Wyprawa do Ruhengeri. Część pierwsza. Na miejsce i z powrotem.

Jak już wspomniałem, w sobotę kolejny raz zjechałem całą Rwandę w dwie strony, za to w jedną dobę. Zajęło to cały dzień, więc nie miałem czasu opisać wypadu na bieżąco, zwłaszcza, że nieco się działo. Teraz też nie opiszę wszystkiego, a sprawozdanie podzielę na co najmniej dwa rozdziały (plus co najmniej trzeci z filmami, ale te zamieszczę dopiero jak już będę w Polsce). Dziś opiszę tylko to, co wydarzyło się po drodze do miejsca docelowego i w drodze powrotnej.

I już teraz wyjaśnię, że miejscem docelowym nie było jednak Ruhengeri. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

Ruhengeri to rodzinne miasto Innocenta i jego siostry Agathe. Dwa razy Innocent proponował mi wspólne udanie się do jego rodziny, ale nigdy mi to nie pasowało. A szkoda, bo Ruhengeri jest bardzo blisko położone rezerwatu goryli. Goryli z miasta dostrzec nie można, ale wulkany, znajdujące się w parku owszem.

Postanowiłem więc wybrać się sam. Lubię taki sposób zwiedzania; może nie jest najrozsądniejszy w kraju daleko do Polski, ale raz się żyje. Gdy się obudziłem miałem przeczucie, że coś się wydarzy, ale jednak postanowiłem zaryzykować. Może święto zmarłych nie będzie jednak pechowym dniem.

Początek wyprawy to betka. Najpierw należało się udać z Nyamata do Kigali, a trasę tą mam już całkiem nieźle opanowaną. W Kigali trzeba znaleźć autobus do Ruhengeri i na tym problemy powinny być zakończone.

Ze znalezieniem autobusu nie było większego problemu. Jak już milion razy Wam wspominałem, Rwandyjczycy to niesamowicie uczynni ludzie. Wystarczy zapytać, a zaprowadzą Cię do samej kasy, a potem autobusu, co też się stało. Wsiadłem i ruszyliśmy.

W tym kierunku jeszcze nigdy z Kigali nie wyjeżdżałem i nieco mnie zaskoczyło, że bus zaczął jeszcze w mieście wspinać się bardzo wysoko na jedno wzgórz miasta i właściwie już do samego końca pozostawaliśmy na tym samym pułapie. Droga wiła się cały czas wysoko, blisko szczytów gór, nieraz na skraju urwiska. Cały czas wyglądając przez okno najpierw widać było rozciągające się setki metrów poniżej doliny, a na drugim planie ściany kolejnych gór. Bardzo ładnie.

Jeszcze w Kigali minął nas wieziony na specjalnym samochodzie roztrzaskany autobus. Zła wróżba.

* * *


Może to dobry moment aby wspomnieć, że wielu Rwandyjczyków gdy tylko wsiądzie do autobusu, od razu spuszcza głowę na poprzednie oparcie i niby śpiąc tak przemierza całą trasę. Śmiesznie to wygląda jak kilkanaście osób w jednej chwili wpada niczym w narkolepsję, ale nie dziwię się im. Cała podróż trwa godziny, a autobus zachowuje się jak w wesołym miasteczku na karuzeli. Pod górkę, z górki, jedynie delikatnie przyhamowując na zakrętach. I tak cały czas. Do tego wyprzedzanie na linii ciągłej na zakręcie to tu naprawdę norma. Czasem naprawdę lepiej na to nie patrzeć. Czasem i sam kierowca niewiele widzi, gdy dodatkowo manewr wykonuje pod górkę.

* * *

Po drodze minęliśmy dwa wodospady, jeden mniejszy, drugi większy. Minęliśmy też kolejny rozbity autobus, kilka miast, małych wioseczek aż w końcu wśród pięknych, rzeczywiście zielonych o tej porze roku gór pojawiły się wulkany.

web_dscn5007

Nie wulkany. Wulkany! Wulkaniska!

Rety, naprawdę nie spodziewałem się, że to są takie olbrzymy. Myślałem, że gdzieś daleko na horyzoncie zobaczę mniejsze lub większe stożki, a tymczasem nagle oczom ukazały się potężne ściany gór, których szczyty ginęły gdzieś w chmurach. Ale to jest widok!

web_dscn5014

web_dscn5009


Najpierw były dwa. Tata i chyba dorastający syn, ale gdy się rozejrzałem lepiej, zobaczyłem też i matkę. Jeszcze potężniejsza niż nawet ojciec; współczuję facetowi😉

Potem się miało okazać, że wulkanów jest jeszcze więcej. I wszystkie są równie potężne.

Wraz z wulkanami zjawiło się i Ruhengeri. Całkiem spore miasto w porównaniu z Nyamata i całkiem małe, w porównaniu z Kigali. Pierwsze z czym mi się skojarzyło to miasteczko z Przystanku Alaska. Tak, to naprawdę dobre skojarzenie. Jedyna różnica to jak wszędzie w Rwandzie tłumy ludzi na ulicach.

Pokręciłem się trochę po mieście, zrobiłem kilka zdjęć koncentrując się na przepięknych olbrzymach królujących na horyzoncie i poszedłem pytać ludzi, gdzie znajdę kolejny autobus.

web_dscn5018

Bowiem jeszcze przed wyjazdem zaplanowałem sobie, że Ruhengeri nie będzie moim miastem docelowym. W Paula samochodzie znalazłem bezpłatną gazetkę turystyczną; taką jakie można dostać w wielu europejskich miastach, gdy tylko do nich przyjedziemy. Gazetka była o całej Rwandzie, a w niej znalazłem informacje, że obok Ruhengeri jest miasto Kinigi, w którym jest wejście do Volcanos National Park. Park z uwagi na cenę biletu (500 dolarów) mnie nie interesował, ale w gazetce była relacja z pobytu w Culture Village, które znajdować się miało właśnie w Kinigi. Bilet wstępu to 20 dolarów; na tle biletu wstępu do parku nie wygląda to już tak strasznie.

Autobus przy udziale jakiegoś chłopaka znalazłem bardzo szybko i od razu zostałem wpuszczony na zaszczytne miejsce koło kierowcy. To pozwoliło na zrobienie kilku fajnych zdjęć wulkanów, jak i samej drogi.

Po środku, pod lusterkiem wisiała jakaś wiewiórcza kitka, która nieco utrudniała fotografowanie, jednak nie chciałem jej ruszać. A nóż to jakiś amulet? Za to kierowca zauważył moje wygibasy i sam postanowił ją okręcić wokół lusterka. Podziękowałem i pstryknąłem jeszcze kilka zdjęć, choć traf chciał, że akurat widoki nie były najlepsze.

web_dscn5021

Po chwili na zakręcie usłyszeliśmy z okolic koła głośne „pif!”, a po kolejnych trzystu metrach autobus się przechylił i słychać było głośny zgrzyt metalu. Kierowca się zatrzymał i wszyscy wyskoczyli zobaczyć co się stało. Odpadło koło.

web_dscn5022

Czyli jednak dobrze myślałem: amulet.

Pierwszy raz widziałem zdenerwowanego Rwandyjczyka. Kierowca zaczął o coś wykłócać się z zebranymi wokół busa pasażerami i tłumem przypadkowych gapiów. Nie miałem pojęcia o co chodziło, ale wolałem się nie angażować. Jakby nie było kitka została ruszona przeze mnie i wolałem nie zwracać na siebie ich uwagi. Trzeba było pomyśleć jak się stąd ruszyć i w którym kierunku. Co jest bliżej: wracać z powrotem do Ruhengeri, czy spróbować iść w kierunku Kinigi? Przyznam, że stałem jak jakiś kołek i czekałem na zbawienie losu. Część ludzi zaczęła już powoli się rozchodzić.

