Archive for Po powrocie

Idą Święta

I jest tak, jak się obawiałem. Od minionego piątku jestem bezrobotnym bez prawa do zasiłku. Państwo Polskie nie da mi zasiłku paradoksalnie dlatego, że ostatnie pół roku spędziłem na przygotowaniach, a potem pracy bez wynagrodzenia w programie organizowanym przez owe Państwo.

Dziś lepiej nie zadawajcie mi pytania jak – i czy w ogóle warto – zostać wolontariuszem.

Tymczasem już jutro przeprowadzam się do swojego mieszkania, co znaczy, że koniec z jedzeniem za mamy emeryturę i trzeba będzie znów płacić czynsz, prąd, ogrzewanie, telefon i tą całą resztę. No i jeszcze święta idą. Co roku sobie mówię, że w tym roku to jeszcze nie, ale w następnym już na pewno kupię choinkę i ją ubiorę.

Wstyd pisać, ale na koncie mam 344 złotych, a w kieszeni kolejnych złotych osiemnaście i sześćdziesiąt groszy. 

web_dscn3684

22 Komentarze »

Konrad idzie do pośredniaka

Jestem w Polsce i czas się z tym pogodzić 🙂 Czas przywyknąć do mrozu i przestać żyć marzeniami.

Postanowiłem posłuchać jednak siostrę (prędzej czy później zresztą sam bym to zrobił) i repatriację zacząłem od rejestracji w urzędzie dla bezrobotnych. Przepraszam, w Urzędzie Pracy, rzecz jasna. Jak wiecie marzy mi się high life i znalezienie pracy gdzieś za granicą, gdzieś gdzie ciepło i gdzie będę znów pracował z ludźmi odmiennymi kulturowo. Prawda jest jednak taka, że wciąż po Afryce bolą mnie zęby, a nie mam ubezpieczenia zdrowotnego. Póki pracę znajdę, muszę coś do garnka włożyć, a nie mam pieniędzy. Rejestracja w pośredniaku rozwiąże te problemy.

Było to dokładnie tydzień temu. Też w środę.

Na szczęście nauczony doświadczeniem w pracy międzynarodowej, postanowiłem najpierw zadzwonić i zapytać czy musze do UP coś ze sobą przynieść. W Rwandzie może to norma, że przedłużyć wizę z Paulem jeździliśmy kilka razy, bo najpierw trzeba było się dowiedzieć, że nie mamy ze sobą papierów, które powinniśmy mieć.

Pomysł z telefonem był trafiony. Trzeba wziąć ze sobą świadectwa pracy. Trzeba wziąć książeczkę wojskową. Trzeba wziąć dyplom ukończenia studiów. Zaświadczenie o numerze NIP i oczywiście dowód osobisty. Jeśli ktoś był takim frajerem jak ja i miał ostatnio działalność gospodarczą, to nie idzie prosto do Urzędu Pracy. Najpierw trzeba się udać do ZUS-u po zaświadczenie, że byliśmy dobrymi obywatelami i płaciliśmy składki ubezpieczenia na czas.

I bardzo prawidłowo. Nie po to jest przecież urzędnik w Urzędzie Pracy aby na podstawie przyniesionego numeru NIP i przyniesionego także zaświadczenia z Urzędu Gminy o wyrejestrowaniu działalności gospodarczej ustalał to sam. Urzędnik ma z pewnością ważniejsze problemy na głowie. Zresztą niby jak miał to uzyskać? Każdy urzędnik przecież wie, że jedyne kontakty internetowe między Urzędem Pracy, a ZUS-em to mogą być co najwyżej na Naszej Klasie. Do pracy się chodzi przecież po to, żeby zamieszczać i komentować śliczne focie. Petent jak naprawdę potrzebuję, to sam się postara i sobie załatwi.

No więc potrzebowałem i poszedłem najpierw do rzeczonego Zakładu Utylizacji Staruszków. Muszę Wam tu powiedzieć, że Białystok jest świetnie przygotowany na ewentualne samolotowe akty terroryzmu. Gdyby wszystkie urzędy znajdowały się blisko siebie, czy choćby przy tej samej ulicy (lub o zgrozo w jednym budynku), jest ryzyko, że jeden pikujący samolot rozwaliłby to za jednym razem. A Tak ZUS jest gdzie indziej, Urząd Pracy gdzie indziej… Urząd Miasta, skarbówka, GUS to samo. Teoretycznie terroryści potrzebowaliby co najmniej kilku samolotów by sparaliżować działanie miasta.

A praktycznie wystarczy jeden i walnięcie w dowolny budynek. Bo jak na przykład rozwalą ZUS to przecież i w UP, i w urzędzie skarbowym też przecież nic już nie załatwisz.

W ZUS-ie się okazało, że bez dowodu i co najmniej NIPu nic bym nie wskórał, bo dane z nich trzeba wpisać w formularz. Ale to już pestka, bo przecież zaraz idę do UP więc mam ze sobą cały batalion karteczek, papierków i dokumentów. Nie da im się mnie zagiąć. Wpisałem co gdzie trzeba, podałem papierek pani i… dowiedziałem się, że oni sprawdzą czy faktycznie płaciłem czy nie i dadzą mi znać. Za siedem dni roboczych, czyli od środy w następny piątek.

No to super. To na pewno narodowy plan przeciwdziałania bezrobociu. A może się rozmyśli? A może znajdzie pracę? Zęby bolą, ale poczekam spokojnie. Fakt, że właśnie się okazało, że przez siedem dni nie będę obywatelem Polski. Konstytucja mówi, że mam prawo do bezpłatnej służby zdrowia, więc widać nie jestem Polakiem, bo przez półtorej tygodnia konstytucja mnie nie dotyczy. Zostaję tylko pod zwierzchnictwem Kościoła: pozostaje mi się jedynie modlić abym nie dostał ataku serca czy innej poważniejszej choroby.

* * *


A tak poważnie to właśnie zaczynam cykl wpisów o tym jak to sobie radzi były wolontariusz. Piszę o tym dziś, bo muszę zdążyć przed piątkiem, gdzie znów wrócę do ZUS-u i mam nadzieję pójdę do Urzędu Pracy by się w końcu zarejestrować. Bo już docierają do mnie informacje, że nie dostanę prawa do zasiłku, dlatego, że byłem frajerem i postanowiłem na rzecz Państwa Polskiego pracować jako wolontariusz 🙂 Ale nie wyprzedzajmy faktów. 😉


21 Komentarzy »

Zawsze (nie) chciałem być pisarzem

Przyznam się Wam, że pisanie mnie jako – tako kręciło już od dawna. Jeśli potrafię sobie przypomnieć początek, było to w głębokiej podstawówce, gdy nauczycielka wyjaśniła nam jakie są zasady pisania baśni. Wtedy to napisałem w zeszycie w linie kilka takich krótkich opowiadań; niestety nie pamiętam już treści żadnej z nich. Pamiętam za to, że pierwsze docenione opowiadanie było o zwierzątkach. Występowały tam węże, lwy i inne stworzenia i wszystkie szykowały się do wielkiej zadymy. Zostawiłem zeszyt z niedokończonym opowiadaniem w szufladzie, gdzie znalazła go moja mama. Powiedziała, że normalnie nie przyznała by mi się, że grzebała w moich rzeczach, ale opowiadanie tak jej się spodobało, że musiała mi o tym powiedzieć.

Zestresowałem się tym jednak tak bardzo, że nigdy już opowiadania nie dokończyłem. Pisałem potem różne rzeczy, włącznie z wierszami, ale nigdy nic długiego. Podziwiałem pisarzy, ale wiedziałem, że nigdy nie będę potrafił tak jak oni. Wizja napisania czegoś dłuższego niż 20 stron rozkładała mnie na łopatki. Jak do czegoś takiego w ogóle można usiąść? Przecież to długie tygodnie, miesiące pisania, pisania, pisania… To ja już wole poleżeć sobie brzuchem do góry.

* * *

Mam już stałe łącze internetowe. Kolega pożyczył mi swój modem Orange i mogę z niego w miarę swobodnie korzystać. Kolega pomógł mi szczerze mówiąc w między czasie w kilku innych sprawach, ale wiem, że nieco się ukrywa przed FBI, CBA, układem i wszystkimi Nimi, którzy śledzą nas w internecie, więc nie mogę zdradzić jego imienia 😉

A tak poważnie, to ja nie o koledze teraz, a o modemie i temu co dzięki niemu właśnie zrobiłem. Otworzyłem przeglądarkę, otworzyłem worda i metodą kopiuj & wklej przeniosłem na komputer całego swojego bloga. Zajęło to ponad dwie godziny.

I okazało się, że przypadkiem napisałem coś objętościowo zbliżonego do powieści. Na razie nic nie formatowałem, nic nie usuwałem (tak więc całość zawiera także zdjęcia) i word mi wyświetlił, że cały mój blog to 436 stron A4. Wow! Naprawdę nie chciałem 😉

* * *

Jak się pewnie domyślacie, blog ściągałem, bo postanowiłem posłuchać Waszych próśb abym to wydał. Przyznam, że nie wierzę w komercyjny sukces tej pisaniny, ale zobaczymy. Mi się na przykład mój blog nie podoba 😉 Naprawdę nie wiem czym się tak czasem zachwycacie, ale ok.  Nie zaszkodzi spróbować. Jak się nie uda, nic się nie stanie. Jak się uda, będę miał motywację i – co tu ukrywać – forsę na kolejne wyprawy i dalsze ich opisywanie.

* * *

Czy już wspomniałem, że mam stałe łącze internetowe? Oznacza to, że mogę w końcu wrócić do wrzucania zdjęć, co też czynię. Jutro obiecuję zamieścić drugą część relacji z wyprawy do Ruhengeri. A na razie tradycyjnie fotka nie na temat.

web_dscn4307

To jest ten owoc, o którym wspominałem już wiele razy. Nie wiem jak się nazywa po angielsku, tym bardziej nie wiem jak się nazywa po polsku. W kinyarwanda jest to ibinyomoro, po francusku nazywają to tu prune, a więc błędnie. Bo prune to śliwka, a to na pewno śliwką nie jest. Z zewnątrz może i śliwkę przypomina, ale w środku śliwki zawsze mają centralnie umieszczoną jedną pestkę. Smakuje jak kwaśne jagody. Czy ktoś może wie jaka jest tego polska nazwa, jeśli w ogóle jest?

12 Komentarzy »

Koniec z pesymizmem


OK, nie będę ukrywał, że powrót do Polski całkiem nieźle dał mi po nerach i po nastroju. Widziałem, że będzie źle, jedynie nie spodziewałem się, że aż tak. Ostatnie dwa dni spędziłem nie wychodząc w ogóle z domu, siedząc cały czas pod ciepłym kocem. A ostatni tydzień dobijało mnie wiele różnych rzeczy.

Drażnił mnie telewizor. Pstrykam sobie między kanałami i trafiam na TVN, w którym juror z programu „You Can Dance” zaproszony do porannego studia tłumaczy jakie to ważne aby mężczyzna potrafił dobrze tańczyć. W reklamie dziewczyna przejmuje się, że ma białe plamy pod pachami od dezodorantu. Jeszcze ktoś inny mówi, że niezwykle istotne jest to, aby przed urządzeniem mieszkania dokładnie rozplanować rozstawienie mebli, tak by odpowiednio wpływały na naszą aurę.

Nie, drogi jurorze i reszta mądrych ludzi z telewizji. To nie jest ważne. To jest niesamowicie trywialne. Lakier na telefonie może sobie spokojnie blaknąć i pozwólmy mu na to. Kobieta ma prawo przybrać tyle kilogramów, czy tyle kilogramów stracić, ile sama będzie miała ochotę; telewizja nie musi jej tego podpowiadać. Te wszystkie porady to teraz w mojej opinii fanaberie bogatego społeczeństwa. Sztuka dla sztuki, gadanie o byle czym, aby tylko gadać. Nawet nie chce wspominać o konsumpcyjnym podłożu porad typu „mężczyzna musi się zapisać na kurs tańca”, „posiadacz telefonu bez super hiper aparatu cyfrowego powinien się zastanowić czy nadal zalicza się do wyższych sfer warszawki”.

Siostra mi mówi, że muszę wyrzucić lokatorów, sprzedać samochód na złom i zapisać się do urzędu pracy jako bezrobotny. Wszystko jednym tchem, w dwudziestej godzinie pobytu w Białymstoku. Właśnie sieknął mnie po twarzy mróz. Chwilę temu trzeba było kombinować co zrobić aby się nie przegrzać, a teraz trzeba kombinować co zrobić aby nie zamarznąć. Chwilę temu byłem – co tu kłamać – VIP-em w środku Afryki, a teraz mam się ustawić w kolejkę do pośredniaka. Żadnego czyśćca, żadnej fazy przejściowej. Nikt mnie nie pyta co chciałbym teraz robić, tylko każdy mówi co robić muszę.

Chciałoby się jeszcze trochę powspominać, a nikt nie daje na to czasu.

* * *

Ale dobra, dość tego. Czas wyciągnąć stare powiedzenie, jakim się kierowałem od dość długiego czasu: „każdy problem to zakamuflowana możliwość”. Dość z tym użalaniem się nad sobą.

Niniejszym publicznie oświadczam, że biorę się do kupy i zaczynam szukać dobrych stron obecnej sytuacji. Fakt, że jeszcze nie do końca wiem co mam znaleźć, ale nie znaczy to, że nie znajdę. Ponoć organizmy żyjące w chłodniejszym klimacie żyją dłużej 😉

Górnolotnie napiszę, że coś się we mnie przez te trzy i pół miesiąca zmieniło. To prawda. Z obecnej perspektywy inaczej patrzę na ludzi, których widziałem do tej pory i inaczej patrzę na siebie. Nieco napisałem o tym w artykule „Oduczanie”. Rozumiem trochę więcej, trochę zwolniłem w wyścigu szczurów (nie wytłumaczę Wam teraz tego, ale z perspektywy Rwandy zrozumiałem, że niestety wszyscy w nim bierzemy udział).

I najbardziej po głowie mi chodzi myśl, że „wiem, że nic nie wiem”. Liznąłem troszkę świata, ale nadal wiem, że to tak naprawdę mało. Wyrwałem się tylko na chwilę z codziennego schematu. Taka malutka Rwanda nauczyła mnie tak wiele. Teraz sobie myślę jak wiele mógłbym się jeszcze nauczyć. Ech, cudownie by było zamieszkać na kolejne trzy miesiące w amazońskiej indiańskiej wiosce, w domu z ludźmi w Iranie, lub gdzieś na głębokiej prowincji Chin, Wietnamu czy Korei. Stuprocentowo jestem pewien, że po takim doświadczeniu znów bym patrzył na kolejne sprawy z punktu, o którym teraz nawet nie wiem, że istnieje.

* * *

Najbardziej w Rwandzie otworzyłem oczy na kwestię stosunków między ludźmi. Na imprezy. Urodziny czy inne uroczystości. Teraz sobie myślę, że w Polsce tak naprawdę w dupie mamy solenizantów i jubilatów. Liczymy się sami dla siebie. Urodziny to ma być kolejna okazja do własnej przyjemności.

Już wiem, że część z Was sobie mówi: co ty chrzanisz, człowieku; u mnie to jest inaczej. I ja to doskonale rozumiem. Ba, gdyby mi ktoś coś takiego jak wyżej napisał pół roku temu, pewnie powiedziałbym to samo. Tyle, że teraz, po urodzinach Pacifique, po uroczystości pożegnania mnie myślę inaczej. Żałosne wydaje mi się wręczanie kwiatów w progu, buźka – buźka, „wszystkiego najlepszego bla bla bla” i lecimy zobaczyć kto już przyszedł, kto jeszcze przyjdzie, nalewamy kieliszek wina i do przodu. Urodzinowe obowiązki odhaczone, czas się zająć upiciem samego siebie i własną przyjemnością. Rzecz jasna zaśpiewamy potem jeszcze trzy razy „Sto lat”, tym głośniej im mniej już  mamy w butelce.

* * *

Dobra, jeszcze raz: dość tej żółci i żalenia się nad samym sobą 🙂 Czas przejść od słów do czynów. Mam kilka fajnych pomysłów „co by tu” i uprzedzam, że część będzie z Waszym udziałem 😉 Mam nadzieję, że porobimy coś wspólnie, co naprawi choć jeden obluzowany trybik w tym świecie. Ale szczegóły wkrótce.

* * *


Szedłem sobie do sklepu ze słuchawkami w uszach, gdy zaczepił mnie jakiś pan na ulicy. Zatrzymałem się, wyjąłem słuchawki i poprosiłem by powtórzył. Pan dość bardzo nieskładnie zaczął mi coś udowadniać. Coś o jakimś Krzyśku Kowalskim, że ja go przecież znam, czy coś. Chwiejąc się , chciał mi nawet chyba rękę uścisnąć, ale podziękowałem panu, przeprosiłem, że niestety nie wiem o co mu może chodzić i poszedłem dalej.

Poszedłem wesoły. Znów przez chwilę byłem muzungu 😉

Cóż. Jaki kraj, taki muzungu.


8 Komentarzy »

Czwartek. Ostatni dzień w Rwandzie

To już właściwie tydzień jak nie ma mnie w Rwandzie.

* * *

Z samego rana przygotowałem dwa stroje. Jeden na podróż, luźny ale i ciepły. W Europie jest już przecież późna jesień. Drugi na ostatnie chwile, które miałem spędzić z nauczycielami (i być może ministrem edukacji) na spotkaniu podsumowującym. Chwilami z nauczycielami postanowiłem się nie przejmować i raczej myśleć o tym jako o ostatnich godzinach z rwandyjskimi przyjaciółmi.

Zresztą zapowiedziałem Paulowi, że minister czy nie minister, ja o pierwszej się stąd zwijam, żeby nie spóźnić się na samolot. Zapytałem oczywiście Paula o której jest to spotkanie, a on tylko zaczął mocno się zastanawiać wpatrując się gdzieś daleko przed siebie. Z polskim doświadczeniem wiem, że uznałbym właśnie, że zapomniał o spotkaniu i nie powiadomił nauczycieli. Z rwandyjskim doświadczeniem jednak wiem, że wszystko było w porządku. Tutaj po prostu bardzo często jest tak, że nie ustala się godzin. Na pewno sms od Paula do dyrektorów szkół wyglądał mniej więcej tak: „W czwartek proszę się stawić na spotkanie zamykające kurs i rozdanie certyfikatów”. I tyle, bez podania godziny spotkania. Kiedy się zjawi dostatecznie dużo osób, impreza się zacznie.

Po jako takim zastanowieniu Paul odpowiedział, że może to być w południe. Samolot mój miał odlecieć o 20.50, a ostatni moment na odprawę był tuż po 19.00. Robert jednak wyłamawszy się ze swojej rwandyjskiej solidarności sam mi podpowiedział abym nie zdradzał nikomu tych terminów, a szczególnie Paulowi i zaczął ewakuację jak najwcześniej mogę. W innym wypadku trzymano by mnie tu jak najdłużej cały czas mówiąc, że jeszcze jest czas. W takiej sytuacji awaria samochodu, pęknięta opona na pewno spowodowałyby, że na samolot bym nie zdążył. Dlatego powiedziałem, że najpóźniej o pierwszej biorę taksówkę i jadę.

Z rana jednak postanowiłem zebrać w końcu do plastikowej butelki rwandyjskie kamyki i laterytową ziemię. Dzieciaki sąsiadów patrzyły na mnie nieco jak na dziwaka. Ale nauczyłem się już, że przecież jestem muzungu i mam prawo do robienia dziwnych rzeczy, sami Rwandyjczycy tak mi mówili. Dziwiło ich, że chodzę po mieszkaniu zupełnie boso, dziwiło ich, że zamiast iść do fryzjera sam się golę, więc i mnie nie dziwiła zdziwiona mina dzieci, gdy wbijałem pazury w zmoknięte, wciąż wilgotne od rosy błoto i nabierałem je do butelki.

Dzieci! Rzuciłem butelkę i popędziłem do domu. Te dalej patrzyły na mnie zdziwione, ale po chwili wybiegłem z piłką, podałem im ją i jednym tchnieniem powiedziałem, że to dla nich. Zdziwienie ustąpiło miejsca przeszerokim uśmiechom i radości. Ich matka wyszła zobaczyć z czego tak się cieszą i gdy zobaczyła powód, także mi podziękowała. Ja wróciłem natomiast do grzebania w ziemi.

Postanowiłem też zerwać kilka tutejszych roślin, na zamówienie mojej cioci. Do papierowej torby wpakowałem dwa kaktusy, jedną gałąź kwitnącej rośliny przypominającej nasze polne róże i kilka patyków rośliny robiącej tutaj za żywopłot. Bardzo interesująca, zbudowana tylko z zielonych, za to grubych gumowatych gałęzi bez żadnych liści.

(Jakąś godzinę później, po otwarciu na chwilę walizki, wystraszyłem się i całą torebkę z roślinami wyrzuciłem. Spod pokrywy walizki buchnął bowiem bardzo silny ziołowy i ostry zapach. Najprawdopodobniej kaktus puścił soki. Przypomniałem sobie, że kaktusy przecież często zawierają różnego typu narkotyzujące koloidy i nie specjalnie chciało mi się z tego tłumaczyć na granicy.)

Paul podrzucił do telecentrum moją walizę, a ja pieszo w asyście Samuela i tego drugiego chłopaka (nie znam jego imienia, nazywają go kazungu, co znaczy „lubiący białych ludzi”) przyniosłem plecak i torbę z laptopem.

Gdy tylko zobaczyłem Scholę, poprosiłem ją aby poszła ze mną do małego bungalow. Tam podziękowałem za prezenty, powiedziałem jak bardzo mi się podobały i powiedziałem, że chcę dać jej jeszcze ostatni prezent. Powiedziałem, że będzie musiała go sobie kupić sama, bo ja już na to nie mam niestety czasu. I poprosiłem aby obiecała, że kupi właśnie go i nikomu nie powie, że dostała ode mnie pieniądze. Wtedy dałem jej wymyślone dzień wcześniej sto euro. Schola nie dała po sobie poznać jak bardzo się cieszy; podejrzewam, że nie wiedziała ile to jest tak naprawdę franków. W Rwandzie euro nie jest popularną walutą, przynajmniej nie tak popularną jak dolar. Powiedziałem jej jednak, że na pewno starczy z tego na telefon i na doładowanie go.

Powoli zbierali się nauczyciele i dochodziło południe. Ja jednak wciąż myślałem o ostatniej rzeczy jaka mi została, czyli pożegnaniu z Nelly. Czekałem na nią w domu, jednak teraz byłem w telecentrum. Powiedziałem Samuelowi (za pośrednictwem Innocenta), że jeśli Nelly zjawi się tam, by powiedział jej gdzie jestem i że na nią czekam. Właśnie zadzwoniła Agathe, że Nelly dzwoniła do niej i już idzie do restauracji.

Gdy tylko pojawiła się, jak wariat wybiegłem jej na spotkanie, wyściskałem i przeprosiłem, że nie zdążyłem wczoraj do jej szkoły. Ależ się cieszyłem, że jednak się udało! Usiedliśmy na krzesłach pod bambusowym parasolem, dałem jej prezenty (angielski słownik szkolny, rozmówki angielsko – kinyarwanda i powieść Paolo Coelho po angielsku) i porozmawialiśmy sobie prawie ostatni raz. Nelly jeszcze raz zaśpiewała mi kołysankę „kotki dwa”, której jej uczyłem od jakiegoś czasu (strasznie bawi ją słowo „cichutko”, mam to na filmiku, który zamieszczę, gdy będę miał porządne łącze internetowe). Ustaliliśmy, że skoro na lotnisko jadę taksówką, a Nelly też musi się dostać ze swoimi wszystkimi tobołami do stolicy, pojedziemy razem. Wróciła się pakować.

Kolejne dziecięce deja vu. Zobaczyłem jak Olivier przegania z restauracyjnych huśtawek mieszkające zapewne niedaleko maluchy. To mi też się w Rwandzie nie podoba – postawa psa ogrodnika. Choć akurat restauracja nie miała klientów to i tak huśtawki powinny stać puste. Powiedziałem mu aby przestał i co więcej je zatrzymał by sobie nie poszły. Pobiegłem do pracowni po drugą piłkę, tym razem tą prawdziwą, futbolową. Na mój widok dzieciaki zaczęły uciekać (nic dziwnego, właśnie wyskoczył z telecentrum muzungu i zaczął jak szaleniec biec w ich kierunku, podczas gdy chwilę temu dostały ochrzan za przebywanie na prywatnym terenie), więc piłkę wykopałem w ich kierunku krzycząc do Oliviera, by powiedział im, że jest dla nich. Dzieciaki zatrzymały się, chwyciły prezent i zaczęły nieśmiało kopać ją do siebie. Olivier już ich nie przeganiał, więc wskoczyły z powrotem na huśtawkę. Jeden z nich stał przed huśtającym się i rzucał mu piłkę. Ten ją wykopywał. Na szybko zainspirowana zabawa.

Po wszystkim dzieciak podszedł do mnie i oddał piłkę dziękując. Powiedziałem, że nie, że to na zawsze dla nich i znów poprosiłem Oliviera by to przetłumaczył. No teraz to się naprawdę ucieszyły!

Zgodnie z wszystkimi prawami Murphy’ego na dziesięć minut przed pierwszą, planowanym terminem mojego wyjazdu, w telecentrum do nauczycieli dołączył pracownik dystryktu do spraw edukacji, powiedział, że (taaada!) minister jednak się nie zjawi i możemy zaczynać. Oczywiście miałem zapas czasu, nikomu nie mówiłem jaki i powiedziałem, że więc pojadę o drugiej.

Po krótkim wstępie zaczęliśmy od mojego przemówienia. Nie będę się nad nim rozwodził, bo w na szybko zaimprowizowanej mowie, nie mogłem powiedzieć nic wyjątkowo błyskotliwego. Ot, kilka słów i podziękowań i do widzenia. Poszedłem, zjadłem obiad i do taksówki.

Jeszcze ostatnie wyściskiwanie wszystkich. Było naprawdę trudno. Dla mnie trudniej niż dla nich, bo zostawiałem właśnie kilkanaście osób, których nigdy już więcej nie zobaczę. Dla nich natomiast znikałem tylko ja jeden. Mimo to łzy pojawiły się w niemal wszystkich oczach.

Zamknąłem drzwi, a na zewnątrz została Schola, Vestine, Pacifique. Chantalle i Console. Został Maombi, Olivier, Alojz i Elize. Paul prowadził nadal spotkanie nauczycieli. A mi się kolejny raz serce ścisnęło, że jadę właśnie do wanny z gorącą wodą, telewizji z sześćdziesięcioma kanałami i do sklepów z koszulkami, które kosztują w Polsce tyle, co ich całomiesięczna pensja.

Ruszyliśmy nieco po drugiej. Ja, kierowca taksówki, który kiedyś był menedżerem restauracji tutaj, Innocent i architekt rysujący dla Paula plany kolejnego budynku, który zabrał się na stopa. Z centrum Nyamata zabraliśmy Nelly wraz z dwiema sporymi torbami (jak to dziewczyna miała więcej bagaży niż ja) i materacem z łóżka.

Bardzo dobrze, że jechaliśmy z zapasem czasu. Najpierw musieliśmy wysadzić architekta, potem z centrum na jego miejsca zabrać Agathe, która wsiadła z kolejnymi pamiątkami dla mnie, potem do mieszkania rodziny Nelly zawieźć jej bagaże i na końcu udać się na lotnisko. Każde z tych miejsc było w innej części Kigali i widziałem panikę w oczach Innocenta. Co chwila dopytywał się mnie czy zdążymy na samolot i popędzał kierowcę. Ja jednak spokojnie odpowiadałem, że jeszcze mamy chwilę czasu.

W mieszkaniu rodziny Nelly musiałem pójść do toalety. Żałuję, że nie wziąłem ze sobą aparatu. Nie ze względu na toaletę, ale dlatego, że właśnie pierwszy raz zobaczyłem z bliska jak wyglądają domy, które dotąd oglądałem z centrum miasta, ciasno powciskane między siebie na zboczach gór. Niemiłosiernie stroma ścieżka pomiędzy parkanami z falistej blachy, a same mieszkania kształtem wciśnięte tak, aby pasowały do pozostałych. Mnóstwo dziwnych zaułków, ale ani grosza prywatności.

Kolejny raz ruszyliśmy na lotnisko. Były z tym delikatne kłopoty. Kigali w takich miejscach nie ma żadnych planów dróg i taksówkarz musiał dopytywać się jak wyjechać z tej dzielnicy. Raz zdarzyło się, że wróciliśmy w te same miejsce, z którego ruszyliśmy, ale w końcu się udało.

Dopiero na lotnisku powiedziałem im ile jeszcze mam czasu i widząc ich zawiedzione miny, powiedziałem, że nie ma problemu i możemy pożegnać się teraz. Uściskałem Agathe, Innocenta i załzawioną Nelly (mi też było ciężko). Obiecaliśmy wszyscy sobie pisać do siebie emaile. I poszli.

Odwiedziła mnie jeszcze na chwile znajoma Hariette, co gdy byłem w Kigali Memorial Site, pomogła mi znaleźć w deszczu autobus i dała mi swój numer telefonu. Potem już siedziałem sobie zupełnie sam, spokojnie czekając aż stąd wylecę. Beż żadnych emocji patrzyłem jak słońce zachodzi, wziąłem swoją walizkę i przeszedłem odprawę.

* * *


I tak to się kończy ta cała historia. Pożegnałem się z każdym, z kim chciałem się pożegnać. Nelly się znalazła, Schola dostała telefon, z którego już w sobotę zadzwoniła do mnie do Polski i podziękowała za prezent. Nauczyciele byli wyszkoleni, Paul nadal przygotowywał się do ślubu, który już za dwa tygodnie. Innocent został kierownikiem restauracji w Kigali, a Agathe niedługo się do niego przeprowadzi, jak powinna postąpić w Rwandzie każda niezamężna siostra. Maombi będzie dalej pracował w Nyamata zbierając pieniądze na wyciągnięcie rodziców z obozu dla uchodźców. Całość więc kończy się happy endem, nawet pomimo tego, że Robert był właśnie w połowie drogi do Ugandy do swojego umierającego dziadka.

Sto osiem dni życia na zupełnie innej planecie. W świecie, w którym globalny kryzys finansowy nie ma żadnego znaczenia, nikt nie słyszał o iPodzie i nikt nie marzy o wakacjach w Chorwacji. Ludzie lepią mieszkania z gliny na bambusowym rusztowaniu, a wszelkie prace starają się wykonywać na ulicy wśród ludzi. Kobiety co rano wystawiają przed domy swoje maszyny do szycia, chłopacy zakładają okulary przeciwsłoneczne i spawają pęknięte ramy samochodów zaraz obok nich. Bo ważniejsze od pracy, od pieniądza i od wszystkiego innego są właśnie kontakty z innymi. Z każdym trzeba się przywitać, każdego pozdrowić. Nawet jeśli nie mają nic do robienia, wychodzą na ulice by rozmawiać z innymi o niczym. I nigdzie się nie spieszyć.


15 Komentarzy »