Archive for Kultura

A łyżeczka na to…

To nie tak, że mnie prosicie w komentarzach żebym coś napisał, a ja to piszę, bo liczę na wygraną w konkursie na Bloggera Roku 😉 No dobra, może trochę i tak.

Ale właśnie chwilę temu robiłem sobie herbatę i przypomniała mi się drobna różnica kulturowa między Rwandą a Polską.

Otóż w Rwandzie nikt nie słyszał o tym, że mieszając cukier w kubku, należy to robić bezdźwięcznie. Podczas kolacji w pokoju dziennym rozlegało się dość głośne dzwonienie.

Tylko ja oczywiście starałem się nie barabanić. Dość szybko niewinnie zapytałem czy nie słyszeli o takim zwyczaju. Powiedzieli, że nie i Innocent z Agathe dość szybko podchwycili ode mnie ten nawyk. Najpierw w ramach zachowania typu „acha! muzungu tak robi to i my spróbujmy przez szacunek dla przyjezdnego”, ale dość szybko odkryli, że to świetna zabawa. Średnio im to wychodziło, ale powodowało kupę śmiechu (jeśli chcecie zrozumieć o czym mówię, spróbujcie pomieszać cukier łyżeczką trzymaną w innej ręce niż robicie to zazwyczaj).

Oczywiście powiedziałem, że niech mieszają po staremu, że mi to nie przeszkadza. Mimo wszystko próby odbywały się aż do mojego wyjazdu.


8 Komentarzy »

Druga część opisu wyprawy do Ruhengeri

A kto czytał część pierwszą, ten wie, że chodzi tak naprawdę o wyprawę do wioski – skansenu położonej koło Kinigi (które to z kolei znajduje się właśnie przy rzeczonym w tytule Ruhengeri).

Małe odświeżenie pamięci: wysiedliście właśnie wraz ze mną z ciężarówki i w asyście kierowcy trzymającego nad nami parasol człapiemy razem po rozbryzgującej się błotnej ścieżce w kierunku wskazanym palcem przez miejscowego chłopaka. Zacina naprawdę potężny deszcz.

Wioska składa się z ogrodzonych kilku chat, z których jedna jest wyraźnie największa. Nie było czasu by im się bliżej przyglądać i jak najszybciej wbiegłem w progi tej największej. Tam czekała już na mnie kobieta i powiedziała, że mogę przejść dalej w głąb. Tyle, że muszę najpierw zdjąć obuwie. Dowiedziałem się też, że zwiedzanie zacząłem nietypowo, bo goście do pałacu królewskiego (tym właśnie jest owa największa chata) wchodzą dopiero po wszystkich innych atrakcjach. Ale z uwagi na deszcz mogę od razu poczuć się trochę jak król.

Przyznam, że pałac zrobił na mnie mieszane uczucia: zaczynając od wesołości a kończąc na szczęście na uznaniu. Już dawno Innocent mówił mi, że w Rwandzie są miejsca gdzie mogę zobaczyć pałace królewskie, ale zawsze wyobrażałem to sobie jako budowle co najmniej kamienne. Dlatego gdy pierwszy raz w gazetce w Paula samochodzie ujrzałem jak pałac faktycznie wygląda, uśmiechnąłem się. Niech przyjadą do Europy, wtedy to dopiero zobaczą pałace – pomyślałem.

Chwilę później znów zszedłem na ziemię i przypomniałem sobie, że w końcu przecież jestem w biednej Afryce, gdzie polityka była oparta na niezbyt ludnych plemionach.

Tuż przed wejściem do pałacu znajduje się rodzaj klepiska w kształcie mniej więcej podkowy. W tym miejscu goście króla oczekiwali na niego, gdy mieli jakąś sprawę. Bez zgody bowiem wejść nie można było. Król wtedy niespiesznie wychodził ze środka, któryś z poddanych ustawiał w progu obok słupa podtrzymujący sklepienie „framugi” stołeczek, król siadał i słuchał. Słup podtrzymujący łuk nad wejściem ma swoją nazwę i nieco magiczną funkcję, ale niestety nie pamiętam ani jednego, ani drugiego.

Pałac z zewnątrz jest po prostu okrągły, przypominający mongolskie jurty. W środku natomiast jest okrągły podwójnie. Po wejściu widzimy, że rdzeń pałacu otoczony jest czymś w rodzaju trzcinowego parawanu. To kolejny okrąg. Co prawda na przeciwko wejścia znajduje się w parawanie otwór od samej ziemi, po sam sufit, jednak przewodniczka uprzedziła mnie abym nim nie wchodził. Jest to bowiem jedynie okno, przez które do środkowej części z drzwi ma wpadać światło. Parawanu prawą stroną ominąć się nie da, bo trafimy na kolejny parawan, tym razem łączący wewnętrzny pierścień ściany ze ścianą zewnętrzną pałacu (czy ktoś rozumie o czym ja piszę?).

Należy się zatem udać w stronę lewą gdzie na godzinie dziewiątej (zakładając, że drzwi główne pałacu z magicznym słupem znajdują się na godzinie szóstej) znajdziemy wejście do wewnętrznego pierścienia.

W środku pomiędzy kolejnymi słupami podtrzymującymi dach znajduje się palenisko i delikatnie wydrążone w ziemi liczne miejsca do siedzenia. Jeden ze słupów nazywany jest słupem mówcy i obok niego znajdziemy kolejny stołeczek. Na nim zasiadał król bądź przemawiająca akurat osoba. Znajdujemy się bowiem w odpowiedniku polskiego sejmu. W tym nieco ciasnym pomieszczeniu zasiadali mędrcy i obradowali co począć.

Pamiętacie przepierzenie blokujące nam przejście po prawej stronie? Okazuje się, że cała prawa strona zewnętrznego pierścienia – tak mniej więcej od topograficznej godziny pierwszej do czwartej – zajęta jest przez sypialnie króla. Zaraz za przepierzeniem oddzielającym ją od „sejmu” znajduje się na mniej więcej wysokości pasa bambusowo – trzcinowe łoże wypełniające niemal cały obszar. Na łożu stoi kilka koszy służących za szafki. I oto i cały wystrój komnaty królewskiej.

Mnie jednak najbardziej przypadła do gustu część zewnętrznego pierścienia od godziny dziesiątej aż do komnaty króla (z którą zresztą miała tajemne przejście). W tym bowiem pomieszczeniu, znajdującym się na tyle pałacu lokowane były najpiękniejsze dziewczyny z całej krainy, których zadaniem było śpiewanie królowi. Raz na jakiś czas król pojawiał się w tajemnym przejściu, wskazywał palcem na którąś z dziewcząt, a ta udawała się z nim do komnaty. Przewodniczka niestety twierdzi, że nie wiadomo co się tam działo, bo kto zdradziłby tajemnice królewskiej alkowy, skazałby się na śmierć. Ja to myślę, że król tym dziewczętom plótł warkoczyki.

Podsumujmy: dziedziniec do spotkań z ludem, pomieszczenie na posiedzenia rządu, komnata królewska i dom uciech. A całość w budynku o średnicy około 12 metrów. Polski rząd mógłby się uczyć.

Nawiasem mówiąc wyobraziłem sobie relację ze spotkania prezydenta Lecha Kaczyńskiego przyjmującego z całą powagą chwili i urzędu premiera Donalda Tuska w takim pałacu królewskim.

Z deszczem w Rwandzie jest tak, że jakby nie zacinał, jak zimny i walący wielkimi kroplami by nie był, to zaczyna się nagle i tak samo nagle się kończy. Po tej krótkiej wizycie w pałacu, wyszliśmy z powrotem na – tym razem słoneczny – dziedziniec.

Tam już czekały na mnie służby medyczne w postaci siwego starca i jego syna. Na stoliku przed nimi znajdowało się sporo ziół i różnych korzeni. Pokazali mi co do czego służy i jak się przyrządza. I tak oto poznałem świetne lekarstwo na zatrucia pokarmowe, tak niedobre ponoć w smaku, że w pół godziny po wypiciu pacjent zwracał całą zawartość żołądka. Poznałem – tylko teoretycznie – zioło zwiększające „męskość”, cokolwiek to znaczy. I kawał drąga, z którego przed bitwą czy podróżą, należało uszczknąć kawałek i trzymać cały czas w ustach. Miało to zapewniać pomyślność.

Niestety na ból zębów nie mieli nic co by mnie interesowało. Znachor już się szykował do rwania, ale zasugerowałem mu, że pytam nie swoim, a kolegi imieniu.

Pierwszy raz też zmełłem mąkę. Na jednym wielkim kamieniu należy rozsypać ziarna i kamieniem mniejszym rozcierać je aż na proszek. Całkiem proste.

Potem była prezentacja jak się strzela z łuku. Sam też spróbowałem swoich sił, ale niestety z marnym efektem. W sterczącą z ziemi grubą łodygę udało mi się trafić dopiero za szóstym razem.

I część artystyczna, bardzo rozbudowana. Zaczęło się od wspólnego walenia w bębny, po którym kazano mi zasiąść na ławie i poczuć się znów jak król. Gdy tylko to zrobiłem w akompaniamencie śpiewów, krzyków i bębnienia zza ogrodzenia wbiegli wojownicy tańczący i prezentujący swoje wojenne umiejętności przed królem (którym byłem ja). Taniec ten nazywany jest intore. Potem do nich dołączyły także dziewczyny pląsające nieco jak hawajki. Całość początkowo krępowała mnie, ale szał ludzi był tak duży, że się w końcu rozbawiłem. Przyznam, że król mimo braku telewizji i internetu miał klawe życie. Po takim tańcu należało aby król ofiarował tancerzom jedną ze swoich krów. Krów nie miałem, więc musiały im wystarczyć tylko moje oklaski. Ale było naprawdę fajnie.

Tak wygląda pałac królewski od środka. Stoimy w zewnęytrznym jego pierścieniu. W tle parawan zasłaniający salę obrad.

Tak wygląda pałac królewski od środka. Stoimy w zewnęytrznym jego pierścieniu. W tle parawan zasłaniający salę obrad.

A oto i sama sala obrad. W tle za przewodniczką widać drzwi do komnaty królewskiej.

A oto i sama sala obrad. W tle za przewodniczką widać drzwi do komnaty królewskiej.

Szaman i jego syn przentują mi stan miejscowej apteki

Szaman i jego syn przentują mi stan miejscowej apteki

Potem wziąłem się za wyrób mąki

Potem wziąłem się za wyrób mąki

Strzelanie z łuku do łodygi.

Strzelanie z łuku do łodygi.

Zadzwoń do mamy...

Zadzwoń do mamy...

Panowie przygotowują się do akompaniowania pokazowi tańca. W tle po prawej widać wchodzących już tancerzy

Panowie przygotowują się do akompaniowania pokazowi tańca. W tle po prawej widać wchodzących już tancerzy

Dzikie tańce

Dzikie tańce

web_dscn50701web_dscn5071web_dscn5075

Przy okazji polecam przyglądać się niesamowitemu tłu co niektórych zdjęć

Przy okazji polecam przyglądać się tłu co niektórych zdjęć

W miedzy czasie do tańca dołączały dzieci i kobiety. Fajnie było

W miedzy czasie do tańca dołączały dzieci i kobiety. Fajnie było

web_dscn5104web_dscn5087web_dscn5090web_dscn5097web_dscn5101

No i pa pa

No i pa pa

Jeszcze trochę samego tła

Jeszcze trochę samego tła

web_dscn5112

2 Komentarze »

Czwartek. Ostatni dzień w Rwandzie

To już właściwie tydzień jak nie ma mnie w Rwandzie.

* * *

Z samego rana przygotowałem dwa stroje. Jeden na podróż, luźny ale i ciepły. W Europie jest już przecież późna jesień. Drugi na ostatnie chwile, które miałem spędzić z nauczycielami (i być może ministrem edukacji) na spotkaniu podsumowującym. Chwilami z nauczycielami postanowiłem się nie przejmować i raczej myśleć o tym jako o ostatnich godzinach z rwandyjskimi przyjaciółmi.

Zresztą zapowiedziałem Paulowi, że minister czy nie minister, ja o pierwszej się stąd zwijam, żeby nie spóźnić się na samolot. Zapytałem oczywiście Paula o której jest to spotkanie, a on tylko zaczął mocno się zastanawiać wpatrując się gdzieś daleko przed siebie. Z polskim doświadczeniem wiem, że uznałbym właśnie, że zapomniał o spotkaniu i nie powiadomił nauczycieli. Z rwandyjskim doświadczeniem jednak wiem, że wszystko było w porządku. Tutaj po prostu bardzo często jest tak, że nie ustala się godzin. Na pewno sms od Paula do dyrektorów szkół wyglądał mniej więcej tak: „W czwartek proszę się stawić na spotkanie zamykające kurs i rozdanie certyfikatów”. I tyle, bez podania godziny spotkania. Kiedy się zjawi dostatecznie dużo osób, impreza się zacznie.

Po jako takim zastanowieniu Paul odpowiedział, że może to być w południe. Samolot mój miał odlecieć o 20.50, a ostatni moment na odprawę był tuż po 19.00. Robert jednak wyłamawszy się ze swojej rwandyjskiej solidarności sam mi podpowiedział abym nie zdradzał nikomu tych terminów, a szczególnie Paulowi i zaczął ewakuację jak najwcześniej mogę. W innym wypadku trzymano by mnie tu jak najdłużej cały czas mówiąc, że jeszcze jest czas. W takiej sytuacji awaria samochodu, pęknięta opona na pewno spowodowałyby, że na samolot bym nie zdążył. Dlatego powiedziałem, że najpóźniej o pierwszej biorę taksówkę i jadę.

Z rana jednak postanowiłem zebrać w końcu do plastikowej butelki rwandyjskie kamyki i laterytową ziemię. Dzieciaki sąsiadów patrzyły na mnie nieco jak na dziwaka. Ale nauczyłem się już, że przecież jestem muzungu i mam prawo do robienia dziwnych rzeczy, sami Rwandyjczycy tak mi mówili. Dziwiło ich, że chodzę po mieszkaniu zupełnie boso, dziwiło ich, że zamiast iść do fryzjera sam się golę, więc i mnie nie dziwiła zdziwiona mina dzieci, gdy wbijałem pazury w zmoknięte, wciąż wilgotne od rosy błoto i nabierałem je do butelki.

Dzieci! Rzuciłem butelkę i popędziłem do domu. Te dalej patrzyły na mnie zdziwione, ale po chwili wybiegłem z piłką, podałem im ją i jednym tchnieniem powiedziałem, że to dla nich. Zdziwienie ustąpiło miejsca przeszerokim uśmiechom i radości. Ich matka wyszła zobaczyć z czego tak się cieszą i gdy zobaczyła powód, także mi podziękowała. Ja wróciłem natomiast do grzebania w ziemi.

Postanowiłem też zerwać kilka tutejszych roślin, na zamówienie mojej cioci. Do papierowej torby wpakowałem dwa kaktusy, jedną gałąź kwitnącej rośliny przypominającej nasze polne róże i kilka patyków rośliny robiącej tutaj za żywopłot. Bardzo interesująca, zbudowana tylko z zielonych, za to grubych gumowatych gałęzi bez żadnych liści.

(Jakąś godzinę później, po otwarciu na chwilę walizki, wystraszyłem się i całą torebkę z roślinami wyrzuciłem. Spod pokrywy walizki buchnął bowiem bardzo silny ziołowy i ostry zapach. Najprawdopodobniej kaktus puścił soki. Przypomniałem sobie, że kaktusy przecież często zawierają różnego typu narkotyzujące koloidy i nie specjalnie chciało mi się z tego tłumaczyć na granicy.)

Paul podrzucił do telecentrum moją walizę, a ja pieszo w asyście Samuela i tego drugiego chłopaka (nie znam jego imienia, nazywają go kazungu, co znaczy „lubiący białych ludzi”) przyniosłem plecak i torbę z laptopem.

Gdy tylko zobaczyłem Scholę, poprosiłem ją aby poszła ze mną do małego bungalow. Tam podziękowałem za prezenty, powiedziałem jak bardzo mi się podobały i powiedziałem, że chcę dać jej jeszcze ostatni prezent. Powiedziałem, że będzie musiała go sobie kupić sama, bo ja już na to nie mam niestety czasu. I poprosiłem aby obiecała, że kupi właśnie go i nikomu nie powie, że dostała ode mnie pieniądze. Wtedy dałem jej wymyślone dzień wcześniej sto euro. Schola nie dała po sobie poznać jak bardzo się cieszy; podejrzewam, że nie wiedziała ile to jest tak naprawdę franków. W Rwandzie euro nie jest popularną walutą, przynajmniej nie tak popularną jak dolar. Powiedziałem jej jednak, że na pewno starczy z tego na telefon i na doładowanie go.

Powoli zbierali się nauczyciele i dochodziło południe. Ja jednak wciąż myślałem o ostatniej rzeczy jaka mi została, czyli pożegnaniu z Nelly. Czekałem na nią w domu, jednak teraz byłem w telecentrum. Powiedziałem Samuelowi (za pośrednictwem Innocenta), że jeśli Nelly zjawi się tam, by powiedział jej gdzie jestem i że na nią czekam. Właśnie zadzwoniła Agathe, że Nelly dzwoniła do niej i już idzie do restauracji.

Gdy tylko pojawiła się, jak wariat wybiegłem jej na spotkanie, wyściskałem i przeprosiłem, że nie zdążyłem wczoraj do jej szkoły. Ależ się cieszyłem, że jednak się udało! Usiedliśmy na krzesłach pod bambusowym parasolem, dałem jej prezenty (angielski słownik szkolny, rozmówki angielsko – kinyarwanda i powieść Paolo Coelho po angielsku) i porozmawialiśmy sobie prawie ostatni raz. Nelly jeszcze raz zaśpiewała mi kołysankę „kotki dwa”, której jej uczyłem od jakiegoś czasu (strasznie bawi ją słowo „cichutko”, mam to na filmiku, który zamieszczę, gdy będę miał porządne łącze internetowe). Ustaliliśmy, że skoro na lotnisko jadę taksówką, a Nelly też musi się dostać ze swoimi wszystkimi tobołami do stolicy, pojedziemy razem. Wróciła się pakować.

Kolejne dziecięce deja vu. Zobaczyłem jak Olivier przegania z restauracyjnych huśtawek mieszkające zapewne niedaleko maluchy. To mi też się w Rwandzie nie podoba – postawa psa ogrodnika. Choć akurat restauracja nie miała klientów to i tak huśtawki powinny stać puste. Powiedziałem mu aby przestał i co więcej je zatrzymał by sobie nie poszły. Pobiegłem do pracowni po drugą piłkę, tym razem tą prawdziwą, futbolową. Na mój widok dzieciaki zaczęły uciekać (nic dziwnego, właśnie wyskoczył z telecentrum muzungu i zaczął jak szaleniec biec w ich kierunku, podczas gdy chwilę temu dostały ochrzan za przebywanie na prywatnym terenie), więc piłkę wykopałem w ich kierunku krzycząc do Oliviera, by powiedział im, że jest dla nich. Dzieciaki zatrzymały się, chwyciły prezent i zaczęły nieśmiało kopać ją do siebie. Olivier już ich nie przeganiał, więc wskoczyły z powrotem na huśtawkę. Jeden z nich stał przed huśtającym się i rzucał mu piłkę. Ten ją wykopywał. Na szybko zainspirowana zabawa.

Po wszystkim dzieciak podszedł do mnie i oddał piłkę dziękując. Powiedziałem, że nie, że to na zawsze dla nich i znów poprosiłem Oliviera by to przetłumaczył. No teraz to się naprawdę ucieszyły!

Zgodnie z wszystkimi prawami Murphy’ego na dziesięć minut przed pierwszą, planowanym terminem mojego wyjazdu, w telecentrum do nauczycieli dołączył pracownik dystryktu do spraw edukacji, powiedział, że (taaada!) minister jednak się nie zjawi i możemy zaczynać. Oczywiście miałem zapas czasu, nikomu nie mówiłem jaki i powiedziałem, że więc pojadę o drugiej.

Po krótkim wstępie zaczęliśmy od mojego przemówienia. Nie będę się nad nim rozwodził, bo w na szybko zaimprowizowanej mowie, nie mogłem powiedzieć nic wyjątkowo błyskotliwego. Ot, kilka słów i podziękowań i do widzenia. Poszedłem, zjadłem obiad i do taksówki.

Jeszcze ostatnie wyściskiwanie wszystkich. Było naprawdę trudno. Dla mnie trudniej niż dla nich, bo zostawiałem właśnie kilkanaście osób, których nigdy już więcej nie zobaczę. Dla nich natomiast znikałem tylko ja jeden. Mimo to łzy pojawiły się w niemal wszystkich oczach.

Zamknąłem drzwi, a na zewnątrz została Schola, Vestine, Pacifique. Chantalle i Console. Został Maombi, Olivier, Alojz i Elize. Paul prowadził nadal spotkanie nauczycieli. A mi się kolejny raz serce ścisnęło, że jadę właśnie do wanny z gorącą wodą, telewizji z sześćdziesięcioma kanałami i do sklepów z koszulkami, które kosztują w Polsce tyle, co ich całomiesięczna pensja.

Ruszyliśmy nieco po drugiej. Ja, kierowca taksówki, który kiedyś był menedżerem restauracji tutaj, Innocent i architekt rysujący dla Paula plany kolejnego budynku, który zabrał się na stopa. Z centrum Nyamata zabraliśmy Nelly wraz z dwiema sporymi torbami (jak to dziewczyna miała więcej bagaży niż ja) i materacem z łóżka.

Bardzo dobrze, że jechaliśmy z zapasem czasu. Najpierw musieliśmy wysadzić architekta, potem z centrum na jego miejsca zabrać Agathe, która wsiadła z kolejnymi pamiątkami dla mnie, potem do mieszkania rodziny Nelly zawieźć jej bagaże i na końcu udać się na lotnisko. Każde z tych miejsc było w innej części Kigali i widziałem panikę w oczach Innocenta. Co chwila dopytywał się mnie czy zdążymy na samolot i popędzał kierowcę. Ja jednak spokojnie odpowiadałem, że jeszcze mamy chwilę czasu.

W mieszkaniu rodziny Nelly musiałem pójść do toalety. Żałuję, że nie wziąłem ze sobą aparatu. Nie ze względu na toaletę, ale dlatego, że właśnie pierwszy raz zobaczyłem z bliska jak wyglądają domy, które dotąd oglądałem z centrum miasta, ciasno powciskane między siebie na zboczach gór. Niemiłosiernie stroma ścieżka pomiędzy parkanami z falistej blachy, a same mieszkania kształtem wciśnięte tak, aby pasowały do pozostałych. Mnóstwo dziwnych zaułków, ale ani grosza prywatności.

Kolejny raz ruszyliśmy na lotnisko. Były z tym delikatne kłopoty. Kigali w takich miejscach nie ma żadnych planów dróg i taksówkarz musiał dopytywać się jak wyjechać z tej dzielnicy. Raz zdarzyło się, że wróciliśmy w te same miejsce, z którego ruszyliśmy, ale w końcu się udało.

Dopiero na lotnisku powiedziałem im ile jeszcze mam czasu i widząc ich zawiedzione miny, powiedziałem, że nie ma problemu i możemy pożegnać się teraz. Uściskałem Agathe, Innocenta i załzawioną Nelly (mi też było ciężko). Obiecaliśmy wszyscy sobie pisać do siebie emaile. I poszli.

Odwiedziła mnie jeszcze na chwile znajoma Hariette, co gdy byłem w Kigali Memorial Site, pomogła mi znaleźć w deszczu autobus i dała mi swój numer telefonu. Potem już siedziałem sobie zupełnie sam, spokojnie czekając aż stąd wylecę. Beż żadnych emocji patrzyłem jak słońce zachodzi, wziąłem swoją walizkę i przeszedłem odprawę.

* * *


I tak to się kończy ta cała historia. Pożegnałem się z każdym, z kim chciałem się pożegnać. Nelly się znalazła, Schola dostała telefon, z którego już w sobotę zadzwoniła do mnie do Polski i podziękowała za prezent. Nauczyciele byli wyszkoleni, Paul nadal przygotowywał się do ślubu, który już za dwa tygodnie. Innocent został kierownikiem restauracji w Kigali, a Agathe niedługo się do niego przeprowadzi, jak powinna postąpić w Rwandzie każda niezamężna siostra. Maombi będzie dalej pracował w Nyamata zbierając pieniądze na wyciągnięcie rodziców z obozu dla uchodźców. Całość więc kończy się happy endem, nawet pomimo tego, że Robert był właśnie w połowie drogi do Ugandy do swojego umierającego dziadka.

Sto osiem dni życia na zupełnie innej planecie. W świecie, w którym globalny kryzys finansowy nie ma żadnego znaczenia, nikt nie słyszał o iPodzie i nikt nie marzy o wakacjach w Chorwacji. Ludzie lepią mieszkania z gliny na bambusowym rusztowaniu, a wszelkie prace starają się wykonywać na ulicy wśród ludzi. Kobiety co rano wystawiają przed domy swoje maszyny do szycia, chłopacy zakładają okulary przeciwsłoneczne i spawają pęknięte ramy samochodów zaraz obok nich. Bo ważniejsze od pracy, od pieniądza i od wszystkiego innego są właśnie kontakty z innymi. Z każdym trzeba się przywitać, każdego pozdrowić. Nawet jeśli nie mają nic do robienia, wychodzą na ulice by rozmawiać z innymi o niczym. I nigdzie się nie spieszyć.


15 Komentarzy »

Co się wydarzyło w ostatnią środę

Uważni czytelnicy bloga, zauważyli, że zniknąłem z pisaniem tak mniej więcej we wtorek wieczorem tydzień temu. Czas więc nadrobić zaległości i opisać co działo się w ostatnie chwile mojego pobytu w Rwandzie. Tym bardziej, że pamięć moja już nie ta co kiedyś, więc im szybciej to opiszę, tym lepiej dla wszystkich. Zaczynamy od środy.

Na środę plany były trzy. Pierwszy to wyjazd do Kigali po resztę zakupów z Waszych składek. Drugi to odwiedzenie Nelly w jej szkole i ostateczne pożegnanie się z nią, co na pewno nie będzie łatwe. Trzeci – o czym uprzedzili mnie inni – to mała jakby imprezka wieczorem organizowana przez Rwandyjczyków dla mnie z okazji mojego wyjazdu.

Dzień wcześniej Paula zapytałem o której pojedziemy po rzutnik. Powiedziałem, że chcę jechać jak najwcześniej, bo spraw do załatwienia w samym Kigali jak i po powrocie jest trochę i nie chcę robić wszystkiego na ostatnią chwilę. Paul powiedział, że możemy jechać o dziewiątej, bo musi rano skoczyć do banku po obiecane 150 tysięcy franków na dokładkę do zakupów i od razu wiedziałem, że zarówno pytanie o czas jak i odpowiedź były idiotyczne.

Miałem zamiar nie jeść śniadania, więc zjawiłem się w telecentrum na dziesięć minut przed planowanym wyjazdem. Na pytanie czy jedziemy, Paul powiedział, że jeszcze nie. Nie był jeszcze w banku, a do banku nie pójdzie bez śniadania, na które teraz czeka. W kulturze Rwandy nie wolno nic robić przed śniadaniem – tak przynajmniej tłumaczył. No więc i ja sobie zamówiłem kolejną jajecznicę.

Ślamazarność Paula jednak zaczęła mnie już powoli dobijać. Jego jajecznica dotarła do niego o wiele wcześniej niż moja, tymczasem wciąż ją jadł, gdy ja już dawno miałem pusty talerz. Potem powoli zebrał się i gdzieś pojechał; mam nadzieję, że do banku. Nie było go długo, była już 10.30 i zaczynała mnie powoli krew zalewać.

Pomyślałem, że się nie dam. Łaski bez. To w końcu Paulowi, a nie mi powinno zależeć na kupieniu tego rzutnika, a ja nie będę tracił ostatniego dnia pobytu na łaskawe czekanie na niego. Akurat zadzwonił Robert, że jest wolny, że jest w okolicy przystanku busów i możemy jechać. No więc powiedziałem, że jedziemy. Paula nie miałem zamiaru o tym informować, jeśli rzutnik go faktycznie interesuje, to znajdzie nas w Kigali.

Pojechaliśmy. Wysłałem zaległe pocztówki i wzięliśmy się za zakupy. Nie jest łatwe wydawanie tak dużej ilości pieniędzy. Odwiedziliśmy taki całkiem spory sklep, gdzie kupiłem klocki (dużo klocków, chyba z 6 opakowań) i całkiem sporo książek do angielskiego, w tym i słowniki. Nie było szachów, więc kolejny raz wybraliśmy się do Nakumattu. Tam je już znaleźliśmy. Zaszliśmy też do tej księgarni, gdzie widziałem ten świetny segregator z instrukacjami do obsługi komputerów, tyle, że prawie za 200 dolarów. Kobieta powiedziała, że szef jednak nie obniżył ceny. No więc dokupiłem tylko kilka książek dla dzieci, a segregator postanowiłem póki co sobie darować.

Około południa zadzwonił do mnie Paul zdziwiony, że nie może mnie znaleźć w telecentrum. A więc właśnie wrócił z banku. Czyli od 9.00 czekałbym na niego trzy godziny. Powiedziałem gdzie jestem i jak chce może przyjechać to pójdziemy po rzutnik. Po kolejnej godzinie znów się zjawił.

Po kolejnej godzinie jechaliśmy już z Paulem do sklepu po rzutnik. Sprzedawca był inny niż ostatnio, co postanowiłem wykorzystać do kolejnych negocjacji ceny. Zerknąłem na ostatnie ustalenia. Rzutnik z 800 tysięcy stargowaliśmy do 728, a UPS miał być w cenie 75000. Na pytanie sprzedawcy o ustalenia zażartowałem, że wprawdzie padły już ceny, ale ustaliliśmy, że będą one nadal negocjowane. I powiedziałem: rzutnik za 710, a UPS za 70. Zobaczymy co on na to.

A on na to, że UPS już bardziej przecenić nie może, ale co powiem na rzutnik za 700. Nie dałem po sobie poznać, że właśnie udało się cenę rzutnika obniżyć o sto tysięcy (200 USD, czyli około 500 złotych) i bez entuzjazmu powiedziałem, że może być.

No to świetnie. To teraz musimy tylko zaczekać, mówi sprzedawca. Bo co prawda rzutnik jest na miejscu, ale UPS muszą dowieźć w godzinę z magazynu. Tu już się włączył Paul i mówi, że nie mamy czasu czekać (no proszę…). I że on zna sklep, w którym i UPS i rzutnik jest w tej samej cenie, co wynegocjowaliśmy i oba są dostępne od ręki.

Pytam Paula czy mówi poważnie, a on potwierdza. I dodaje, że „dowieść z magazynu w godzinę” oznacza, że UPS nie mają i teraz ktoś będzie latał po innych sklepach i szukał gdzie może go dostać jeszcze taniej, by nam sprzedać. No to ustaliliśmy ze sprzedawcą, że jak coś wrócimy po ten rzutnik, a UPS sami poszukamy. I pojechaliśmy w trójkę (to znaczy ja, Paul i Robert, który w całej opowieści siedzi jakoś wyjątkowo cicho).

I faktycznie, w kolejnym sklepie było nawet lepiej. Nie wiem czy Paul blefował, czy mówił prawdę, ale powiedział do sprzedawcy, że wczoraj z jego kolegą ustalił, że kupi tu rzutnik za 700 tysięcy, co sprzedawca potwierdził. Model ten sam. Za to UPS kosztował nie 70 a 50, czyli znów taniej. I wszystko na miejscu.

Tyle, że rzutnik tutaj miał gwarancję na 6 miesięcy, a w poprzednim sklepie na pół roku. Zatem może by tak tutaj UPS, a tam rzutnik? Poprosiłem Roberta by zadzwonił do sklepu, z którego wyszliśmy i upewnił się co do długości gwarancji.

Długość gwarancji się zgadza, rok. Ale cena wynosi już 750000. Robert powiedział, że to normalne w tutejszej kulturze. Sprzedawca obniży ci cenę nawet bardzo. Ale wyjście ze sklepu traktuje jako potwarz i nawet jeśli miałby rzutnika nie sprzedać, to na pewno nie da ci znów tej samej oferty.

No więc ok, wszystko kupiliśmy w tym drugim sklepie, niestety z krótszą gwarancją. Paul dorzucił zgodnie z obietnicą swoje 150 tysięcy.

Rozstaliśmy się, a ja poszedłem na kolejne zakupy. Miałem wciąż w kieszeni około 500 tysięcy franków, więc postanowiłem sobie, że mogę sobie pozwolić na nieco rozrzutności. Dokupiłem więcej zabawek, teraz już nawet taki droższych, dokupiłem o wiele więcej książek dla dzieci i do języka angielskiego. Pozwoliłem sobie nawet na ten drogi segregator. Bo nawet po jego zakupie zostawało mi nadal bardzo dużo pieniędzy.

Zaczął padać deszcz więc miałem chwilę na zatrzymanie się w sklepie i pomyślenie co tu robić z tymi pieniędzmi. Przypomniałem sobie o brakującym telefonie u Scholi, o którym wspomniałem organizując zbiórkę. Stwierdziłem jednak, że to jednak dość drogi prezent i nie wiem, czy do końca słuszny.

Wcześniej próbowaliśmy wywołać z Robertem zdjęcia, ale okazało się, że cena to jednak nie 80 a 500 franków za sztukę. Dolar za zdjęcie to trochę dużo. Jeden z czytelników bloga zaoferował mi już wcześniej, że może te zdjęcia wywołać w Polsce po kosztach i potem je wyślemy. Zatem chyba wiedziałem na co przeznaczę pozostałe pieniądze. Poszedłem do kantoru i za franki dostałem jeśli dobrze pamiętam 245 euro. Właściwie zdecydowanie za dużo jak na wywołanie zdjęć, ale pomyślałem, że razem z Wami ustalimy co zrobimy z resztą pieniędzy już w Polsce. Bo naprawdę nie wiedziałem co jeszcze mogę kupić.

* * *


Do Nyamata dotarłem przed samym zmierzchem, więc pierwsze gdzie się udałem z wszystkimi tobołami, to była szkoła Nelly. Tam jednak strażnik na mój widok powiedział mi po francusku, że Nelly w szkole nie ma i że nie wie gdzie może być.

Byłem jednak podejrzliwy. Nie opowiadałem Wam jeszcze, ale szkoła Nelly to dość mocno „więzienne” miejsce. Nelly nie może jej właściwie opuszczać i nie może zbyt często przyjmować gości. Ostatni raz odwiedziłem ją w niedzielę. Siedzieliśmy na środku placu (wizyty muszą być cały czas pod okiem strażnika) gdy nagle Nelly bardzo się zdenerwowała. W bramie szkoły pojawił się bowiem dyrektor. Grzecznie, ale stanowczo zostałem ze szkoły wyproszony, a Nelly z miną zbesztanego uczniaka pomaszerowała za dyrektorem. Powiedziałem jej tylko szybko, że w środę odwiedzę ją ostatni raz by się pożegnać.

No i właśnie była środa, a strażnik – choć poprzednimi razami musiał nieźle się ludzi dopytywać gdzie jest Nelly – tym razem od razu był pewien, że jej nie ma. Nie wyglądało to dla mnie szczerze, raczej podejrzewałem, że w tajemniczym zniknięciu, a właściwie ukryciu jej przede mną maczał palce dyrektor. Zacząłem więc tłumaczyć na ile potrafiłem po francusku, że właśnie jadę do Polski i chciałem z nią ostatni raz się pożegnać i niech mi dadzą na to szansę. Poprosiłem nawet o zabranie mnie do dyrektora szkoły, aby jemu wszystko wytłumaczyć, ale strażnik twierdził, że dyrektora też nie ma.

Przez bramę zauważyłem jednak przechodzącego ulicą znajomego Alojza. Poprosiłem by wytłumaczył strażnikowi w kinyarwanda o co chodzi. Porozmawiali sobie i Alojz powiedział, że nic się robić nie da. Dziś był ostatni dzień szkoły (faktycznie o tym zapomniałem), dwie godziny temu skończyły się ostatnie egzaminy i szkoła jest teraz zupełnie pusta. Uczniowie pojechali do domów i Nelly zapewne była już w Kigali.

A zatem nie zdążyłem się pożegnać. Było mi strasznie smutno. Byłem wściekły na Paula za przetrzymanie mnie rano i byłem wściekły na deszcz za przetrzymanie mnie po południu. Tyle spraw do załatwienia w ostatnie chwile pobytu, a w Rwandzie wciąż to samo: czekanie.

* * *


Poszedłem z wszystkimi zakupami prosto do telecentrum. Nie miałem po co iść do domu, a poza tym było już prawie ciemno. Wieczorem miało być to spotkanie pożegnalne.

Zacząłem rozdawać – tym razem już bez wielkiej pompy – zakupione rzeczy. Rodzice dostali kolejne zabawki, osoby, które do tej pory nie dostali zupełnie nic – Maombi, Olivier i parę innych – dostali książki i słowniki. Powstrzymał mnie jednak Robert i powiedział, że lepiej będzie jak zostawię to na oficjalne spotkanie pracowników telecentrum ze mną. W bungalow trwało jednak organizacyjne spotkanie Paula z weselnymi gośćmi, więc póki co musieliśmy czekać. Kolejny raz czekać.

Wyciągnąłem więc jedynie szachy i zacząłem uczyć Roberta jak się w nie gra. Czasu już było mało. Na szczęście w szachach była instrukcja i Robert mówił, że wraz z nią będzie uczyć dzieciaki w szkole.

Cały czas próbowałem dodzwonić się do Nelly i dowiedzieć się od ludzi, czy ktoś jej nie widział. Telefon był jednak wyłączony, a i nikt jej nie widział. Robert tylko powiedział, że faktycznie Nelly chodziła całe popołudnie po mieście. Dobiło mnie to trochę, bo wyobraziłem sobie, że szukała mnie. Że pamiętała, że obiecałem jej z nią się pożegnać, a tymczasem zapomniałem o niej. Więc wsiadła w bus i pojechała do Kigali, zapamiętując mnie jako dupka, który nie dotrzymuje słów.

* * *


Chciałem w tym miejscu umieścić opis jak narastała we mnie po raz milionowy frustracja spowodowana czekaniem. Powstrzymam się jednak i tylko niby mimochodem wspomnę, że czekałem na zebranie się ludzi od osiemnastej do dwudziestej drugiej.

* * *


Pamiętacie opis urodzin Pacifique z początku mojego pobytu w Rwandzie? Zatem to spotkanie było do tamtej uroczystości wyjątkowo podobne. Tyle, że tym razem to ja byłem pępkiem świata i to mi bito słowne pokłony.

Każdy po kolei wstawał i mówił coś dobrego o mnie. Jakieś dobre wspomnienie, lub inne ciepłe wspomnienia. Po tym wręczał mi prezent.

Prezenty były różne, w zależności od zamożności ofiarodawcy i naprawdę z wszystkich jestem dumny. Barmani i ludzie z kuchni w większości dali mi laurki. Były też paczki herbaty. Brzmi może śmiesznie, ale weźcie po uwagę, że prezenty dostawałem od ludzi zarabiających około 50 złotych miesięcznie. Laurki stoją teraz u mnie na półce, a herbat póki co nie otwieram. Poczekam z nimi aż wspomnienia Rwandy zaczną przygasać.

Kadra zarządzająca rozwiązała mój problem braku pieniędzy na oficjalne pamiątki z Rwandy. Kupili mi właśnie tradycyjne rękodzieła, jakie turyści kupują w Rwandzie i zabierają do Europy. Tak więc mam teraz nawet więcej niż sam bym sobie kupił. Mam kilka koszy agaseke, mam półmiski, drewniane obrazki i figurki. Paul kupił ponadto prezenty, o które poprosił abym wręczył dla Krysi i Pawła.

Wyjątkowa była moja ulubiona Schola. Wręczyła mi prezent i poprosiła abym nie otwierał go przy innych.

Potem był czas na moje przemówienie i ostateczne rozdanie tego, co mi z zakupów jeszcze zostało. Zatrzymałem jednak wciąż trzy książki dla Nelly.

* * *


Wróciłem do domu i było jeszcze bardziej smutno. Nelly się nie odnalazła (miałem nawet cichą nadzieję, że to miała być specjalna niespodzianka i Nelly zjawi się na spotkaniu, ale niestety nie), dochodziła północ, a ja musiałem wziąć się za pakowanie. Pojawił się problem, bo dostałem sporo koszy, które trzeba było upchnąć do wyładowanej już do oporu walizki.

Wyrzuciłem więc z niej wszystkie porwane ubrania. Tak pozbyłem się trzech par spodni i kilku koszulek. Wyrzuciłem kapcie, nowe sobie kupię w Polsce. Nie zgodziłem się na zostawienie sandałów. Kupiłem je przed wyjazdem i teraz były strasznie zniszczone (przez cały czas pobytu tylko raz założyłem pełne buty) i na pewno ich nie będę już nosił. Ale to pamiątka. Zniszczone, z pękniętymi podeszwami, ale przede wszystkimi całe umazane czerwonym błotem.

Zostawiłem piankę do golenia i wiele innych niepotrzebnych – przynajmniej przez jakiś czas – rzeczy. Chłopakowi który mieszka z Samuelem zostawiłem moją harmonijkę ustną. Tak jak wcześniej zaplanowałem, Innocentowi i Agathe zostawiłem modem. Zostawiłem też swoją latarkę. Czas więc było się pakować.

Przypomniałem sobie o prezencie od Scholi. Otworzyłem paczkę i aż musiałem zatrzasnąć drzwi żeby nikt mnie nie widział, bo poczułem, że się rozbeczę.

To nie było nic wielkiego. W paczce było zdjęcie Scholi, była paczka gum do żucia i dwa kawowe cukierki. Było jedno zielone jabłko i koszulka polo.

I poczułem się jak kawał gnoja. Jeszcze kilka godzin temu zdecydowałem, że telefon dla Scholi to zbyt drogi prezent. Tymczasem ona oddaje mi swoje wywołane zdjęcie, kupuje mi słodycze i kupuje europejskie jabłko, które tu kosztuje tyle, co w Europie ananas. I kupuje nową koszulkę z metką. Schola zarabia 20 euro miesięcznie, utrzymuje z tych pieniędzy siebie i dwóch synków – trzyletniego i czteromiesięcznego. A ja mając 240 euro w kieszeni, z którymi nie wiem co zrobić decyduję, że nie kupię jej telefonu.

Mam nadzieję, że wybaczycie mi, ale złamałem w tym momencie wszelkie zasady. W tej samej chwili postanowiłem, że jutro Schola dostanie ode mnie (od Was) sto euro, za które poproszę, aby kupiła sobie telefon. Było już niestety za późno, bym inaczej odkręcił swój błąd. Nie zdążyłbym kupić telefonu sam, ale nie mogłem też nie zrobić nic.

Tak. Dając pieniądze podleczyłem swoje sumienie.

* * *


Przed pójściem spać Agathe powiedziała mi, że widziała Nelly. Nelly nocuje u jej znajomych w Nyamata i jutro będzie jeszcze szansa się z nią zobaczyć.

14 Komentarzy »

Mity o Rwandzie

Do Rwandy przyjechałem z pewnym nastawieniem co tu mogę spotkać, które bardzo szybko zostało zweryfikowane. Wdziałem jednak w Waszych komentarzach, że także macie jakiś swój obraz tego kraju.

Co więcej kilka rzeczy, które wymyśliłem sobie po przyjechaniu też już w ciągu dwóch miesięcy się zmieniło. Wyprostujmy więc nieco obraz tego kraju.

Komary i malaria wiszą w powietrzu

Tak to mnie więcej wyobrażałem sobie przed przyjazdem. Chmary komarów, leżący na ulicach ludzie dogorywający na malarię (jak opisywał to Kapuściński), zwłaszcza, że Rwanda jest jednym z krajów najbardziej zagrożonych pod tym względem. Nikt nie wychodzi o „szarej” godzinie z domu i każdy nad łóżkiem ma moskitierę.

To najbardziej pozytywne rozczarowanie chyba 🙂 Komary widuję w liczbie jednej sztuki na kilka dni. Ponoć w czasie pory deszczowej powinno być ich zatrzęsienie, ale od kiedy się zaczęła, nic się nie zmieniło.

Miałem zamiar ze strachu stosować wieloliniową obronę przed malarią: pryskanie się repelentami, zażywanie codziennie malarone, spanie pod moskitierą i siatki ochronne w oknach.

Siatki mam (nieco dziurawe, ale znośne), biorę też malarone. Pod moskitierą spałem tylko w hostelu przez dwa pierwsze dni i potem w szpitalu. W domu jej nie mam.

Pierwszego dnia całkowicie spryskałem się repelentem, a później przez dwa tygodnie, tylko jak słyszałem brzęczenie komara w pokoju. Teraz jak słysze brzęczenie co najwyżej nakrywam się szczelniej kołdrą i zasypiam.

Paul mówi, że na malarię choruje średnio raz na dwa lata i mówi, że to straszne cholerstwo, którego nikomu nie życzy. Innocent mówi, że nigdy nie chorował.

Zdjęcie zrobiłem ot tak sobie w czasie jazdy samochodem. Dopiero potem gdy oglądałem je na ekranie komputera, zauważyłem, że w tle pod murem ktoś leży.

Zdjęcie zrobiłem ot tak sobie w czasie jazdy samochodem. Dopiero potem gdy oglądałem je na ekranie komputera, zauważyłem, że w tle pod murem ktoś leży.

Jestem jedynym białym w całym Nyamata

Też nieprawda, ale już o tym pisałem 🙂 Na początku miałem takie wrażenie, ale do dziś poznałem już bardzo dużo ludzi z całego świata, a często widze też i białych nieznajomych. Wszyscy tu są z pomocą rozwojową podobnie jak ja.

Jestem spalony na raka

Jeden raz mnie lekko piekła skóra jak poszedłem na dłuższy spacer. Jest słonecznie, ale jakoś udaje mi się uniknąć poparzeń. Jak pisałem chmury tworzą tu coś w rodzaju filtra przeciwsłonecznego, przez co jest jasno, ale nie upalnie (ale bywają i dni bz chmur). Bardzo mnie zdziwiło odczucie termiczne. Któregoś dnia gdy zakładałem, że jest idealna temperatura 21 stopni, wszedłem na stronę z prognozą pogody i bardzo się zdziwiłem widząc, że brakuje tylko jednego stopnia do trzydziestu. W Polsce nie dałoby się żyć w takich warunkach, a tu było naprawdę super.

Większość mieszkańców Rwandy to katolicy

Tu też zdziwiewnie. Wikipedia i CIA twierdzą, że katolicy to ponad połowa wierzących, ale widocznie nie mają aktualnych danych (dane CIA są z roku 2001). Przez całe dwa miesiące pobytu spotkałem tylko jedną katoliczkę (Pacifique, dziewczyna Paula). Zdecydowana większość to protestanci różnych wyznań (adwentyści, ewangeliści, kościół odnowienia i założona w Rwandzie Zion Temple). W ostatni dzień Ramadanu zauważyłem sporo muzułmanów (ale i poza tym dniem bywają widoczni).

Rwandyjczycy dzielą się na Tutsi i Hutu

Już nie. Dominuje opinia, że byli podzielieni prze ludobójstwem, sztucznie przez kolonizatorów. Obecnie wszyscy nazywają się Rwandyjczykami i oficjalnie nikt nie zwraca uwagę na to kto kim kiedyś był. Podejrzewam jednak, że to tylko trochę fasada: każdy dobrze wie kto był Hutu, a kto Tutsi, ale nikt nie chce wracać do podziałów pamiętając jak to się skończyło. Zresztą jak wspominałem jest to nielegalne. Można pytać, owszem, kto kim jest, ale nie wolno nikogo z tego powodu dyskryminować. Ludzie jednak mówią żebym nie pytał, bo to może ich drażnić, więc nie pytam. Nie wiem kto kim jest, jedynie się domyślam na podstawie opowiadanych przez nich historii rodzinnych. Na przykład Robert mówi, że jego rodzina przed ludbójstwem mudziała wraz ze swoimi krowami uciec do Ugandy – typowa historia Tutsi.

Rwandyjczycy są niebezpieczni

Bo jakby niby inaczej miało być w kraju, w którym każdy albo zabił kogoś by żyć, albo zginął?

Tymczasem jest tak, że zdecydowanie bardziej boję się chodzić po ulicach w dzień w Polsce niż w Rwandzie po zmierzchu. I wcale tu nie przesadzam. Wiele razy opisywałem przyjazność Rwandyjczyków i chęć pomagania. Bardzo, bardzo pozytywni ludzie. Przed przyjazdem mama wszyła mi od wewnętrznej strony spodni ukryte kieszonki na pieniądze. W ogóle z nich nie korzystam.

Po przyjechaniu wymieniłem kilkaset dolarów na franki i od razu porażka: dostałem tak dużo banknotów (objętościowo była to cegłówka), że nie zmieściłbym ich do żadnej kieszeni. Wrzuciłem je więc do plecaka.

Po ulicach chodzę z aparatem w ręku, laptopa zostawiam na widoku. Jak pisałem, nie wierzę by Nyamata byli złodzieje (ale ponoć w Kigali trzeba na siebie czasem uważać).

Gdzie więc ci wszyscy mordercy? Nie żyją, w więzieniach lub uciekli za granicę. Rwanda przez ludobójstwo to baradzo młody kraj. Niemal wszyscy których znam w 1994 roku mieli zaledwie kilka lat i są teraz sierotami. Te ostatnie jest smutne, jak sobie pomyślę, że mając 4 lata sttracili oboje rodziców.

Na pobliskich sawannach pasą się lwy i antylopy

Na pobliskich zawannach nic się nie pasie. Lwy, bawoły, antylopy i żyrafy ponoć są tylko w Parku Akagera (do którego zdradzę, że być może pojadę w najbliższy weekend!).

Od końca września cały czas leje

W Rwandzie są dwie pory deszczowe: wiosną i jesienią. Przy czym ta pierwsza nazywana jest porą deszczów długich, a ta druga – krótkich. I tak jest w istocie. Deszcz pada średnio co półtorej dnia i trwa około piętnastu minut. Przeważnie wieczorami lub w nocy. Deszcze są różne, od cichych i delikatnych, aż po naprawdę superanckie nawałnice, w czasie których nic poza deszczem nie słychać. Raz się zdarzyło, że w czasie szkolenia taki spadł i musieliśmy przerwać zajęcia, bo nawet gdy krzyczałem nikt mnie nie słyszał (duży w tym udział ma fakt, że wszystkie budynki pokryte są falistą blachą na dachach, która działa jak bęben). Deszczom czasem towarzyszą burze, a nawet grad.

Po deszczu rynsztoki są nieco wezbrane wodą, ale krótko. Za to jak pada, to zawsze zalewa nam przez nieszczelne okna telecentrum.

Comments (1) »