za każdym razem w drodze do Kigali jedziemy mostem nowym, nieciekawym, przejdę sobie starym, co też zrobiłem. Dopiero na końcu zauważyłem, że siedzący panowie trzymają maczety.

Ot taka sobie pocztówka...

Ot taka sobie pocztówka...

Starorzecza,...

Starorzecza,...

...starorzecza.

...starorzecza.

A tu ciekawe zjawisko.

A tu ciekawe zjawisko. Gdy szedłem i ktoś idący przede mną w tym samym kierunku zauważył mnie, zatrzymywał się i czekał patrząc, tak jakby krzyknął do niego z prośbą o poczekanie na mnie. Gdy go lub ją mijałem od razu zaczynał za mną iść. W efekcie szybko zacząłem słyszeć, że mam za sobą tłumek ludzi idących cicho zaraz za mną i wbijających w moje plecy swój wzrok. Scena jak z Forresta Gumpa gdy ten biegł przez Stany (tyle, że my szliśmy). Postanowiłem po cichu wyjąć aparat, obrócić się i z zaskoczenia zrobić zdjęcie. Parę osób czmychnęło lub też się odwróciło, ale mam nadzieję, że widać jakiej defiladzie przewodziłem 🙂

Wchodzę do jakiejś miejscowości na zboczu doliny rzeki. Niestety nazwy nie  pamiętam (wracając z nad rzeki do Nyamata mija się cztery lub pięć miejscowości). Nadal są ładne widoki, więc nie będę chował aparatu.

Wchodzę do jakiejś miejscowości na zboczu doliny rzeki. Niestety nazwy nie pamiętam (wracając z nad rzeki do Nyamata mija się cztery lub pięć miejscowości). Nadal są ładne widoki, więc nie będę chował aparatu.

)

Widok na dolinę, teraz już z góry. Na pewno nie widać tego na zdjęciu, ale strasznie mi się to podobało: zanikające w delikatnej mgiełce kolejne wzgórza, wśród nich wijąca się rzeka i liczne ogniska. Otwierać powiększone, właśnie postanowiłem, że muszę to Wam pokazać w nieco większym rozmiarze niż planowałem 🙂

Kolejny widok z góry, ale w innym kierunku. Widać drogę do Kigali. I znów fajnie zasnuwane dzienną mgłą góry.

Kolejny widok z góry, ale w innym kierunku. Widać drogę do Kigali. I znów fajnie zasnuwane dzienną mgłą góry.

ulepione z gliny na drewnianym rusztowaniu (czasem glina odpada i widać to) i często pokryte trzcinową słomą.

Po drodze mijam afrykańskie chatki, tak wyglądają niektóre z nich: ulepione z gliny na drewnianym rusztowaniu (czasem glina odpada i widać to) i często pokryte trzcinową słomą.

Widok ze szczytu wąwozu na dolinę w poprzek. To ostatnie zdjęcie tutaj, ale na komputerze mam dużo, dużo więcej. A wiecie, że Akagera jest źródłową rzeką dla Nilu? Jakbym wrzucił tu butelkę z listem, być może dopłynęłaby do Kairu. Nil bierze ponoć początek z jeziora Wiktorii, ale do niego wpada kilka rzek, w tym najdłuższa z nich - właśnie Akagera.

Widok ze szczytu wąwozu na dolinę w poprzek. To ostatnie zdjęcie tutaj, ale na komputerze mam dużo, dużo więcej. A wiecie, że Akagera jest źródłową rzeką dla Nilu? Jakbym wrzucił tu butelkę z listem, być może dopłynęłaby do Kairu. Nil bierze ponoć początek z jeziora Wiktorii, ale do niego wpada kilka rzek, w tym najdłuższa z nich - właśnie Akagera.

14 Komentarzy »

Gekony

W różnych opowieściach z Afryki zawsze mi się podobały wspomnienia o jaszczurkach, gekonach i tym podobnych chodzących po ścianach wewnątrz pokoi. Narrator wspomnień leżał sobie leniwie na łóżku i wpatrywał się w polującego na różne owady czy też zwyczajnie odpoczywającego jaszczura. Brzmiało to tak egzotycznie i fajnie, że zawsze mu zazdrościłem.

Otóż proszę państwa teraz i ja nieraz leżę sobie na łóżku gdy widzę jak ze szczeliny pod sufitem, czy znad karnisza, czy z wywietrznika nad oknem wychyla swoją główkę gekon. Chwilę przystaje zapewne rozglądając się czy droga jest wolna, by po chwili jednym susem czmychnąć gdzieś dalej. Po chwili kolejny przeskok i kolejny odpoczynek.

Gdy ruszę się i on na to reaguje czmychając bliżej sufitu, ale zatrzymuje się i widzi, że mu nie zagrażam. Więc kontynuuje swoją wyprawę po ścianach.

Na początku w ogóle ich nie widziałem, ale jest ich tu faktycznie pełno. Płoszę je w nocy zapalając światło lub świecąc po ścianach i podłodze gdy idę do łazienki, wychodzą czasem się przywitać ot tak sobie w moim pokoju, gdy jest już nieco ciemniej, ale jeszcze nie zapaliłem światła. Gdy kilka dni temu zabrakło prądu spadł akurat delikatny deszczyk i wyszło ich całe mrowie. Wczoraj też widziałem w czasie szkolenia jak jeden wyszedł zza biurka.

Są niewielkie, długości nieco większej niż palec (ale widziałem też bobasa małego na długość połowy najmniejszego palca) i bladotrupiego koloru (aktywne są głównie w nocy i wieczorem, gdy kolor nie jest im do niczego potrzebny). I na szczęście nie płoszy ich lampa błyskowa aparatu.

Kolejny powód, dla którego cieszę się, że tu jestem.

3 Komentarze »

A czy cię tam chociaż dobrze synku karmią?

Na poczatek pozdrowienia dla mojej mamy! Jak się dowiedziałem od siostry, siostra drukuje moje wpisy na blogu i zanosi mamie do poczytania.

Dziś temat kulinarny, czyli co ja tu jem i zarazem co jedzą Rwandyjczycy (w większości jemy tutaj to samo).

Najczęściej jadam albo u Paula w restaracjo – barze, albo gdy jesteśmy w Kigali idziemy na obiad do czegoś co przypomina nasze polskie bary mleczne.

Śniadanie

Jeśli chodzi o śniadania, to chyba ludzie tu są monofagami, albo też repertuar dań w telecentrum jest bardzo skromny. Codziennie omlet z jajek. Gdy poprosiłem o coś innego, niestety zastanawiali się tak długo co by mi mogli dać, że musiałem skapitulować i powiedzieć, że niech jednak będą jajka.

Śniadanie zajmuje kilka talerzy. Na jednym jest omlet z dodatkiem krążków cebuli, czasem udekorowany na bokach cebulą i pomidorami. Drugi talerz to dwie bułki – paluszki. Dodatkowo dostaję pudełko z masłem i –  w zależności co sobie zażyczę – termos z herbatą i kawą. Termos starcza na dwa kubki.

Herbata to tu najczęściej bawarka: do ugotowanego mleka wrzucają saszetkę z herbatą, czasem jest to mleko i woda w proporcjach pół na pół. Na śniadanie jednak zawsze proszę aby było bez mleka. Dopiero wieczorem sobie wypijam tą z mlekiem.

Gdy już się skończy jeść jajka, na stole pojawia się kolejny talerz, tym razem z owocami. Zawsze jest na nim kilka plastrów avocado i papaja. Oba owoce są w konsystencji bardzo maślane, papaja jest jednak słodsza. Pojawiają się też banany, takie jak nasze dostępne w Polsce, żółte lekko na czarno nadpsute, tyle, że są krótsze. Około 12 centymetrów, w dodatku niemal proste. Komisarz unijny do spraw importu padł by z miejsca na zawał, jakby je zobaczył.

Inne owoce to marakuja, która bardzo mi smakuje i inny owoc, którego nazwy nie znam, ale smakuje jak nasze jagody i tak samo brudzi wszystko na fioletowo. Oba owoce przypominają dużą śliwkę, skórka jest skórzasta i bardzo twarda. Owoce trzeba rozciąć lub rozłupać palcami i wyjeść łyżeczką pełen małych pestek miąższ ze środka. Marakuja z zewnątrz jest zgniłozielona, a owoc bez nazwy ma kolor brzoskwini.

Moje śniadanie. Po środku jajecznica. Po lewej małe bananki. Obok jajecznicy papaja.

Moje śniadanie. Po środku jajecznica. Po lewej małe bananki. Obok jajecznicy papaja.

Śniadanie jest sycące do tego stopnia, że ze mnie się tu śmieją, że obiad zamawiam jako ostatni już pod wieczór. Po prostu to bardzo dobry posiłek na cały dzień.

Obiadokolacja

Dla nich jest to obiad, a dla mnie obiadokolacja. Bo na nim najczęściej moje dzienne jedzenie się kończy.

Tu też u Paula najczęściej jest monofagia. Frytki z szaszłykami z kóz (w ich języku, zapewne zapożyczone z francuskiego nazywają się brouchettes). Kawałki koziego mięsa ściąga się z patyka zębami, a na widelec nabija frytki. Folklorem jest to, że kiedy jesz sobie te szaszłyki, przyglądają ci się przechadzające kózki. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem tu kozę (pełno ich jest) zapytałem Paula: It’s a goat?, na co Paul odpowiedział z dumą: Tak, jak dorośnie to ją zjemy.

Tu też czasem podawane są owoce takie jak przy śniadaniu.

Do picia jest butelkowany napój: cola, fanta, sprite lub tonik. Kelner przynosi ci go zamkniętego, przy tobie otwiera i dostajesz zapakowaną słomkę. To względy sanitarne. Zauważyłem, że miejscowi potrafią wyjąć żebami słomkę z opakowania i nadal trzymając ją w zębach włożyć do butelki, tak aby ani przez moment nie dotknąć ją rękoma. Słuszne, ale nierozumiałem, bo przy jedzeniu i tak często pomagają sobie rękoma.

Do butelkowanego napoju zawsze dostaniesz słomkę

Do butelkowanego napoju zawsze dostaniesz słomkę

Na szkoleniu mówiono nam, że są kultury, w których jeść trzeba tylko prawą ręką, bo lewa służy do czynności sanitarnych i kultura Rwandy umiarkowanie do niej pasuje. Paul mówi, że je się prawą ręką, chyba, że dostaniesz do stołu i nóz i widelec. Wtedy jesz normalnie. Mówi, że jak nie dotrzymasz tych zasad tragedia się nie stanie, ale nie jest to w dobrym tonie.

Czasem u Paula można dostać kozie żeberka albo pieczonego banana. Dwa razy w tygodniu jest szwedzki stół: za mniej więcej 6 złotych możesz sobie nabrać ile chcesz jedzenia z różnych mis.  Mi z tego najbradziej posmakowało coś co wyglądało jak szpinak w jakimś sosie, a Maombi powiedział, że po francusku to legumee. Legumee to jeśli dobrze pamiętam ogólna nazwa warzyw po francusku.

W mlecznym barze w Kigali jak dotąd zjadłem zwykłą kanapkę i hamburgera. Jak nasze, tyle, że keczup mają bardzo jasny, trochę przezroczysty i sprawia wrażenie przez to, że świeci. Raz zamówiłem jakieś lokalne danie, ale pożałowałem. Położono mi przede mną na frytkach kawał wołowego mięsa z kością, które wyglądało jakby dopiero co zostało podniesione z ulicy, gdzie leżało kilka dni w słońcu, a tuż przedtem było potrąconym przez kierowcę psem. Na szczęście smakowało bardzo dobrze, ale względy wizualne nie pozwolą mi tego zamówić chyba drugi raz.

Kolacja

Jem bardzo rzadko, bo rzadko jestem głodny. Kolację jemy już w domu, przy czym jest ona przynoszona przez Samuela – naszą pomoc domową – skądś już gotową, ciepłą w aluminiowych pojemnikach. W domu nie ma w ogóle kuchni, ani nie ma warunków do przyrządzania pożywienia ani jego przechowywania. Jak pisałem zostawione rzeczy na widoku zaraz są obłażone przez masy mrówek, a lodówki nie mamy. Kolacja to z tego co zauważyłem po raz kolejny frytki i herbata bawarka. Na wieczór chętnie ją wypijam.

Ciekawostki

Serów nie jedzą. Jedli, ale rok temu była wielka afera,, gdy producent serów zrobił zatrute i sporo ludzi umarło. Teraz w ogóle nie ma ich w sklepie.

Mówiłem Paulowi, że w Polsce na śaniadanie najczęściej jem kanapki z kiełbasą i musiałem się nieźle bronić by mi jej nie kupił, jak zobaczyliśmy ją w jednym ze sklepów. Leżała sobie w upale spokojnie na półce koło kakao, grom wie jak długo. Z edukacją odnośnie higieny żywienia też tu jest chyba nienajlepiej, bo powiedziałem do Paula, że mogę się rozchorować jak zjem kiełbasę, która leży na słońcu, a on odpowiedział, że to co – jak wrócimy włoży ją do lodówki. Dla tych, którzy też nie rozumieją: kiełbasa na słońcu wśród owadów to bardzo duże ryzyko obecności w niej śmiertelnego jadu kiełbasianego produkowanego przez bakterie botulinowe. Chłód czy gotowanie może i zabije bakterie, ale obecny jad nie zostanie usunięty.

Higiena żywienia mimo wszystko jest daleka od ideału. Na przykład przestrzegano mnie by nie jeść niegotowanych rzeczy. Tymczasem owoce zawsze podawane są na surowo, nie wiadomo jak czystym nożem krojone. No ale jem i patrzę czy nie robię się żółty 😉

Sklepy (tu nazywane Alimentation), nawet o nazwie Le grant alimentation są kiepsko zaopatrzone. Te tutaj w Nyamata to najczęściej kilka rzadko rozstawionych butelek wody i napojów, kakao i herbata i tyle. Ale i w Kigali haki na mięso jak za starych czasów w Polsce straszą pustkami.

Sklep w którym pracuje Shila niczym nie różni się od innych sklepów w Nyamata. Półcień i brak przepychu na półkach

Sklep w którym pracuje Shila niczym nie różni się od innych sklepów w Nyamata. Półcień i brak przepychu na półkach

O cenach napiszę kiedyś indziej w osobnym artykule. Na razie tylko nadmienię, że specjalnej niespodzianki nie będzie bo od polskich są niższe o najwyżej kilka procent lub w ogóle.

7 Komentarzy »

Przyroda Rwandy

7 sierpnia 2008, czwartek

Pewnego dnia wybrałem się na krótki spacer do lasu sawanny

Pewnego dnia wybrałem się na krótki spacer do lasu sawanny

Można o niej napisać tak:

Jest po prostu pięknie! Już w pierwszy wieczór powalił mnie z nóg widok dziedzińca katolickiego hostelu z dwiema potężnymi rozłożystymi palmami, których pnia nie zdołałbym objąć. Wszędzie rosną bananowce, a laterytowa czerwona ziemia niesłychanie lśni w zachodzie słońca. W ogrodach hodowane są ananasy. Pogoda: ani razu nie musiałem założyć kapelusza i jak dotąd nie zużyłem ani kropli olejku chroniącego przed słońcem. Niebo jest cały czas przesłonięte delikatną chmurą – obłokiem pary wodnej, który właśnie co zdążył wyparować z zaczynającej się 100 kilometrów stąd równikowej dżungli. Spotkany przeze mnie dziś Tim – ekspata z USA, który mieszka już w Rwandzie 3 lata – potwierdził tylko moje przepuszczenia: The weather here is the magic. Nie jest za ciepło, nie jest za zimno. Jest w sam raz. Na oko 22 stopnie. Każdego dnia. Ta sama mgiełka na niebie chroniąca przed słońcem, ale przepuszczająca wystarczającą ilość światła, ta sama temperatura, ten sam kojący wietrzyk. Po stokroć lepiej niż w Polsce, gdy z niej wyjeżdżałem.

)

Tak rosną ananasy. Wiedzieliście? Ja się przyznam, że myślałem, że szukać ich trzeba na drzewach 🙂

Wysoko na niebie krąży co najmniej kilka drapieżnych ptaków. Co chwila nisko nad ziemią, jakieś góra 10 metrów nad nią przelatują klucze pelikanów i innych żurawiopodobnych ptaków, gęgając przy tym tak jak nasze polskie gęsi. Lub po cichu wyskakuje z drzew stado śnieżnobiałych ptaków i dostojnie przelatują mi przed oczami. Scena jak z filmu o Afryce, tyle, że ja to widzę naprawdę.

To chyba bambus

To chyba bambus

Agathe mówi, że to nie baobab. Nic tam, tys piknie

Agathe mówi, że to nie baobab. Nic tam, tys piknie

Zapytałem Paula, czy mają tu niebezpieczne zwierzęta. Nie. Skorpiony? Nie ma. Lwy? Tylko w rezerwacie Akagera kilkadziesiąt kilometrów stąd. Inne niebezpieczne zwięrzęta? Nie. Juliette powiedziała, że jadowite węże w kraju są, ale w Nyamata nigdy nie widziała.

Mała termitiera

Mała termitiera

Wiedziałem że samolot ma lądować już po zmroku i miałem taki plan, że jeszcze na pokładzie spryskam się sprayem przeciw komarom. Przerażająca wizja bestii dopadających mnie chmarą i z miejsca zarażających śmiertelną malarią była paraliżująca. Tymczasem już w pierwszy wieczór  usiadłem z Paulem na tarasie i w cieplutką noc zapytałem go gdzie są komary. Powiedział, że nie ma. I jest to niemal prawda! Bo czym jest jeden komar widziany raz na dwa, trzy dni? Nie żartuję.

A czy już wspomniałem, że wszędzie gdzie nie spojrzysz są góry? Nie skaliste, a takie bieszczadzkie, ale gdzie nie spojrzysz żadnego płaskiego fragmentu horyzontu. Porośnięte lasami, poprzetykanymi licznymi zabudowaniami pagórki, staczające się w głębokie doliny; ciągnące się daleko widoki widziane z serpentyn dróg wijących się po zboczach.

To jest powód, dlaczego napisałem, że mógłbym tu mieszkać wiecznie. Po prostu raj na ziemi, w pełnym tych słów znaczeniu.

Jakbyście mieli takie widoki w pracy, też by wam się nie chciało

Jakbyście mieli takie widoki w pracy, też by wam się nie chciało

Ale można napisać i tak:

Gdy laterytową drogą przejedzie samochód, z powodu wzbitego kurzu nie ma czym oddychać. A i bez samochodu nie sposób znieść ciągle umorusanych spodni w czerwonej glinie.

Miałem nadzieję, że wracając w listopadzie do Polski zaskoczę wszystkich opalenizną; tymczasem z powodu ciągle unoszącej się chmurki nadal nie jestem opalony ani trochę. Poza tym jak jednego dnia było bezchmurnie, słońce tak przygrzało, że już po godzinie miałem dość.

Wczoraj jak stałem pod okienkiem baru, zobaczyłem jak za barmanką po słupie zbiegł czarny szczur lub inne licho do niego podobne i zniknął gdzieś za kontuarem. Barmanka nawet nie zareagowała. I ja się tu każdego dnia stołuję!

Idąc do toalety spłoszyłem spod drzwi mysz lub inne licho do niej podobne, które wdrapało się jednym susem po pionowej (!) trzymetrowej ścianie i dreptało gdzieś po dachu.

Dziś rano podszedł do mnie robotnik z budowy i zapytał czy chcę zobaczyć węża. Jakiego węża – zapytałem. Żmiję. Poszedłem za nim i tuż za bramą, na skraju drogi zobaczyłem widok, który mi zjeżył włosy na plecach. Co najmniej półtorej metrowy całkowicie czarny wąż, grubszy od mojego nadgarstka. Był już martwy, ale i tak nie odważyłem się go dotknąć. Robotnicy zresztą też. Powiedzieli, że jego jad jest zabójczy, a co gorsze gatunek ten słynie z plucia jadem na odległość. Trafienie w oczy co najmniej oślepia, a potrafi i zabić. Robotnik powiedział, że węże widzi ciągle jak pracuje w terenie. Według niego jeszcze gorsze są czarne kobry. Potem Paul powiedział, że wczoraj wieczorem znaleźli tą żmiję na terenie telecentrum, zabili trafiając łopatą w gardło.

Czarna żmija

Czarna żmija

Miejsce cięcia na szyi węża było już całe pokryte masą drobnych czarnych mróweczek; tych samych, które kilka dni temu oblazły mi cały bagaż, bo zostawiłem w nim zaczętą paczkę czipsów. Zresztą one nie są największym problemem – widok ruszającego się całego bagażu z milionami mrówek to co najwyżej dyskomfort. Po ziemi biegają za to inne mrówki, długie na bez mała dwa centymetry, których żwaczki widać na stojąco. Choć jako student biologii uwielbiałem mrówki, te tylko mam odwagę przepędzać książką. A one jakby rozumiały co się stało, biegną z powrotem ku tobie. Pozostaje ci tylko uciekać. W powietrzu unoszą się błonkówki, długie na minimum pięć centymetrów. Kiedyś mnie w Polsce użądliła taka centymetrowa i bolało jak diabli.

Jakaś bycza błonkówka, bliska krewna naszej osy

Jakaś bycza błonkówka, bliska krewna naszej osy

A gdy to piszę, słyszę nad sobą brzęczenie komara.

Można pisać i tak i tak. I pewnie jeszcze wiele można do tego dodać. Wczoraj o przyrodzie Rwandy wysmoliłem artykuł na 5 stron w wordzie, a dziś postanowiłem go skasować. Bo dziś widziałem węża, wczoraj wieczorem widziałem szczury i myszy, ale za to też dziś widziałem stado białych ptaków i przyjrzałem się bliżej tym pięknym drzewom, co wyglądają jak długie chude anteny, rozgałęzione parasolowato dopiero na czubkach. Postanowiłem, że o przyrodzie Rwandy będę pisał po kawałku, tak jak o ludziach. Tylko o drobnych aspektach. Bo wiele mnie jeszcze pewne zadziwi i wiele razy się jeszcze pomyliłbym jakbym chciał stwierdzić coś w tej kwestii ostatecznie.

9 Komentarzy »

Kigali na własną rękę

Poniedziałek, 4 sierpnia

Kolejny artykuł pisany na sucho w wordzie. Wciąż bez internetu. Paul mówił, że może w poniedziałek, ale tak jak się spodziewałem „może” oznacza raczej, że nie. Tak naprawdę pojechał dziś do Kigali do ISP zapytać czy naprawili już modem, dzięki któremu Nyamata Teleservice Centre łączy się internetem.

Kurcze, właśnie Innocent mi mówi, że modem będzie bardzo długo niesprawny. Co prawda MSZ zaplanował w budżecie około 50$ na internet dla mnie, ale nie został przewidziany koszt modemu, jaki będę musiał kupić do laptopa. Trzeba będzie spróbować jakoś to rozwiązać. Bez netu jak bez ręki, nawet na środku afrykańskiej sawanny, gdzie wodę do domów wciąż donosi się w beczkach.

Czułem, że powoli w Polsce ludzie zaczynają się o mnie niepokoić. Gdy wysiadłem z samolotu, puściłem sygnał Krysi, co według ustaleń miało znaczyć, że już jestem. I na tym koniec. Domyślam się, że gdy ktoś nie daje z Afryki żadnego znaku życia, nie można się do niego dodzwonić (wyczerpałem kredyt w telefonie), ani ustalić gdzie jest, można się zacząć martwić.

I faktycznie. Włożyłem w niedzielę po południu na chwilę kartę simplusa do telefonu, a tu dwa smsy. Od Pawła i Krysi, że mógłbym dać znać co i jak, a tu cisza. Paul akurat był w innej prowincji na jakimś ważnym spotkaniu, Agathe i Nelly gdzieś poszły, a mnie zabawiał Moambi swym nieco trudnym w akcencie angielskim i chyba nie rozumiał co sam do niego mówię.

Trzeba jakoś więc samemu szybko znaleźć kawiarenkę internetową, zwłaszcza, że czułem, że jutro  internetu nadal nie będzie. Znaleźć kawiarenkę, znaczy dostać się do Kigali, bo w Nyamata jedynym miejscem z internetem jest… telecentrum Paula.

Dostać się do Kigali, znaczy znaleźć busa. Włos się zjeżył na głowie jak sobie przypomniałem opowieści na szkoleniu w MSZ o podróżowaniu po Afryce busami. Jedne ceny dla mieszkańców, inne – z reguły w wysokości ile się uda dostać, tyle wynoszą – dla muzungu. Co więcej: jeśli zapytasz kierowcę, czy bus jedzie tam gdzie chcesz, a on odpowie, że tak, nie zawsze musi to być prawdą. Biały człowiek w jego samochodzie to prestiż, więc nie ważne gdzie chce jechać – ważne by wsiadł. Czy dojedzie tam gdzie chce, to już jego zmartwienie.

Wyszedłem na główną drogę Nyamata i miałem zamiar się udać tam, gdzie widziałem wywieszony rozkład jazdy busików. Wyskoczył stamtąd akurat bus i kierował się w stronę Kigali więc machnąłem na niego ręką. Zatrzymał się, krzyknąłem Kigali?, ze środka dobyło się oui. Tu mnie raczej nie oszukają na miejscu docelowym: ta droga prowadzi tylko do Kigali. Gorzej będzie w drodze powrotnej.

O cenę zapytałem dopiero gdy ruszył. Sześćset franków – ok. Nie ma co się próbować targować. To jest nieco ponad jeden dolar.

Robiło się coraz tłoczniej, gdy nagle dosiedli się współpasażerowie z którymi obustronnie zdziwiliśmy się. Dziecko kobiety zdziwiło się, że widzi białego i obok niego usiądzie. Ja się zdziwiłem, że obok mnie usiądzie kobieta nie tylko z dzieckiem ale i kurą. O tym też nas uprzedzali, ale i tak fajnie.

Nawiasem mówiąc w busie, za który robiła jakaś stara, rozpadająca się toyota hiace – niewielki w sumie samochodzik – siedzieliśmy w jednym rzędzie w szóstkę: jakaś kobieta pod oknem, ja, dziecko, matka dziecka i kura. Nie dałem rady się obejrzeć na tylne rzędy, by zobaczyć ile nas jest w sumie.

W Kigali wylądowałem nie wiem gdzie. Przyglądał mi się rosły Rwandyjczyk więc zanim zapyta mnie o pieniądze, sam przejąłem inicjatywę, zapytałem czy mówi po angielsku i poprosiłem by powiedział gdzie znajdę internet cafe. W sumie całkiem niedaleko. Dostać się trzeba było do niej przez wielki plac pełen busów. Zaczepiali mnie chłopcy z pytaniem gdzie chce jechać. Ale da się to przejść.

Co do samego internet cafe nie ma za bardzo nad czym się rozwodzić. Ciasne pomieszczenie, duszne i ciemne, gdzieś na pierwszym piętrze ni to budynku handlowego, ni to garażu. Klawiatura i myszka wymagają ode mnie użycia nieco wysiłku. Polskich znaków oczywiście z marszu nie ma. Piętnaście minut kosztuje 100 franków, a to oznacza, że za dolara można spędzić w internecie półtorej godziny. Na napisanie do Krysi i Pawła, siostry i Anety, opublikowanie krótkiego uspokajacza na blogu potrzebowałem jednak tylko pół godziny. Wolałem się spieszyć; jazda do Kigali zajęła ponad godzinę. Z powrotem musiało być dłużej.

Stacji autobusowej szukać nie musiałem, bo miałem ją pod nosem. Wystarczyło, że zszedłem na dół, zacząłem się rozglądać i po chwili dopadł mnie chłopak z pytaniem gdzie chcę jechać. W Afryce nie ma rozkładów jazdy, nie ma nawet tabliczek za szybą z nazwą miejsca docelowego, nawet na głównym dworcu miasta. Jest za to kilkadziesiąt autobusów i są chłopcy biegający po placu i pytający ludzi gdzie chcemy jechać. Kapuściński pisał, że za tą swoją pracę dostają pomarańcz lub banana.

Kluczyliśmy między autobusikami, wskazał na jeden palcem, a gdy chciałem wsiąść, dał do zrozumienia, że nie. Zaprowadził mnie na miejsce koło kierowcy. No tak: muzungu w busie to prestiż dla kierowcy.

Ale i od razu zaczął mnie o coś przez okno prosić. Przy czym nie rozumiałem ani słowa. Pokazywał coś na palcach, liczył, w końcu zebrała się grupka ludzi popatrzeć co się dzieje. Dopytywałem czy ktoś mówi po angielsku, ale nie. W końcu dał mi spokój. W oknie od strony kierowcy zobaczyłem ciemnoskórego człowieka, ale nie Afrykańczyka. Hinduskie rysy twarzy, która najpierw zapytała mnie czy mówię po francusku, a gdy powiedziałem, że nie, bardzo ładną angielszczyzną zapytał czy to bus do Nyamata i czy nie wiem czy jest sens jechać tam w niedzielę. Chciał się dostać do Nyamata Genocide Memorial Site – jednego ze słynniejszych miejsc w całej Rwandzie, upamiętniającego ludobójstwo. Powiedziałem, że bus jedzie do Nyamata, przynajmniej taką mam nadzieję i żeby wsiadał: dziś w Nyamata wszystko jest otwarte, choć to niedziela, więc i muzeum powinno także być.

To Kanadyjczyk, który przejechał do Rwandy także jako wolontariusz aby pracować w misji ONZ. Był tu już drugi miesiąc. Dobra okazja by wypytać jak tu jest, ale jakoś nie przychodziły mi żadne konkretne pytania. Ustaliłem jedynie, że busy mają stałą cenę dla wszystkich, niezależnie od koloru skóry i z powrotem znów zapłacę 600 franków, tak jak każdy.

Więc tak sobie siedzieliśmy w większości w milczeniu, tak jak i inni z tyłu za nami, czekając na kierowcę. Wiedziałem bowiem, że autobus na pewno nie odjedzie dopóki, nie tyle zjawi się kierowca, co bus nie zapełni do końca. Ludzie będą powoli wsiadać jeden po drugim i w ciszy czekać na kierowcę. Ten zapewne kręcił się gdzieś w tym tłumie, zerkając co jakiś czas czy już jest komplet.

Po mniej więcej pół godzinie ruszyliśmy. Mimo kompletu kierowca zatrzymywał się dla machających, a w zatoczkach, które służyły za przystanki zwalniał i krzyczał przez okno nazwę Nyamata w nadziei, że ktoś na niego czeka. Dochodziło do kuriozalnych sytuacji, w których biletowy (w autobusiku mimo mikroskopijnych rozmiarów są dwie osoby załogi: kierowca i człowiek, który pobiera opłatę za przejazd przy wysiadaniu) musiał ludzi upychać aby móc zamknąć drzwi. Ale mimo rzężenia silnika, busik toczył się przed siebie.

I rada na koniec: jeśli chcesz gdzieś wysiąść, zapukaj głośno w metalową część samochodu. Najłatwiej albo przez okno w karoserię, albo w sufit. Przez całą drogę wszystkich – kierowcę, biletowego i bez mała dwudziestu pasażerów – obowiązuje niepisana, werbalna cisza.

Czyli strach ma wielkie oczy. Przyznam się, że dostałem pewnego stresu na myśl, że mam sam pojechać do wielkiego miasta i co wydawało mi się o wiele trudniejsze, znaleźć bus, który mnie z niego z powrotem wywiezie . Kigali mimo 400 tysięcy mieszkańców jest wielkie. Te czterysta tysięcy mieszkańców musi gdzieś mieszkać, a mieszka w zdecydowanej większości w parterowych domkach – to musi zajmować powierzchnię. Miasto rozciąga się na wiele kilometrów w czymś w rodzaju doliny czy kotliny wspinając przy każdej sposobności na zbocza otaczających je gór. Gdzie nie spojrzysz góry porośnięte domami, tłumy ludzi i gęstwina samochodów i motorów. I żadnych kierunków geograficznych, żadnych tablic informacyjnych.

Przeludnione Kigali wspina się na zbocza otaczających je gór

Przeludnione Kigali wspina się na zbocza otaczających je gór

Udało mi się jednak tego uniknąć. Nie oddaliłem się nawet na metr od dworca autobusowego. Zatem prawdziwa samotna wyprawa w afrykańską miejską dzicz myślę, że nadal przede mną.

P.S. Jest już poniedziałek wieczór. MSZ zgodziło się poprzesuwać tak pozycje w budżecie aby starczyło na internet. Paul jednak tymczasem mówi, że do Kigali uda nam się pojechać zapewne dopiero w środę. Pojechałbym sam jutro, ale nie wiem gdzie się udać. Może uda mi się znaleźć kogoś kto pojedzie ze mną.

4 Komentarze »