Po chwili nadjechało zbawienie losu w postaci ciężarówki wiozącej piasek. Zatrzymała ją jedna kobieta i wsiadła do szoferki. Kierowca ruszył, ale po 10 metrach zatrzymał się znów, z szoferki wychylił się chłopak i krzyknął coś do ludzi używając słowa muzungu. Ludzie kazali mi iść do ciężarówki, chłopak przesiadł się na pakę pełną piachu, a ja zająłem jego miejsce.

Kto jeszcze wątpi, że muzungu tu jest niemal królem?

Kierowca, bardzo stary mężczyzna jak na warunki rwandyjskie (tu tylko 2% ludności dożywa 60 roku życia) niestety ni słowa nie mówił po angielsku, ale na migi wypytał mnie skąd jestem. Gdy powiedziałem, że z Polski od razu skojarzył, że to u nas się chyba urodził ten papież Benedicto. Powiedziałem, że prawie, że z Polski był Jan Paweł II. Tym razem kierowca nie wyglądał jakby miał mi powiedzieć, że ktoś go tu może nie lubić. Potem się okazało, że też jest katolikiem. Potem też się okazało, że nie zakumał mojego rozróżnienia papieży, bo gdy wysiadła kobieta i wsiadł znów chłopak, od razu przedstawił mnie jako tego, w którego kraju urodził się Benedicto.

Dojechaliśmy do Kinigi, a kierowca zapytał po co tu przyjechałem (ileż można powiedzieć bez słów!), czy do goryli. Powiedziałem, że nie i wyciągnąłem Paula gazetkę. Pokazałem zdjęcia wioski-skansenu, którą szukam. Kierowca dał znać, że rozumie i ruszyliśmy dalej.

Kurcze, nie mogłem trafić lepiej, bo okazało się, że skansen znajduje się całkiem daleko za Kinigi. Co więcej, w którymś momencie minęliśmy tablicę oznajmiającą, że właśnie wjeżdżamy do parku narodowego. Już mi się zaczęła pojawiać cicha nadzieja, że zaraz zobaczę goryle.

Kierowca sam nie wiedział, gdzie jest ten skansen, więc pokazywał gazetkę mijanym ludziom. Trochę się kręciliśmy; trochę śmiesznie, że zasuwaliśmy całkiem pokaźną ciężarówą. Kierowca wyjaśniał mi po drodze: za tymi wulkanami jest już Kongo, a za tymi jest Uganda. Wam dodam, że to dokładnie za tymi wulkanami, o których mówił, rozgrywa się teraz wojna, dokładnie w tej części kraju. Wczoraj widziałem zdjęcie na BBC na tle jednego z wulkanów.

Nagle zboczyliśmy z głównej asfaltowej drogi na kamienistą, a w zasadzie pumeksową. Ciężarówka  dojechała do jakichś budowanych domów, wysypała piach i zawróciliśmy podskakując na głazach.

I nagle bum! Niczym wystrzał petardy i to takiej naprawdę porządnej. Kierowca zatrzymał się i wysiadł. Okazało się to, co przypuszczałem: strzeliła opona, ale kierowca powiedział, że możemy jechać dalej; opony na tylnej osi są zdublowane. Dobra, jedziemy. Ale czy to nadal przez kitkę?

Nic się nie stało, jedziemy dalej

Nic się nie stało, jedziemy dalej

Dojechaliśmy na miejsce gdy naprawdę nieźle padało. Kierowca wziął mój parasol, wysiadł, rozłożył i kazał mi się pod nim schować. Zaprowadził mnie wtedy pod sam skansen. Zapłaciłem (tu nie ma darmowego autostopu, zresztą nie miałbym sumienia) i rozstaliśmy się.

Jak wspomniałem, zwiedzanie skansenu opiszę w jednym z kolejnych artykułów. Na miejscu jednak spotkałem wycieczkę licealną z Butare i dyrektor zgodził się, że z powrotem do Ruhengeri będę mógł zabrać się ich busem. Kolejny raz dostałem miejsce koło kierowcy.

Ostatni rzut oka na wulkany

Ostatni rzut oka na wulkany

Nie będę już tu specjalnie ubarwiał i rozpisywał się; wrzucał dygresji. Powiem krótko: po jakichś dwóch kilometrach jazdy coś łupnęło, a potem wyraźnie było słychać szorowanie metalu o asfalt.

web_dscn51181

Zatrzymaliśmy się i okazało się, że znów koło. Tym razem jednak zapasowe. Mechanizm przytrzymujący je puścił i trzeba było je przełożyć do bagażnika. Pojechaliśmy dalej do Ruhengeri, gdzie złapałem autobus do Kigali. Już się nieco spieszyłem, bo wiedziałem, że ostatni potem bus do Nyamata będę miał zaraz po zachodzie słońca (czyli po 18.00). Dyrektor szkoły proponował bym poszedł z nimi na obiad i potem zawiozą mnie do Kigali, przez które będą wracać, ale z powodu pośpiechu musiałem odmówić.

Po drodze minęliśmy wciąż stojący jeden rozbity autobus, a na jednym z zakrętów stała policja, spowalniając ruch. Zaraz za zakrętem na boku leżał ambulans.

Dach ambulansu i policjant

Dach ambulansu i policjant

Ciekawostka, charakterystyczna dla Rwandy i o której już wspominałem. W busie do Kigali gadałem sobie z chłopakiem i między innymi zapytałem gdzie będzie najlepiej wysiąść, aby trafić na dworzec autobusowy. Chłopak nie dość, że mi pokazał gdzie, to… wysiadł ze mną, poszedł na dworzec, wypytał ludzi, gdzie jest bus do Nyamata i dopilnował abym do niego wsiadł. Dbają o turystów jak o nie wiem co. Co więcej zapytałem gdzie mieszka, czy mu też pasowało aby tu wysiąść. Powiedział, że na Gikondo. Mniej więcej już znam kilka dzielnic w Kigali i wiem, że akurat ta jest w całkiem innym miejscu.

Bus do Nyamata zgodnie z planem ruszył już po zmierzchu. Kierowcy widać, że się spieszyło, bo przez samo Kigali pojechaliśmy jakimś dziwnym skrótem, którego nigdy nie widziałem.

Na koniec, dosłownie kilometr przed Nyamata kierowca na widok idącej bokiem ulicy dwójki dzieci wcisnął gwałtownie hamulec do oporu. Bus na zblokowanych kołach zarzuciło, koła z jednej strony się oderwały od drogi, ludzie zaczęli wrzeszczeć. Kolejny ułamek sekundy później kierowca puścił hamulec, poprawił kierownicą i bus znów znalazł się na wszystkich kołach.

Myślę, że podejrzewacie, że choć trochę ubarwiam i wymyślam, ale tak było. Ostatecznie wróciłem do domu cały, ale za to z przygodami.

Święto zmarłych.

Odpowiedzi: 3 so far

  1. 1

    kamyk said,

    jakieś złe fatum sprowadzasz…
    gdzie nie wsiądziesz to opony szlag trafia😀

    zazdroszczę widoków… u mnie za oknem dziś tylko mgłę widać było😉

  2. 2

    lavinka said,

    Do zapisania w kajeciku. Nie ruszać maskotek na lusterkach.🙂

  3. 3

    tig3r said,

    Mam nadzieję, źe po powrocie kilka ciekawych zdjęc znajdzie się na blogu w wyższej rozdzielczości specjalnie dla tych, którzy chcą ustawić je jako tapety na pulpit🙂


Comment RSS

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: