Archive for historia rwandy

Artykuł o Rwandzie na Onecie

Dostałem na Naszej Klasie cynk od jednego z czytelników bloga, że na Onecie pojawił się artykuł o Rwandzie. Jest dość krótki, więc polecam wszystkim do przeczytania. Traktuje oczywiście o ludobójstwie i skupia się tym razem na Kigali Memorial Site, które też zresztą odwiedziłem, więc dla części z Was zapewne nie będzie w nim zbyt wiele nowego.

Comments (1) »

6 kwietnia 1994

Dziś mija dokładnie 15 lat od rozpoczęcia ludobójstwa w Rwandzie. Wieczorem 6 kwietnia 1994 roku zestrzelono samolot z rwandyjskim dyktatorem. Wszystkie osoby, które chcą poznać więcej informacji na ten temat, zachęcam do przeczytania (przynajmniej) dwóch moich wpisów na blogu n ten temat.

Długa historia Rwandy w krótkim artykule

Księża w czasach ludobójstwa

Polecam także naprawdę świetny artykuł Wojciech Tochmana w dzisiejszym Dużym Formacie (dodatek do Gazety Wyborczej). Redaktor wspomina co działo się w czasie ludobójstwa w parafii Gikondo. Ja już tą historię znam, bo odwiedziłem i parafię i pracującego tam polskiego misjonarza, ale i tak czytam to naprawdę z wielkim trudem.

Comments (1) »

Druga część opisu wyprawy do Ruhengeri

A kto czytał część pierwszą, ten wie, że chodzi tak naprawdę o wyprawę do wioski – skansenu położonej koło Kinigi (które to z kolei znajduje się właśnie przy rzeczonym w tytule Ruhengeri).

Małe odświeżenie pamięci: wysiedliście właśnie wraz ze mną z ciężarówki i w asyście kierowcy trzymającego nad nami parasol człapiemy razem po rozbryzgującej się błotnej ścieżce w kierunku wskazanym palcem przez miejscowego chłopaka. Zacina naprawdę potężny deszcz.

Wioska składa się z ogrodzonych kilku chat, z których jedna jest wyraźnie największa. Nie było czasu by im się bliżej przyglądać i jak najszybciej wbiegłem w progi tej największej. Tam czekała już na mnie kobieta i powiedziała, że mogę przejść dalej w głąb. Tyle, że muszę najpierw zdjąć obuwie. Dowiedziałem się też, że zwiedzanie zacząłem nietypowo, bo goście do pałacu królewskiego (tym właśnie jest owa największa chata) wchodzą dopiero po wszystkich innych atrakcjach. Ale z uwagi na deszcz mogę od razu poczuć się trochę jak król.

Przyznam, że pałac zrobił na mnie mieszane uczucia: zaczynając od wesołości a kończąc na szczęście na uznaniu. Już dawno Innocent mówił mi, że w Rwandzie są miejsca gdzie mogę zobaczyć pałace królewskie, ale zawsze wyobrażałem to sobie jako budowle co najmniej kamienne. Dlatego gdy pierwszy raz w gazetce w Paula samochodzie ujrzałem jak pałac faktycznie wygląda, uśmiechnąłem się. Niech przyjadą do Europy, wtedy to dopiero zobaczą pałace – pomyślałem.

Chwilę później znów zszedłem na ziemię i przypomniałem sobie, że w końcu przecież jestem w biednej Afryce, gdzie polityka była oparta na niezbyt ludnych plemionach.

Tuż przed wejściem do pałacu znajduje się rodzaj klepiska w kształcie mniej więcej podkowy. W tym miejscu goście króla oczekiwali na niego, gdy mieli jakąś sprawę. Bez zgody bowiem wejść nie można było. Król wtedy niespiesznie wychodził ze środka, któryś z poddanych ustawiał w progu obok słupa podtrzymujący sklepienie „framugi” stołeczek, król siadał i słuchał. Słup podtrzymujący łuk nad wejściem ma swoją nazwę i nieco magiczną funkcję, ale niestety nie pamiętam ani jednego, ani drugiego.

Pałac z zewnątrz jest po prostu okrągły, przypominający mongolskie jurty. W środku natomiast jest okrągły podwójnie. Po wejściu widzimy, że rdzeń pałacu otoczony jest czymś w rodzaju trzcinowego parawanu. To kolejny okrąg. Co prawda na przeciwko wejścia znajduje się w parawanie otwór od samej ziemi, po sam sufit, jednak przewodniczka uprzedziła mnie abym nim nie wchodził. Jest to bowiem jedynie okno, przez które do środkowej części z drzwi ma wpadać światło. Parawanu prawą stroną ominąć się nie da, bo trafimy na kolejny parawan, tym razem łączący wewnętrzny pierścień ściany ze ścianą zewnętrzną pałacu (czy ktoś rozumie o czym ja piszę?).

Należy się zatem udać w stronę lewą gdzie na godzinie dziewiątej (zakładając, że drzwi główne pałacu z magicznym słupem znajdują się na godzinie szóstej) znajdziemy wejście do wewnętrznego pierścienia.

W środku pomiędzy kolejnymi słupami podtrzymującymi dach znajduje się palenisko i delikatnie wydrążone w ziemi liczne miejsca do siedzenia. Jeden ze słupów nazywany jest słupem mówcy i obok niego znajdziemy kolejny stołeczek. Na nim zasiadał król bądź przemawiająca akurat osoba. Znajdujemy się bowiem w odpowiedniku polskiego sejmu. W tym nieco ciasnym pomieszczeniu zasiadali mędrcy i obradowali co począć.

Pamiętacie przepierzenie blokujące nam przejście po prawej stronie? Okazuje się, że cała prawa strona zewnętrznego pierścienia – tak mniej więcej od topograficznej godziny pierwszej do czwartej – zajęta jest przez sypialnie króla. Zaraz za przepierzeniem oddzielającym ją od „sejmu” znajduje się na mniej więcej wysokości pasa bambusowo – trzcinowe łoże wypełniające niemal cały obszar. Na łożu stoi kilka koszy służących za szafki. I oto i cały wystrój komnaty królewskiej.

Mnie jednak najbardziej przypadła do gustu część zewnętrznego pierścienia od godziny dziesiątej aż do komnaty króla (z którą zresztą miała tajemne przejście). W tym bowiem pomieszczeniu, znajdującym się na tyle pałacu lokowane były najpiękniejsze dziewczyny z całej krainy, których zadaniem było śpiewanie królowi. Raz na jakiś czas król pojawiał się w tajemnym przejściu, wskazywał palcem na którąś z dziewcząt, a ta udawała się z nim do komnaty. Przewodniczka niestety twierdzi, że nie wiadomo co się tam działo, bo kto zdradziłby tajemnice królewskiej alkowy, skazałby się na śmierć. Ja to myślę, że król tym dziewczętom plótł warkoczyki.

Podsumujmy: dziedziniec do spotkań z ludem, pomieszczenie na posiedzenia rządu, komnata królewska i dom uciech. A całość w budynku o średnicy około 12 metrów. Polski rząd mógłby się uczyć.

Nawiasem mówiąc wyobraziłem sobie relację ze spotkania prezydenta Lecha Kaczyńskiego przyjmującego z całą powagą chwili i urzędu premiera Donalda Tuska w takim pałacu królewskim.

Z deszczem w Rwandzie jest tak, że jakby nie zacinał, jak zimny i walący wielkimi kroplami by nie był, to zaczyna się nagle i tak samo nagle się kończy. Po tej krótkiej wizycie w pałacu, wyszliśmy z powrotem na – tym razem słoneczny – dziedziniec.

Tam już czekały na mnie służby medyczne w postaci siwego starca i jego syna. Na stoliku przed nimi znajdowało się sporo ziół i różnych korzeni. Pokazali mi co do czego służy i jak się przyrządza. I tak oto poznałem świetne lekarstwo na zatrucia pokarmowe, tak niedobre ponoć w smaku, że w pół godziny po wypiciu pacjent zwracał całą zawartość żołądka. Poznałem – tylko teoretycznie – zioło zwiększające „męskość”, cokolwiek to znaczy. I kawał drąga, z którego przed bitwą czy podróżą, należało uszczknąć kawałek i trzymać cały czas w ustach. Miało to zapewniać pomyślność.

Niestety na ból zębów nie mieli nic co by mnie interesowało. Znachor już się szykował do rwania, ale zasugerowałem mu, że pytam nie swoim, a kolegi imieniu.

Pierwszy raz też zmełłem mąkę. Na jednym wielkim kamieniu należy rozsypać ziarna i kamieniem mniejszym rozcierać je aż na proszek. Całkiem proste.

Potem była prezentacja jak się strzela z łuku. Sam też spróbowałem swoich sił, ale niestety z marnym efektem. W sterczącą z ziemi grubą łodygę udało mi się trafić dopiero za szóstym razem.

I część artystyczna, bardzo rozbudowana. Zaczęło się od wspólnego walenia w bębny, po którym kazano mi zasiąść na ławie i poczuć się znów jak król. Gdy tylko to zrobiłem w akompaniamencie śpiewów, krzyków i bębnienia zza ogrodzenia wbiegli wojownicy tańczący i prezentujący swoje wojenne umiejętności przed królem (którym byłem ja). Taniec ten nazywany jest intore. Potem do nich dołączyły także dziewczyny pląsające nieco jak hawajki. Całość początkowo krępowała mnie, ale szał ludzi był tak duży, że się w końcu rozbawiłem. Przyznam, że król mimo braku telewizji i internetu miał klawe życie. Po takim tańcu należało aby król ofiarował tancerzom jedną ze swoich krów. Krów nie miałem, więc musiały im wystarczyć tylko moje oklaski. Ale było naprawdę fajnie.

Tak wygląda pałac królewski od środka. Stoimy w zewnęytrznym jego pierścieniu. W tle parawan zasłaniający salę obrad.

Tak wygląda pałac królewski od środka. Stoimy w zewnęytrznym jego pierścieniu. W tle parawan zasłaniający salę obrad.

A oto i sama sala obrad. W tle za przewodniczką widać drzwi do komnaty królewskiej.

A oto i sama sala obrad. W tle za przewodniczką widać drzwi do komnaty królewskiej.

Szaman i jego syn przentują mi stan miejscowej apteki

Szaman i jego syn przentują mi stan miejscowej apteki

Potem wziąłem się za wyrób mąki

Potem wziąłem się za wyrób mąki

Strzelanie z łuku do łodygi.

Strzelanie z łuku do łodygi.

Zadzwoń do mamy...

Zadzwoń do mamy...

Panowie przygotowują się do akompaniowania pokazowi tańca. W tle po prawej widać wchodzących już tancerzy

Panowie przygotowują się do akompaniowania pokazowi tańca. W tle po prawej widać wchodzących już tancerzy

Dzikie tańce

Dzikie tańce

web_dscn50701web_dscn5071web_dscn5075

Przy okazji polecam przyglądać się niesamowitemu tłu co niektórych zdjęć

Przy okazji polecam przyglądać się tłu co niektórych zdjęć

W miedzy czasie do tańca dołączały dzieci i kobiety. Fajnie było

W miedzy czasie do tańca dołączały dzieci i kobiety. Fajnie było

web_dscn5104web_dscn5087web_dscn5090web_dscn5097web_dscn5101

No i pa pa

No i pa pa

Jeszcze trochę samego tła

Jeszcze trochę samego tła

web_dscn5112

2 Komentarze »

Dzień off

Dzień off Nyamata i co za tym idzie, dzień off internet. Właśnie wróciłem i widzę w skrzynce na maile około 50 wiadomości. Odpowiem Wam jutro (po tytułach widzę, że chodzi o zbiórkę).

Na razie jestem wykończony. Znów przejechałem cały kraj w dwie strony (tym razem trzymając się raczej południków). Na siedem samochodów, którymi jechałem, cztery miały mniejsze lub większe wypadki. Szczegóły niedługo na blogu.

A gdzie byłem? Na razie tajemnica, bo nie chcę psuć konkursu. Reanimuję spontanicznie konkurs pocztówkowy. Tym razem wszyscy – stali czytelnicy i nowi – mają równe szanse, bo na blogu odpowiedzi nie znajdziecie. Pytanie: Co jest na poniższym zdjęciu?

Wygrywa osoba, która w komentarzu pod tym wpisem jako pierwsza zmieści jak najpełniejszą odpowiedź i w polu na email poda prawdziwy adres. Chodzi mi o budowlę, a nie ludzi 🙂

Jak najpełniejszą oznacza, że nawet jak już są jakieś odpowiedzi, możesz  próbować opisać to coś dokładniej i być może wygrasz. Choć tak naprawdę czekam na pewne dwa magiczne słowa. Jak już padną, osoba wygrywa. Jeśli słowa nie padną, wybiorę inną, odpowiedź, która będzie najdokładniejsza.  Zagmatwałem, ale może się uda potem nie być przez Was oskarżonym, że specjalnie mieszam.

Do wygrania pocztówka wysłana z Rwandy. Adres wysyłki ustalimy na maila ze zwycięzcą.

11 Komentarzy »

Długa historia Rwandy w krótkim artykule

Kigali Memorial Site opowiada nie tylko o ludobójstwie, ale i historii Rwandy prowadzącej do niego

Kigali Memorial Site opowiada nie tylko o ludobójstwie, ale i historii Rwandy prowadzącej do niego

Przeglądam Wasze komentarze pod moimi ostatnimi wpisami skoncentrowanymi na ludobójstwie i zauważam, że nie znacie historii tego kraju i nie do końca wiecie czym było ludobójstwo. Te ostatnie mniej więcej już zarysowałem, ale winien jestem Wam pełniejszego jego obrazu jak i przynajmniej streszczenia zamierzchłych dziejów tego kraju (jak i tych bliższych). No więc postaram się teraz Wam wypełnić tą lukę.

Najpierw wyjaśnienia formalne.

Nigdy nie lubiłem historii. Szczerze mówiąc zdarzało mi się na jej lekcjach zasnąć (zalety siedzenia w ostatniej ławce i pewnego dealu z nauczycielem historii – moje lenistwo odpracowywałem czasem w czasie lekcji porządkując zaplecze sali). Dlatego też nie będę ukrywał, że doświadczenie w pisaniu tekstów historycznych mam takie jak Donald Tusk w podejmowaniu niewygodnych dla niego decyzji politycznych, czyli żadne. Ale podobnie jak Donald postaram się uczynić z tego atut, przez który polubicie moją kulawą pisaninę. Będę pomijał daty, nazwiska i inne pamięciowe szczegóły gdzie tylko mi się to uda. Co więcej, będę się Wam bez zażenowania przyznawał jak czegoś nie wiem.

Druga kwestia jest taka, że jak ktoś czytał „Heban” R. Kapuścińskiego, to może sobie mój artykuł odpuścić, bo historia Rwandy została tam dobrze opisana. Jednak jako, że zależy mi na czytelnikach, dodam, że dorzucę też coś więcej. Wiedzę czerpię nie tylko z Kapuścińskiego, ale i z: rozmów z ludźmi, wspomnianej już książki Rwanda. Death, Despair and Defiance, wszelkiej innej czytaniny jaka mi wpadła w ręce oraz z wczoraj odwiedzonego Kigali Memorial Site. Na szczęście wszystkie wymienione źródła są spójne ze sobą, więc będzie mi łatwo pisać, a Wam zapewne łatwo czytać bez zastanawiania się która z wizji historycznych na jakie trafiłem jest prawdziwa: wszystkie są takie same.

Dosyć tego wstępu. Zaczynamy. I postarajmy się skupić choć nieco i spoważnieć: jakby nie było właśnie zaczynam pisanie, a Ty Czytelniku zaczynasz lekturę historii narodu, która skończyła się największym ludobójstwem w historii świata. Przynajmniej największym mi znanym, a starałem się znaleźć coś większego,  bardziej masowego, ale bezskutecznie. Najlepiej nam znane ludobójstwo to zagłada Żydów i innych nacji w Oświęcimu i Brzezińce. Wszyscy kojarzymy to miejsce z największą zbrodnią w historii drugiej wojny światowej, praktycznie  taśmowym, systematycznym i zorganizowanym zabijaniem. W obozie tym zginęło około milion trzysta tysięcy ludzi w ciągu pięciu lat. Okropne i niemożliwe do wyobrażenia.

W Rwandzie zginęło około miliona ludzi. W sto dni.

Zobacz jak do tego doszło.

Czasy przedkolonialne

Trudno jest zbadać dokładnie nie spisaną historię narodu położonego w samym sercu wielkiego kontynentu, jednak historykom mniej więcej to się udało. Jest wiele nieznanych jej momentów, ale wszyscy badacze zgadzają się, że pierwszymi mieszkańcami tego górzystego obszaru, którzy utworzyli cywilizację były plemiona zbieracko – łowieckie. Tak było już mniej więcej od 800 roku naszej ery. Wraz  z mijającymi wiekami na obszarze tym pojawiały się kolejne ludy, jednak przeważa opinia, że nigdy nie dochodziło tutaj do wojen o terytorium. Kolejne grupy etniczne przenikały już istniejące i mniej lub bardziej się z nimi integrowały. Pojawiły się plemiona wyrabiające rękodzieła, pojawiły się ludy hodujące zwierzynę. Jako, że każde z tych plemion wypełniało jakąś „niszę rynkową” nie  zagospodarowaną przez inne, naturalne było, że podstawowe relacje jakie między nimi się wykształciły to nie konflikt o terytorium i zasoby, a zwykłe układy ekonomiczne. Klient i dostawca.

Z biegiem czasu zaczynało to być coraz bardziej usystematyzowane, jednak zawsze jednak płynne. Pojawiły się pojęcia Tutsi, Hutu i Twa, teraz nazywane mylnie plemionami.

Tutsi w tutejszym rozumieniu to posiadacz dóbr, w głównej mierze dobrem takim były krowy. Każdy kto je posiadał, mógł nazwać się i był nazywany przez innych Tutsi. Krowy ze sobą przyprowadziły ludy napływające z północy i to oni zostali nazwani Tutsi, jednak w żadnym wypadku określenie to nie było dla nich zarezerwowane na stałe. Jeśli utraciłeś lub sprzedałeś krowy, z biegiem czasu przestawano utożsamiać cię z terminem Tutsi. I w drugą stronę, jeśli się wzbogaciłeś, kupiłeś sobie trzodkę – awansowałeś do elitarnego klubu Tutsi. Dobrym sposobem było też oczywiście wżenienie się w tą bogatszą warstwę.

Posiadanie wielu krów dawało też możliwość zarobienia w inny sposób. Swoista usługa Rent a cow. Tutsi zaczęli swoje krowy wypożyczać innym, tym którzy ich nie mieli. Dawali im z zastrzeżeniem, że zawierana jest między stronami umowa: wypożyczam ci krowę, hoduj ją i bierz z niej mleko. Pamiętaj jednak, że jest ona nadal moja i mogę w każdej chwili ci ją zabrać. Jeśli chcesz ją zabić na mięso – przyjdź, a porozmawiamy o tym. Tymczasem za wypożyczenie należy mi się opłata w postaci pieniędzy lub opieki nad moim obejściem. Z drugiej strony jak będzie jakaś wojna, nic się nie bój – ja cię obronię.

Ci którzy nie spali na lekcjach historii pewnie właśnie coś skojarzyli. Otóż to, w Europie też to mieliśmy, a nazywało się feudalizm. Senior przekazywał wasalowi lenno w postaci posiadłości, a ten zobowiązywał się mu płacić i służyć. Tutaj jednak senior nosił nazwę Tutsi, a wasal to właśnie Hutu. Hutu w tutejszym języku oznaczało nie mniej ni więcej „klient”. Żadnych innych konotacji plemiennych. Tutsi posiadali i się byczyli, a pracowali na ich majątek ich klienci czyli Hutu.

Wspomnę jeszcze o trzeciej grupie, zawsze jakoś przemilczanej, może dlatego, że nie miała większego znaczenia w ludobójstwie i nie była nigdy liczna. To ludzie Twa czyli wszyscy ci co nie posiadali krów, ale też ich nie wynajmowali by mieć pożywienie. Zamiast tego od dawien dawna produkowali na przykład garnki i kosze, które potem sprzedawali dla Hutu i Tutsi by mieli w czym sobie te swoje dobra trzymać. I za zarobione pieniądze sami sobie kupowali jedzenie.

Wikipedia

Tak zapewne wyglądały imprezki w Rwandzie kilkaset lat temu. Źródło: Wikipedia

Oczywiście tam gdzie pojawiają się podziały na tych co mają i tych co nie mają, pojawia się także zawiść tych biedniejszych wobec bogatszych. Tak jest wszędzie, przypomnijmy sobie choćby przedwojennych Żydów, do których przecież należały wszystkie kamienice przy co bogatszych drogach. Niby nikomu ich nie ukradli, ale niesmak jakiś odruchowo się ma. To jednak nie sprawia od razu, że całe ludy obracają się przeciwko tym, którzy mają i wybijają je w pień. Tutsi i Hutu w tym układzie przetrwali bez  konfliktów tysiąc lat, tak samo mniej więcej trwała Europa wobec wcześniej feudalizmu, potem Żydów. Do ludobójstwa potrzebny jest detonator podsycający nienawiść jednych wobec drugich. W Europie był to Hitler. W Rwandzie byli to… Europejczycy.

Kolonializm

Pierwsi kolonizatorzy pojawili się chyba w 1870 roku. Byli to Niemcy i dostało im się po tyłku. Rwandyjczycy powiedzieli, że nie dadzą sobie w kasze dmuchać i jak jeden mąż ramię w ramię stanęli do walki przeciw najeźdźcom, którą wygrali.

Niestety triumf nie trwał długo, bo Niemcy po piętnastu latach wrócili i tym razem zwyciężyli. Wspomnę od razu, że w czasie pierwszej wojny światowej Rwanda została przez Niemców dość gładko oddana w posiadanie Belgii. Wspominam od razu, bo nie będę rozgraniczał tych dwóch kolonializmów, ich polityka w znacznej mierze w kwestii Afryki i Rwandy była taka sama.

Kraj, który zastali nie był jednak łatwy do rządzenia. Przede wszystkim Rwanda w momencie przybycia kolonizatorów podzielona była na 18 plemion czy kast (w zależności od terminologii). Trudno się było połapać kto jest kim, kto się stawia, a kto nie i trzymać w jako takich ryzach tak dużą grupę odmiennych nacji. Szybko jednak zauważono, że wspólne dla nich wszystkich jest wykształcenie hierarchii społeczno-ekonomicznej Tutsi – Hutu – Twa. Podział na trzy był już łatwiejszy.

Z pomocą przyszedł najnowszy hit myśli filozoficzno – biologicznej jakim była teoria ras. Hitler bez żenady w Europie informował wszystkich, że Niemcy to nadludzie, a Niemcy, a potem Belgowie bez żenady w Rwandzie informowali, że Tutsi to nie warstwa społeczna, a rasa i to lepsza od pozostałych. Katoliccy i protestanccy misjonarze dopatrzyli się nawet w nich biblijnego zaginionego ludu Chama, który wyszedł z Jerozolimy i jak poszedł do Afryki tak już nigdy z niej nie wrócił. A tu Eureka! Chamici odnaleźli się w samym sercu Afryki.

Tutsi może i byli na początku nieco zdziwieni, że nagle okazali się z dnia na dzień być nie tylko nie-Afrykańczykami, ale na dodatek rodem biblijnym. Do tej pory modlili się do słońca, ognia i wiatru, ale nic nie stoi na przeszkodzie by modlić się do kogoś czy czegoś innego. Zwłaszcza, że wraz z nazwaniem ich lokalnymi nadludźmi otrzymali od kolonizatorów uprzywilejowaną rolę. Pojawiły się dobre, ciepłe posadki w urzędach centralnych i co równie ważne zatrzymali swoje krowy.

Co może jeszcze bardziej ważne od tej pory pozycja Tutsi została im dana niemal dożywotnio. Utrata krów nie powodowała degradacji do Hutu, a Hutu nie było już tak łatwo stać się Tutsi (jednak takie roszady były nadal możliwe, choć już nie odbywało się to płynnie). Niemcy czy też już Belgowie rozdali wszystkim dowody osobiste, w których było napisane czy jesteś Tutsi, Hutu czy Twa. Jako, że szczerze mówiąc sami Rwandyjczycy nie do końca orientowali się kto jest kto, bo definicja ta była przecież bardzo płynna (a Ty Czytelniku? Jesteś klientem czy usługodawcą?), kolonizatorzy decyzję postanowili im uprościć. Jeśli masz dziesięć krów lub więcej, w dowodzie będziesz mieć wpisane, że jesteś Tutsi. Jeśli masz mniej, jesteś Hutu (lub Twa).

I od tej pory się zaczęło. Hutu i Twa byli zwykłymi robotnikami, plebsem i pospólstwem. Natomiast Tutsi utworzyli rząd marionetkowy sterowany de facto przez kolonizatorów, swoimi krewnymi i znajomymi obsadzili wszystkie istotne urzędy, szkoły i inne instytucje. W porządkowaniu tego osiemnastoplemiennego nieładu bardzo dobrze pomagali im kolonizatorzy i misjonarze. Utworzono przykościelne szkoły z podziałem na klasy dla Tutsi oraz na klasy dla Hutu (i zawsze ujmowanych co najwyżej w nawiasie Twa). Ważnym tematem nauczania było jak wyjątkowym ludem jest plemię Tutsi (właśnie pojawiła się po tysiącu latach istnienia Rwandy definicja Tutsi jako plemienia, a nie warstwy społecznej) i z tego też powodu jak ważne jest służenie i słuchanie się ich ze strony podludzi jakimi byli Hutu (i – znów w nawiasie – Twa). Dopilnowywano aby definicje te i role zostały zakorzenione jak najgłębiej w ich świadomości. Podziałało doskonale: ludzie którzy żyli niemal od zawsze razem uwierzyli białemu człowiekowi, że tak naprawdę są sobie zupełnie obcy.

Kolonizatorzy byli oczywiście z siebie niezmiernie zadowoleni. Pal licho prawdę, ważne, że kłamstwo działało. Nikt już nie chciał się pozbyć kolonizatorów, bo ci którzy się liczyli w tym kraju dostali lepsze posady i w zamian usłużnie tłumili jakiekolwiek próby buntu. Buntów jednak prawdę mówiąc nie było, bo Hutu zdawali sobie sprawę, że nie do końca wiadomo przeciw komu się buntować. Czy przeciw kolonizatorom i narazić się na gniew urzędników Tutsi, czy przeciw Tutsi i narazić się na zbrojne uspokojenie ze strony kolonizatorów?

Scena z filmu z Kigali Memorial Site: stary czarno-biały film, na którym biali ludzie mierzą obwód czaszki murzynom, długość ich nosów, rozstaw i kolor oczu. Widziałem takie coś już wcześniej tyle, że z Żydami i niemieckimi lekarzami.

Nieoczekiwana zamiana miejsc

Po drugiej wojnie światowej przez Afrykę przelała się fala emancypacji. Kolejne podbite narody domagały się niepodległości od kolonizatorów i z lepszym lub gorszym skutkiem próbowały się wyswobodzić.

I tak też stało się w Rwandzie. Tutsi przypomnieli sobie, że Rwanda od wieków była krajem Rwandyjczyków zażądali aby Belgowie, delikatnie mówiąc, sobie poszli.

Oczywiście Belgom pomysł powrotu do Belgii się nie spodobał i zanim jeszcze Tutsi zdążyliby skrzyknąć się ze swoimi giermkami – Hutu, bardzo szybko doprowadzili do przewrotu. W 1959 roku doszło do pierwszej wojny pomiędzy Tutsi i Hutu, podsycanej przez Belgów dopingujących tym razem „plemieniu” Hutu. Zwycięsko z walk wyszli oczywiście wspierani Hutu, którzy utworzyli teraz nowy rząd i obalili były, jednak Belgowie widząc nieustępliwość swoich dawnych podwykonawczych Tutsi zaczęli coraz bardziej przeciwstawiać sobie obie grupy, doprowadzając do sytuacji ekstremalnych. W niepamięć poszła dawna teoria o wyjątkowości Tutsi i teraz Belgowie co rusz przypominali Hutu jak bardzo przez Tutsi byli uciskani i sugerowali wzięcie odwetu na nich za tamte czasy. Tutsi cały czas nie ustępowali domagając się zarówno przywrócenia dawnej pozycji jak i nadal niepodległości dla kraju. Hutu na niepodległości nie zależało, więc byli teraz idealnym narzędziem wykonawczym kolonialnej polityki. Rozpoczęły się czystki na ludności Tutsi przeradzające się w masakry i wypędzenia z kraju. Inny czarno-biały film w Kigali pokazuje tłum ludzi przewracających na ziemię mężczyznę i skaczących po nim. Było to Belgom bardzo na rękę, bo wystraszeni Tutsi zaczęli masowo emigrować do sąsiednich krajów, w tym głównie do położonej na północy Ugandy. Wyemigrowało kilkaset tysięcy ludzi, którzy co raz próbowali zbrojnie wrócić do kraju. Kończyło się to jednak zawsze kilkoma tysiącami ofiar z rąk wspieranych przez Belgów Hutu.

W latach ’60 dwudziestego wieku Belgowie opuścili Rwandę, ale sytuacja się w żaden sposób się nie zmieniła. U władzy ciągle byli Hutu podczas gdy większość Tutsi, zwłaszcza tych z ważniejszymi niegdyś funkcjami przebywała na emigracji i wielokrotnie próbowała się zbrojnie zorganizować by wrócić do swojego kraju. Hutu wiedzieli o tym i cały czas podsycali nienawiść rodaków wobec dawnych „panów”. Dzięki temu każde kolejne wkroczenie Tutsi do kraju kończyło się dla nich śmiercią. W efekcie ci, którzy wcześniej odważyli się nie wyemigrować teraz w realnej obawie o życie uciekali z kraju. Rwanda stawała się coraz bardziej krajem tylko nienawistnych Hutu. Do lat dziewięćdziesiątych.

Pojawia się Francja

W 1990 do Rwandy wracają Tutsi, silni jak nigdy dotąd, zorganizowani w Rwandyjski Front Patriotyczny (FPR) ze stojącym na ich czele Paulem Kagame. Od strony Ugandy brną przez cały kraj ku Kigali – stolicy kraju i jest już niemal pewne, że uda im sie ją odzyskać. Dyktator Hubyarimana jest realnie wystraszony, bo widzi, jak Tutsi są silni i że jego żołnierze Hutu na pewno ataku nie odeprą. Co tu robić?

Okazuje się, że wystarczy telefon do Mitteranda, ówczesnego prezydenta Francji, a ten popełnia chyba swój największy w życiu błąd. Nie wiedzieć czemu (plotki mówią, że Francja już od lat sprzedaje mordującemu od dawna wrogów politycznych reżimowi broń, ale to tylko plotki; Kapuściński pisze, że to przez chore ambicje dominowania w krajach frankofonicznych, zwłaszcza, że inwazja Tutsi natarła z posługującej się językiem angielskim Ugandy) prezydent Francji zgadza się wysłać na pomoc Legię Cudzoziemską. Pomoc wysyła dla potępianego przez cały świat dyktatora, który zamordował do tej pory dziesiątki tysięcy ludzi, a około miliona wypędził z kraju.

Atak FPR zostaje zatrzymany na przedpolu Kigali. Bardzo szybko ONZ ustanawia misję stabilizacyjną w tym kraju (UNAMIR), co doprowadza do bardzo znów niebezpiecznej sytuacji. W jednym kraju zostają zatrzymane równocześnie bardzo liczne, nienawidzące się może od dość niedawna, ale jednak bardzo szczerze grupy etniczne. Krajem nadal rządzi chory z nienawiści do Tutsi dyktator z warstwy Hutu, jednak pod okiem UNAMIR-u nie może jawnie ich wygonić.

Rozpoczyna się wielka fala propagandy anty-Tutsi, w której główny prym wiodą rządowe radio i telewizja (RTLM) oraz główny, także rządowy dziennik Kangur. To one promują termin Inyenzi – karaluchy. Tutsi są jak karaluchy, które wdarły się do domu jakim jest Rwanda i nie chcą się z niego wynieść, ale kiedyś przyjdzie taki dzień, w którym pasożyty zostaną wytępione. Satyryczny obrazek w Kangurze przedstawia leżącego na łóżku mężczyznę mówiącego do człowieka nad nim: „Jestem bardzo chory, panie doktorze”. „Co panu jest?” pyta lekarz. Mężczyzna odpowiada: „Tutsi, panie doktorze. Jestem Tutsi…”.

W propagandzie pomaga od lat goszcząca na salonach politycznych dyktatora władza kościelna. Biskupi i arcybiskup będący w ścisłym związku z rządem i rządzącą partią PARMEHUTU dają zielone światło podległym sobie parafiom na szerzenie nienawiści, sami wielokrotnie wypowiadając radykalne słowa skierowane przeciw Tutsi.

Francji w żaden sposób nie przeszkadza to jednak dozbrajać wojska rządowe Hutu, choć o przygotowaniach do masowych morderstw mówi się już coraz głośniej. Dochodzi do powszechnego spisu ludności, który niedługo ma się okazać listą ludzi do wymordowania. Co więcej armia francuska trenuje i pomaga zorganizować na wpół partyzanckie oddziały ludności o nazwie Interahamwe, choć ani przez moment nie ma cienia wątpliwości, że celem tych oddziałów jest walka z Tutsi.

Słowa „ostateczna eksterminacja” zaczynają padać coraz częściej i ludobójstwo staje się coraz bardziej realne. Wszystkiemu przygląda się misja stabilizacyjna UNAMIR i dzięki wewnątrz rządowemu wywiadowi dowodzący nią generał Dellare jest już pewien co się szykuje.

Na początku 1994 roku, na trzy miesiące przed ludobójstwem tajny agent o pseudonimie „Jean Pierre” donosi do kwatery głównej ONZ o wojskowej mobilizacji oddziałów Hutu mających wkrótce rozpocząć zbrojne powstanie przeciw Tutsi.

Na kilka tygodni prze ludobójstwem generał Romeo Dellare potwierdza doniesienia meldując do ONZ o bardzo niebezpiecznej sytuacji i wyraża przekonanie, że atak uzbrojonych Hutu na ludność cywilną Tutsi jest stuprocentowo pewny. Media rządowe mówią enigmatycznie, że niedługo stanie się „coś wielkiego”, wywiad UNAMIR wie, że mają nastąpić masowe morderstwa.

Generał Dellare prosi ONZ o zgodę na zbrojną interwencję UNAMIR w celu zapewnienia ochrony ludności cywilnej.

Z Nowego Jorku przychodzi depesza: „Nic nie robić aż do otrzymania kolejnych instrukcji”.

Podpisane: Kofi Annan.

6 kwietnia 1994 zostaje zestrzelony samolot z prezydentem – dyktatorem Habyarimaną, a propagandowe radio rządowe nadaje odezwę do wszystkich Hutu informującą o rozpoczęciu ludobójstwa. Do lipca tego samego roku zginie około miliona ludzi.

Zaraz po rozpoczęciu ludobójstwa pierwszym krokiem ONZ jest wycofanie wszystkich żołnierzy UNAMIR z terytorium Rwandy.

Od tej pory ludność cywilna Tutsi nie ma praktycznie żadnej ochrony i miejsca do ukrycia. Śmierć pozostaje tylko kwestią czasu.


16 Komentarzy »