Dni jak co dzień

Po ostatnich przygodach odczuwam jakiś niedosyt; wrażenie, że nic się nie dzieje.  Co prawda wczoraj mieliśmy w telecentrum pożar, a dziś zdarzyło się coś w rodzaju burzy piaskowej (ależ to diabelstwo kłuje w twarz!), jednak generalnie w obliczu zeszłego tygodnia, muszę napisać, że jest trochę nudno.  Może to dobra okazja, by Was zanudzić opisem jak wygląda cały dzień, gdy nie dzieje się nic?

6:00 – wschód słonća. Ja jeszcze śpię, ale wiem, że Agathe już się budzi by jechać do Kigali do pracy, a potem zostać tu w szkole.

8:00 – jeszcze  śpię, ale Innocent już w telecentrum zaczyna szkolenia. Są to szkolenia komercyjne, które kontynuuje już od dawna, więc tutaj się nie udział jako wolontariusz. Jedynie na początku kilka razy prowadziłem coś w rodzaju hospitacji (a w afrykańskich warunkach nie da się zajęć tak do końca hospitować, bo nie przypominają one zwykłych zajęć)

10:00 – przed tą godziną zjawiam się w telecentrum. Mówię obsłudze baru, że chciałbym zjeść śniadanie. I tu zaczyna się najlepsze. Zawsze otrzymuję pytanie co chciałbym zjeść i pytam co mają. Oni mówią, że to zależy co chcę. Odpowiadam, żeby wymienili co mają. Zapada cisza i zastanawiają się „co by tu…” i po chwili mówią, że mogą zrobić mi omlet. Odpowiadam, że super. I tak jest każdego dnia 🙂 Każdego dnia jem jajecznicę, ale zawsze dostaję pytanie co chciałbym zjeść. Kiedyś próbowałem powiedzieć, że chce coś innego niż jajecznicę, to tylko wywołałem niepotrzbny niepokój i szybko wróciliśmy do opcji nabiałowej.

O 10:00 z poślizgiem (tu nikt nie przychodzi na czas) rozpoczyna się prowadzona przez Innocenta grupa szkolenia dla nauczycieli mniej mówiących po angielsku. Przeważnie jestem z nim w sali i przygotowując się do swoich zajęć, czasem co nieco pomagam. A to pokażę jak coś skopiować, a to pokażę jak przywrócić przypadkowo skasowany tekst.

12:30 – przychodzi Robert i zaczynamy lekcję języka kinyarwanda. Niestety Robert nie jest zbyt solidny o tej porze dnia i często nie przychodzi. Szkolenie Innocenta nadal trwa.

13:00 – Oba szkolenia – komputerowe i językowe – zakończone. Robert i Innocent zasiadają do komputerów, a ja ich uczę jak się robi strony WWW. W projekcie mam wpisane, że jednym z moich zadań jest propagowanie idei telecentrów, a jedną z tego metod będzie stworzenie strony WWW. Pomyślałem, że więcej zyskam, jeśli nie sam dam im rybę (zrobię stronę), a dam wędkę (nauczę ich jak ją zrobić).

14:00 – przychodzą moi nauczyciele i zaczynam szkolenie. Chociaż pół godzinny poślizg to norma, bo nikt nie jest na czas. Szkolenie prowadzę ja, a asystuje mi Robert jako tłumacz i drugi trener. Robert nie znał się za bardzo na komputerach zanim przyjechałem, ale plan jest taki, że jak wyjadę sam będzie prowadził takie szkolenia.

W przerwie szkoleń wyskakuję na obiad. Zawsze jest szwedzki stół, a na nim do wyboru po kolei jak stoją misy:

  • surówka z marchewki
  • ryż
  • makaron
  • frytki
  • różne rodzaje bananów (ale takich słonych, odpowiednik naszych ziemniaków)
  • fasola
  • kasawa (to te coś co myślałem, że to szpinak; polecam bo jest pycha)
  • czasem fasolka szparagowa
  • sos a w nim kawałki wołowego mięsa

Można brać ile się chce, a kosztuje to 2 dolary. Nie wiem gdzie oni to mieszczą, ale Rwandyjczycy bez przzesady nakładają sobie na talerz stertę wysoką na ponad 10 cm. Ja jem zymbolicznie raczej. Wczoraj wyjątkowo mało, po tym jak w misce z fasolą wystraszyłem karalucha. Afrykański klimacik: w Polsce by zaraz lokal pewnie zamknęli. Tutaj Maombi zadbał aby karaluchowi przypadkiem nic się nie stało i pozwolił swobodnie spacerować po stole.

17:00 – koniec zajęć, wracam powoli do domu

18:00 – zachodzi słońce (teraz gdy to piszę jest 18:35 i jest już ciemno). Chwila relaksu przed komputerem. Mycie się, przygotowanie materiałów na jutro na szkolenie…

21:00 – Samuel przynosi kolację (mniej więcej to samo co na obiad plus herbata bawarka). Przed 22:00 z Kigali wraca Agathe i Innocent, jemy, rozchodzimy się do pokoi.

23:00 – wszyscy pozostali już śpią, ja zasypiam po północy. Rekord padł wczoraj gdy bez snu doczekałem wschodu słońca o szóstej rano.

Tak to wygląda w teorii. W praktyce codziennie coś się sypnie. Albo brak prądu i nie ma zajęć, albo ludzie się spóźniają, albo Innocent nie ma czasu się uczyć WWW, albo Robert zapomni, że dzień w dzień powinniśmy mieć lekcje kinyarwanda… Albo wybuchnie pożar…Albo leżę w szpitalu…

Ale tak tu jest.

I po pożarze. Strażak Samuel.

I po pożarze. Strażak Sam(uel).

Reklamy

Komentarze 2 so far

  1. 1

    Tomek said,

    Konrad, napisz coś więcej o tym pożarze: co było przyczyną i jakie były straty.

  2. 2

    kkarpieszuk said,

    jak pisalem nie ma o czym pisac 🙂 ktos rzucil pewnie jakis niedopalek. spalil sie spory kawal trawnika i jedno drzewo, do budynkow nie doszlo.

    byla za to straszna kupa gestego dymu, myslalem ze to naprawde gdzies pali sie jakis wielki las


Comment RSS

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: