Archive for turystyka

Malaria

Skrzyp, skrzyp, skrzyp…

Tak skrzypi śnieg za oknem, gdy się po nim chodzi. Powiedzmy, że to właśnie ten nieustanny hałas spowodował, że blog się znów obudził. Nic dziwnego, tutaj w niby-Rwandzie upał niesamowity, a tymczasem za oknem jakiś dziwny dźwięk. Nie przypomina to szurania klapek zrobionych ze starych zużytych opon, nie przypomina też równikowego deszczu bębniącego w blaszane dachy, nie ważne jak mały miałby to być deszcz.

Ale prawda jest inna, blog się budzi bym napisał Wam nieco o malarii. Zostałem o to poproszony przez lekarzy, abym na bazie swojej wiedzy i doświadczeń opisał tą chorobę na moim blogu muzungu.pl. Sam podpowiedziałem, że dobrym, a nawet może lepszym miejscem na opisanie będzie ten właśnie blog, czyli Konrad Jest w Rwandzie. Blog jest już o tyle martwy, że nie piszę na nim (bo nie jestem już w Rwandzie) i jest o tyle żywy, że wciąż odwiedza go bardzo dużo osób. I dobrze, bo fajnie jest wiedzieć, że zainteresowanie moim pobytem w Rwandzie z Waszej strony nie skończyło się wraz z moim powrotem do kraju.

Wciąż mam tutaj jeszcze wiele wejść, wiele osób szuka informacji turystycznych związanych z wyjazdem do Afryki, według statystyk google bardzo często szukacie tu informacji jak się do takiego wyjazdu przygotować, szukacie wskazówek dotyczących zdrowia. Pisałem już o tym, ale nigdy za wiele. Szczególnie na pewno brakuje tu osobnego artykułu dotyczącego malarii. Fakt, że na nią nie zachorowałem (choć kto go tam wie), ale choroba ta jest sporym problemem i co roku dotyka wielu Polaków podróżujących do Afryki. Zatem poniżej moje wskazówki. Pisałem już o tym na muzungu.pl, ale tutaj postaram się opisać wszystko bardziej zwięźle.

O samej chorobie jako takiej.

Mam wykształcenie biologiczne, więc pozwolę sobie nieco się powymądrzać 😉 Choć nie za dużo. Dokładne informacje znajdziecie na przykład tutaj. Ja tylko wspomnę o tym co najważniejsze.

Wspomnę o tym, że jest to choroba roznoszona przez komary widliszki (występujące także w Polsce, ale nie groźne z powodu opisanego za chwilę), jednak komary są tylko wektorem, czyli organizmem roznoszącym, a prwadziwym patogenem jest pierwotniak o nazwie zarodziec malarii. To on dla pełnego cyklu życiowego musi część życia spędzić w ciele człowieka, a część w ciele komara (i to jest właśnie powód dlaczego w Polsce widliszki groźne nie są: nawet jeśli dostaną się do nich zarodźce, jest im za zimno by przejść cały cykl rozwojowy).

Wspomnę też o tym, że jest to choroba śmiertelna, na którą niestety nie ma szczepionek. Można co prawda wykształcić częściową na nią odporność, najczęściej na dwa sposoby: przejść malarię w swoim życiu (nie polecam) lub przyjmować przez cały czas pobytu w tropikach leki antymalaryczne. Żadna z metod nie gwarantuje 100% bezpieczeństwa, a jedynie obniża ryzyko zachorowania.

Czy ryzyko zachorowania jest duże? Niestety nie wiem, bo to wartość relatywna. Z jednej strony w tropikach tylko jeden komar na 300 jest zainfekowany zarodźcem. Z drugiej strony malaria w tropkiach jest odpowiednikiem pod względem zachorowywalności chyba naszej grypy. Sami sobie odpowiedzcie na jak duże oceniacie teraz ryzyko zachorowania na grypę.

Przygotowania do wyjazdu.

Przede wszystkim spotkanie z lekarzem. Jest wiele miejsc gdzie możecie znaleźć listę lekarzy chorób tropikalnych, na przykład tutaj lub tutaj.

W wyniku spotkania na pewno dostaniecie receptę na leki antymalaryczne i zdecydowanie polecam z niej skorzystać jeszcze przed wyjazdem. Ja w Rwandzie nie widziałem nigdzie leku, jaki mi został przypisany, więc na pewno bym go nie wykupił (nazwy leku specjalnie nie podaję, aby nikogo nie sugerować co do wyboru, o tym niech zdecyduje lekarz).

Ponadto zaopatrzcie się w repelenty przeciw komarom. Wypatrujcie tych, które zawierają w sobie związek DEET; uważa się bowiem że ten jest wyjątkowo nielubiany przez widliszka. Niestety ciężko takie środki wypatrzeć w aptekach czy sklepach. Ja już się nauczyłem, że DEET zawiera repelent o nazwie Bross. Jest tani, tańszy od repelentów reklamowanych w telewizji, więc zawsze go kupuję.

I ubezpieczenie. Wykupcie koniecznie, bo jeśli juz trafi Wam się pójść do szpitala czy zwykłego lekarza, bez ubezpieczenia taka wyprawa może Was naprawdę bardzo dużo kosztować.

(W tym artykule opisuję tylko kwestie związane z malarią, dlatego nie wspominam na przykład o szczepieniach na inne choroby jak żółtaczka; o tym na pewno wspomni lekarz w czasie wizyty opisanej wyżej)

Na miejscu.

Na szczęście na miejscu nie musi się wcale okazać, że jest aż tak źle (choć na pewno zależy to od kraju). W Rwandzie wcale nie latały za mną chmary komarów. Prawdę mówiąc jak już kilka razy wspominałem widziałem jednego komara na kilka dni w porze suchej i kilka komarów na dzień w porze deszczowej. Nie przygotowujcie się więc na to, że będziecie cały czas w panice wieczorami rozglądać się za komarami i bez przerwy oklepywać się.

Mimo to nie zapominajcie dmuchać na zimne. Wyjmijcie repelenty i spryskajcie się nimi przed wieczorem.

Sprawdźcie moskitierę w oknie lub nad łóżkiem. Jeśli będzie miałą dziury (a będzie miała na 100%) pozaklejajcie je choćby zwykłą taśmą klejącą.

Unikajcie szarej godziny, czyli momentu gdy zaczyna się robić ciemno. Wtedy ryzyko zakażenia jest największe, bo wtedy właśnie komary ruszają na łowy. Na szczęście szara godzina trwa na równiku bardzo krótko i nazwałbym ją raczej szarymi minutami. Jak to wygląda pokazywałem na przykład tutaj 🙂

Z wszelkimi objawami jakiejkolwiek choroby idźcie do lekarza. Bez skrępowania. Pamiętacie? Wykupiliście przecież ubezpieczenie, więc dlaczego nie korzystać by z niego? 😉 Niestety objawy malarii są bardzo różne i ciężko samemu stwierdzić czy to właśnie ta choroba czy coś innego. Co więcej niektórzy mogą ją przechodzić dość łagodnie, tak więc nawet zwykła biegunka z podwyższoną temperaturą może być malarią (jednak traktujcie to raczej jako ewenement niż coś, co na pewno was spotka; bardziej nastawcie się na wysoką gorączkę, poty i utratę przytomności).

Po powrocie.

Niestety powrót do kraju nie oznacza końca ryzyka zachorowania na malarię. Jeszcze prze kilka dni po powrocie bierzcie leki antymalaryczne (ile, o tym zdecyduje lekarz). Pamiętajcie także, że uznaje się, że na malarię można zachorować nawet po roku od zakażenia zarodźcem. Tak więc koniecznie przy każdej chorobie przez rok po powrocie wspominajcie o tym lekarzowi rodzinnemu, tak by ewentualnie wykluczył malarię, lub zdecydował o dalszych badaniach.

Więcej:

Więcej na ten temat znajdziecie:

na moim blogu pod tagiem malaria

na stronach malaria.com.pl lub Centrum Informacji Medycyny Podróży

u lekarzy medycyny tropikalnej 🙂

Pamiętajcie też aby nigdy w stu procentach nie ufać informacjom znalezionym w sieci, także mi. Tu w końcu chodzi o Wasze zdrowie i Wasz organizm.

Reklamy

2 Komentarze »

Jak zostać wolontariuszem (zagranicznym)?

Sądząc po Waszych komentarzach i po prywatnej korespondencji panują w Polsce dwie rzeczy: brak informacji o tym jak zostać wolontariuszem i przekonanie, że ja takie informacje posiadam.

Z pierwszym się zgodzę. Przynajmniej 1,5 roku temu, gdy w głowie pojawił mi się pomysł aby wyjechać jako wolontariusz do Afryki, nigdzie nie mogłem znaleźć informacji jak to zrobić. Z drugim jednak do końca zgodzić się nie mogę: to, że udało mi się w końcu na taki wolontariat wyjechać, nie znaczy, że można mnie traktować jak eksperta w tej dziedzinie. No ale dobrze – postaram się jednak co nieco w tym temacie napisać. Jednak pamiętajcie, że piszę jedynie na bazie swojego, skromnego doświadczenia. Poniżej opiszę jak to było w moim przypadku, napiszę o innych zasłyszanych przeze mnie przypadkach i podrzucę może kilka adresów www, gdzie można znaleźć na ten temat więcej informacji.

Po pierwsze: zastanów się co robisz

Poważnie. Chcesz tego czy nie, ale prawda jest taka, że nawet jak siedzisz i czytasz to, co teraz piszę, bierzesz udział w wyścigu szczurów. Mniejszym lub większym, ale zarabiasz pieniądze (lub przynajmniej starasz się oszczędnie je wydawać) lub zdobywasz właśnie wiedzę w szkole lub na uczelni by w przyszłości móc te pieniądze zarabiać. Twój pracodawca za Twoimi plecami odkłada składki emerytalne, im więcej ich zostanie odłożonych, tym większą (przynajmniej w teorii) emeryturę będziesz mieć.

Wyjazd na wolontariat to pauza w powyższym. Przesiedzisz w Afryce kawał czasu, a po powrocie będziesz mieć tyle samo pieniędzy co przed wyjazdem, ten sam poziom edukacji akademickiej i tyle samo na koncie emerytalnym. Niby ok, ale uwierz, że nawet jeśli kontestujesz wyścig szczurów, świadomość, że Twoi rówieśnicy mają w tej chwili nieco lepszą sytuację niż Ty, nieco uwiera.

Co więcej pobyt w Afryce to na mur beton mniejszy lub większy ubytek na zdrowiu. Wszystkie spotkane przeze mnie tam osoby, jeśli nie opowiadały mi o pobycie w szpitalu, to przynajmniej narzekały, że czują, że jest coś nie tak. Jak wiecie i ja zaliczyłem pobyt w szpitalu, a okolicach jelit do dziś czuję dziwne ukłucia.

OK. Jeśli się nie zniechęciłeś to… gratuluję 🙂 Jeśli się zapomni o powyższym to wolontariat w Afryce jest tak naprawdę bardzo świetną sprawą! Robisz coś dla innych ludzi, wiesz, że robisz coś, co jest dobre, a przy okazji przeżywasz przygodę życia. Wspomnienia są naprawdę niesamowite, przydaża Ci się coś, co zapewne nie spotka większości ludzi nigdy. I tak: ludzie faktycznie robią teraz wielkie „łał” gdy słyszą skąd właśnie wróciłem i co zrobiłem. Zatem w ogólnym rozrachunku wolontariuszem być naprawdę warto.

Po drugie, nie płać

Uważaj. Wiele osób chce zostać wolontariuszem i są na świecie ludzie, którzy wyczuli w tym niezły interes. Pisałem już o sekcie, która werbuje nowych członków pod przykrywką wolontariatu w Afryce. Są też „organizacje”, które robią płatne szkolenia przyszłych wolontariuszy (z których nic potem nie wynika, poza nic nie wartym papierkiem).

Pamiętaj: wolontariusz nie zarabia, ale nie jest też frajerem. Jeśli trafisz kiedyś na ofertę wolontariatu zagranicznego, do którego musiałbyś się dołożyć, niech Ci się od razu zapali czerwona lampka ostrzegawcza.

No dobra, to jak trafić do tej Afryki?

„Dosyć tego owijania w bawełnę, napisz mi gdzie mam się zgłosić, aby za 2 miesiące być już w Afryce”. Niestety jeśli masz takie podejście, odpowiedzieć mogę tylko: do biura podróży.

Zmartwię Was. Szukanie opcji wyjechania na wolontariat do Afryki zaczynając od szukania opcji wyjechania na wolontariat do Afryki skończy się porażką. Tak ja szukałem półtorej roku temu. Wpadłem na pomysł aby wyjechać, wszedłem na Google i nic nie znalazłem. Teraz się temu nie dziwię.

Jakby nie było, taki wyjazd ma w sobie jakąś wartość i nie tylko Ty jeden chciałbyś przeżyć tego typu przygodę. Konkurencja między potencjalnymi wolontariuszami istnieje. Nie jest co prawda drapieżna, ale jest. I człowiek z ulicy, który sobie zamarzył, że będzie jak Ania Mucha czy Angelina Jolie, na wyjazd nie ma szans.

Wolontariat trzeba jako tako czuć. Na szkoleniu w MSZ przed wyjazdem spotkałem około 20 innych wyjeżdżających. I wśród nich nie było nikogo, kto by nie był już teraz wolontariuszem lub pracownikiem organizacji pomocowej. Bo wolontariat w krajach rozwijających się to jest jednak jakiś kolejny szczebel w wolontariackiej karierze.

Najpierw musisz chcieć pomagać ludziom. Potem musisz się sprawdzić w Polsce i udowodnić, że faktycznie chcesz pomagać, a nie robisz to w jakiś ukryty sposób wyłącznie dla siebie.

Jak było w moim przypadku? Po bezowocnych przeszukiwaniach Googla pogodziłem się z tym, że wolontariat w Afryce to mit. Zapomniałem już nieco o nim i po 3 miesiącach n GoldenLine trafiłem na ogłoszenie, że w moim Białymstoku szukają osób, które jako wolontariusze chciałyby szkolić starsze osoby z zakresu podstawowej obsługi komputerów. Na tym się znam, miałem zdecydowanie za dużo wolnego czasu (w pracy spędzałem 2-3 godziny dziennie przez 3 dni w tygodniu, więc uwierzcie, że naprawdę się nudziłem), zatem się zgłosiłem.

Byłem więc sobie wolontariuszem i naprawdę bardzo mi się to spodobało. Dopiero na wiosnę, po ponad pół roku zupełnym, zupełnym przypadkiem dotarła do mnie informacja, że pojawiła się opcja wyjechania do Afryki by robić to samo co w Białymstoku. I tak oto wylądowałem w Rwandzie.

Zatem

Zatem jeśli, chcesz zostać wolontariuszem, zacznij myśleć o tym jak o pomaganiu, a nie o jako opcji wyjazdu do egzotycznego kraju za darmochę. Naprawdę spodziewasz się, że pstrykniesz palcami i zaraz się znajdziesz pod palmą, gdzie będziesz leżeć pod palmą, wygrzewać się w słońcu i od biedy raz na jakiś czas wykopiesz kawałek studni, czy opatrzysz skaleczony palec? Zapomnij.

  1. Zostań wolontariuszem w kraju. Zastanów się na czym się znasz, w czym chcesz pomagać i znajdź do tego miejsce, na przykład na Portalu Organizacji Pozarządowych.
  2. Nie traktuj powyższego jako szczebla w drabinie do Afryki. W mojej organizacji jest nas teraz około sześćdziesiątka zarejestrowanych wolontariuszy, a póki co tylko ja wyjechałem. Nikt – w tym i ja – nie wstępował do organizacji z nastawieniem, że kiedyś gdzieś wyjedziemy, czy będziemy mieć jakieś inne profity. Wolontariat to jest poświęcenie się i praca bez oczekiwania jakichkolwiek profitów.
  3. Nikt Cię nie będzie namawiał na wyjazd, wręcz przeciwnie. Gdy pierwszy raz napisałem do CWR z pytaniem czy zgodzą się być moją organizacją wysyłającą, odpisali mi żebym spadał 😉 (oczywiście nie tymi słowami). I bardzo słusznie. Dopiero jak zauważyli, że jestem naprawdę zmotywowany by pojechać, gdy wybrałem się na spotkanie z MSZ aby dowiedzieć się szczegółów na temat całej akcji wyjazdu, gdy napomknąłem, że sam będę pisał projekt, napisali do mnie jeszcze raz, że jednak znajdzie się miejsce na ich liście projektów także dla mnie. Udowodniłem, że naprawdę chcę jechać, pokazałem, że zajmę się sam sobą, a nie oczekuję, że ktoś za mnie odwali jakiś kawałek roboty. Dowiedziałem się, że pytań o możliwość wyjazdu CWR jak i inne organizacje mają na pęczki. Zdecydowana jednak większość pytających wolontariat rozumie jako rodzaj wakacji pod palmami.

Dla tych, którzy wiedzą lepiej

„Tere fere. W internecie jest przecież wiele stron, które aż zachęcają do wyjazdu”. OK, mogę się oczywiście mylić. Tak jak napisałem, nie jestem w tej kwestii żadnym ekspertem, więc być może miałem pecha, że nic nie znalazłem na skróty. Faktycznie, jest wiele stron i organizacji, które wręcz krzyczą „szukamy wolontariuszy do pracy w tropikach!”. Skoro krzyczą, o zapewne wysyłają 🙂 Zatem poniżej adresy dla chcących iść na skróty.

EVS czyli European Voluntary Service http://www.evs.org.pl/ na stronie są adresy email osób, do których można napisać i zgłosić się do wyjazdu jako wolontariusz. Nie wiem jednak na ile jest to skuteczne. Wiem, że Społeczne Pracownie chyba będą za ich pośrednictwem wysyłać kilku naszych wolontariuszy do innych krajów Europy.

UNV czyli Wolontariat ONZ http://unv.org/ Na górze strony można kliknąć w „How to volunteer” i zostawić CV. O ile się orientuję na tym się skończy.

Polska Pomoc, czyli pomoc MSZ (to właśnie w ramach Polskiej Pomocy trafiłem do Rwandy) http://www.polskapomoc.gov.pl/ Po prawej stronie jest opcja rejestracji i zgłoszenia się jako potencjalny wolontariusz. Zamysł jest taki, że po rejestracji traficie do bazy, którą będą przeglądać polskie organizacje pomocowe, gdy będą szukać wolontariuszy do swoich projektów. Tyle, że jak napisałem, organizacje nie narzekają na brak osób zainteresowanych wyjazdem i jeśli mają wybierać kogoś, kogo wyślą, I jestem niemal pewien, że w pierwszej kolejności wybiorą kogoś, kto ma już doświadczenie jako wolontariusz i jest im w jakiś sposób znany.

Lekarze Bez Granic http://www.msf.org/ To oczywiście oferta dla profesjonalistów. Nie mam pojęcia na ile jest skuteczne zarejestrowanie się u nich, jednak spotkałem osoby, którym udało się nawet kilka razy tą drogą wyjechać do Afryki.

Dla tych, którzy już zrezygnowali

Mam nadzieję, że część z Was odwiodłem od bycia wolontariuszem, tylko po to, aby zwiedzić świat 🙂 Bo nie tędy droga.

Nie oznacza to jednak, że poza wolontariatem nie ma żadnej możliwości taniego, czy wręcz darmowego zwiedzania świata. Są międzynarodowe kluby zrzeszające ludzi, którzy za darmo mogą kogoś przenocować, podwieźć gdzieś czy oprowadzić po mieście. Znane mi to http://www.hospitalityclub.org/ i http://couchsurfing.org/. Sam jestem zarejestrowany w obu, ale korzystam tylko z tego pierwszego. Na razie póki co goszczę ludzi (miałem już gości z Francji, Niemiec i Białorusi oraz pytania z Finlandii i Maroko), ale często czytam relacje z podróży różnych osób i widzę, że zdarza się w ten sposób zwiedzić całe kontynenty. Gdy będę planował jakieś wyprawy, na pewno będę rozważał nocowanie w domach z listy Hospitalityclub.

11 Komentarzy »

Wyprawa do Ruhengeri. Część pierwsza. Na miejsce i z powrotem.

Jak już wspomniałem, w sobotę kolejny raz zjechałem całą Rwandę w dwie strony, za to w jedną dobę. Zajęło to cały dzień, więc nie miałem czasu opisać wypadu na bieżąco, zwłaszcza, że nieco się działo. Teraz też nie opiszę wszystkiego, a sprawozdanie podzielę na co najmniej dwa rozdziały (plus co najmniej trzeci z filmami, ale te zamieszczę dopiero jak już będę w Polsce). Dziś opiszę tylko to, co wydarzyło się po drodze do miejsca docelowego i w drodze powrotnej.

I już teraz wyjaśnię, że miejscem docelowym nie było jednak Ruhengeri. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

Ruhengeri to rodzinne miasto Innocenta i jego siostry Agathe. Dwa razy Innocent proponował mi wspólne udanie się do jego rodziny, ale nigdy mi to nie pasowało. A szkoda, bo Ruhengeri jest bardzo blisko położone rezerwatu goryli. Goryli z miasta dostrzec nie można, ale wulkany, znajdujące się w parku owszem.

Postanowiłem więc wybrać się sam. Lubię taki sposób zwiedzania; może nie jest najrozsądniejszy w kraju daleko do Polski, ale raz się żyje. Gdy się obudziłem miałem przeczucie, że coś się wydarzy, ale jednak postanowiłem zaryzykować. Może święto zmarłych nie będzie jednak pechowym dniem.

Początek wyprawy to betka. Najpierw należało się udać z Nyamata do Kigali, a trasę tą mam już całkiem nieźle opanowaną. W Kigali trzeba znaleźć autobus do Ruhengeri i na tym problemy powinny być zakończone.

Ze znalezieniem autobusu nie było większego problemu. Jak już milion razy Wam wspominałem, Rwandyjczycy to niesamowicie uczynni ludzie. Wystarczy zapytać, a zaprowadzą Cię do samej kasy, a potem autobusu, co też się stało. Wsiadłem i ruszyliśmy.

W tym kierunku jeszcze nigdy z Kigali nie wyjeżdżałem i nieco mnie zaskoczyło, że bus zaczął jeszcze w mieście wspinać się bardzo wysoko na jedno wzgórz miasta i właściwie już do samego końca pozostawaliśmy na tym samym pułapie. Droga wiła się cały czas wysoko, blisko szczytów gór, nieraz na skraju urwiska. Cały czas wyglądając przez okno najpierw widać było rozciągające się setki metrów poniżej doliny, a na drugim planie ściany kolejnych gór. Bardzo ładnie.

Jeszcze w Kigali minął nas wieziony na specjalnym samochodzie roztrzaskany autobus. Zła wróżba.

* * *


Może to dobry moment aby wspomnieć, że wielu Rwandyjczyków gdy tylko wsiądzie do autobusu, od razu spuszcza głowę na poprzednie oparcie i niby śpiąc tak przemierza całą trasę. Śmiesznie to wygląda jak kilkanaście osób w jednej chwili wpada niczym w narkolepsję, ale nie dziwię się im. Cała podróż trwa godziny, a autobus zachowuje się jak w wesołym miasteczku na karuzeli. Pod górkę, z górki, jedynie delikatnie przyhamowując na zakrętach. I tak cały czas. Do tego wyprzedzanie na linii ciągłej na zakręcie to tu naprawdę norma. Czasem naprawdę lepiej na to nie patrzeć. Czasem i sam kierowca niewiele widzi, gdy dodatkowo manewr wykonuje pod górkę.

* * *

Po drodze minęliśmy dwa wodospady, jeden mniejszy, drugi większy. Minęliśmy też kolejny rozbity autobus, kilka miast, małych wioseczek aż w końcu wśród pięknych, rzeczywiście zielonych o tej porze roku gór pojawiły się wulkany.

web_dscn5007

Nie wulkany. Wulkany! Wulkaniska!

Rety, naprawdę nie spodziewałem się, że to są takie olbrzymy. Myślałem, że gdzieś daleko na horyzoncie zobaczę mniejsze lub większe stożki, a tymczasem nagle oczom ukazały się potężne ściany gór, których szczyty ginęły gdzieś w chmurach. Ale to jest widok!

web_dscn5014

web_dscn5009


Najpierw były dwa. Tata i chyba dorastający syn, ale gdy się rozejrzałem lepiej, zobaczyłem też i matkę. Jeszcze potężniejsza niż nawet ojciec; współczuję facetowi 😉

Potem się miało okazać, że wulkanów jest jeszcze więcej. I wszystkie są równie potężne.

Wraz z wulkanami zjawiło się i Ruhengeri. Całkiem spore miasto w porównaniu z Nyamata i całkiem małe, w porównaniu z Kigali. Pierwsze z czym mi się skojarzyło to miasteczko z Przystanku Alaska. Tak, to naprawdę dobre skojarzenie. Jedyna różnica to jak wszędzie w Rwandzie tłumy ludzi na ulicach.

Pokręciłem się trochę po mieście, zrobiłem kilka zdjęć koncentrując się na przepięknych olbrzymach królujących na horyzoncie i poszedłem pytać ludzi, gdzie znajdę kolejny autobus.

web_dscn5018

Bowiem jeszcze przed wyjazdem zaplanowałem sobie, że Ruhengeri nie będzie moim miastem docelowym. W Paula samochodzie znalazłem bezpłatną gazetkę turystyczną; taką jakie można dostać w wielu europejskich miastach, gdy tylko do nich przyjedziemy. Gazetka była o całej Rwandzie, a w niej znalazłem informacje, że obok Ruhengeri jest miasto Kinigi, w którym jest wejście do Volcanos National Park. Park z uwagi na cenę biletu (500 dolarów) mnie nie interesował, ale w gazetce była relacja z pobytu w Culture Village, które znajdować się miało właśnie w Kinigi. Bilet wstępu to 20 dolarów; na tle biletu wstępu do parku nie wygląda to już tak strasznie.

Autobus przy udziale jakiegoś chłopaka znalazłem bardzo szybko i od razu zostałem wpuszczony na zaszczytne miejsce koło kierowcy. To pozwoliło na zrobienie kilku fajnych zdjęć wulkanów, jak i samej drogi.

Po środku, pod lusterkiem wisiała jakaś wiewiórcza kitka, która nieco utrudniała fotografowanie, jednak nie chciałem jej ruszać. A nóż to jakiś amulet? Za to kierowca zauważył moje wygibasy i sam postanowił ją okręcić wokół lusterka. Podziękowałem i pstryknąłem jeszcze kilka zdjęć, choć traf chciał, że akurat widoki nie były najlepsze.

web_dscn5021

Po chwili na zakręcie usłyszeliśmy z okolic koła głośne „pif!”, a po kolejnych trzystu metrach autobus się przechylił i słychać było głośny zgrzyt metalu. Kierowca się zatrzymał i wszyscy wyskoczyli zobaczyć co się stało. Odpadło koło.

web_dscn5022

Czyli jednak dobrze myślałem: amulet.

Pierwszy raz widziałem zdenerwowanego Rwandyjczyka. Kierowca zaczął o coś wykłócać się z zebranymi wokół busa pasażerami i tłumem przypadkowych gapiów. Nie miałem pojęcia o co chodziło, ale wolałem się nie angażować. Jakby nie było kitka została ruszona przeze mnie i wolałem nie zwracać na siebie ich uwagi. Trzeba było pomyśleć jak się stąd ruszyć i w którym kierunku. Co jest bliżej: wracać z powrotem do Ruhengeri, czy spróbować iść w kierunku Kinigi? Przyznam, że stałem jak jakiś kołek i czekałem na zbawienie losu. Część ludzi zaczęła już powoli się rozchodzić.

Po chwili nadjechało zbawienie losu w postaci ciężarówki wiozącej piasek. Zatrzymała ją jedna kobieta i wsiadła do szoferki. Kierowca ruszył, ale po 10 metrach zatrzymał się znów, z szoferki wychylił się chłopak i krzyknął coś do ludzi używając słowa muzungu. Ludzie kazali mi iść do ciężarówki, chłopak przesiadł się na pakę pełną piachu, a ja zająłem jego miejsce.

Kto jeszcze wątpi, że muzungu tu jest niemal królem?

Kierowca, bardzo stary mężczyzna jak na warunki rwandyjskie (tu tylko 2% ludności dożywa 60 roku życia) niestety ni słowa nie mówił po angielsku, ale na migi wypytał mnie skąd jestem. Gdy powiedziałem, że z Polski od razu skojarzył, że to u nas się chyba urodził ten papież Benedicto. Powiedziałem, że prawie, że z Polski był Jan Paweł II. Tym razem kierowca nie wyglądał jakby miał mi powiedzieć, że ktoś go tu może nie lubić. Potem się okazało, że też jest katolikiem. Potem też się okazało, że nie zakumał mojego rozróżnienia papieży, bo gdy wysiadła kobieta i wsiadł znów chłopak, od razu przedstawił mnie jako tego, w którego kraju urodził się Benedicto.

Dojechaliśmy do Kinigi, a kierowca zapytał po co tu przyjechałem (ileż można powiedzieć bez słów!), czy do goryli. Powiedziałem, że nie i wyciągnąłem Paula gazetkę. Pokazałem zdjęcia wioski-skansenu, którą szukam. Kierowca dał znać, że rozumie i ruszyliśmy dalej.

Kurcze, nie mogłem trafić lepiej, bo okazało się, że skansen znajduje się całkiem daleko za Kinigi. Co więcej, w którymś momencie minęliśmy tablicę oznajmiającą, że właśnie wjeżdżamy do parku narodowego. Już mi się zaczęła pojawiać cicha nadzieja, że zaraz zobaczę goryle.

Kierowca sam nie wiedział, gdzie jest ten skansen, więc pokazywał gazetkę mijanym ludziom. Trochę się kręciliśmy; trochę śmiesznie, że zasuwaliśmy całkiem pokaźną ciężarówą. Kierowca wyjaśniał mi po drodze: za tymi wulkanami jest już Kongo, a za tymi jest Uganda. Wam dodam, że to dokładnie za tymi wulkanami, o których mówił, rozgrywa się teraz wojna, dokładnie w tej części kraju. Wczoraj widziałem zdjęcie na BBC na tle jednego z wulkanów.

Nagle zboczyliśmy z głównej asfaltowej drogi na kamienistą, a w zasadzie pumeksową. Ciężarówka  dojechała do jakichś budowanych domów, wysypała piach i zawróciliśmy podskakując na głazach.

I nagle bum! Niczym wystrzał petardy i to takiej naprawdę porządnej. Kierowca zatrzymał się i wysiadł. Okazało się to, co przypuszczałem: strzeliła opona, ale kierowca powiedział, że możemy jechać dalej; opony na tylnej osi są zdublowane. Dobra, jedziemy. Ale czy to nadal przez kitkę?

Nic się nie stało, jedziemy dalej

Nic się nie stało, jedziemy dalej

Dojechaliśmy na miejsce gdy naprawdę nieźle padało. Kierowca wziął mój parasol, wysiadł, rozłożył i kazał mi się pod nim schować. Zaprowadził mnie wtedy pod sam skansen. Zapłaciłem (tu nie ma darmowego autostopu, zresztą nie miałbym sumienia) i rozstaliśmy się.

Jak wspomniałem, zwiedzanie skansenu opiszę w jednym z kolejnych artykułów. Na miejscu jednak spotkałem wycieczkę licealną z Butare i dyrektor zgodził się, że z powrotem do Ruhengeri będę mógł zabrać się ich busem. Kolejny raz dostałem miejsce koło kierowcy.

Ostatni rzut oka na wulkany

Ostatni rzut oka na wulkany

Nie będę już tu specjalnie ubarwiał i rozpisywał się; wrzucał dygresji. Powiem krótko: po jakichś dwóch kilometrach jazdy coś łupnęło, a potem wyraźnie było słychać szorowanie metalu o asfalt.

web_dscn51181

Zatrzymaliśmy się i okazało się, że znów koło. Tym razem jednak zapasowe. Mechanizm przytrzymujący je puścił i trzeba było je przełożyć do bagażnika. Pojechaliśmy dalej do Ruhengeri, gdzie złapałem autobus do Kigali. Już się nieco spieszyłem, bo wiedziałem, że ostatni potem bus do Nyamata będę miał zaraz po zachodzie słońca (czyli po 18.00). Dyrektor szkoły proponował bym poszedł z nimi na obiad i potem zawiozą mnie do Kigali, przez które będą wracać, ale z powodu pośpiechu musiałem odmówić.

Po drodze minęliśmy wciąż stojący jeden rozbity autobus, a na jednym z zakrętów stała policja, spowalniając ruch. Zaraz za zakrętem na boku leżał ambulans.

Dach ambulansu i policjant

Dach ambulansu i policjant

Ciekawostka, charakterystyczna dla Rwandy i o której już wspominałem. W busie do Kigali gadałem sobie z chłopakiem i między innymi zapytałem gdzie będzie najlepiej wysiąść, aby trafić na dworzec autobusowy. Chłopak nie dość, że mi pokazał gdzie, to… wysiadł ze mną, poszedł na dworzec, wypytał ludzi, gdzie jest bus do Nyamata i dopilnował abym do niego wsiadł. Dbają o turystów jak o nie wiem co. Co więcej zapytałem gdzie mieszka, czy mu też pasowało aby tu wysiąść. Powiedział, że na Gikondo. Mniej więcej już znam kilka dzielnic w Kigali i wiem, że akurat ta jest w całkiem innym miejscu.

Bus do Nyamata zgodnie z planem ruszył już po zmierzchu. Kierowcy widać, że się spieszyło, bo przez samo Kigali pojechaliśmy jakimś dziwnym skrótem, którego nigdy nie widziałem.

Na koniec, dosłownie kilometr przed Nyamata kierowca na widok idącej bokiem ulicy dwójki dzieci wcisnął gwałtownie hamulec do oporu. Bus na zblokowanych kołach zarzuciło, koła z jednej strony się oderwały od drogi, ludzie zaczęli wrzeszczeć. Kolejny ułamek sekundy później kierowca puścił hamulec, poprawił kierownicą i bus znów znalazł się na wszystkich kołach.

Myślę, że podejrzewacie, że choć trochę ubarwiam i wymyślam, ale tak było. Ostatecznie wróciłem do domu cały, ale za to z przygodami.

Święto zmarłych.

3 Komentarze »

Rwanda. Informacje turystyczne.

Czas napisać coś bardziej na sucho. Bez żadnego opisywania przygód, bez rozpisywania się o tutejszych ewenementach kultury. Ktoś nazwał w komentarzach mojego bloga rodzajem portalu o Rwandzie i aż wstyd by nie znalazł się tu rozdział przeznaczony dla ludzi, którzy Rwandę chcieliby pozwiedzać, szukają o niej informacji w sieci i trafią na tą stronę. A tu a kuku – nic o hotelach, nic o cenach, nic o zwiedzaniu… Czas to zmienić.

Artykulik oczywiście wszystkiego nie wyczerpie w tej materii. Zostawmy nieco miejsca na własne doświadczenia  przyszłych podróżników.

Przed wyjazdem

Bardzo króciutko o rzeczach, które jednak naprawdę warto przeczytać, aby na miejscu nie wydarzyło się nieszczęście.

Co wziąć

Szczegółowo mniej więcej opisałem to w artykule Co wziąć do Afryki. Możesz się do niego zastosować lub nie. Dopowiem jeszcze do tego artykułu, że choć mam ze sobą pełne buty, nie zakładam ich, a chodzę cały czas w sandałach. Jeśli jedziesz w porze deszczowej pomyśl o wzięciu parasola, albo kup go na miejscu (ja swój kupiłem za mniej więcej 2 dolary). Pora deszczowa nie jest taka straszna (przynajmniej ta jesienna) i przypomina polskie lato, tyle, że pada intensywniej, jak już zacznie padać.

Weź drobiazgi, które możesz rozdawać zaczepiającym Cię dzieciakom na ulicy i proszącym o pieniądze (nie dawaj im pieniędzy, bo tylko nauczysz stereotypu, że żebractwo popłaca). Ja w białostockiej cepelii kupiłem po 60gr małe drewniane biedroneczki. Uwaga: noś je luźno w kieszeni 🙂 Gdy wyciągnąłem torebkę z biedronkami i dałem każdemu dziecku po jednej, zamiast się ucieszyć, że coś dostały, były rozczarowane, że dostały tylko po jednej. Tu obowiązuje zasada „dasz komuś palca, będzie chciał całą rękę”.

Pokseruj wszystkie dokumenty. Trzy razy. Jedną kopię zostaw w domu, drugą włóż do walizki, trzecią miej przy sobie. Oczywiście dokumenty też weź.

Szczepienia i leki

W wielkim skrócie: zamiast czytać ten rozdział udaj się do lekarza od chorób tropikalnych (gdzie jest najbliższy dowiesz się u lekarza rodzinnego lub w sanepidzie – tam też możesz się zaszczepić). Ja nie jestem profesjonalistą i jeśli śledzisz mój blog, na pewno wiesz, że moja wiedza wpakowała mnie już do dwóch szpitali, w tym do jednego dwa razy 🙂

No ale ja byłem u lekarzy i mimo wszystko coś tam wiem. Niestety sama wiedza nie chroni przed chorobą, no ale zawsze to jakiś dobry początek. No więc:

Obowiązkowo musisz się zaszczepić na żółtą febrę. To wymóg WHO. Po szczepieniu dostaniesz żółtą książeczkę, którą włóż do paszportu i miej zawsze ze sobą. Bez niej możesz mieć problemy z wjechaniem do Rwandy, a już zwłaszcza z wyjechaniem z niej. WHO ma tak naprawdę gdzieś czy zachorujesz na febrę czy nie, a chodzi im jedynie abyś tej choroby nie zawlókł do innych regionów świata.

Warto też (a nawet trzeba, żeby nie skończyło się biedą) abyś zaszczepił się też na inne choroby, częstsze niż febra. I tak ja szczepiłem się przeciw:

– polio

– tężec (pewnie wyda Ci się to niepotrzebne, bo w dzieciństwie byłeś szczepiony; jednak to szczepienie jak i inne trzeba odnowić)

– błonica

– dur brzuszny

– zakażenie meningokokami

– WZW A (zaszczep się też na inne WZW, ja już miałem te szczepienia wcześniej).

Dobre wiadomości: zaszczepiłem się na więcej trzeba, więc zapewne lekarz powie Ci, że Twoja lista szczepień jest krótsza. Co więcej część szczepień będzie chronić Cię przez 10 lat nawet. Szczepienia nie bolą wcale za bardzo.

Zła wiadomość: szczepienia kosztują. Całość moich szczepień to kilkaset złotych.

Nie na wszystkie choroby się zaszczepisz. Najgroźniejsze choroby Rwandy to AIDS (5,6% ludności jest nosicielem wirusa HIV) i malaria.

Profilaktykę przeciw AIDS zapewne znasz, a jeśli nie, znajdziesz o niej informację w wielu innych miejscach. W każdym bądź razie życzę powodzenia 😉

Przeciw malarii możesz brać tabletki (wydawane na receptę u lekarza). Ja biorę malarone i niefachowo mogę je polecić. Uważaj! W różnych regionach świata należy brać różne leki antymalaryczne. Pomyłka w doborze leku to bardzo częsta pośrednia przyczyna śmierci z powodu malarii. Akurat malarone działa w Rwandzie. I tu złe wiadomości: leki nie ochronią Cię w 100%, są bardzo drogie (tabliczka 12 tabletek wystarcza na 12 dni i kosztuje 200zł) i mają całkiem pokaźną listę efektów ubocznych. Dobre wiadomości: weź ze sobą też repelenty i w miarę możliwości śpij pod moskitierą. W Internecie (nielegalnie, bo to lek na receptę) możesz odkupić od powracających z Afryki ich lekowe pozostałości nawet za pół ceny. Ponoć w Holandii są one tanie i legalne, więc rozważ ewentualny lot przez ten kraj (ponoć można kupić je na lotnisku, ale nie sprawdzałem). I na koniec: komarów w Rwandzie jest zdecydowanie mniej niż w Polsce. W porze suchej widywałem średnio jednego na trzy dni, w porze deszczowej mam teraz średnio 1-2 komary wieczorem w pokoju (a te które nie udało mi sie zatłuc przed zaśnieciem, rano kurcze rozgniatam zostawiając na ścianie plamę z mojej krwii; trzymajcie kciuki).

Rozważ ubezpieczenie się przed wyjazdem. Sam mam ubezpieczenie w Allianz (Mondiall Assistance), które jeśli będziesz się ubezpieczać, polecam. Jak wspomniałem byłem już w szpitalach i Allianz dość dobrze się mną opiekował. Szkopuł w tym, że za ubezpieczenie płacę (tzn MSZ płaci) ponad tysiąc złotych miesięcznie, a moje leczenie przez 3 miesiące kosztowało Allianz jak do tej pory góra 200 dolarów 🙂 No ale, póki co na szczęście choroby miałem niezbyt poważne. Pomyśl, czy byłoby Cię stać na opłacenie z własnej kieszeni ewentualnej misji ratunkowej w przypadku gdyby stało Ci się coś z dala od miast i na dodatek musiałbyś zostać przetransportowany do szpitala w Europie.

Leki przeciwbólowe możesz zostawić w domu. W ostatni weekend kupiłem aspirynę w cenie 1 tabletka (pani aptekarka wyjmuje ją z wielkiego słoja) = 2 centy amerykańskie.

Zrozumieć Rwandę

Klimat: idealny. Bardzo ciepło, w najgorszym wypadku klimat typu „polskie lato”. Dwie pory deszczowe: wiosną pora deszczy długich i jesienią od października do grudnia pora deszczy krótkich (nagła niespodziewana – choć zawsze poprzedzona strasznym wiatrem – nawałnica kończąca się zazwyczaj po 15 minutach, a potem znów upał). W porze suchej, sucho i tyle 🙂

Wyrzuć z głowy stereotypy o Rwandyjczykach jako ludziach, którzy zabijają się na ulicach i zapewne i Ciebie zabiją! Przysięgam: w Polsce jest kilka razy bardziej niebezpiecznie na ulicach niż tu. Ludzie niezwykle pokojowo nastawieni, uprzejmi i jak tylko będziesz mieć najmniejszy problem (nie wiesz jak gdzieś dotrzeć itp) na 100% ktoś Ci pomoże. Jeśli nie wierzysz, przeczytaj tego bloga w całości.

Ale unikaj rozmów o podziałach na Hutu i Tutsi. W niektórych aspektach (dyskryminacja) taka rozmowa może Cię zaprowadzić do więzienia. Obecna doktryna mówi, że wszyscy są sobie równi, nie ma podziału na Tutsi i Hutu, a wszelkie próby jego wznowienia od razu budzą w Rwandyjczykach obawę o powtórzenie ludobójstwa. Możesz jednak rozmawiać o ludobójstwie, ale rób to delikatnie. Na pewno nie pytaj rozmówcy po której stronie był w czasie ludobójstwa. Sam nigdy też nikogo nie zapytałem czy jest Tutsi czy Hutu.

Wiza

Jeśli jedziesz bezpośrednio z Polski lub innego kraju, w którym nie ma ambasady Rwandy, wypełnij formularz na stronie http://migration.gov.rw/. W innym wypadku postaraj się zdobyć wizę przed wyjazdem. Jest też opcja polegająca na tym, że wyślesz paszport do ambasady na przykład w Berlinie i odeślą Ci go z wbitą wizą. Opcja ta jednak kosztuje, a znając polską pocztę wolałem nie ryzykować powierzenia im mojego paszportu choćby na chwilę.

Pomimo, że formularz wypełnisz online, na granicy jeszcze raz wypełnisz drukowany z tymi samymi pytaniami. Zrób to jednak. Generalnie panuje opinia, że wizę do Rwandy dostać jest bardzo łatwo, ale jedna osoba, która nie wypełniła formularza na stronie o mało co nie została zawrócona na granicy.

Wiza kosztuje 50 dolarów i obowiązuje dwa tygodnie. Jeśli chcesz zostać dłużej, musisz w Kigali udać się do Migration Office. Zrób to na kilka dni przed wygaśnięciem wizy! Niestety przedłużenie wizy jest droższe.

Jak dotrzeć

Samolotem, lądem autobusem lub samochodem. Rwanda nie ma kolei i nie ma dostępu do morza. Kolej ma być wybudowana za kilka lat.

Ja przyleciałem tutaj Brussels Airlines z Berlina z przesiadką w Brukseli. Latają też z Warszawy do Brukseli. Sam poszukaj dobrego połączenia. Pamiętaj, że w Afryce komunikacja autobusowa jest tania, więc popatrz też, czy na przykład samolot do bardziej popularnej Ugandy czy Tanzanii nie będzie tańszy. Autobus z Kampali w Ugandzie do Kigali w Rwandzie kosztuje ponoć około 10 dolarów! (Tak słyszałem) Pamiętaj jednak, że w takiej opcji musisz doliczyć opłatę za wizę do któregoś z tych krajów.

Rwanda graniczy z Ugandą, Tanzanią, Burundi i Kongo. Tylko z Kongo możesz mieć problemy z wjechaniem do Rwandy. Oba kraje się nie lubią, a ponadto we wschodnim Kongo, właśnie przy granicy z Rwanda trwa obecnie intensywna wojna i zapewne nie skończy się szybko. Raczej odpuść sobie tą drogę.

Na miejscu

Gdzie spać

Niestety nie wiem. Sam śpię z Rwandyjczykami w domu, więc płacę zwyczajny czynsz 145 dolarów miesięcznie. Mam w to wliczony czynsz, prąd, pranie, sprzątanie i kolację. Ponadto Samuela – naszego house keepera – mogę w ramach czynszu wysyłać  po zakupy dla mnie.

Spałem w katolickim hostelu w Nyamata 20km od Kigali. Koszt to 4 dolary za noc. Hostel znajduje się bardzo blisko Nyamata Memorial  Site (każdy mieszkaniec Nyamaty wie gdzie to jest i na pewno pomoże Ci tam dojść po drodze wypytując skąd jesteś i jak Ci się Rwanda podoba). Pod Memorial Site wypatruj figurki matki bożej stojącej właśnie koło bramy hostelu.

W Kigali jest niestety ponoć drożej, ceny zaczynają się od 20 dolarów. Hotele są jeszcze droższe oczywiście. Zatem pomyśl o noclegu w Nyamata. Bilet na bus kosztuje jednego dolara, a bus jedzie około 40 minut (w warunkach afrykańskich to bardzo szybko!).

Tu być może znajdziesz adresy hoteli i hosteli w Rwandzie.

Gdzie jeść

Raczej na mieście. Mało kto ma tu lodówkę w domu, my nawet nie mamy kuchni.

W Kigali możesz znaleźć nastawione na bogatych klientów restauracje i czyste bary (które nawiasem mówiąc też starają się nazywać restauracjami). Jest nawet coś w rodzaju baru mlecznego. Natomiast najbardziej popularne są różne restauracje i bary oferujące coś w rodzaju szwedzkiego stołu. Płacisz około 2 dolarów i z mis nabierasz sobie co chcesz i ile chcesz. Za napoje płacisz oddzielnie. W misach będą makarony, frytki, banany (w tym słone, smakujące jak gotowane ziemniaki), bataty (ziemniaki, tyle, że właśnie z kolei słodkie), fasola, szpinak lub nać kasawy, sos i wołowe mięso. Tak przynajmniej jest u nas w Nyamata Teleservice Centre, które co prawda położone jest na drugim końcu miasteczka względem hostelu, ale gorąco polecam 😉

Musisz też zjeść broszety – szaszłyki z kawałków koziego mięsa. Czasem koziej wątroby, ale też smaczne.

Internet

W Kigali kawiarenki internetowe są na każdym kroku. 15 minut korzystania z Internetu kosztuje 20 centów amerykańskich. W biurze MTN możesz kupić modem GPRS za około 200 dolarów i potem miesięcznie płacić 35 dolarów. Niestety internet w tej opcji działa kosmicznie wolno i przez kilka godzin dziennie jest niedostępny. Zatem jeśli nie musisz być stale online, polecam kawiarenki.

Jak się poruszać

Pomiędzy miastami najlepiej busami. W Kigali jest jeden duży dworzec autobusowy oraz drugi mniejszy, ale za to w samym centrum. Na obu znajdziesz busy praktycznie w każde miejsce w kraju (do każdego większego miasta, ma się rozumieć). Są stosunkowo tanie – bilet Kigali – Nyamata na trasie 20km kosztuje 2 dolary. Ciekawostką jest, że są właśnie bilety, a nawet jak ich nie ma to cena jest stała. Nawet jak chcesz wysiąść gdzieś na trasie, płacisz za pełny kurs. Co więcej płacisz tyle samo co Rwandyjczyk. Inna ciekawostka, to to, że autobusy mają godziny odjazdu. W Afryce to nietypowe: w innych krajach autobus odjeżdża, gdy jest już pełny, więc możesz czekać nawet i kilka godzin na mniej uczęszczanych trasach. Autobus na trasie do Nyamaty jeździ co pół godziny (i zawsze jest pełny ludzi). Bilety na trasy międzymiastowe kupujemy w okienkach, od biedy możesz kupić w autobusie (cena taka sama).

W Kigali są także autobusy miejskie, ale nie oznakowane. Musisz pytać ludzi skąd odjeżdża interesujący Cię autobus i w samym busie dowiaduj się czy to właśnie ten. Bilet kosztuje około 30 centów. Bilety kupujemy w busie.

Gdy chcesz wysiąść z busa, zastukaj głośno w metalową jego część (obowiązuje też na trasach międzymiastowych).

Inne środki transportu to motor i rower. Droższe od busa, ale za to dowiozą cię dokładnie do celu; bus nie dojeżdża wszędzie, nawet do niektórych atrakcji turystycznych.

Na ulicach Kigali będziesz zaczepiany przez kierowców aut osobowych. To nieformalne taksówki, ale odradzam. Piekielnie drogie. Raz musiałem skorzystać gdy wracałem ze szpitala w Kigali do Nyamaty i zapłaciłem ponad 25 dolarów.

Po niektórych parkach możesz poruszać się tylko autem terenowym, wynajmiesz je w Kigali lub pod samym parkiem.

Co zwiedzać

Udaj się najpierw do punktu Informacji Turystycznej w Kigali. Znajduje się w samym centrum Kigali i dowiesz się tam o wiele więcej niż ode mnie. Czytelnicy bloga wiedzą, że ja niestety nie zwiedzam, więc podam Ci tylko suche fakty; takie same jakie się dowiedz właśnie w TI.

W Rwandzie zwiedza się przyrodę i miejsca pamięci ofiar ludobójstwa (Memorial Sites). Zabytków brak.

Sztandarowy park Rwandy to Volcano Park, gdzie turyści jadą oglądać ostatnie 300 pozostałych przy życiu goryli górskich. Zanim się napalisz, ostudzę emocje: koszt wejścia wynosi 500 dolarów.

Inny park to Akagera National Park – park safari położony nad rzeką Akagera na wschodzie Rwandy, z żyrafami, lwami, hipopotamami i innymi „-ami”. Koszt wjazdu to 30 dolarów plus koszt wynajęcia samochodu terenowego. Są także inne parki, ale te dwa są najbardziej znane. O pozostałych dowiesz się w TI.

Bardzo polecam wizytę w Kigali Memorial Site. Poświęć na nią co najmniej kilka godzin. Jeśli nie odwiedzisz tego miejsca, to jesteś bałwan 😉

Ponadto każde miasto ma swój własny Memorial Site. Zobacz moje opisy z odwiedzin tych miejsc.  Wstęp do nich jest darmowy, ale przy wyjściu wypada zostawić datek (zostaniesz o to poproszony). Uprzedzam, że są to miejsca robiące bardzo duże wrażenie.

Polecam także wybranie się nad jezioro Kivu. Bardzo pięknie położone wśród gór. Nie będziecie żałować (pod warunkiem, że nie wpadnie Wam do głowy udanie się do położonego w okolicy obozu dla uchodźców).

Pieniądze, ceny i zakupy

Jedyna obsługiwana karta płatnicza w Rwandzie to Visa Horizon (jeśli masz Visę Electron, nie zdziała), zatem o ile wiem nie ma sensu z polski brać jakiejkolwiek karty. Aczkolwiek w sklepie Nakumat widziałem plakietkę Visa Electron, więc może coś się zmienia.

Weź gotówkę, w dolarach. Nie bój się napaści i kradzieży (no może jedynie po zmroku, ale to wiem tylko ze słyszenia). To nie Brazylia, nikt nie wyskoczy zza rogu z nożem. Zdarzyło mi się wymieniać w kantorze 2 tys dolarów i jako, że byłem już w Rwandzie od miesiąca, ani trochę nie obawiałem się, że zaraz po wyjściu z kantora stracę te pieniądze. Jak pisałem, niebezpieczniej jest w Polsce.

Przy zakupach możesz się targować. Gdy kupujesz coś na targu lub od jednego z ulicznych sprzedawców (kobiety i chłopacy zaczepiający Cię z wszelkiej maści dobrami w ręku, od pocztówek, po dżinsy) nawet trzeba się targować, bo na bank usłyszysz cenę nawet wyższą od cen dla turystów.

Właśnie. W Rwandzie często ceny dla Rwandyjczyków są inne niż dla obcokrajowców (także czarnych). Nawet w Volcano Park Rwandyjczyk zapłaci 200 dolarów, a Ty urzędowo 500. Tak samo na targu czy ulicy. Targuj się, ale i tak nie stargujesz ceny do poziomu lokalnego. Na początku się przeciw temu buntowałem, ale po miesiącach pobytu zaakceptowałem i nawet zacząłem rozumieć. To biedny kraj, w którym ludzie zarabiają często pół dolara dziennie. Wiedząc o tym raczej czułbym się podle będąc sknerą.

I teraz ceny. Będę podawał także info, czy to cena dla wszystkich, czy też właśnie w tym wypadku jest wyższa dla turysty.

Acha. Ceny podaję w dolarach i w przybliżeniu, ale walutą Rwandy jest frank rwandyjski (FRW). Stosunek franka do dolara jest mniej więcej stały. Gdy przyjechałem tu trzy miesiące temu jednego dolara skupowano po 550 FRW, teraz skupują po 565.

Woda pół litra: pół dolara. Cena taka sama dla wszystkich. W ogóle ta cena jest chyba jakaś urzędowa, bo wszędzie wynosi tyle samo. W Nyamata, w Kigali, w sklepie, w restauracji…

Omlet z trzech jajek: dolar. Cena taka sama dla wszystkich.

Dwie bułki do omletu: mniej niż pół dolara (200FRW).

Kawa: dolar. Dostajemy cały termos kawy, który starczy na dwa kubki.

Herbata: cena i objętość taka sama jak przy kawie.

Cola w butelce 500ml: dolar. Ceny cały czas takie same dla wszystkich.

Wyżerka ze szwedzkiego stołu: 2 dolary.

Kozi szaszłyk (brouchette): poniżej dolara (400FRW).

Frytki: dolar. Duża porcja.

Dowolny owoc w barze lub na targu: 100FRW czyli 20 centów. Na targu jednak biała osoba zapłaci przynajmniej dwa razy więcej. Ale 40 centów za całego ananasa to przecież nadal śmieszne pieniądze.

Sambusa (rodzaj słonych mięsnych pierożków we francuskim cieście): 40 centów w sklepie.

Parasol i ręcznik na targu (używane): po dwa dolary od turysty, lokalni mają taniej.

Spodnie na targu (używane): 2-4 dolary dla miejscowego. Turysta na pewno zapłaci więcej.

Ceny piwa i innych alkoholi opisałem tutaj.

Ceny transportu opisałem powyżej. Motorek z centrum Kigali do Memorial Site kosztuje turystę dolara.

Pamiątki w cenach różnych; można się targować. Ale o pamiątkach niżej. O właśnie tutaj:

Co kupić

Cokolwiek co chcesz. 🙂 Genialny pomysł miała jedna z odwiedzających mnie dziewczyn, która od chłopaków grających na ulicy odkupiła piłkę zrobioną ze sznurka i starych papierów. Nawiasem mówiąc, to powinien być główny towar eksportowy z Afryki, każdy przecież zapewne słyszał o tego typu piłkach (także robionych z nadmuchanej prezerwatywy oklejonej taśmą). Hela za piłkę zapłaciła chyba 100 franków, co dla chłopaków jest bardzo wysoką ceną.

Typowe dla Rwandy pamiątki to na przykład ugaseke – charakterystyczny baryłkowaty kosz (że też do tej pory nie zrobiłem mu zdjęcia!). Imishanana  – różne kolorowe materiały na kobiecie suknie. Drobne wyroby z drewna, figurki, dzidy, totemy. Dużo tego jest. Fajny jest też kapelusz pasterski zrobiony z kory drewna (przypomina trochę kapelusz Włóczykija, ma strukturę lnu i jest ciemnobrązowy). Pasterza kosztuje około 2 dolary, ale turystę 12. Ale chyba sobie kupię 🙂

Pamiątki kupisz w punkcie informacji turystycznej i w sklepach z pamiątkami. Polecam całą mikro dzielnicę ze sklepami. Ruszasz spod budynku, w którym jest biuro MTN i Nakumatt (i wiele innych sklepów), schodzisz w dół ulicy w kierunku ronda z fontanną i po lewej jej stronie na wielkiej bramie zobaczysz napisy, a wśród nich „handicraft”. Za bramą będzie coś w rodzaju byłych garaży czy warsztatu samochodowego, teraz zapełnionego mini sklepikami z pamiątkami. Konkurencja sprzedawców jest tak duża, że bardzo łatwo się targować.

Nie polecam kupowania pamiątek w Caritasie. Drogo i nie da się targować, nawet jak powiesz, że kupujesz większą ilość. Do tego sprzedają tam figurki z kości słoniowej lub czegoś, co ją imituje. W punkcie informacji turystycznej na gablotce z pamiątkami jest fajny napis „Jedynie słonie mają prawo do kości słoniowej”. Nawet jeśli to imitacja, to i tak strażnik na granicy nie musi o tym wiedzieć i napytasz sobie kłopotów, łącznie z więzieniem.

Koniec

A wcale bo nie. Polecam przeczytanie całego mojego bloga. A także opis Rwandy, jaki możecie znaleźć tutaj.


10 Komentarzy »