Archive for Przyroda

Zawsze (nie) chciałem być pisarzem

Przyznam się Wam, że pisanie mnie jako – tako kręciło już od dawna. Jeśli potrafię sobie przypomnieć początek, było to w głębokiej podstawówce, gdy nauczycielka wyjaśniła nam jakie są zasady pisania baśni. Wtedy to napisałem w zeszycie w linie kilka takich krótkich opowiadań; niestety nie pamiętam już treści żadnej z nich. Pamiętam za to, że pierwsze docenione opowiadanie było o zwierzątkach. Występowały tam węże, lwy i inne stworzenia i wszystkie szykowały się do wielkiej zadymy. Zostawiłem zeszyt z niedokończonym opowiadaniem w szufladzie, gdzie znalazła go moja mama. Powiedziała, że normalnie nie przyznała by mi się, że grzebała w moich rzeczach, ale opowiadanie tak jej się spodobało, że musiała mi o tym powiedzieć.

Zestresowałem się tym jednak tak bardzo, że nigdy już opowiadania nie dokończyłem. Pisałem potem różne rzeczy, włącznie z wierszami, ale nigdy nic długiego. Podziwiałem pisarzy, ale wiedziałem, że nigdy nie będę potrafił tak jak oni. Wizja napisania czegoś dłuższego niż 20 stron rozkładała mnie na łopatki. Jak do czegoś takiego w ogóle można usiąść? Przecież to długie tygodnie, miesiące pisania, pisania, pisania… To ja już wole poleżeć sobie brzuchem do góry.

* * *

Mam już stałe łącze internetowe. Kolega pożyczył mi swój modem Orange i mogę z niego w miarę swobodnie korzystać. Kolega pomógł mi szczerze mówiąc w między czasie w kilku innych sprawach, ale wiem, że nieco się ukrywa przed FBI, CBA, układem i wszystkimi Nimi, którzy śledzą nas w internecie, więc nie mogę zdradzić jego imienia 😉

A tak poważnie, to ja nie o koledze teraz, a o modemie i temu co dzięki niemu właśnie zrobiłem. Otworzyłem przeglądarkę, otworzyłem worda i metodą kopiuj & wklej przeniosłem na komputer całego swojego bloga. Zajęło to ponad dwie godziny.

I okazało się, że przypadkiem napisałem coś objętościowo zbliżonego do powieści. Na razie nic nie formatowałem, nic nie usuwałem (tak więc całość zawiera także zdjęcia) i word mi wyświetlił, że cały mój blog to 436 stron A4. Wow! Naprawdę nie chciałem 😉

* * *

Jak się pewnie domyślacie, blog ściągałem, bo postanowiłem posłuchać Waszych próśb abym to wydał. Przyznam, że nie wierzę w komercyjny sukces tej pisaniny, ale zobaczymy. Mi się na przykład mój blog nie podoba 😉 Naprawdę nie wiem czym się tak czasem zachwycacie, ale ok.  Nie zaszkodzi spróbować. Jak się nie uda, nic się nie stanie. Jak się uda, będę miał motywację i – co tu ukrywać – forsę na kolejne wyprawy i dalsze ich opisywanie.

* * *

Czy już wspomniałem, że mam stałe łącze internetowe? Oznacza to, że mogę w końcu wrócić do wrzucania zdjęć, co też czynię. Jutro obiecuję zamieścić drugą część relacji z wyprawy do Ruhengeri. A na razie tradycyjnie fotka nie na temat.

web_dscn4307

To jest ten owoc, o którym wspominałem już wiele razy. Nie wiem jak się nazywa po angielsku, tym bardziej nie wiem jak się nazywa po polsku. W kinyarwanda jest to ibinyomoro, po francusku nazywają to tu prune, a więc błędnie. Bo prune to śliwka, a to na pewno śliwką nie jest. Z zewnątrz może i śliwkę przypomina, ale w środku śliwki zawsze mają centralnie umieszczoną jedną pestkę. Smakuje jak kwaśne jagody. Czy ktoś może wie jaka jest tego polska nazwa, jeśli w ogóle jest?

Reklamy

12 Komentarzy »

Czwartek. Ostatni dzień w Rwandzie

To już właściwie tydzień jak nie ma mnie w Rwandzie.

* * *

Z samego rana przygotowałem dwa stroje. Jeden na podróż, luźny ale i ciepły. W Europie jest już przecież późna jesień. Drugi na ostatnie chwile, które miałem spędzić z nauczycielami (i być może ministrem edukacji) na spotkaniu podsumowującym. Chwilami z nauczycielami postanowiłem się nie przejmować i raczej myśleć o tym jako o ostatnich godzinach z rwandyjskimi przyjaciółmi.

Zresztą zapowiedziałem Paulowi, że minister czy nie minister, ja o pierwszej się stąd zwijam, żeby nie spóźnić się na samolot. Zapytałem oczywiście Paula o której jest to spotkanie, a on tylko zaczął mocno się zastanawiać wpatrując się gdzieś daleko przed siebie. Z polskim doświadczeniem wiem, że uznałbym właśnie, że zapomniał o spotkaniu i nie powiadomił nauczycieli. Z rwandyjskim doświadczeniem jednak wiem, że wszystko było w porządku. Tutaj po prostu bardzo często jest tak, że nie ustala się godzin. Na pewno sms od Paula do dyrektorów szkół wyglądał mniej więcej tak: „W czwartek proszę się stawić na spotkanie zamykające kurs i rozdanie certyfikatów”. I tyle, bez podania godziny spotkania. Kiedy się zjawi dostatecznie dużo osób, impreza się zacznie.

Po jako takim zastanowieniu Paul odpowiedział, że może to być w południe. Samolot mój miał odlecieć o 20.50, a ostatni moment na odprawę był tuż po 19.00. Robert jednak wyłamawszy się ze swojej rwandyjskiej solidarności sam mi podpowiedział abym nie zdradzał nikomu tych terminów, a szczególnie Paulowi i zaczął ewakuację jak najwcześniej mogę. W innym wypadku trzymano by mnie tu jak najdłużej cały czas mówiąc, że jeszcze jest czas. W takiej sytuacji awaria samochodu, pęknięta opona na pewno spowodowałyby, że na samolot bym nie zdążył. Dlatego powiedziałem, że najpóźniej o pierwszej biorę taksówkę i jadę.

Z rana jednak postanowiłem zebrać w końcu do plastikowej butelki rwandyjskie kamyki i laterytową ziemię. Dzieciaki sąsiadów patrzyły na mnie nieco jak na dziwaka. Ale nauczyłem się już, że przecież jestem muzungu i mam prawo do robienia dziwnych rzeczy, sami Rwandyjczycy tak mi mówili. Dziwiło ich, że chodzę po mieszkaniu zupełnie boso, dziwiło ich, że zamiast iść do fryzjera sam się golę, więc i mnie nie dziwiła zdziwiona mina dzieci, gdy wbijałem pazury w zmoknięte, wciąż wilgotne od rosy błoto i nabierałem je do butelki.

Dzieci! Rzuciłem butelkę i popędziłem do domu. Te dalej patrzyły na mnie zdziwione, ale po chwili wybiegłem z piłką, podałem im ją i jednym tchnieniem powiedziałem, że to dla nich. Zdziwienie ustąpiło miejsca przeszerokim uśmiechom i radości. Ich matka wyszła zobaczyć z czego tak się cieszą i gdy zobaczyła powód, także mi podziękowała. Ja wróciłem natomiast do grzebania w ziemi.

Postanowiłem też zerwać kilka tutejszych roślin, na zamówienie mojej cioci. Do papierowej torby wpakowałem dwa kaktusy, jedną gałąź kwitnącej rośliny przypominającej nasze polne róże i kilka patyków rośliny robiącej tutaj za żywopłot. Bardzo interesująca, zbudowana tylko z zielonych, za to grubych gumowatych gałęzi bez żadnych liści.

(Jakąś godzinę później, po otwarciu na chwilę walizki, wystraszyłem się i całą torebkę z roślinami wyrzuciłem. Spod pokrywy walizki buchnął bowiem bardzo silny ziołowy i ostry zapach. Najprawdopodobniej kaktus puścił soki. Przypomniałem sobie, że kaktusy przecież często zawierają różnego typu narkotyzujące koloidy i nie specjalnie chciało mi się z tego tłumaczyć na granicy.)

Paul podrzucił do telecentrum moją walizę, a ja pieszo w asyście Samuela i tego drugiego chłopaka (nie znam jego imienia, nazywają go kazungu, co znaczy „lubiący białych ludzi”) przyniosłem plecak i torbę z laptopem.

Gdy tylko zobaczyłem Scholę, poprosiłem ją aby poszła ze mną do małego bungalow. Tam podziękowałem za prezenty, powiedziałem jak bardzo mi się podobały i powiedziałem, że chcę dać jej jeszcze ostatni prezent. Powiedziałem, że będzie musiała go sobie kupić sama, bo ja już na to nie mam niestety czasu. I poprosiłem aby obiecała, że kupi właśnie go i nikomu nie powie, że dostała ode mnie pieniądze. Wtedy dałem jej wymyślone dzień wcześniej sto euro. Schola nie dała po sobie poznać jak bardzo się cieszy; podejrzewam, że nie wiedziała ile to jest tak naprawdę franków. W Rwandzie euro nie jest popularną walutą, przynajmniej nie tak popularną jak dolar. Powiedziałem jej jednak, że na pewno starczy z tego na telefon i na doładowanie go.

Powoli zbierali się nauczyciele i dochodziło południe. Ja jednak wciąż myślałem o ostatniej rzeczy jaka mi została, czyli pożegnaniu z Nelly. Czekałem na nią w domu, jednak teraz byłem w telecentrum. Powiedziałem Samuelowi (za pośrednictwem Innocenta), że jeśli Nelly zjawi się tam, by powiedział jej gdzie jestem i że na nią czekam. Właśnie zadzwoniła Agathe, że Nelly dzwoniła do niej i już idzie do restauracji.

Gdy tylko pojawiła się, jak wariat wybiegłem jej na spotkanie, wyściskałem i przeprosiłem, że nie zdążyłem wczoraj do jej szkoły. Ależ się cieszyłem, że jednak się udało! Usiedliśmy na krzesłach pod bambusowym parasolem, dałem jej prezenty (angielski słownik szkolny, rozmówki angielsko – kinyarwanda i powieść Paolo Coelho po angielsku) i porozmawialiśmy sobie prawie ostatni raz. Nelly jeszcze raz zaśpiewała mi kołysankę „kotki dwa”, której jej uczyłem od jakiegoś czasu (strasznie bawi ją słowo „cichutko”, mam to na filmiku, który zamieszczę, gdy będę miał porządne łącze internetowe). Ustaliliśmy, że skoro na lotnisko jadę taksówką, a Nelly też musi się dostać ze swoimi wszystkimi tobołami do stolicy, pojedziemy razem. Wróciła się pakować.

Kolejne dziecięce deja vu. Zobaczyłem jak Olivier przegania z restauracyjnych huśtawek mieszkające zapewne niedaleko maluchy. To mi też się w Rwandzie nie podoba – postawa psa ogrodnika. Choć akurat restauracja nie miała klientów to i tak huśtawki powinny stać puste. Powiedziałem mu aby przestał i co więcej je zatrzymał by sobie nie poszły. Pobiegłem do pracowni po drugą piłkę, tym razem tą prawdziwą, futbolową. Na mój widok dzieciaki zaczęły uciekać (nic dziwnego, właśnie wyskoczył z telecentrum muzungu i zaczął jak szaleniec biec w ich kierunku, podczas gdy chwilę temu dostały ochrzan za przebywanie na prywatnym terenie), więc piłkę wykopałem w ich kierunku krzycząc do Oliviera, by powiedział im, że jest dla nich. Dzieciaki zatrzymały się, chwyciły prezent i zaczęły nieśmiało kopać ją do siebie. Olivier już ich nie przeganiał, więc wskoczyły z powrotem na huśtawkę. Jeden z nich stał przed huśtającym się i rzucał mu piłkę. Ten ją wykopywał. Na szybko zainspirowana zabawa.

Po wszystkim dzieciak podszedł do mnie i oddał piłkę dziękując. Powiedziałem, że nie, że to na zawsze dla nich i znów poprosiłem Oliviera by to przetłumaczył. No teraz to się naprawdę ucieszyły!

Zgodnie z wszystkimi prawami Murphy’ego na dziesięć minut przed pierwszą, planowanym terminem mojego wyjazdu, w telecentrum do nauczycieli dołączył pracownik dystryktu do spraw edukacji, powiedział, że (taaada!) minister jednak się nie zjawi i możemy zaczynać. Oczywiście miałem zapas czasu, nikomu nie mówiłem jaki i powiedziałem, że więc pojadę o drugiej.

Po krótkim wstępie zaczęliśmy od mojego przemówienia. Nie będę się nad nim rozwodził, bo w na szybko zaimprowizowanej mowie, nie mogłem powiedzieć nic wyjątkowo błyskotliwego. Ot, kilka słów i podziękowań i do widzenia. Poszedłem, zjadłem obiad i do taksówki.

Jeszcze ostatnie wyściskiwanie wszystkich. Było naprawdę trudno. Dla mnie trudniej niż dla nich, bo zostawiałem właśnie kilkanaście osób, których nigdy już więcej nie zobaczę. Dla nich natomiast znikałem tylko ja jeden. Mimo to łzy pojawiły się w niemal wszystkich oczach.

Zamknąłem drzwi, a na zewnątrz została Schola, Vestine, Pacifique. Chantalle i Console. Został Maombi, Olivier, Alojz i Elize. Paul prowadził nadal spotkanie nauczycieli. A mi się kolejny raz serce ścisnęło, że jadę właśnie do wanny z gorącą wodą, telewizji z sześćdziesięcioma kanałami i do sklepów z koszulkami, które kosztują w Polsce tyle, co ich całomiesięczna pensja.

Ruszyliśmy nieco po drugiej. Ja, kierowca taksówki, który kiedyś był menedżerem restauracji tutaj, Innocent i architekt rysujący dla Paula plany kolejnego budynku, który zabrał się na stopa. Z centrum Nyamata zabraliśmy Nelly wraz z dwiema sporymi torbami (jak to dziewczyna miała więcej bagaży niż ja) i materacem z łóżka.

Bardzo dobrze, że jechaliśmy z zapasem czasu. Najpierw musieliśmy wysadzić architekta, potem z centrum na jego miejsca zabrać Agathe, która wsiadła z kolejnymi pamiątkami dla mnie, potem do mieszkania rodziny Nelly zawieźć jej bagaże i na końcu udać się na lotnisko. Każde z tych miejsc było w innej części Kigali i widziałem panikę w oczach Innocenta. Co chwila dopytywał się mnie czy zdążymy na samolot i popędzał kierowcę. Ja jednak spokojnie odpowiadałem, że jeszcze mamy chwilę czasu.

W mieszkaniu rodziny Nelly musiałem pójść do toalety. Żałuję, że nie wziąłem ze sobą aparatu. Nie ze względu na toaletę, ale dlatego, że właśnie pierwszy raz zobaczyłem z bliska jak wyglądają domy, które dotąd oglądałem z centrum miasta, ciasno powciskane między siebie na zboczach gór. Niemiłosiernie stroma ścieżka pomiędzy parkanami z falistej blachy, a same mieszkania kształtem wciśnięte tak, aby pasowały do pozostałych. Mnóstwo dziwnych zaułków, ale ani grosza prywatności.

Kolejny raz ruszyliśmy na lotnisko. Były z tym delikatne kłopoty. Kigali w takich miejscach nie ma żadnych planów dróg i taksówkarz musiał dopytywać się jak wyjechać z tej dzielnicy. Raz zdarzyło się, że wróciliśmy w te same miejsce, z którego ruszyliśmy, ale w końcu się udało.

Dopiero na lotnisku powiedziałem im ile jeszcze mam czasu i widząc ich zawiedzione miny, powiedziałem, że nie ma problemu i możemy pożegnać się teraz. Uściskałem Agathe, Innocenta i załzawioną Nelly (mi też było ciężko). Obiecaliśmy wszyscy sobie pisać do siebie emaile. I poszli.

Odwiedziła mnie jeszcze na chwile znajoma Hariette, co gdy byłem w Kigali Memorial Site, pomogła mi znaleźć w deszczu autobus i dała mi swój numer telefonu. Potem już siedziałem sobie zupełnie sam, spokojnie czekając aż stąd wylecę. Beż żadnych emocji patrzyłem jak słońce zachodzi, wziąłem swoją walizkę i przeszedłem odprawę.

* * *


I tak to się kończy ta cała historia. Pożegnałem się z każdym, z kim chciałem się pożegnać. Nelly się znalazła, Schola dostała telefon, z którego już w sobotę zadzwoniła do mnie do Polski i podziękowała za prezent. Nauczyciele byli wyszkoleni, Paul nadal przygotowywał się do ślubu, który już za dwa tygodnie. Innocent został kierownikiem restauracji w Kigali, a Agathe niedługo się do niego przeprowadzi, jak powinna postąpić w Rwandzie każda niezamężna siostra. Maombi będzie dalej pracował w Nyamata zbierając pieniądze na wyciągnięcie rodziców z obozu dla uchodźców. Całość więc kończy się happy endem, nawet pomimo tego, że Robert był właśnie w połowie drogi do Ugandy do swojego umierającego dziadka.

Sto osiem dni życia na zupełnie innej planecie. W świecie, w którym globalny kryzys finansowy nie ma żadnego znaczenia, nikt nie słyszał o iPodzie i nikt nie marzy o wakacjach w Chorwacji. Ludzie lepią mieszkania z gliny na bambusowym rusztowaniu, a wszelkie prace starają się wykonywać na ulicy wśród ludzi. Kobiety co rano wystawiają przed domy swoje maszyny do szycia, chłopacy zakładają okulary przeciwsłoneczne i spawają pęknięte ramy samochodów zaraz obok nich. Bo ważniejsze od pracy, od pieniądza i od wszystkiego innego są właśnie kontakty z innymi. Z każdym trzeba się przywitać, każdego pozdrowić. Nawet jeśli nie mają nic do robienia, wychodzą na ulice by rozmawiać z innymi o niczym. I nigdzie się nie spieszyć.


15 Komentarzy »

Wyprawa do Ruhengeri. Część pierwsza. Na miejsce i z powrotem.

Jak już wspomniałem, w sobotę kolejny raz zjechałem całą Rwandę w dwie strony, za to w jedną dobę. Zajęło to cały dzień, więc nie miałem czasu opisać wypadu na bieżąco, zwłaszcza, że nieco się działo. Teraz też nie opiszę wszystkiego, a sprawozdanie podzielę na co najmniej dwa rozdziały (plus co najmniej trzeci z filmami, ale te zamieszczę dopiero jak już będę w Polsce). Dziś opiszę tylko to, co wydarzyło się po drodze do miejsca docelowego i w drodze powrotnej.

I już teraz wyjaśnię, że miejscem docelowym nie było jednak Ruhengeri. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

Ruhengeri to rodzinne miasto Innocenta i jego siostry Agathe. Dwa razy Innocent proponował mi wspólne udanie się do jego rodziny, ale nigdy mi to nie pasowało. A szkoda, bo Ruhengeri jest bardzo blisko położone rezerwatu goryli. Goryli z miasta dostrzec nie można, ale wulkany, znajdujące się w parku owszem.

Postanowiłem więc wybrać się sam. Lubię taki sposób zwiedzania; może nie jest najrozsądniejszy w kraju daleko do Polski, ale raz się żyje. Gdy się obudziłem miałem przeczucie, że coś się wydarzy, ale jednak postanowiłem zaryzykować. Może święto zmarłych nie będzie jednak pechowym dniem.

Początek wyprawy to betka. Najpierw należało się udać z Nyamata do Kigali, a trasę tą mam już całkiem nieźle opanowaną. W Kigali trzeba znaleźć autobus do Ruhengeri i na tym problemy powinny być zakończone.

Ze znalezieniem autobusu nie było większego problemu. Jak już milion razy Wam wspominałem, Rwandyjczycy to niesamowicie uczynni ludzie. Wystarczy zapytać, a zaprowadzą Cię do samej kasy, a potem autobusu, co też się stało. Wsiadłem i ruszyliśmy.

W tym kierunku jeszcze nigdy z Kigali nie wyjeżdżałem i nieco mnie zaskoczyło, że bus zaczął jeszcze w mieście wspinać się bardzo wysoko na jedno wzgórz miasta i właściwie już do samego końca pozostawaliśmy na tym samym pułapie. Droga wiła się cały czas wysoko, blisko szczytów gór, nieraz na skraju urwiska. Cały czas wyglądając przez okno najpierw widać było rozciągające się setki metrów poniżej doliny, a na drugim planie ściany kolejnych gór. Bardzo ładnie.

Jeszcze w Kigali minął nas wieziony na specjalnym samochodzie roztrzaskany autobus. Zła wróżba.

* * *


Może to dobry moment aby wspomnieć, że wielu Rwandyjczyków gdy tylko wsiądzie do autobusu, od razu spuszcza głowę na poprzednie oparcie i niby śpiąc tak przemierza całą trasę. Śmiesznie to wygląda jak kilkanaście osób w jednej chwili wpada niczym w narkolepsję, ale nie dziwię się im. Cała podróż trwa godziny, a autobus zachowuje się jak w wesołym miasteczku na karuzeli. Pod górkę, z górki, jedynie delikatnie przyhamowując na zakrętach. I tak cały czas. Do tego wyprzedzanie na linii ciągłej na zakręcie to tu naprawdę norma. Czasem naprawdę lepiej na to nie patrzeć. Czasem i sam kierowca niewiele widzi, gdy dodatkowo manewr wykonuje pod górkę.

* * *

Po drodze minęliśmy dwa wodospady, jeden mniejszy, drugi większy. Minęliśmy też kolejny rozbity autobus, kilka miast, małych wioseczek aż w końcu wśród pięknych, rzeczywiście zielonych o tej porze roku gór pojawiły się wulkany.

web_dscn5007

Nie wulkany. Wulkany! Wulkaniska!

Rety, naprawdę nie spodziewałem się, że to są takie olbrzymy. Myślałem, że gdzieś daleko na horyzoncie zobaczę mniejsze lub większe stożki, a tymczasem nagle oczom ukazały się potężne ściany gór, których szczyty ginęły gdzieś w chmurach. Ale to jest widok!

web_dscn5014

web_dscn5009


Najpierw były dwa. Tata i chyba dorastający syn, ale gdy się rozejrzałem lepiej, zobaczyłem też i matkę. Jeszcze potężniejsza niż nawet ojciec; współczuję facetowi 😉

Potem się miało okazać, że wulkanów jest jeszcze więcej. I wszystkie są równie potężne.

Wraz z wulkanami zjawiło się i Ruhengeri. Całkiem spore miasto w porównaniu z Nyamata i całkiem małe, w porównaniu z Kigali. Pierwsze z czym mi się skojarzyło to miasteczko z Przystanku Alaska. Tak, to naprawdę dobre skojarzenie. Jedyna różnica to jak wszędzie w Rwandzie tłumy ludzi na ulicach.

Pokręciłem się trochę po mieście, zrobiłem kilka zdjęć koncentrując się na przepięknych olbrzymach królujących na horyzoncie i poszedłem pytać ludzi, gdzie znajdę kolejny autobus.

web_dscn5018

Bowiem jeszcze przed wyjazdem zaplanowałem sobie, że Ruhengeri nie będzie moim miastem docelowym. W Paula samochodzie znalazłem bezpłatną gazetkę turystyczną; taką jakie można dostać w wielu europejskich miastach, gdy tylko do nich przyjedziemy. Gazetka była o całej Rwandzie, a w niej znalazłem informacje, że obok Ruhengeri jest miasto Kinigi, w którym jest wejście do Volcanos National Park. Park z uwagi na cenę biletu (500 dolarów) mnie nie interesował, ale w gazetce była relacja z pobytu w Culture Village, które znajdować się miało właśnie w Kinigi. Bilet wstępu to 20 dolarów; na tle biletu wstępu do parku nie wygląda to już tak strasznie.

Autobus przy udziale jakiegoś chłopaka znalazłem bardzo szybko i od razu zostałem wpuszczony na zaszczytne miejsce koło kierowcy. To pozwoliło na zrobienie kilku fajnych zdjęć wulkanów, jak i samej drogi.

Po środku, pod lusterkiem wisiała jakaś wiewiórcza kitka, która nieco utrudniała fotografowanie, jednak nie chciałem jej ruszać. A nóż to jakiś amulet? Za to kierowca zauważył moje wygibasy i sam postanowił ją okręcić wokół lusterka. Podziękowałem i pstryknąłem jeszcze kilka zdjęć, choć traf chciał, że akurat widoki nie były najlepsze.

web_dscn5021

Po chwili na zakręcie usłyszeliśmy z okolic koła głośne „pif!”, a po kolejnych trzystu metrach autobus się przechylił i słychać było głośny zgrzyt metalu. Kierowca się zatrzymał i wszyscy wyskoczyli zobaczyć co się stało. Odpadło koło.

web_dscn5022

Czyli jednak dobrze myślałem: amulet.

Pierwszy raz widziałem zdenerwowanego Rwandyjczyka. Kierowca zaczął o coś wykłócać się z zebranymi wokół busa pasażerami i tłumem przypadkowych gapiów. Nie miałem pojęcia o co chodziło, ale wolałem się nie angażować. Jakby nie było kitka została ruszona przeze mnie i wolałem nie zwracać na siebie ich uwagi. Trzeba było pomyśleć jak się stąd ruszyć i w którym kierunku. Co jest bliżej: wracać z powrotem do Ruhengeri, czy spróbować iść w kierunku Kinigi? Przyznam, że stałem jak jakiś kołek i czekałem na zbawienie losu. Część ludzi zaczęła już powoli się rozchodzić.

Po chwili nadjechało zbawienie losu w postaci ciężarówki wiozącej piasek. Zatrzymała ją jedna kobieta i wsiadła do szoferki. Kierowca ruszył, ale po 10 metrach zatrzymał się znów, z szoferki wychylił się chłopak i krzyknął coś do ludzi używając słowa muzungu. Ludzie kazali mi iść do ciężarówki, chłopak przesiadł się na pakę pełną piachu, a ja zająłem jego miejsce.

Kto jeszcze wątpi, że muzungu tu jest niemal królem?

Kierowca, bardzo stary mężczyzna jak na warunki rwandyjskie (tu tylko 2% ludności dożywa 60 roku życia) niestety ni słowa nie mówił po angielsku, ale na migi wypytał mnie skąd jestem. Gdy powiedziałem, że z Polski od razu skojarzył, że to u nas się chyba urodził ten papież Benedicto. Powiedziałem, że prawie, że z Polski był Jan Paweł II. Tym razem kierowca nie wyglądał jakby miał mi powiedzieć, że ktoś go tu może nie lubić. Potem się okazało, że też jest katolikiem. Potem też się okazało, że nie zakumał mojego rozróżnienia papieży, bo gdy wysiadła kobieta i wsiadł znów chłopak, od razu przedstawił mnie jako tego, w którego kraju urodził się Benedicto.

Dojechaliśmy do Kinigi, a kierowca zapytał po co tu przyjechałem (ileż można powiedzieć bez słów!), czy do goryli. Powiedziałem, że nie i wyciągnąłem Paula gazetkę. Pokazałem zdjęcia wioski-skansenu, którą szukam. Kierowca dał znać, że rozumie i ruszyliśmy dalej.

Kurcze, nie mogłem trafić lepiej, bo okazało się, że skansen znajduje się całkiem daleko za Kinigi. Co więcej, w którymś momencie minęliśmy tablicę oznajmiającą, że właśnie wjeżdżamy do parku narodowego. Już mi się zaczęła pojawiać cicha nadzieja, że zaraz zobaczę goryle.

Kierowca sam nie wiedział, gdzie jest ten skansen, więc pokazywał gazetkę mijanym ludziom. Trochę się kręciliśmy; trochę śmiesznie, że zasuwaliśmy całkiem pokaźną ciężarówą. Kierowca wyjaśniał mi po drodze: za tymi wulkanami jest już Kongo, a za tymi jest Uganda. Wam dodam, że to dokładnie za tymi wulkanami, o których mówił, rozgrywa się teraz wojna, dokładnie w tej części kraju. Wczoraj widziałem zdjęcie na BBC na tle jednego z wulkanów.

Nagle zboczyliśmy z głównej asfaltowej drogi na kamienistą, a w zasadzie pumeksową. Ciężarówka  dojechała do jakichś budowanych domów, wysypała piach i zawróciliśmy podskakując na głazach.

I nagle bum! Niczym wystrzał petardy i to takiej naprawdę porządnej. Kierowca zatrzymał się i wysiadł. Okazało się to, co przypuszczałem: strzeliła opona, ale kierowca powiedział, że możemy jechać dalej; opony na tylnej osi są zdublowane. Dobra, jedziemy. Ale czy to nadal przez kitkę?

Nic się nie stało, jedziemy dalej

Nic się nie stało, jedziemy dalej

Dojechaliśmy na miejsce gdy naprawdę nieźle padało. Kierowca wziął mój parasol, wysiadł, rozłożył i kazał mi się pod nim schować. Zaprowadził mnie wtedy pod sam skansen. Zapłaciłem (tu nie ma darmowego autostopu, zresztą nie miałbym sumienia) i rozstaliśmy się.

Jak wspomniałem, zwiedzanie skansenu opiszę w jednym z kolejnych artykułów. Na miejscu jednak spotkałem wycieczkę licealną z Butare i dyrektor zgodził się, że z powrotem do Ruhengeri będę mógł zabrać się ich busem. Kolejny raz dostałem miejsce koło kierowcy.

Ostatni rzut oka na wulkany

Ostatni rzut oka na wulkany

Nie będę już tu specjalnie ubarwiał i rozpisywał się; wrzucał dygresji. Powiem krótko: po jakichś dwóch kilometrach jazdy coś łupnęło, a potem wyraźnie było słychać szorowanie metalu o asfalt.

web_dscn51181

Zatrzymaliśmy się i okazało się, że znów koło. Tym razem jednak zapasowe. Mechanizm przytrzymujący je puścił i trzeba było je przełożyć do bagażnika. Pojechaliśmy dalej do Ruhengeri, gdzie złapałem autobus do Kigali. Już się nieco spieszyłem, bo wiedziałem, że ostatni potem bus do Nyamata będę miał zaraz po zachodzie słońca (czyli po 18.00). Dyrektor szkoły proponował bym poszedł z nimi na obiad i potem zawiozą mnie do Kigali, przez które będą wracać, ale z powodu pośpiechu musiałem odmówić.

Po drodze minęliśmy wciąż stojący jeden rozbity autobus, a na jednym z zakrętów stała policja, spowalniając ruch. Zaraz za zakrętem na boku leżał ambulans.

Dach ambulansu i policjant

Dach ambulansu i policjant

Ciekawostka, charakterystyczna dla Rwandy i o której już wspominałem. W busie do Kigali gadałem sobie z chłopakiem i między innymi zapytałem gdzie będzie najlepiej wysiąść, aby trafić na dworzec autobusowy. Chłopak nie dość, że mi pokazał gdzie, to… wysiadł ze mną, poszedł na dworzec, wypytał ludzi, gdzie jest bus do Nyamata i dopilnował abym do niego wsiadł. Dbają o turystów jak o nie wiem co. Co więcej zapytałem gdzie mieszka, czy mu też pasowało aby tu wysiąść. Powiedział, że na Gikondo. Mniej więcej już znam kilka dzielnic w Kigali i wiem, że akurat ta jest w całkiem innym miejscu.

Bus do Nyamata zgodnie z planem ruszył już po zmierzchu. Kierowcy widać, że się spieszyło, bo przez samo Kigali pojechaliśmy jakimś dziwnym skrótem, którego nigdy nie widziałem.

Na koniec, dosłownie kilometr przed Nyamata kierowca na widok idącej bokiem ulicy dwójki dzieci wcisnął gwałtownie hamulec do oporu. Bus na zblokowanych kołach zarzuciło, koła z jednej strony się oderwały od drogi, ludzie zaczęli wrzeszczeć. Kolejny ułamek sekundy później kierowca puścił hamulec, poprawił kierownicą i bus znów znalazł się na wszystkich kołach.

Myślę, że podejrzewacie, że choć trochę ubarwiam i wymyślam, ale tak było. Ostatecznie wróciłem do domu cały, ale za to z przygodami.

Święto zmarłych.

3 Komentarze »

Daję się nabierać

Wczoraj przywitało mnie takie słońce, że nie bacząc na podglądających mnie tubylców zdjąłem koszulkę i rozłożyłem się na wyniesionym na zewnątrz domu fotelu. Opalanie nie było jednak najlepszym pomysłem – już po 15 minutach miałem dość tego upału. Tu naprawdę czuć, że słońce jest blisko. Ubrałem się i poszedłem do telecentrum.

Ledwo doczłapałem cały spocony i postanowiłem, że dziś sobie odpuszczę gorącą herbatę do śniadaniowej jajecznicy i zamiast niej wezmę zimną colę.

Gdy kończyłem butelkę lało już tak potężnie i było tak zimno, że żałowałem, że mam na sobie tylko koszulkę. Skapitulowałem i zamówiłem jednak tą herbatę.

Dziś rano spojrzałem na niebo i stwierdziłem, że nie będę się wygłupiał i przy pełnym słońcu paradował z parasolem w ręku. Plan był niemal doskonały. Po skończonych zajęciach Robert powiedział, że biegnie do banku, bo chce jeszcze zdążyć przed deszczem. Jakim deszczem?

Żałuję, że z nim nie pobiegłem, bo teraz znów siedzę i marznę. A poszedłbym już sobie do domu.

* * *

Pora deszczowa jest jednak taka jak się spodziewałem. Leje i to porządnie, grube krople wody staczają się z dachów i wiszą niczym sznurki. Przez siwą ścianę wody nic nie widać. Tam gdzie na horyzoncie zazwyczaj są wzgórza, teraz nie ma nic. Szara wodnista ściana.

Pisząc to wgapiam się usilnie w klawiaturę, bo zrobiło się nagle ciemno. Na stolikach obok mnie ludzie porozkładali się i przysypiają. Taka ponura, melancholijna, szumiąca cisza. Nagle zgasła na wszystkich twarzach radość, letarg. Deszcz robi swoje.

* * *

Raz pozwoliłem sobie na spacer w czasie deszczu.

Przyjrzyjcie się jaki tłum schował się pod tym budynkiem. Machali do mnie bym i ja do nich dołączył, ale nie po to wyszedłem na deszcz, by przed nim uciekać

Przyjrzyjcie się jaki tłum schował się pod tym budynkiem. Machali do mnie bym i ja do nich dołączył, ale nie po to wyszedłem na deszcz, by przed nim uciekać

* * *

Znowu goście jadą. Zadzwoniła do mnie dziewczyna (niestety przez deszcz nie dosłyszałem imienia) z CWR, która jest też korespondentka polskiego radia. Zjawi się w środę lub czwartek.

4 Komentarze »

Mity o Rwandzie

Do Rwandy przyjechałem z pewnym nastawieniem co tu mogę spotkać, które bardzo szybko zostało zweryfikowane. Wdziałem jednak w Waszych komentarzach, że także macie jakiś swój obraz tego kraju.

Co więcej kilka rzeczy, które wymyśliłem sobie po przyjechaniu też już w ciągu dwóch miesięcy się zmieniło. Wyprostujmy więc nieco obraz tego kraju.

Komary i malaria wiszą w powietrzu

Tak to mnie więcej wyobrażałem sobie przed przyjazdem. Chmary komarów, leżący na ulicach ludzie dogorywający na malarię (jak opisywał to Kapuściński), zwłaszcza, że Rwanda jest jednym z krajów najbardziej zagrożonych pod tym względem. Nikt nie wychodzi o „szarej” godzinie z domu i każdy nad łóżkiem ma moskitierę.

To najbardziej pozytywne rozczarowanie chyba 🙂 Komary widuję w liczbie jednej sztuki na kilka dni. Ponoć w czasie pory deszczowej powinno być ich zatrzęsienie, ale od kiedy się zaczęła, nic się nie zmieniło.

Miałem zamiar ze strachu stosować wieloliniową obronę przed malarią: pryskanie się repelentami, zażywanie codziennie malarone, spanie pod moskitierą i siatki ochronne w oknach.

Siatki mam (nieco dziurawe, ale znośne), biorę też malarone. Pod moskitierą spałem tylko w hostelu przez dwa pierwsze dni i potem w szpitalu. W domu jej nie mam.

Pierwszego dnia całkowicie spryskałem się repelentem, a później przez dwa tygodnie, tylko jak słyszałem brzęczenie komara w pokoju. Teraz jak słysze brzęczenie co najwyżej nakrywam się szczelniej kołdrą i zasypiam.

Paul mówi, że na malarię choruje średnio raz na dwa lata i mówi, że to straszne cholerstwo, którego nikomu nie życzy. Innocent mówi, że nigdy nie chorował.

Zdjęcie zrobiłem ot tak sobie w czasie jazdy samochodem. Dopiero potem gdy oglądałem je na ekranie komputera, zauważyłem, że w tle pod murem ktoś leży.

Zdjęcie zrobiłem ot tak sobie w czasie jazdy samochodem. Dopiero potem gdy oglądałem je na ekranie komputera, zauważyłem, że w tle pod murem ktoś leży.

Jestem jedynym białym w całym Nyamata

Też nieprawda, ale już o tym pisałem 🙂 Na początku miałem takie wrażenie, ale do dziś poznałem już bardzo dużo ludzi z całego świata, a często widze też i białych nieznajomych. Wszyscy tu są z pomocą rozwojową podobnie jak ja.

Jestem spalony na raka

Jeden raz mnie lekko piekła skóra jak poszedłem na dłuższy spacer. Jest słonecznie, ale jakoś udaje mi się uniknąć poparzeń. Jak pisałem chmury tworzą tu coś w rodzaju filtra przeciwsłonecznego, przez co jest jasno, ale nie upalnie (ale bywają i dni bz chmur). Bardzo mnie zdziwiło odczucie termiczne. Któregoś dnia gdy zakładałem, że jest idealna temperatura 21 stopni, wszedłem na stronę z prognozą pogody i bardzo się zdziwiłem widząc, że brakuje tylko jednego stopnia do trzydziestu. W Polsce nie dałoby się żyć w takich warunkach, a tu było naprawdę super.

Większość mieszkańców Rwandy to katolicy

Tu też zdziwiewnie. Wikipedia i CIA twierdzą, że katolicy to ponad połowa wierzących, ale widocznie nie mają aktualnych danych (dane CIA są z roku 2001). Przez całe dwa miesiące pobytu spotkałem tylko jedną katoliczkę (Pacifique, dziewczyna Paula). Zdecydowana większość to protestanci różnych wyznań (adwentyści, ewangeliści, kościół odnowienia i założona w Rwandzie Zion Temple). W ostatni dzień Ramadanu zauważyłem sporo muzułmanów (ale i poza tym dniem bywają widoczni).

Rwandyjczycy dzielą się na Tutsi i Hutu

Już nie. Dominuje opinia, że byli podzielieni prze ludobójstwem, sztucznie przez kolonizatorów. Obecnie wszyscy nazywają się Rwandyjczykami i oficjalnie nikt nie zwraca uwagę na to kto kim kiedyś był. Podejrzewam jednak, że to tylko trochę fasada: każdy dobrze wie kto był Hutu, a kto Tutsi, ale nikt nie chce wracać do podziałów pamiętając jak to się skończyło. Zresztą jak wspominałem jest to nielegalne. Można pytać, owszem, kto kim jest, ale nie wolno nikogo z tego powodu dyskryminować. Ludzie jednak mówią żebym nie pytał, bo to może ich drażnić, więc nie pytam. Nie wiem kto kim jest, jedynie się domyślam na podstawie opowiadanych przez nich historii rodzinnych. Na przykład Robert mówi, że jego rodzina przed ludbójstwem mudziała wraz ze swoimi krowami uciec do Ugandy – typowa historia Tutsi.

Rwandyjczycy są niebezpieczni

Bo jakby niby inaczej miało być w kraju, w którym każdy albo zabił kogoś by żyć, albo zginął?

Tymczasem jest tak, że zdecydowanie bardziej boję się chodzić po ulicach w dzień w Polsce niż w Rwandzie po zmierzchu. I wcale tu nie przesadzam. Wiele razy opisywałem przyjazność Rwandyjczyków i chęć pomagania. Bardzo, bardzo pozytywni ludzie. Przed przyjazdem mama wszyła mi od wewnętrznej strony spodni ukryte kieszonki na pieniądze. W ogóle z nich nie korzystam.

Po przyjechaniu wymieniłem kilkaset dolarów na franki i od razu porażka: dostałem tak dużo banknotów (objętościowo była to cegłówka), że nie zmieściłbym ich do żadnej kieszeni. Wrzuciłem je więc do plecaka.

Po ulicach chodzę z aparatem w ręku, laptopa zostawiam na widoku. Jak pisałem, nie wierzę by Nyamata byli złodzieje (ale ponoć w Kigali trzeba na siebie czasem uważać).

Gdzie więc ci wszyscy mordercy? Nie żyją, w więzieniach lub uciekli za granicę. Rwanda przez ludobójstwo to baradzo młody kraj. Niemal wszyscy których znam w 1994 roku mieli zaledwie kilka lat i są teraz sierotami. Te ostatnie jest smutne, jak sobie pomyślę, że mając 4 lata sttracili oboje rodziców.

Na pobliskich sawannach pasą się lwy i antylopy

Na pobliskich zawannach nic się nie pasie. Lwy, bawoły, antylopy i żyrafy ponoć są tylko w Parku Akagera (do którego zdradzę, że być może pojadę w najbliższy weekend!).

Od końca września cały czas leje

W Rwandzie są dwie pory deszczowe: wiosną i jesienią. Przy czym ta pierwsza nazywana jest porą deszczów długich, a ta druga – krótkich. I tak jest w istocie. Deszcz pada średnio co półtorej dnia i trwa około piętnastu minut. Przeważnie wieczorami lub w nocy. Deszcze są różne, od cichych i delikatnych, aż po naprawdę superanckie nawałnice, w czasie których nic poza deszczem nie słychać. Raz się zdarzyło, że w czasie szkolenia taki spadł i musieliśmy przerwać zajęcia, bo nawet gdy krzyczałem nikt mnie nie słyszał (duży w tym udział ma fakt, że wszystkie budynki pokryte są falistą blachą na dachach, która działa jak bęben). Deszczom czasem towarzyszą burze, a nawet grad.

Po deszczu rynsztoki są nieco wezbrane wodą, ale krótko. Za to jak pada, to zawsze zalewa nam przez nieszczelne okna telecentrum.

Comments (1) »

Zachód Słońca Fotostory

Dzień dobry.

Zacznę nie na temat: blog Ratunku co robić powinien być zakazany w Rwandzie 🙂 Dziś przypomniałem sobie o nim czytam dwumiesięczne zaległości. Wszyscy patrzą na mnie jak na debila, a ja nie potrafię wytłumaczyć z czego się tak śmieję.

Po krótki słowie wstępu przejdźmy do konkretu. Wszyscy wiedzą, że na równiku, doba dzieli się na równe sześciogodzinne kawałki: o 6:00 słońce wstaje, w południe jest dokładnie nad głową (zwłaszcza o tej porze roku), po kolejnych sześciu godzinach zachodzi i znów po sześciu jest gdzieś daleko, daleko.

Słynne jest też tempo zachodzenia słońca. Opisują je ludzie jako „jakby ktoś nagle zgasił światło”, ewentualnie „słońce wygląda jakby spadało z nieba” przez co nieco się rozczarowałem. Zachód słońca jest szybki, ale nie aż tak żebym wchodził do ubikacji za dnia, a wychodził po ciemku. Jak szybki?

Zrobiłem zdjęcia, serię zdjęć co 10 minut każde. Niestety idealnie tego nie widać, ale mam nadzieję, że daje jako takie wyobrażenie. Dość dobrze to widać między zdjęciami o 18:00 i 18:10. To właśnie wtedy wszyscy zapalają światła w domach, a o 18:30 jest już całkowita noc.

17.30

17.30

17.40

17.40

17.50

17.50

18.00

18.00

18.10

18.10

18.20

18.20

18.30

18.30

Dobranoc.

4 Komentarze »

Byłem w dolinie rzeki Akagera

Moje ulubione zdjęcie z doliny. Tużycowate zarośla, wśród których wszędzie wyłania się dym wypalanych poletek pod uprawę fasoli. To zdjęcie specjalnie wrzucam w wielgachnym rozmiarze, więc kliknijcie i powiększcie. Ja sobie ustawiłem jako tapetę.

Moje ulubione zdjęcie z doliny. Tużycowate zarośla, wśród których wszędzie wyłania się dym wypalanych poletek pod uprawę fasoli. To zdjęcie specjalnie wrzucam w wielgachnym rozmiarze, więc kliknijcie i powiększcie. Ja sobie ustawiłem jako tapetę.

Kurcze, przez tego bloga, przez to, że ja piszę, a Wy czytacie, że komentujecie cały czas mam wrażenie, że wszystko wiecie co się u mnie dzieje. Nawet jak o tym nie napiszę na blogu.

Na przykład mam wrażenie, że wiecie, że we wtorek w końcu udało się spotkanie z nauczycielami. W jednej z kawiarni w Nyamata (dla niepoznaki nazwanej Cafe de Nyamata) nauczyciele mieli jakieś szkolenie w sali konferencyjnej i ja i Paul dostaliśmy dla siebie pięć minut na poinformowanie o możliwości odbycia szkoleń komputerowych i potem zakupu za symboliczną kwotę komputerów (50 dolarów sztuka, przy czym komputery nie są nowe). Tu bardziej Paul informował niż ja; ja robiłem tylko za dekorację jako ważny przybysz z dalekiego kraju. Wczułem się więc w rolę i starałem się robić tak ważną minę, jak tylko potrafię.

Szkolenie to jeszcze nic pewnego, ale wszystko jest na dobrej drodze. Teraz Paul musi udać się do jakiegoś biura od oświaty i uzyskać tam zgodę.

Nie wiecie też, że w sobotę wybrałem się w końcu do doliny rzeki Akagera w miejscu jej przecięcia przez drogę Nyamata – Kigali. Tam pojechałem busikiem (znalezienie go było prawie łatwe), a z powrotem postanowiłem wrócić pieszo, bo Paul mówił, że zajmie mi to około dwie godziny.

Tu ważna rada dla ludzi tak głupich jak ja. Jeśli macie zamiar kiedyś iść w na równiku w palącym słońcu w górzystym (pagórkowatym) terenie, lepiej dobrze się do tego przygotujcie. Myślałem, że wyzionę ducha, a jak doszedłem do telecentrum, wszyscy z politowaniem powiedzieli, że wyglądam jakbym szedł kilka dni przez pustynię. Półlitrowa buteleczka wody skończyła się jeszcze jak krążyłęm po dolince (przypomniałem sobie radę Obeliksa, że jedzenie lepiej nieść w sobie, a nie na sobie). Przy dwóch godzinach spaceru w górach, warto robić postoje, ja jednak się krępowałem. Już przy pierwszej próbie przycupnięcia sobie z nogami w rynsztoku otoczył mnie tłum autochtonów i po prostu stał i sobie patrzył z odległości plus minus trzech metrów ode mnie jak siedzę. Więc sobie poszedłem dalej i już więcej nie usiadłem.

Dobra, teraz jednak to co najciekawsze, czyli zdjęcia z wyprawy.  Większość z nich zrobiłem w dolinie, a nie po drodze, bo po drodze mijający mnie samochodem Paul zgodnie z wcześniejszą umową przechwycił aparat i pojechał do Kigali na wesele. Dlatego też musicie mi uwierzyć na słowo, że widziałem dwa piękne, purpurowe koliberki kompletnie bezszelestnie fruwające sobie tuż nad kępkami trawy.

Praczki i wędkarze. Za nimi most, już nie używany przez samochody. W tle między górami ponownie dym wypalanych trzcin.

Praczki i wędkarze. Za nimi most, już nie używany przez samochody. W tle między górami ponownie dym wypalanych trzcin.

Obecnie przez dolinę przebiega asfaltowa droga ciągnąca się od Kigali aż do granicy z Burundi. Jeszcze pięć mięsiecy temu jej nie  było.

Obecnie przez dolinę przebiega asfaltowa droga ciągnąca się od Kigali aż do granicy z Burundi. Jeszcze pięć mięsiecy temu jej nie było. Przy okazji zwróćcie uwagę: jesteśmy poza miastem, a wciąć widać ludzi. Wracając do Nyamata jedynie przez kilka minut nie miałem w zasięgu wzroku żadnego człowieka.

Te chłopaki też łowią ryby. Inna metoda, wielka płachta materiału służy jako sieć.

Te chłopaki też łowią ryby. Inna metoda, wielka płachta materiału służy jako sieć.

) Tak, słońce paliło praktycznie centralnie z góry.

Jakaś czapla, jeśli się nie mylę. Zwróćcie uwagę na długość cienia jaki rzuca na ziemię 🙂 Tak, słońce paliło praktycznie centralnie z góry.

Inne ujęcie drogi z pierwszego zdjęcia

Inne ujęcie drogi z pierwszego zdjęcia

Pani coś uprawia. Być może trzcinę cukrową. W Polsce cukier z trzciny jest frykasem. Ja tu innego nie widziałem. Musiałem im tłumaczyć, że u nas cukier jest biały.

Pani coś uprawia. Być może trzcinę cukrową. W Polsce cukier z trzciny jest frykasem. Ja tu innego nie widziałem. Musiałem im tłumaczyć, że u nas cukier jest biały.

Szersze ujęcie. Zarośla, a pomiędzy nimi małe poletka. W tle góry.

Szersze ujęcie. Zarośla, a pomiędzy nimi małe poletka. W tle góry.

Oto i główny wartki nurt rzeki. W dolinie jest sporo starorzeczy po obu jej stronach (wcześniejsi wędkarze i rybacy łowili na właśnie jednym ze starorzeczy).

Oto i główny, wartki nurt rzeki. W dolinie jest sporo starorzeczy po obu jej stronach (wcześniejsi wędkarze i rybacy łowili na właśnie jednym ze starorzeczy).

Stary, żelazny (gdy widziałem go z daleka, myślałem że jest drewniany) most nad rzeką.

Stary, żelazny (gdy widziałem go z daleka, myślałem że jest drewniany) most nad rzeką.

Pomyślałem sobie, że skoro za każdym razem w drodze do Kigali jedziemy mostem nowym, nieciekawym, przejdę sobie starym, co też zrobiłem. Dopiero na końcu zauważyłem, że siedzący panowie trzymają maczety.

Pomyślałem sobie, że skoro za każdym razem w drodze do Kigali jedziemy mostem nowym, nieciekawym, przejdę sobie starym, co też zrobiłem. Dopiero na końcu zauważyłem, że siedzący panowie trzymają maczety.

Ot taka sobie pocztówka...

Ot taka sobie pocztówka...

Starorzecza,...

Starorzecza,...

...starorzecza.

...starorzecza.

A tu ciekawe zjawisko.

A tu ciekawe zjawisko. Gdy szedłem i ktoś idący przede mną w tym samym kierunku zauważył mnie, zatrzymywał się i czekał patrząc, tak jakby krzyknął do niego z prośbą o poczekanie na mnie. Gdy go lub ją mijałem od razu zaczynał za mną iść. W efekcie szybko zacząłem słyszeć, że mam za sobą tłumek ludzi idących cicho zaraz za mną i wbijających w moje plecy swój wzrok. Scena jak z Forresta Gumpa gdy ten biegł przez Stany (tyle, że my szliśmy). Postanowiłem po cichu wyjąć aparat, obrócić się i z zaskoczenia zrobić zdjęcie. Parę osób czmychnęło lub też się odwróciło, ale mam nadzieję, że widać jakiej defiladzie przewodziłem 🙂

Wchodzę do jakiejś miejscowości na zboczu doliny rzeki. Niestety nazwy nie  pamiętam (wracając z nad rzeki do Nyamata mija się cztery lub pięć miejscowości). Nadal są ładne widoki, więc nie będę chował aparatu.

Wchodzę do jakiejś miejscowości na zboczu doliny rzeki. Niestety nazwy nie pamiętam (wracając z nad rzeki do Nyamata mija się cztery lub pięć miejscowości). Nadal są ładne widoki, więc nie będę chował aparatu.

)

Widok na dolinę, teraz już z góry. Na pewno nie widać tego na zdjęciu, ale strasznie mi się to podobało: zanikające w delikatnej mgiełce kolejne wzgórza, wśród nich wijąca się rzeka i liczne ogniska. Otwierać powiększone, właśnie postanowiłem, że muszę to Wam pokazać w nieco większym rozmiarze niż planowałem 🙂

Kolejny widok z góry, ale w innym kierunku. Widać drogę do Kigali. I znów fajnie zasnuwane dzienną mgłą góry.

Kolejny widok z góry, ale w innym kierunku. Widać drogę do Kigali. I znów fajnie zasnuwane dzienną mgłą góry.

ulepione z gliny na drewnianym rusztowaniu (czasem glina odpada i widać to) i często pokryte trzcinową słomą.

Po drodze mijam afrykańskie chatki, tak wyglądają niektóre z nich: ulepione z gliny na drewnianym rusztowaniu (czasem glina odpada i widać to) i często pokryte trzcinową słomą.

Widok ze szczytu wąwozu na dolinę w poprzek. To ostatnie zdjęcie tutaj, ale na komputerze mam dużo, dużo więcej. A wiecie, że Akagera jest źródłową rzeką dla Nilu? Jakbym wrzucił tu butelkę z listem, być może dopłynęłaby do Kairu. Nil bierze ponoć początek z jeziora Wiktorii, ale do niego wpada kilka rzek, w tym najdłuższa z nich - właśnie Akagera.

Widok ze szczytu wąwozu na dolinę w poprzek. To ostatnie zdjęcie tutaj, ale na komputerze mam dużo, dużo więcej. A wiecie, że Akagera jest źródłową rzeką dla Nilu? Jakbym wrzucił tu butelkę z listem, być może dopłynęłaby do Kairu. Nil bierze ponoć początek z jeziora Wiktorii, ale do niego wpada kilka rzek, w tym najdłuższa z nich - właśnie Akagera.

14 Komentarzy »