Archive for Przygotowania

Malaria

Skrzyp, skrzyp, skrzyp…

Tak skrzypi śnieg za oknem, gdy się po nim chodzi. Powiedzmy, że to właśnie ten nieustanny hałas spowodował, że blog się znów obudził. Nic dziwnego, tutaj w niby-Rwandzie upał niesamowity, a tymczasem za oknem jakiś dziwny dźwięk. Nie przypomina to szurania klapek zrobionych ze starych zużytych opon, nie przypomina też równikowego deszczu bębniącego w blaszane dachy, nie ważne jak mały miałby to być deszcz.

Ale prawda jest inna, blog się budzi bym napisał Wam nieco o malarii. Zostałem o to poproszony przez lekarzy, abym na bazie swojej wiedzy i doświadczeń opisał tą chorobę na moim blogu muzungu.pl. Sam podpowiedziałem, że dobrym, a nawet może lepszym miejscem na opisanie będzie ten właśnie blog, czyli Konrad Jest w Rwandzie. Blog jest już o tyle martwy, że nie piszę na nim (bo nie jestem już w Rwandzie) i jest o tyle żywy, że wciąż odwiedza go bardzo dużo osób. I dobrze, bo fajnie jest wiedzieć, że zainteresowanie moim pobytem w Rwandzie z Waszej strony nie skończyło się wraz z moim powrotem do kraju.

Wciąż mam tutaj jeszcze wiele wejść, wiele osób szuka informacji turystycznych związanych z wyjazdem do Afryki, według statystyk google bardzo często szukacie tu informacji jak się do takiego wyjazdu przygotować, szukacie wskazówek dotyczących zdrowia. Pisałem już o tym, ale nigdy za wiele. Szczególnie na pewno brakuje tu osobnego artykułu dotyczącego malarii. Fakt, że na nią nie zachorowałem (choć kto go tam wie), ale choroba ta jest sporym problemem i co roku dotyka wielu Polaków podróżujących do Afryki. Zatem poniżej moje wskazówki. Pisałem już o tym na muzungu.pl, ale tutaj postaram się opisać wszystko bardziej zwięźle.

O samej chorobie jako takiej.

Mam wykształcenie biologiczne, więc pozwolę sobie nieco się powymądrzać 😉 Choć nie za dużo. Dokładne informacje znajdziecie na przykład tutaj. Ja tylko wspomnę o tym co najważniejsze.

Wspomnę o tym, że jest to choroba roznoszona przez komary widliszki (występujące także w Polsce, ale nie groźne z powodu opisanego za chwilę), jednak komary są tylko wektorem, czyli organizmem roznoszącym, a prwadziwym patogenem jest pierwotniak o nazwie zarodziec malarii. To on dla pełnego cyklu życiowego musi część życia spędzić w ciele człowieka, a część w ciele komara (i to jest właśnie powód dlaczego w Polsce widliszki groźne nie są: nawet jeśli dostaną się do nich zarodźce, jest im za zimno by przejść cały cykl rozwojowy).

Wspomnę też o tym, że jest to choroba śmiertelna, na którą niestety nie ma szczepionek. Można co prawda wykształcić częściową na nią odporność, najczęściej na dwa sposoby: przejść malarię w swoim życiu (nie polecam) lub przyjmować przez cały czas pobytu w tropikach leki antymalaryczne. Żadna z metod nie gwarantuje 100% bezpieczeństwa, a jedynie obniża ryzyko zachorowania.

Czy ryzyko zachorowania jest duże? Niestety nie wiem, bo to wartość relatywna. Z jednej strony w tropikach tylko jeden komar na 300 jest zainfekowany zarodźcem. Z drugiej strony malaria w tropkiach jest odpowiednikiem pod względem zachorowywalności chyba naszej grypy. Sami sobie odpowiedzcie na jak duże oceniacie teraz ryzyko zachorowania na grypę.

Przygotowania do wyjazdu.

Przede wszystkim spotkanie z lekarzem. Jest wiele miejsc gdzie możecie znaleźć listę lekarzy chorób tropikalnych, na przykład tutaj lub tutaj.

W wyniku spotkania na pewno dostaniecie receptę na leki antymalaryczne i zdecydowanie polecam z niej skorzystać jeszcze przed wyjazdem. Ja w Rwandzie nie widziałem nigdzie leku, jaki mi został przypisany, więc na pewno bym go nie wykupił (nazwy leku specjalnie nie podaję, aby nikogo nie sugerować co do wyboru, o tym niech zdecyduje lekarz).

Ponadto zaopatrzcie się w repelenty przeciw komarom. Wypatrujcie tych, które zawierają w sobie związek DEET; uważa się bowiem że ten jest wyjątkowo nielubiany przez widliszka. Niestety ciężko takie środki wypatrzeć w aptekach czy sklepach. Ja już się nauczyłem, że DEET zawiera repelent o nazwie Bross. Jest tani, tańszy od repelentów reklamowanych w telewizji, więc zawsze go kupuję.

I ubezpieczenie. Wykupcie koniecznie, bo jeśli juz trafi Wam się pójść do szpitala czy zwykłego lekarza, bez ubezpieczenia taka wyprawa może Was naprawdę bardzo dużo kosztować.

(W tym artykule opisuję tylko kwestie związane z malarią, dlatego nie wspominam na przykład o szczepieniach na inne choroby jak żółtaczka; o tym na pewno wspomni lekarz w czasie wizyty opisanej wyżej)

Na miejscu.

Na szczęście na miejscu nie musi się wcale okazać, że jest aż tak źle (choć na pewno zależy to od kraju). W Rwandzie wcale nie latały za mną chmary komarów. Prawdę mówiąc jak już kilka razy wspominałem widziałem jednego komara na kilka dni w porze suchej i kilka komarów na dzień w porze deszczowej. Nie przygotowujcie się więc na to, że będziecie cały czas w panice wieczorami rozglądać się za komarami i bez przerwy oklepywać się.

Mimo to nie zapominajcie dmuchać na zimne. Wyjmijcie repelenty i spryskajcie się nimi przed wieczorem.

Sprawdźcie moskitierę w oknie lub nad łóżkiem. Jeśli będzie miałą dziury (a będzie miała na 100%) pozaklejajcie je choćby zwykłą taśmą klejącą.

Unikajcie szarej godziny, czyli momentu gdy zaczyna się robić ciemno. Wtedy ryzyko zakażenia jest największe, bo wtedy właśnie komary ruszają na łowy. Na szczęście szara godzina trwa na równiku bardzo krótko i nazwałbym ją raczej szarymi minutami. Jak to wygląda pokazywałem na przykład tutaj 🙂

Z wszelkimi objawami jakiejkolwiek choroby idźcie do lekarza. Bez skrępowania. Pamiętacie? Wykupiliście przecież ubezpieczenie, więc dlaczego nie korzystać by z niego? 😉 Niestety objawy malarii są bardzo różne i ciężko samemu stwierdzić czy to właśnie ta choroba czy coś innego. Co więcej niektórzy mogą ją przechodzić dość łagodnie, tak więc nawet zwykła biegunka z podwyższoną temperaturą może być malarią (jednak traktujcie to raczej jako ewenement niż coś, co na pewno was spotka; bardziej nastawcie się na wysoką gorączkę, poty i utratę przytomności).

Po powrocie.

Niestety powrót do kraju nie oznacza końca ryzyka zachorowania na malarię. Jeszcze prze kilka dni po powrocie bierzcie leki antymalaryczne (ile, o tym zdecyduje lekarz). Pamiętajcie także, że uznaje się, że na malarię można zachorować nawet po roku od zakażenia zarodźcem. Tak więc koniecznie przy każdej chorobie przez rok po powrocie wspominajcie o tym lekarzowi rodzinnemu, tak by ewentualnie wykluczył malarię, lub zdecydował o dalszych badaniach.

Więcej:

Więcej na ten temat znajdziecie:

na moim blogu pod tagiem malaria

na stronach malaria.com.pl lub Centrum Informacji Medycyny Podróży

u lekarzy medycyny tropikalnej 🙂

Pamiętajcie też aby nigdy w stu procentach nie ufać informacjom znalezionym w sieci, także mi. Tu w końcu chodzi o Wasze zdrowie i Wasz organizm.

Reklamy

2 Komentarze »

Co wziąć do Afryki?

Dziś krótko. Pomyślałem sobie, że pobawię się w wujka dobra rada i napiszę kilka przydatnych porad podczas pakowania się przed wyjazdem do Afryki. Pominę tu raczej wspominanie o rzeczach oczywistych.

  • Tonik do twarzy i waciki W Afryce będzie on tonikiem do twarzy tylko z nazwy. Na miejscu okaże się, że to świetny płyn do mycia całego ciała. Nawet nie uwierzycie jaką powierzchnię można zmyć dwoma wacikami 🙂 A niestety w wielu wypadkach się przyda. Z myciem się, mimo faktu, że Rwanda cały czas chwali się jak bardzo jest już rownięta, wciąż jest bardzo kiepsko. Dwa pierwsze dni używałem tylko toniku.
  • Latarka To jednak raczej porada dość oczywista, ale jak ktoś zapomni, będzie tego bardzo żałował.
  • Mnóstwo filmów i jeszcze więcej rzeczy do czytania Ja niestety wziąłem tylko dwie książki i cholernie się nudzę wieczorami. Nikogo nie ma w domu, jest ciemno już od 18.00, net nie działa… A gdy już wrócą domownicy do domu około 21, to po godzinie wszyscy już śpią. Na szczęście na komputerze mam Age Of Empires II, ale i ono zaczyna mi się nudzić, choć to moja ulubiona gra po Windows. Żałuję, że nie mam Wesnoth, w które sobie grałem pod Linuksem, ale może w kilka tygodni sobie ściagnę 😉
  • Kwas borowy Aneta mi mówi, że można go kupić w aptece i po zmieszaniu z ugotowanym jajkiem świetnie przepędza karaluchy. Opisany przeze mnie kilka dni temu okazał się być tylko komitetem powitalnym. Wczoraj zatłukłem cztery, dziś już dwa.
  • Kapelusz i okulary przeciwsłoneczne Wycofuję się z tego jak pisałem, że tu nie ma upałów. Właśnie nastały i są nie do zniesienia. Żar aż zabiera dech w piersi.
  • Szczelne pojemniki na jedzenie Jeśli chcecie kupić sobie coś do domu „na później”. Bez nich przegracie wyścig o jedzenie z mrówkami i karaluchami.
  • Ciemne spodnie Nie bierzcie jasnych ubrań na dolną część ciała. To znaczy możecie wziąć, ale już po godzinie będą całe w rdzawym kurzu.
  • Lusterko Jak wyglądam, dowiaduję się najczęściej z odbić w szybie lub w lusterku samochodu Paula
Internetowa moda na robienie sobie zdjęć w lusterku dotarła także i do Rwandy

Internetowa moda na robienie sobie zdjęć w lusterku dotarła także i do Rwandy

To taki mój mały przegląd rzeczy, których nie wziąłem lub jak w przypadku toniku odkryłem ich nowe zastosowanie. Da się bez nich przeżyć, ale z nimi byłoby o wiele łatwiej.

6 Komentarzy »

Jestem w Radio Białystok

A właściwie byłem. 30 lipca rano pojawił się wywiad ze mną. Kto nie słuchał (w tym i ja), może sobie posłuchać jeszcze raz na stronie radia.

Buziaki Anecie za podesłanie mi informacji.

Puściłem już nagranie moim rwandyjskim współlokatorom i zrobiło na nich wrażenie, choć nic z niego nie rozumieli.

Komentarze wyłączone

30 – 31 lipca

Udało mi się na chwilę podłączyć do prądu (ale nie do sieci) więc będę pisał na bieżąco co się wydarzyło do tej pory 🙂

30 lipca 2008, przed wyjazdem

Pukanie do drzwi. Zapewne siostra przyjechała wcześniej, ma mnie zwieźć na dworzec kolejowy. Otwieram więc drzwi nie do końca ubrany, a tu niespodzianka. Justyna, Paweł i Andrzej ze SPEK-u przyszli mnie pożegnać.

Przed 14:00

Wsiadłem do pociągu. Na dworcu z kolei żegnają mnie Dorota (ta co wygrała pierwszy konkurs pocztówkowy), Rysio i znów siostra.

W trasie do Warszawy

Zaczepia mnie współpasażer, na oko około 30 lat. Zauważył, że mam smycz z logo Polska Pomoc i pyta co mam z tym wspólnego. Mówię więc co, a on oznajmia, że też jeździł do Afryki. W sumie już trzy razy. Pierwszy raz jako wolontariusz z Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego (oddział Kraków, to stamtąd miał jechać Mateusz) do Sierra Leone, potem dwa razy z lekarzami bez granic (sam jest lekarzem) do Ugandy i niedawno wrócił z Sudanu.

Zatem delikatnie wypytuję jak jest. Z jednej strony słychać, że nie wszystko mu się podobało, z drugiej rozwiewa moje obawy. Mówi, że malarone to dobry wybór, nawet jak na tak długi okres brania (sam potwierdza to co już pisałem o tym, że w amerykańskiej ulotce nie ma żadnych ostrzeżeń odnośnie zbyt długiego brania leku, a skład jest ten sam), opowiada o tym jakie parę razy miał przygody z lariamem (także z doświadczeń z pacjentami). Okazuje się, że depresja to nie jedyny efekt uboczny. Jeden z pacjentów całą noc trzymał się kurczowo barierki łóżka bo miał wrażenie, że cały świat wiruje i zaraz spadnie (ale trzeba mieć na uwadze, że lekarz aplikował mu lariam w dawkach leczniczych przy obecnej już malarii).

Uspokaja mnie odnośnie bezpieczeństwa. Mówi, że jedyna agresja z jaką się spotkał w czasie wszystkich wyjazdów, to zerwanie przez złodzieja łańcuszka z szyi jego dziewczyny.

W trasie do Berlina

Fajny, ładny pociąg. Na przeciwko mnie siedzi kobieta, co do której po jakimś czasie wpadam na to, że jest chyba znana z telewizji. Chyba gra w jakimś serialu, a że seriali nie oglądam, głowię się całą drogę kto to i czy to na pewno ona.

Niestety na zdjęciu mało widać z powodu poruszenia, więc też nie zgadniecie o kogo chodzi. Kiedyś może sobie przypomnę.

Czytam Kapuścińskiego „Heban”. Trafiam na rozdział  o Rwandzie. Świetnie opisana historia tego kraju prowadząca do ludobójstwa, ale także opis kraju i ludzi. Już za kilkanaście godzin sprawdzę, czy się zgadza.

Polecam wszystkim Heban. Opisy krajów i przygód nie są przegadane, nawet nie są długie, a mimo to ma się wrażenie, że się tam jest razem z autorem. Kapuściński naprawdę ma talent.

Berlin, szukanie lotniska.

Dochodzi pierwsza w nocy, więc większość rzeczy jest już zamknięta. Nie ma za bardzo jak spytać kogoś jak dotrzeć na lotnisko, ale w końcu znajduję informację.

Spostrzeżenie językowe: gdy zapytasz Niemca: „Sprechen Sie englisch?”, nie ma znaczenia czy odpowie „yes” czy „nein”. I tak w dalszej rozmowie będzie mówić do ciebie po niemiecku. Potem ci co powiedzieli „yes” gdy dasz im do zrozumienia, że „ich nich verstehen, bitte sprehen englisch”, akcent będą mieć toporny. Ale nie mam co się czepiać, bo za kilka minut, się przekonam, że sam kaleczę wymowę. Ciekawa sprawa jak wiele potrafię powiedzieć po niemiecku, mimo, że uważam, że nie znam tego języka. „Ich suche bus sechs” i takie tam. Niestety zupełnie nie rozumiem odpowiedzi po niemiecku. Ale przyglądanie się mowie ciała świetnie się sprawdza.

W autobusie krzątam się i sprawdzam w praktyce powiedzenia Św. Tomasza z Akwinu: „Bałbym się człowieka, który czerpie wiedzę, z tylko jednej książki”. Co osoba, to inna rada. Dopytuję się na jakim przystanku mam wysiąść jeśli chce trafić na lotnisko Tempelhof i każdy mówi co innego (w domu sprawdziłem sobie metro, ale okazuje się, że U-Bahn w nocy nie kursuje, więc jadę autobusem). Mimo to nie mam stresu, każdy stara się być pomocny.

Zaczepia mnie  dziewczyna i mówi po niemiecku, że też stara się właśnie dostać na to lotnisko. Rzeczywiście – ona i jej koleżanka mają walizki większe niż moja. Wspólnie udaje nam się ustalić co i jak.

Jeśli ktoś trafi kiedyś na tą stronę, bo też będzie szukać jak dotrzeć z dworca Berlin Hbf nocą na lotnisko Berlin Tempelhof: idziemy na dworcu na stanowisko 15, tam kupujemy bilet z maszyny za 2,10 euro (taa dam! Maszyna ma interfejs także po polsku, choć nie wszystko jest spolszczone), wsiadamy w pociąg S5, S7, S9 (do wyboru) i wysiadamy na następnym przystanku (Friedrichstrasse). Tam schodzimy na dół i pod wiaduktem jest przystanek nocnego autobusu N6 w kierunku na Alt-Ha…cośtam 🙂 Wysiadamy na przystanku Platz der Luftbrucke, i po drugiej stronie ulicy, nieco w głębi jest lotnisko…

…które o tej godzinie jest zamknięte na cztery spusty. Siadam z dziewczynami (autobusowe Leslie i Cindy z Newark, USA, licealistki, które były w Niemczech na wymianie, okazuje się, że też się wybierają teraz do tym samym samolotem co ja / widzę, że nie do końca rozumieją co mówię, więc i ja muszę popracować nad akcentem), na ziemi pod wejściem na lotnisko i zamierzamy czekać aż otworzą.

Po 15 minutach ze środka lotniska wychodzi facio i pyta czy czekamy na ten samolot o 6.55 rano (jest druga w nocy). Potwierdzamy, prosi abyśmy pokazali bilety i… wpuszcza nas na lotnisko 🙂 Caaaała hala dla nas! Kładźcie się gdzie chcecie, tu macie toalety, tu automat z kawą, a tu z jedzeniem. Super nie jest ponoć duże (nie mogę potwierdzić, bo nigdy nie byłem na lotnisku), ale jest większe niż hala Dworca Głównego w Warszawie. Pod sufitami zawieszone modele samolotów w skali tak na moje oko 1:2. I wszystko dla nas. Aż korci aby wejść zobaczyć co jest za check-inem.

Pozwoliłem sobie jednak jedynie gruntownie się umyć. Znalazłem też jakieś gniazdko elektryczne w ścianie i teraz do was to piszę 🙂 Jest 3.50, właśnie włączyli światła.

Ok, idę spróbować się zdrzemnąć zanim zejdą się ludzie.

Zdanie na podsumowanie

Dwanaście godzin w podróży, a tyle się już wydarza, tyle ludzi spotkałem. Miało być nudno, a tymczasem przygoda już się zaczęła.

* * *

Jestem na lotnisku w Brukseli. Są tu internet points. Internet jest 10 euro za godzinę, zdzierstwo. Na szczęście można się podłączyć do prądu za free. Więc piszę dalej offline.

Bruksela, 31 lipca, godzina 8:48

Padam na twarz, nie spałem. Wiem, że wszystko co mogę teraz wyprodukować to bełkot, więc postaram się dużo nie pisać.

Mój pierwszy w życiu lot samolotem za mną. Ale to jest super! Ten wgniot w siedzenie! Spodziewałem się powolnego przyspieszania, aż do zawrotnej prędkości. Tymczasem zawrotna prędkość była na starcie. Żaden samochód z piskiem opon tak szybko nie rusza.

I ta prędkość wznoszenia. Wystarczy przez chwilę nie patrzeć przez okno i już wszystko jest diametralnie mniejsze.

Tylko lot zbyt krótki. Ledwo zdążyłem zjeść i nie starczyło już czasu na sen.

Lotnisko w Brukseli. Amerykanki słusznie się śmiały ze mnie, że lotnisko w Berlinie nazwałem dużym. Wylądowaliśmy równo o 8 rano, dojście do tego miejsca gdzie jestem, korzystając z ruchomych chodników zajęło mi 40 minut i wg informacji zawieszonych pod sufitem do mojej bramki nadal mam jeszcze 10 minut. Jeśli dobrze liczę budynek ma trzy odnogi, a każda z nich ma po 50 bramek do wchodzenia na samoloty. Na Templehof były cztery bramki 🙂

Idę może zrobię jakieś zdjęcie. Mam super widok przez okno. Wow! Właśnie wystrzelił kolejny samolot. Też tak zaraz będę 🙂 Jak kolejka górska.

Już się cieszę na myśl o widokach z okna. Pola i lasy Europy, but apeniński, Morze Śródziemne, potem Sahara, sawanna… Aż żal spać.

Comments (1) »

No to odlot

Za niecałe 2 godziny już mnie w domu nie będzie 🙂 Trzymacje kciuki!

10 Komentarzy »

Finisz przygotowań

Tysiącmilowa podróż zaczyna się od jednego kroku
Konfucjusz

Jeśli dobrze liczę, pomysł wyjechania na wolontariat do Afryki bardzo realnie pojawił sie 19 marca tego roku. To wtedy zapadła decyzja, że spróbuję. I wtedy zaczęły się przygotowania.

Droga więc była bardzo, bardzo długa. Zastanawiam się, czy nie za długa: ponad 4 miesiące pisania papierów, szkoleń, pakowań, żegnania się, przyzwyczajania… I potem 3,5 miesiąca pobytu. Ciekaw jestem czy skórka warta wyprawki. Ale to się jeszcze okaże.

Ale dziś też się cieszę 🙂 Czuję się jak na ostatniej prostej maratonu. To naprawdę się udało!

I jeszcze wbiegnięcie na linię mety (mety? to dopiero początek). Paweł mówił, że przy wyjściu z domu, będzie mi towarzyszyć fajne, silne odczucie. I chyba doskonale rozumiem o co mu chodziło 🙂 Już myślami jestem w środę, około godziny 13:00. Gdy otwieram zamek drzwi mieszkania, chwytam za klamkę. Przekraczam próg i wiem, że właśnie zaczyna się potężna wyprawa, że to już się dzieje! W takim momencie powinna w tle rozbrzmiewać podniosła i narastająca muzyka. Mi jednak zapewne wystarczy walenie serca i pulsujący szum w uszach, krew i endorfiny zalewające mózg. Chwila, ułamek sekundy, w którym skoczek bungee decyduje się wychylić z platformy.

5 Komentarzy »

Sztuka wagi ciężkiej

We wsi dziś wielke poruszenie. Wszyscy suną ku głównemu rynkowi; młodsi biegną, starsi idą z wolna. Starowinki niepewnie z powątpiewaniem wychodzą przed obejścia, rozpytują co się dzieje. Wiele już w życiu widziały, ale z braku innego zajęcia w te sobotnie leniwe popołudnie, pójdą zobaczyć i to.

Do wsi zjechał sztukmistrz. Czarodziej i hochsztapler, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Zgromadzony tłum słucha jak krzyczy, że zgadnie wagę każdego. Niech no kto da się dotknąć, objąć ramionami i unieść, a sztukmistrz z miejsca powie ile waży. Z dokładnością do kilograma. Sztuczka płatna co łaska.

Zrywa się Jasiek, że pobiegnie do domu po wagę, ale sztukmistrz go hamuje. Na to jest gotowy, bo to nie pierwszy jego występ. I wyciąga w wozu, swoją własną wagę łazienkową.

I po kolei – zabawa się zaczyna. Pierwszy idzie Jasiek, najodważniejszy w całej wsi. Po chwili jest w powietrzu, sztukmistrz stęka i na wydechu mówi: siedemdziesiąt trzy. Brawo – krzyczy Jasiek i dla pewności wskakuje na wagę: siedemdziesiąt trzy. Brawo – krzyczą ludzie  i już kolejni idą na ważenie.

Pół wsi sztukmistrz waży i ani razu się nie myli.  Młodych, starszych, kobiety i mężczyzn. Rudych, rude, blondynów, brunetów, a nawet i łysych. Grubszych i chudszych. I dzieci. Pot się leje z czoła sztukmistrza, a widząc to gromkim śmiechem wybucha kowal. Ostentacyjnie sunie ku niemu, gibiąc się z nogi na nogę. Niczym wielkie zwierze juczne.

Sztukmistrz mierzy go wzrokiem, zakasa rękawy, bierze wdech, chwyta go w pas i unosi na milimetr. Na sekundę, na mgnienie oka. Czy na pewno go uniósł? – ludzie nie są pewni, tak krótko to trwało. Wypuszcza powietrze, mówi „sto czterdzieści siedem”, a uśmiech znika z twarzy kowala. To ci pieron! Co do kilograma!

Ale chwila. Co to za piski? Co to za wrzaski? Czy to świniaka zażynają? Czy to wypadek jaki? Karambol, kraksa, potrącenie? Wrzask niemiłosierny!

Już się wszystko wyjaśnia. To trzej kawalerowie z oddali ciągną Maryśkę. Tą co się wagi jak ognia boi, jak diabeł święconej wody. Jak ryba brzeżnego piasku.

Wrzask niemiłosierny. Maryśka nogami i rękami (bądź rękoma, kto go tam wie co jej tam wyrosło) się zapiera. Zważyć się nie da! Kawalerowie z sił opadają, ale z pomocą biegnie już Jasiek.

Hola! Basta! woła sztukmistrz. Oszczędźcie sobie panowie wysiłku. Jak ktoś nie chce, to go ważyć nie muszę. Bo oto, proszę państwa, mam ja ci jeszcze jeden talent, numer wieczoru, że tak powiem w te piękne sobotnie popołudnie. Wnet potrafię ja ci ważyć i wzrokiem. I tak oto powiem wam, że piękna ta owa niewiasta, niechybnie waży sześćdziesiąt i trzy kilogramy!

Cisza zapadła, a ludzie wzrok skierowali ku Maryśce, co to ją kawalerowie, zamurowaną teraz niczym posąg, zapartą nogami, wciąż trzymają za ramiona. Patrzą jak lico rumieńcem zalewać się poczyna, jak łypa nerwowych drgań dostaje. Jak łzy ku oczom jej napływają. I jak nie huknie piskiem! Jak nie wyrwie się z uścisku! I już biegnie z rykiem, hen daleko, gdzie oczy poniosą. Oby dalej od szarlatana!

* * *

Ja tymczasem nie wiedząc co się dzieje akurat w tej chwili w owej podbiałostockiej wsi, dopinam podróżną walizę. Wszystko co miało być spakowane, już w niej jest. Ubrania, jeszcze raz ubrania, buty, leki, prezenty i inne fatałaszki. Unoszę próbnie w ramionach i czuje że nie jest dobrze. Spakować się mogę do maksymalnie trzydziestu kilogramów, to jest wymóg linii lotniczych. Za nadbagaż musiałbym zapłacić, a pieniędzy na to w budżecie nie ma. Tymczasem jak tak uniosłem, czuję, że będę musiał coś chyba wyrzucić. Tylko co?

Przyznam się, że od wielu dni mi to spać po nocach nie dawało. Jak w 30 kilogramach spakować się na kawał życia? Ubrania mało ważą, ale ziarnko do ziarnka… Buty na zmianę, słownik, książka, lepiej dwie… Szampon, mydło. Ręczniki. No się nie da! Od ciotki pożyczyłem super lekką walizę, ale i ona sama pewnie z pięć kilogramów mogłaby ważyć. Waliza, nie ciotka.

Ale idę po wagę. Waliza jest wielgachna, jak mi się wydaję, więc jakbym postawił na wagę, nie zobaczę ekranu z pomiarem. Od lat miewam jednak psy, więc znam i na to sposób: zważyć się, wziąć psa (tu akurat walizę) w ręce i zważyć się jeszcze raz. Różnica, to poszukiwany x.

Wchodzę na wagę i widzę, ze ważę 75 kilogramów. Chwytam walizę i widzę, że wskaźnik na wadze podskakuje do… osiemdziesięciu sześciu kilogramów.

5 Komentarzy »