Jedno wesele, kilka bierzmowań i jeszcze więcej chrztów

U dentysty już byłem, w obozie byłem. W Kigali też. Szpital zwiedziłem kilka razy. Czas było się udać do kościoła.

Od dawna Agathe namawia mnie abym udał się wraz z nią na mszę i cały czas mówię, że kiedyś to zrobię, ale podejrzewam, że jednak nie. Nie ze względów religijnych. Otóż masz w kościele Agathe trwa cztery godziny. Brzmi to dla mnie co najmniej męcząco. Rozumiem, że Rwandyjczykom to nie przeszkadza, bo protestanckie msze są odprawiane w sposób jak najbardziej atrakcyjny, co słyszę co tydzień przez mury kościołów. Ale boję się, że masz w języku kinyarwanda niekoniecznie musi być również atrakcyjna dla kogoś, kto w tym języku mówi bardzo mało. Do tego jeszcze dochodzi stres  kulturowy: wyobrażałem sobie, że przez cztery godziny będę musiał obserwować ludzi i ich naśladować. Może to nieźle wymęczyć.

Dlatego ucieszyłem się jak Paul powiedział, że chce mnie zabrać na chrzest do katolickiego kościoła w Nyamata. W końcu zobaczę gdzie jest ten kościół, zobaczę jak wygląda msza i mam nadzieję, że trwa ona tyle samo co w Polsce (dopiero jak obiecałem, że pójdę, dowiedziałem się, że będzie trwać 1,5 godziny ale to i tak lepiej niż cztery).

* * *

Msza miała zacząć się dziś w sobotę o 13.00, ale oczywiście wyjść trzeba było na nią już o 11.00. W końcu to Afryka i jakby ktoś wybrał się do kościoła oddalonego o około 800 metrów od domu na 10 minut przed mszą, na pewno by się spóźnił.

Najpierw z Paulem zajechaliśmy po kogoś z jego rodziny. Ja zostałem w samochodzie. Paul po 10 minutach się zjawił i powiedział, że najpierw zawiezie mnie i Daniego – jego brata – a potem wróci po resztę. W rzeczywistości zwożąc ludzi zrobił w sumie trzy kursy.

Gdy wysiadłem z Paula samochodu, okazało się, że katolicki kościół w Nyamata tak naprawdę widziałem już nie  raz, jedynie nie zdawałem sobie sprawy na co patrzę. Budynek powyżej wygląda bardziej jak jakiś magazyn, ewentualnie szkoła. Tymczasem cała jego lewa strona do zielonych drzwi to właśnie kościół. Na pierwszym planie stoi brat Paula – Dani. Niestety sobie nie pogadaliśmy, bo Dani nie zna języka angielskiego i na wszystko cokolwiek bym nie powiedział, odpowiada „Ahh yes Konrad! It’s not problem!”. Cokolwiek bym nie zapytał.

Stałem sobię więc tak i czekałem aż zjawi się Paul i cała reszta gdy nagle zza zakrętu wyskoczyła rozradowana , krzycząca, klaszcząca i śpiewająca ciężarówka ludzi. Nie wiem ile na niej było osób, ja na zdjęciu doliczyłem się 26 głów, a przecież nie widać nic więcej jak tylko jedną, dwie pierwsze linie pasażerów. Tuż za kabiną kierowcy stoi pan młody i ubrana na biało panna młoda. Potem się miało okazać, że w czasie jednej mszy nie tylko odbywają się chrzciny, ale i chyba bierzmowanie oraz właśnie ślub.

Bardzo mi się to spodobało, powinniśmy się uczyć od Afrykańczyków oszczędności – całly orszak weselny mieści się na jednym samochodzie. Po co te karawany blachosmrodów? Szybko zrobiłem zdjęcie, czego nieco pożałowałem.

Ludzie na samochodzie zaczęli mi machać palcami w geście photographen verboten. Jeden z panów tak bardzo się wkurzył, że zeskoczył z samochodu i wrzeszcząc podszedł do mnie. Mówił tylko w kinyarwanda i niemal nie nie zrozumiałem (poza słowem „Pieniądze”). W tej sytuacji pozostało mi tylko się uśmiechać i udawać głupiego, że nie wiem o co mu chodzi. Próbowałem pytać stojącego obok mnie Daniego, który przejął na siebie ciężar dyskusji, ale jak mogłem się spodziewać odpowiedział tylko „Ahh yes Konrad! It’s not problem!”. Problem jednak widać był, bo rozwrzeszczanego pana przyszła oglądać cała okoliczna ludność czekająca jak i jak, jak i on na mszę. Jeden z chłopaków nieco po angielsku wytłumaczył mi, że podpity pan nie życzy sobie bym robił mu zdjęcia. Powiedziałem więc mu, aby panu przekazał, że zdjęcia nie zrobiłem.

Także jakby co – zdjęcia powyżej nie widzieliście.

W końcu Paul zwiózł już wszystkich, kogo miał zwieźć i zrobiliśmy sobie wspólne (tzn ja zrobiłem) zdjęcie z prześlicznym chrześniaczkiem. Prawda, że cudowny?

Tak oto wygląda wnętrze kościoła. Usiedliśmy w pierwszych rzędach i o dziwo byliśmy przed czasem, więc zrobiłem kilka zdjęć zanim msza się zaczęła.

Tak wygląda Paul na tle okna. Czasem nawet kiepskie oświetlenie daje możliwość ciekawych ujęć.

Msza rwandyjska przypomina właściwie nasze polskie. Mimo języka kinyarwanda rozpoznawałem najważniejsze jej elementy. Na zdjęciu powyżej ksiądz wygłasza kazanie. Podobał mi się tutaj luz z jakim to robił jak i inne czynności: wychodził przed ołtarz, przechadzał się. Chyba ma dobre poczucie humoru, bo ludzie wiele razy chichotali.

To są ministranci. A właściwie od lewej ministrant i ministrantka. Mi się wydaje, czy w Polsce wszyscy ministranci to tylko faceci? Przyznam, że dopiero dziś zacząłem się zastanawiać czy widziałem dziewczynę w takiej roli; jestem niemal pewien, że nie.

Na pierwszym planie chrzcielnica – plastikowy słój pełen wody, który ksiądz tuż przed chrztem poświecił.

To mi wyglądało na bierzmowanie, ale do tej pory nie miałem okazji zapytać nikogo czy miałem rację (z drugiej strony dopiero teraz sprawdziłem w słowniku online jak będzie to po angielsku i nie wiem czy ktoś pytany wiedział by to także). Ksiądz wzywał do siebie spośród ludzi młode osoby, te podchodziły z osobą towarzyszącą, wręczały księdzu różową karteczkę. Ksiądz obejmując osobę przemawiał chwilę do ludzi (to tu były między innymi chichoty publiczności) po czym namaszczał chłopaka bądź dziewczynę.

Potem przyszedł czas na ślub (tylko jeden). Nie trwał on zbyt długo i właściwie nie zauważyłem jakichś ciekawych rzeczy do sfotografowania. Wszystko przebiegało tak jak w Polsce. Były obrączki, nie było całowania.

Państwo młodzi mieli swojego fotografa. Korzystał z dość prostego aparatu, przypominającego rosyjskie Zorki.

I w końcu czas na chrzciny. Wszyscy chrzszczeni ustawili się w rzędzie, ksiądz ich błogosławił po czym…

…polewał głowę wodą z wiaderka. Nasz chreśniak musiał się nieźle do tego celu schylić. Muszę przyznać, że wypadł przy tym lepiej niż Giertych przed o. Rydzykiem.

Tak, dobrze się domyślacie 🙂 Paul zaprosił mnie na swój własny chrzest. Pisałem już, że Paul mówił o sobie, że jest niewierzący, ale chce zostać katolikiem (zapewne konwersja podyktowana jest zbliżającym się ślube z katoliczką Pacifique). Paul powiedział mi, że był katolikiem, przestał nim być, a teraz jak to sam określił, narodził się ponownie.

I kolejny element mszy: zbieranie datków. Tutaj pomocni byli państwo młodzi.

Mszę zdecydowanie wydłużały śpiewy chóru, zresztą bardzo ładne. Nagrałem, ale z racji wolnego łącza pokażę Wam najwcześniej jak wrócę  do Polski (mam trochę  krótkich filmików i mam taki zamiar, że po powrocie wrzuce je do Internetu). Akompaniament na keyboardzie, chór w czasie śpiewania wstaje, a wszyscy klaszczą (czego akurat na zdjęciu nie widać) i śpiewają z nimi.

Mały podglądacz. Ciekawe czemu nie wszedł na mszę.

Kolejny element mszy: komunia. Ludzie ustawiają się w rzędzie, a ksiądz przekazuje ją dla nich do rąk.

I już po wszystkim. Pojechaliśmy razem do telecentrum, gdzie zrobiliśmy sobie (a właściwie ja zrobiłem) pamiątkowe zdjęcie jeszcze raz.

Reklamy

Komentarze 3 so far

  1. 1

    W Polsce od niedawna ministrantki można już spotkać, acz nie wszędzie.
    Są np. w diecezji gdańskiej (w ostatnie wakacje widziałem ładnie ubraną w albę lektorkę w Krokowej)

    Ogólnie – zależy to od biskupa. Kwestia podobna do świeckich szafarzy komunii świętej.

  2. 2

    Beata said,

    W Polsce nie ma ministrantek.
    Mnie się zdarzyło widzieć dziewczynę tej roli tylko raz na szkolnych rekolekcjach w katolickim liceum. Zgodził się na coś takiego bardzo postępowy ksiądz.
    Nie pamiętam szczegółów co było potem, pamiętam tylko że sprawa była szeroko komentowana przez uczniów, a sytuacja już się nigdy nie powtórzyła.

  3. 3

    Kiedyś dawno temu widziałam dziewczyny ministrantki nad morzem, nie pamiętam w jakiej miejscowości. Jaki jest teraz nie wiem, bo dawno mnie w kościele nie było.


Comment RSS

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: