W moich butach mieszkają potwory

W moich butach mieszkają potwory. Głęboko w moich butach skryły się oślizgłe bezmuszlowe mięczaki. Są drapieżne i jadowite. Muszę je delikatnie wystukać ze środka. W moich butach mieszkają jaszczurki. Rysiek mówi, że nie wie jak dojechać do galerii białej. Mówię by jechał białostocką koleją miejską, ale nagle zdaję sobie sprawę, że przecież nie wiem na której stacji trzeba wysiąść.

Jedziemy więc autobusem, a ja sobie przypominam o jaszczurkach w moich butach. Zdejmuję buty. Moje buty to jaszczurki, w których mieszkają inne małe, złe i jadowite jaszczurki. Chwytam dobre jaszczurki w dłonie i zastanawiam się czy mam je zdusić by zabić te złe w środku. Dobre jaszczurki patrzą na mnie i czekają co zrobię.

Budzę się. Jest poniedziałek przed południem i czuję się już lepiej. Słaby, spocony ale siadam i przygotowuję prezentację na dzisiejsze zajęcia. Jem pączka z wczoraj, ale czuję, że chyba przeceniam siły. Pakuję się i idę do telecentrum z planem, że zostawię tam rzeczy i pójdę dalej do szpitala na odwleczoną wizytę.

Do telecentrum dochodzę strasznie zmęczony więc siadam i piję wodę. Jedna butelka to za mało, bo nadal nie mam sił. Biorę drugą i idę do szpitala. Innocent powiedział, że Paul gdzieś pojechał i będzie po trzeciej; za późno.

Widzę Paula po drodze, ale obaj idiotycznie stwierdzamy, że dojdę sam. Do szpitala jest jakieś 400 metrów.

Po 400 metrach padam na krzesło przed lekarzem cały spocony i ziejąc jak maratończyk. Chciałbym się gdzieś położyć. Lekarz proponuje zbadać kał, bo mówi, że to jakaś infekcja. Od rana mam potężną biegunkę.

Idę najpierw zapłacić za badanie. Stoję i czekam na wypisanie papierków i coraz bardziej kurczowo wbijam palce w parapet. Szybciej bo zaraz upadnę. Ale nikt się nie spieszy. Nagle zaczynam czuć ogień w środku uszu i wpadam w panikę, jest taki wyraźny. Czy to krew? Nie, to nie krew. Zaraz upadnę więc resztką sił odwracam się i siadam na krześle porzucając plecak, kasjera i pieniądze. Spuszczam głowę między kolana, podnoszę i mówię by ktoś zawołał lekarza. Ale ludzie tylko patrzą i nic nie robią. Spuszczam głowę znowu i siedzę nie wiem ile.

Woła mnie kasjer do okna. Zabieram wszystko i idę do laboratorium. Jest już lepiej, poza zmęczeniem. Cały czas dyszę.

Dziesięć minut później stoję w laboratorium czekając na wynik i wiem, że nie dam rady. Siadam na krześle i wszystko wraca. Ogień w uszach. Nie dam rady nawet siedzieć, zaraz zemdleję. Mówię o tym laborantowi. Mówi, że zabierze mnie do lekarza, pyta czy dam radę iść. Kłamię, że tak.

Wiszę na laborancie, ale on wcale się nie spieszy. Wiem, że w tym tempie na pewno nie dojdę, przestaję widzieć. Mówię laborantowi, że nie dam rady, odpycham go i siadam skulony pod ścianą. Ogień w uszach przeradza się w straszny pisk. Patrzę na swoje dłonie, które nagle zaczęły potwornie mrowić. Dyszę z prędkością światła. Co mi jest? Nagle robi się jasno i chyba tracę przytomność.

Jestem na łóżku i wiozą mnie do lekarza. Dłonie mnie mrowią, a uszy palą. Cały jestem zlany potem. Wpadam w panikę, bo nie znam tych objawów; myślę o najstraszniejszych chorobach Afryki, tych, które nagle zabijają. Ale jestem w szpitalu przecież.

Są kłopoty ze zmierzeniem mi ciśnienia. Przy trzeciej próbie wynik jest 80 na 55, mało. Ale czuję się już dobrze, więc wszystko mi się wyjaśnia. Biegunka mnie odwodniła do tego stopnia, że krew to już same krwinki z namiastką osocza. Biało – czerwona palpa z trudem przeciska się przez naczynia i gdy tylko wstanę, w drodze do mózgu się poddaje. Ostatnią deską ratunku jest wycofanie krwi z niepotrzebnych narządów by podnieść jej ciśnienie w innych miejscach. Niedokrwione dłonie zaczynają mrowić jak niedokrwiona noga, gdy się źle usiądzie. To tylko moje domysły, ale chyba słuszne. Wczorajsze wysokie wyniki poziomu krwinek to tak naprawdę niski poziom osocza.

Ostatnie zdanie potwierdza sam lekarz i aplikują mi kroplówkę z solą fizjologiczną; po każdej kropli jest lepiej. Ale lekarz też mówi, że w kale znaleziono krew. Przypominam sobie groźny slajd ze szkolenia w MSZ. „Krew w kale lub moczu: idź do lekarza”. Jestem u lekarza, a on mi mówi, że to zapewne salmonella; będą mnie jednak leczyć też na malarię. W moich żyłach mieszkają potwory. Ładują we mnie kolejne butelki metronidazolu i chininy. Staś przyniósł Nell chininę i teraz już wszystko będzie dobrze.

Ale z biegiem czasu nie jest dobrze. Kolejne razy trzymając się ścian ledwo dochodzę do ubikacji. Leżę na łóżku, pocę się, trzęsę. W uszach słyszę dzwonienie, wymiotuję. Mam gorączkę i wrażenie jakbym znikał od środka. Zjadam banana i go zwracam. Woda jest ohydnie gorzka – ale to efekt wpompowanego metronidazolu. Z godziny na godzinę jest coraz gorzej, leżę w kałuży potu. Kolejna diagnoza – malaria. Przed północą zapada decyzja o przewiezieniu mnie do szpitala w Kigali.

O drugiej w nocy w końcu zasypiam na którymś piętrze King Faisal Hospital.

Dziś czuję się o wiele, wiele lepiej. Właśnie kończę pisany od trzech godzin jedną ręką (jestem cały pokłuty welflonami) wpis na blog. Męczy mnie tylko biegunka, może trochę mi się kręci w głowie. Piękne śniadanie jeszcze smakowało po lekach okropnie i nie skończyłem go, ale przy obiedzie mało się nie rozpłakałem. Makaron, mielone mięso na nim, marchewka z zielonym groszkiem i sok owocowy. Nie dość, że od miesiąca co najmniej nic takiego nie jadłem to jeszcze wrócił smak.

Szpital jakiego nie powstydziłby się Białystok. Pierwszy raz jestem w Rwandzie na piętrze innym niż parter, za oknem widok na góry. Obowiązuje język angielski, zarówno w kontaktach z pacjentami jak i wśród personelu. Obsada międzynarodowa, to dlatego. W Nyamata większość lekarzy wyglądała na młodszych ode mnie. W Kigali mój lekarz prowadzący zapewne byłby już siwy, gdyby nie był zupełnie łysy.

Spokojnie mi mówi, że wszystkie objawy wskazują na salmonellozę, ale będą mi też podawać silny środek antymalaryczny. Jednym mnie tylko zmartwił. Czuję się tak jakbym najpóźniej jutro miał wyjść. Tymczasem zapytany ile czasu trwa leczenie salmonelli, odpowiedział, że od tygodnia do 10 dni.

No trudno. Szkoda ledwo zaczętych zajęć z nauczycielami, ale Innocent ich ponoć już przejął. Posiedzę sobie tutaj, porobię mu i sobie materiały do szkoleń (mam plan wrzucać je też na bloga). I w końcu porządnie sobie podjem. Problem to zakamuflowana możliwość.

Reklamy

Komentarzy 12 so far

  1. 1

    bomba said,

    Zycze zdrowia.

  2. 2

    ania said,

    Niezbyt fajnie choruje się z daleka od domu…. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia!

  3. 3

    Pawel said,

    Salmonella to straszna choroba… pamiętam jak kiedyś widziałem w szpitalu zakaźnym w Sokółce ~30osób snujących się i przewracających od ścian – po tym jak przytruli się na jakimś weselu.

    Dużo zdrowia Konrad!

  4. 4

    Damian said,

    Konrad trzymaj sie i zdrowiej!!!

  5. 5

    Paweł said,

    Hm, patrząc na to co można złapać w Afryce, myślę że salmonella nie jest taka zła 😉 Trzymaj się i wracaj do zdrowia!

  6. 6

    Tomek said,

    Chciałbym aby ten wpis był to kolejnym żartem Konrada …

    Zdrowiej szybko.

  7. 7

    Robert said,

    o kurka, to Cie trzasnęło choróbsko, ale bedzie dobrze 😉

  8. 8

    mar said,

    Jakkolwiek się nie starać dupa zawsze przejmuje kontrolę. Zawsze. Wiatr w oczy. Oby najgorsze było już za Tobą.

    Uspakajające są klucze słowa, słowa klucze: szpital, angielski, personel, kroplówka.

    Spokoju.

  9. 9

    Krysia said,

    Konrad, właśnie weszłam na Twojego bloga, aby wpisać wieści od Paula (o szpitalu w Kigali i o tym, że zostaniesz tam tydzień), a tu niespodzianka – TWÓJ WPIS 🙂
    To dla mnie dowód na to, że jest już z Tobą lepiej 🙂
    Życzę zdrówka 🙂 i poleń się tam trochę w pokoju z widokiem na góry 😉

  10. 10

    karola said,

    mialam salmonelle ale u nas, leczylam sie w domowych warunkach a tata donosil litry coca coli… 😉 konrad – trzymaj sie i trzymaj kciuki za nas :)dasz rade:)

  11. 11

    Ewunia said,

    Na pocieszenie polecam „pani Basia ” na You Tube – oczywiście jeśli transfer pozwoli 😉 Buzka

  12. 12

    […] mój stan w szpitalu i ręce pokłóte igłami nie powstrzymały mnie od pisania do Was (zobaczz: W moich butach mieszkają potwory). Co więcej są tacy, którzy twierdzą, że piszę całkiem […]


Comment RSS

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: