Pierwszy dzień zakupów

Juhu! Pieniądze dotarły! Co prawda nie bez problemów, ale udało mi się je wyciągnąć z Western Union. Udało się też zrobić pierwsze zakupy, co pokazało mi jakie fajne jest targowanie.

Dlaczego tak naprawdę jesteśmy w Kigali, Roberta uświadomiłem dopiero tuż przed wejściem do pierwszego oddziału WU. Zrobił zdziwione oczy gdy zacząłem mu wyjaśniać całą intrygę i na początku nie za bardzo do niego dotarło jak wiele tak naprawdę mamy odebrać pieniędzy, a potem je wydać. Dopiero gdy przeliczyłem mu dolary na franki i powiedziałem, że będzie to ponad milion, omal nie zahaczył szczęką o chodnik.

Musiał trochę poczekać aby zobaczyć, że nie kłamię. W pierwszym WU, które odwiedziliśmy akurat nie było łączności z siecią. Kobieta powiedziała, żebyśmy udali się do Ecobank, gdzie także jest oddział. To tylko po drugiej stronie ulicy.

Pracownik WU w Ecobank to całkiem niezły dowcipniś. „Mwaramutsehe” – „Mwaramutsehe”, wymieniliśmy się pozdrowieniami, wziąłem dwa formularze i zacząłem wypełniać. Dwa, przelewy są dwa: jeden wielki z Polski i drugi mniejszy, ale nadal ważny z UK. Wypełniłem te wszystkie rubryczki dwa razy, podszedłem znów do pracownika, a on mi odpowiedział, że w sobotę jest nieczynne. Polecił aby pójść do kolejnego banku, może tam się uda.

W kolejnym banku (nie pamiętam nazwy, bo choć gmach wielki i błyszczący to odpadły litery z nazwy banku) poszło już właściwie bez problemu. Pieniędzy nie było o dziwo wcale tak dużo. To znaczy to faktycznie był milion franków z kawałkiem (ponad 100 tysięcy, jestem teraz nieźle zmęczony, więc będę generalizował, nie mam siły zaglądać do papierów i sprawdzać) w ponad 230 banknotach po 5000, ale dostałem w takich fajnych, bankowych banderolach, dość ściśnięte. Do kieszeni się nie zmieści, ale spodziewałem się większej góry pieniędzy.

Następny etap to księgarnia koło banków. Obejrzałem podręczniki do informatyki, obejrzałem podręczniki do angielskiego, obejrzałem zabawki. Obejrzałem, bo przed zakupem chciałem dowiedzieć się ile tak naprawdę będzie kosztował rzutnik i jego otoczenie.

Po oględzinach poszliśmy z Robertem na śniadanie do Bourbon Cafe obok sklepu Nakumat (taki tutejszy jakby Carrefour). Kawa i śniadanie swoimi cenami boleśnie przypomniały mi, że już niedługo będę w Polsce. Ale bez obaw: nie wydałem na ten cel pieniędzy ze zbiórki na prezenty.

Poranna kawa

Poranna kawa

Wchodzimy do Nakumatu, a nóż jest tu do kupienia rzutnik. Rzutnika nie ma, ale łamię postanowienie z czekaniem na wydawanie pieniędzy do momentu sprawdzenia ceny rzutnika i robię pierwsze zakupy. Kilka kolorowanek dla dzieci, książeczki do nauki języka angielskiego i udajemy się na stanowisko techniczne, że kupuję dwa śrubokręty, zestaw kluczy we wszystkich rozmiarach, kombinerki, młotek z wyciągarką do gwoździ, piłę, nożyce do cięcia blachy i wygląda na to, że Samuel ma już komplet podarunków. Dodatkowo znajduję tanią piłkę dla dzieci. Całość zakupów jeśli dobrze pamiętam to 37000 FRW (około 70 USD). Obejrzałem też bez kupowania kilka innych ciekawych przedmiotów. Ale czas iść szukać rzutnika.

Z nim będzie największy problem, bo okazuje się, że wyczerpie całą rezerwę przeznaczoną na niego. W pierwszym sklepie usłyszeliśmy za jeden z modeli Sony kwotę 800000 FRW (1600 USD). Dokładnie tyle, ile planowałem odłożyć na nie tylko rzutnik, ale i UPS, przedłużacze, myszki i całą resztę. Zaczęliśmy więc negocjować cenę, co nie było łatwe. W Rwandzie jest tak, że jak o cenę pyta biały, to zawsze dostanie z nawiązką, więc trzeba negocjować. Mówię, że kupuję to nie dla siebie, a do zostawienia w Rwandzie i że w tej cenie na pewno nie kupię. Odpowiedział, że to naprawdę tak drogo kosztuje i może spuścić jedynie o jakieś 40000. No nic, mówię, że zobaczymy i póki co rozejrzymy się po innych sklepach.

Do kolejnego sklepu wchodzi już tylko sam Robert. Ja zostałem na zewnątrz, żeby nie prowokować zbyt dużego narzutu. Może jak zapyta Rwandyjczyk cena będzie niższa.

I albo Robert wygląda jak muzungu, albo nie wiem co, bo wyszedł i powiedział, że tu rzutnik kosztuje 1,5 miliona i w ogóle nie było opcji negocjacji. Kurcze, poszliśmy się do trzeciego, w którym było już nieco lepiej.

Tak wygląda wejście do najdroższego sklepu komputerowego

Tak wygląda wejście do najdroższego sklepu komputerowego

Na początek za te samo Sony usłyszeliśmy kolejny raz cenę 800 tys, ale negocjacje były całkiem przyjemne i nawet owocne. Sprzedawca całkiem szczerze i uczciwie wytłumaczył skąd taka cena. Nawet sam przyznał, że w Europie jest to o wiele wiele tańsze, ale nie da się sprowadzić tego i sprzedawać w takiej samej cenie w Rwandzie. Po pierwsze koszt transportu, po drugie 30% cło i po trzecie – co uczciwie przyznał – oczywiście nakłada też swoją marżę. Pośmialiśmy się, poprzekamarzaliśmy i ostatecznie udało się w cenie około 790 tys upchnąć jeszcze za darmo UPS (który kosztuje ponad 100 tys). No to już całkiem nieźle (choć oczywiście nadal drożej niż się tak naprawdę spodziewałem; ale w tym kraju nawet najtańsza myszka z polskiego hipermarketu kosztuje ponad 30 złotych). Postanowiłem się, aby Paul uczestniczył w tym wydatku kwotą 150 tys i jeśli się zgodzi, w poniedziałek wracamy na zakupy.

Gdy już stało się wiadome ile mamy na inne wydatki (niecałe 350 tysięcy jeśli Paul się nie dorzuci do rzutnika i niecałe 500tys, jeśli się dorzuci) wróciliśmy do pierwszej księgarni. Kupiłem tam kilka kolejnych książek do angielskiego na różnym poziomie (od obrazkowo – słownych dla dzieci do normalnych dla młodzieży), kupiłem zabawki (dwa razy plastikowe małe tablice z rysikiem, zegarkiem, liczydłem, alfabetem oraz kilka innych, drewnianych układanek, wymagających nieco myślenia, aby je ułożyć porządnie). Wydałem na to kolejne 37 tys. Niestety nie kupiłem nic komputerowego. Najbardziej aktualny był wielki segregator zawierający wpięte kolejne rozdziały, zapewne zebrane przez kogoś starannie z jakiejś zachodniej gazety, dotyczący Windows 2000, wszystkich programów z pakietu MS Office, internetu i innych istotnych komputerowych zagadnień. Ponad tysiąc stron, ale niestety w cenie 95 tys FRW (prawie 200 USD). Kobieta nie zgodziła się na targowanie, bo nie jest właścicielem księgarni. Zatem powiedziałem, że niech przez niedzielę porozmawia z szefem, a w poniedziałek, jeśli cena spadnie to kupimy.

W kolejnym małym sklepiku wypatrzyliśmy piłki nożne. Ładne, skórzane, zszywane. Robert sam zaproponował, że będzie udawał, że kupuje ją dla siebie. Dzięki temu cena z 10 tysięcy spadła do sześciu (11 USD). To chyba nie dużo jak za piłkę, ale przyznam, że nie wiem ile taka kosztuje w Polsce. Jak zostaną pieniądze, wrócę po jeszcze jedną.

Robert kupuje piłkę, a ja jakby co, to niby nic.

Robert kupuje piłkę, a ja jakby co, to niby nic.

Jest problem ze zdjęciami (po które oficjalnie Robert pojechał ze mną do Kigali). W pierwszym zakładzie foto dziewczyna nie chciała podłączyć mojej pamięci pendrive w obawie o wirusy. Powiedziała, że jak coś, to tylko na karcie pamięci z aparatu. Ehh, trzeba będzie wykorzystać jej niewiedzę – z karty może się zarazić wirusem równie szybko jak z pamięci na USB – wrócić jeszcze raz. Kolejny zakład, choć prowadziły do niego wielkie szyldy okazał się malutką kanciapką, gdzie zdjęcia wywołać można tylko z kliszy, a w kolejnym, może i można podłączyć pamięć i zgrać zdjęcia, ale wywołanie każdego z nich kosztuje 500 FRW (w pierwszym lokalu: 80).

Wielkie szyldy dorpowadziły do tego małego lokalu. Ale rysunek bardzo ładny

Wielkie szyldy dorpowadziły do tego małego lokalu. Ale rysunek bardzo ładny

To już miał być koniec zakupów i pobytu w Kigali, ale Robert skojarzył, że jeśli teraz wsiądziemy w bus do Nyamata, na pewno nie zdąży na mecz Arsenal kontra Menchester i zaproponował abyśmy zostali w jakimś barze i wrócili po meczu. Nie lubię piłki nożnej, ale że poświecił mi cały dzień (wyjechaliśmy o 8 rano, a była już 14), zgodziłem się. W połowie meczu postanowiłem jednak, że pójdę na kolejne zakupy: po kredki, których w Nakumacie nie było i po rzeczy, które w Nakumacie były, ale bałem się kupić przed informacją ile będzie kosztował rzutnik.

Przy zakupie kredek okazałem się mistrzem negocjacji. Sprzedawca podał mi cenę 2000 za komplet i szczerze bym chyba tyle za nie zapłacił, ale roześmiałem się i powiedziałem, że kredki tyle w życiu nie kosztują. Przeprosił mnie, powiedział, że słabo zna angielski i chodziło mu nie o dwa tysiące, a… dwieście. Ależ sobie robią narzut na białych! Co prawda potem jeszcze raz mnie przeprosił i powiedział, że znów mu chodziło nie o dwieście, ale o trzysta, jednak już przystałem na tą cenę i kupiłem cztery komplety. Razem więc 1200 FRW, czyli jakieś dwa dolary.

Akumat to dziwny sklep. Mają kolorowanki, ale nie mają kredek. Teraz się okazało, że mają ładowarki do baterii, ale nie mają ładowalnych baterii. W ładowarkach przeznaczonych do ładowania czterech sztuk co prawda siedziały już dwie, ale ładowarki były drogie, więc kupiłem dwie sztuki i do tego kilka baterii zwykłych.

A całość dlatego, że kupiłem dziesięć latarek. Mam nadzieję, że uda im się znaleźć gdzieś baterie ładowalne.

Kolejne zakupy w nakumacie: lampa ładowalna z gniazdka elektrycznego (z przeznaczeniem dla Roberta, który nie ma w domu prądu, będzie zabierał ją ze sobą rano do ładowania w pracy), mała książka kucharska, patelnia. I torba (ekologiczna), bo nie pomieściłbym tego już w plecaku. Całość kosztowała około 90 tys.

Taksówki nie musieliśmy więc brać i udaliśmy się po meczu na przystanek busów. Gdy czekasz na odjazd przez okna zaczepiają cię sprzedawcy przeróżnych rzeczy. Dziś byli to: chłopak sprzedający paski do spodni, kobieta sprzedająca wodę, kobieta sprzedająca jabłka, chłopak sprzedający okulary przeciwsłoneczne i chłopak sprzedający kserówki rozmówek angielsku – rwandyjskich. Wziąłem tylko to ostatnie, ale za to w dwóch egzemplarzach po 400 franków każdy. I pojechaliśmy.

Do Nyamata dotarliśmy o 18.00 więc postanowiłem, że z uwagi na zmęczenie (wy tam sobie w Polsce siedzicie w przyjemnym chłodku, ale dziś był wyjątkowy upał, w ogóle nie ułatwiający ciągłego biegania w przeludnionym mieście) i ciemność (chcę porobić zdjęcia) rozdawanie zrobimy w niedzielę z Robertem w telecentrum. Postaramy się zebrać kogo się da, najpierw wyjaśnić dlaczego takie, a nie inne prezenty, a potem rozdać co mamy do rozdania.

Słowem: naprawdę bardzo fajny dzień, choć znów oczy mi się kleją i najlepiej bym poszedł spać. Ale to takie zmęczenie po niezłym kawale dobrej roboty. Artykuł przez to jest pisany trochę na szybkiego, ale postanowiłem powiedzieć Wam jak owocują Wasze pieniądze!

Odpowiedzi: 5 so far

  1. 1

    Webi said,

    No i sie zaczelo:) Milo slyszec.

    Pozdrawiam

  2. 2

    tig3r said,

    Genialnie🙂 Nic dodać, nic ująć!

  3. 3

    regen said,

    Fajnie to wygląda🙂

    Może dokupiłbyś kartę TV do tego rzutnika?

    Pozdrawiam
    regen

  4. 4

    lavinka said,

    A myślałeś przed zabezpieczeniem tego wszystkiego przed złodziejami? Wiem, odzywa się moja polska natura🙂

  5. 5

    kkarpieszuk said,

    jakimi zlodziejami?🙂


Comment RSS

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: