Archive for Przygotowania

Finisz przygotowań

Tysiącmilowa podróż zaczyna się od jednego kroku
Konfucjusz

Jeśli dobrze liczę, pomysł wyjechania na wolontariat do Afryki bardzo realnie pojawił sie 19 marca tego roku. To wtedy zapadła decyzja, że spróbuję. I wtedy zaczęły się przygotowania.

Droga więc była bardzo, bardzo długa. Zastanawiam się, czy nie za długa: ponad 4 miesiące pisania papierów, szkoleń, pakowań, żegnania się, przyzwyczajania… I potem 3,5 miesiąca pobytu. Ciekaw jestem czy skórka warta wyprawki. Ale to się jeszcze okaże.

Ale dziś też się cieszę 🙂 Czuję się jak na ostatniej prostej maratonu. To naprawdę się udało!

I jeszcze wbiegnięcie na linię mety (mety? to dopiero początek). Paweł mówił, że przy wyjściu z domu, będzie mi towarzyszyć fajne, silne odczucie. I chyba doskonale rozumiem o co mu chodziło 🙂 Już myślami jestem w środę, około godziny 13:00. Gdy otwieram zamek drzwi mieszkania, chwytam za klamkę. Przekraczam próg i wiem, że właśnie zaczyna się potężna wyprawa, że to już się dzieje! W takim momencie powinna w tle rozbrzmiewać podniosła i narastająca muzyka. Mi jednak zapewne wystarczy walenie serca i pulsujący szum w uszach, krew i endorfiny zalewające mózg. Chwila, ułamek sekundy, w którym skoczek bungee decyduje się wychylić z platformy.

5 Komentarzy »

Sztuka wagi ciężkiej

We wsi dziś wielke poruszenie. Wszyscy suną ku głównemu rynkowi; młodsi biegną, starsi idą z wolna. Starowinki niepewnie z powątpiewaniem wychodzą przed obejścia, rozpytują co się dzieje. Wiele już w życiu widziały, ale z braku innego zajęcia w te sobotnie leniwe popołudnie, pójdą zobaczyć i to.

Do wsi zjechał sztukmistrz. Czarodziej i hochsztapler, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Zgromadzony tłum słucha jak krzyczy, że zgadnie wagę każdego. Niech no kto da się dotknąć, objąć ramionami i unieść, a sztukmistrz z miejsca powie ile waży. Z dokładnością do kilograma. Sztuczka płatna co łaska.

Zrywa się Jasiek, że pobiegnie do domu po wagę, ale sztukmistrz go hamuje. Na to jest gotowy, bo to nie pierwszy jego występ. I wyciąga w wozu, swoją własną wagę łazienkową.

I po kolei – zabawa się zaczyna. Pierwszy idzie Jasiek, najodważniejszy w całej wsi. Po chwili jest w powietrzu, sztukmistrz stęka i na wydechu mówi: siedemdziesiąt trzy. Brawo – krzyczy Jasiek i dla pewności wskakuje na wagę: siedemdziesiąt trzy. Brawo – krzyczą ludzie  i już kolejni idą na ważenie.

Pół wsi sztukmistrz waży i ani razu się nie myli.  Młodych, starszych, kobiety i mężczyzn. Rudych, rude, blondynów, brunetów, a nawet i łysych. Grubszych i chudszych. I dzieci. Pot się leje z czoła sztukmistrza, a widząc to gromkim śmiechem wybucha kowal. Ostentacyjnie sunie ku niemu, gibiąc się z nogi na nogę. Niczym wielkie zwierze juczne.

Sztukmistrz mierzy go wzrokiem, zakasa rękawy, bierze wdech, chwyta go w pas i unosi na milimetr. Na sekundę, na mgnienie oka. Czy na pewno go uniósł? – ludzie nie są pewni, tak krótko to trwało. Wypuszcza powietrze, mówi „sto czterdzieści siedem”, a uśmiech znika z twarzy kowala. To ci pieron! Co do kilograma!

Ale chwila. Co to za piski? Co to za wrzaski? Czy to świniaka zażynają? Czy to wypadek jaki? Karambol, kraksa, potrącenie? Wrzask niemiłosierny!

Już się wszystko wyjaśnia. To trzej kawalerowie z oddali ciągną Maryśkę. Tą co się wagi jak ognia boi, jak diabeł święconej wody. Jak ryba brzeżnego piasku.

Wrzask niemiłosierny. Maryśka nogami i rękami (bądź rękoma, kto go tam wie co jej tam wyrosło) się zapiera. Zważyć się nie da! Kawalerowie z sił opadają, ale z pomocą biegnie już Jasiek.

Hola! Basta! woła sztukmistrz. Oszczędźcie sobie panowie wysiłku. Jak ktoś nie chce, to go ważyć nie muszę. Bo oto, proszę państwa, mam ja ci jeszcze jeden talent, numer wieczoru, że tak powiem w te piękne sobotnie popołudnie. Wnet potrafię ja ci ważyć i wzrokiem. I tak oto powiem wam, że piękna ta owa niewiasta, niechybnie waży sześćdziesiąt i trzy kilogramy!

Cisza zapadła, a ludzie wzrok skierowali ku Maryśce, co to ją kawalerowie, zamurowaną teraz niczym posąg, zapartą nogami, wciąż trzymają za ramiona. Patrzą jak lico rumieńcem zalewać się poczyna, jak łypa nerwowych drgań dostaje. Jak łzy ku oczom jej napływają. I jak nie huknie piskiem! Jak nie wyrwie się z uścisku! I już biegnie z rykiem, hen daleko, gdzie oczy poniosą. Oby dalej od szarlatana!

* * *

Ja tymczasem nie wiedząc co się dzieje akurat w tej chwili w owej podbiałostockiej wsi, dopinam podróżną walizę. Wszystko co miało być spakowane, już w niej jest. Ubrania, jeszcze raz ubrania, buty, leki, prezenty i inne fatałaszki. Unoszę próbnie w ramionach i czuje że nie jest dobrze. Spakować się mogę do maksymalnie trzydziestu kilogramów, to jest wymóg linii lotniczych. Za nadbagaż musiałbym zapłacić, a pieniędzy na to w budżecie nie ma. Tymczasem jak tak uniosłem, czuję, że będę musiał coś chyba wyrzucić. Tylko co?

Przyznam się, że od wielu dni mi to spać po nocach nie dawało. Jak w 30 kilogramach spakować się na kawał życia? Ubrania mało ważą, ale ziarnko do ziarnka… Buty na zmianę, słownik, książka, lepiej dwie… Szampon, mydło. Ręczniki. No się nie da! Od ciotki pożyczyłem super lekką walizę, ale i ona sama pewnie z pięć kilogramów mogłaby ważyć. Waliza, nie ciotka.

Ale idę po wagę. Waliza jest wielgachna, jak mi się wydaję, więc jakbym postawił na wagę, nie zobaczę ekranu z pomiarem. Od lat miewam jednak psy, więc znam i na to sposób: zważyć się, wziąć psa (tu akurat walizę) w ręce i zważyć się jeszcze raz. Różnica, to poszukiwany x.

Wchodzę na wagę i widzę, ze ważę 75 kilogramów. Chwytam walizę i widzę, że wskaźnik na wadze podskakuje do… osiemdziesięciu sześciu kilogramów.

5 Komentarzy »

Strach, stres i inne wątpliwości

Do lądowania w Rwandzie pozostaje już tylko 5 niepełnych dni. I muszę się pochwalić: od kilku dni już się nie boję. 🙂 Bo się bałem, choć strach nie był wielki i nieustanny; być może powinienem temu tematowi poświęcić nieco miejsca na blogu; tak żeby inni ewentualni wolontariusze czytający zobaczyli, że i mnie to spotyka i jak sobie z tym radziłem.

No dobrze… Wpis miał być o czymś innym, ale faktycznie może kwestie stresu są istotne, więc napiszę o nich teraz. To coś innego zostawie na wpis kolejny.

Zacznę od tego kiedy się cieszyłem. Pierwszy raz się cieszyłem gdy dowiedziałem się o możliwości wyjechania do Afryki. Kolejny raz się cieszyłem, gdy udało mi się napisać projekt. Tu cieszyłem się głównie z faktu napisania, a nie jechania do Afryki.

Prawdziwą radość w podskokach i to dosłownie (wrzeszczałem jak debil na całe mieszkanie) przeżyłem, gdy dostałem z MSZ maila z informacją o wstępnej akceptacji mojego wniosku. Równie wielka i skoczna radość była, gdy projekt uzyskał ostateczną akceptację i klamka zapadła.
Teraz jest właśnie kolejny okres radości. Autentycznie nie mogę się już doczekać, kiedy będę w Rwandzie. 🙂

W między czasie była duma z faktu wyjazdu. Super było czuć, że zrobię coś wyjątkowego niesztampowego.

Ale pomiędzy okresami radości następowały krótsze lub dłuższe, silniejsze i słabsze okresy strachu i wywołanego nim chyba stresu.

Po napisaniu projektu pierwszy raz tak naprawdę dotarło do mnie na co się tak naprawdę porywam. I pojawiła się myśl, którą eufemistycznie można by wyrazić słowami „nic by się nie stało, jeśli wniosek nie zostałby przyjęty”.

Dość spory strach pojawił się po szkoleniu w MSZ. Po pierwsze gdy uświadomiono nam wszelkie zagrożenia, z jakimi się spotkamy. Kradzieże, napady, szok kulturowy, choroby i być może nawet śmierć. Po drugie gdy skonfontowałem swoje warunki wyjazdu z sytuacją innych wolontariuszy; z nas wszystkich to chyba ja jadę najbardziej sam i najbardziej będę musiał liczyć sam na siebie. W taki strachu trwałem na ostateczną akceptację lub odrzucenie wniosku. Trwałem, bo postanowiłem sobie, że skoro tak wiele już zrobiłem, teraz się nie wycofam. Ostateczna akceptacja z miejsca zamieniła strach w radość.

Ostatnia faza lęku trwająca do powiedzmy przedwczoraj, to faza „strachu utajonego” i rozniecanego. Tu już się raczej nie bałem, a paradoksalnie teraz właśnie wszyscy prowokowali mnie do przemyśleń pytaniami czy się boję. Słyszałem je niemal codziennie. Trwałem w fazie que sera, sera, a ciągłe pytania i świadomość szybko upływającego czasu i tak wielu zadań powodowały stres. Byłem nerwowy i słabo komunikatywny. Na wszelkie złe wieści reagowałem gwałtownie (sorry, Krysia za „krzyczenie” 😉 ). No po prostu stres.

Ale udało się go pokonać.

Po pierwsze plan działań. Wiedziałem co mam jeszcze zrobić i ile mam na to czasu. Po raz pierwszy w widocznym miejscu mieszkania pojawił się kalendarz.

Po drugie nauczyłem się reagować na nagłe negatywne zwroty akcji. Gdy okazywało się, że coś się opóźnia, powodowało to u mnie nerwowość i załamywanie rąk. Ale zauważyłem ciekawą sprawę: Gdy coś miało się opóźnić, zaglądałem do planu działań i patrzyłem co sobie zaplanowałem jako następne, do wykonania nazajutrz. I robiłem to od razu. Po chwili miałem wrażenie, że wyprzedziłem plan i zły nastrój mijał. Polecam! Nie poddawajcie się paraliżowi. Po prostu coś zróbcie, co mieliście zrobić jutro.

Po trzecie już jestem spakowany 🙂 Może nie dosłownie w walizce, ale choć do wyjazdu jeszcze 5 dni, ja już mam wszystko zrobione, co miałem zrobić. Teraz tylko czekam, a to powoduje, że zamiast się stresować, niecierpliwię się kiedy w końcu już tam będę 🙂 Czuję, że mógłbym jechać choćby jutro.

Po prostu nie mam już czym się stresować.

3 Komentarze »

W Teraz Białystok też jestem

Paris Hotel może się schować 😉

Dostałem dziś do rąk najnowszy numer Teraz Białystok. Okazuje się, że tam także jest artykuł o moim wyjeździe do Rwandy; jest to chyba nieco skrócona wersja artykułu, jaki ukazał się w Kurierze Porannym.

Radio Białystok, Kurier Poranny, Teraz Białystok… 🙂 Na jesieni będę u Kuby Wojewódzkiego i u Szymona Majewskiego 😉 Będą mięc specjalne wydanie z terenu.

Komentarze wyłączone

Nyamata, czyli gdzie?

Prawda jest taka, że choć w miejscowości Nyamata spędzę ponad 3 miesiące i mam tam być już za tydzień, nie mam praktycznie pojęcia gdzie to jest 🙂

Żadna mapa w internecie nie pokazuje gdzie znajduje się ta miejscowość.

Google też nie pomaga w znalezieniu. Na hasło „nyamata” znajdujemy albo zdjęcia czaszek, albo krótkie opisy podróżników z odwiedzin w tej miejscowości. Jest też fajny opis samego telecentrum do którego jadę na stronie Telecentre.org. Co wiem ponadto?

W kwietniu trafiłem na list Paula na jednej z afrykańskich grup dyskusyjnych, w którym wspomina, że Nyamata obecnie ma 2 tysiące mieszkańców, w większości kobiet i dzieci. Wspomina też, że Nyamata jest miejscowością, która najbardziej ucierpiała wskutek ludobójstwa – przed 1994 rokiem żyło tam 60 tysięcy ludzi. Trzydzieści razy więcej niż sto dni później.

Gdy zapytałem Paula gdzie jest ta miejscowość odpisał tylko, że 15 km (jeśli dobrze pamiętam) na południe od stolicy – Kigali. Akurat Rwanda jest super obfotografowana na mapach Google (zdecydowanie lepiej niż mój Białystok), więc wirtualnie się przeszedłem z Kigali główną drogą do prowincji Bugesera i stwierdziłem, że to musi być tutaj.

Być może tak wygląda Nyamata z lotu ptaka

Być może tak wygląda Nyamata z lotu ptaka

Zapytałem Paula czy dobrze trafiłem, ale nic nie odpisał (w jednym mailu przeważnie poruszamy kilka wątków i często mu się zdarza pomijać w odpowiedzi te, które wydają mu się mniej istotne). Zatem niespodzianka nadal jest niespodzianką. Już za tydzień napiszę, czy dobrze trafiłem 😉

Komentarze wyłączone