Przyroda Rwandy

7 sierpnia 2008, czwartek

Pewnego dnia wybrałem się na krótki spacer do lasu sawanny

Pewnego dnia wybrałem się na krótki spacer do lasu sawanny

Można o niej napisać tak:

Jest po prostu pięknie! Już w pierwszy wieczór powalił mnie z nóg widok dziedzińca katolickiego hostelu z dwiema potężnymi rozłożystymi palmami, których pnia nie zdołałbym objąć. Wszędzie rosną bananowce, a laterytowa czerwona ziemia niesłychanie lśni w zachodzie słońca. W ogrodach hodowane są ananasy. Pogoda: ani razu nie musiałem założyć kapelusza i jak dotąd nie zużyłem ani kropli olejku chroniącego przed słońcem. Niebo jest cały czas przesłonięte delikatną chmurą – obłokiem pary wodnej, który właśnie co zdążył wyparować z zaczynającej się 100 kilometrów stąd równikowej dżungli. Spotkany przeze mnie dziś Tim – ekspata z USA, który mieszka już w Rwandzie 3 lata – potwierdził tylko moje przepuszczenia: The weather here is the magic. Nie jest za ciepło, nie jest za zimno. Jest w sam raz. Na oko 22 stopnie. Każdego dnia. Ta sama mgiełka na niebie chroniąca przed słońcem, ale przepuszczająca wystarczającą ilość światła, ta sama temperatura, ten sam kojący wietrzyk. Po stokroć lepiej niż w Polsce, gdy z niej wyjeżdżałem.

)

Tak rosną ananasy. Wiedzieliście? Ja się przyznam, że myślałem, że szukać ich trzeba na drzewach 🙂

Wysoko na niebie krąży co najmniej kilka drapieżnych ptaków. Co chwila nisko nad ziemią, jakieś góra 10 metrów nad nią przelatują klucze pelikanów i innych żurawiopodobnych ptaków, gęgając przy tym tak jak nasze polskie gęsi. Lub po cichu wyskakuje z drzew stado śnieżnobiałych ptaków i dostojnie przelatują mi przed oczami. Scena jak z filmu o Afryce, tyle, że ja to widzę naprawdę.

To chyba bambus

To chyba bambus

Agathe mówi, że to nie baobab. Nic tam, tys piknie

Agathe mówi, że to nie baobab. Nic tam, tys piknie

Zapytałem Paula, czy mają tu niebezpieczne zwierzęta. Nie. Skorpiony? Nie ma. Lwy? Tylko w rezerwacie Akagera kilkadziesiąt kilometrów stąd. Inne niebezpieczne zwięrzęta? Nie. Juliette powiedziała, że jadowite węże w kraju są, ale w Nyamata nigdy nie widziała.

Mała termitiera

Mała termitiera

Wiedziałem że samolot ma lądować już po zmroku i miałem taki plan, że jeszcze na pokładzie spryskam się sprayem przeciw komarom. Przerażająca wizja bestii dopadających mnie chmarą i z miejsca zarażających śmiertelną malarią była paraliżująca. Tymczasem już w pierwszy wieczór  usiadłem z Paulem na tarasie i w cieplutką noc zapytałem go gdzie są komary. Powiedział, że nie ma. I jest to niemal prawda! Bo czym jest jeden komar widziany raz na dwa, trzy dni? Nie żartuję.

A czy już wspomniałem, że wszędzie gdzie nie spojrzysz są góry? Nie skaliste, a takie bieszczadzkie, ale gdzie nie spojrzysz żadnego płaskiego fragmentu horyzontu. Porośnięte lasami, poprzetykanymi licznymi zabudowaniami pagórki, staczające się w głębokie doliny; ciągnące się daleko widoki widziane z serpentyn dróg wijących się po zboczach.

To jest powód, dlaczego napisałem, że mógłbym tu mieszkać wiecznie. Po prostu raj na ziemi, w pełnym tych słów znaczeniu.

Jakbyście mieli takie widoki w pracy, też by wam się nie chciało

Jakbyście mieli takie widoki w pracy, też by wam się nie chciało

Ale można napisać i tak:

Gdy laterytową drogą przejedzie samochód, z powodu wzbitego kurzu nie ma czym oddychać. A i bez samochodu nie sposób znieść ciągle umorusanych spodni w czerwonej glinie.

Miałem nadzieję, że wracając w listopadzie do Polski zaskoczę wszystkich opalenizną; tymczasem z powodu ciągle unoszącej się chmurki nadal nie jestem opalony ani trochę. Poza tym jak jednego dnia było bezchmurnie, słońce tak przygrzało, że już po godzinie miałem dość.

Wczoraj jak stałem pod okienkiem baru, zobaczyłem jak za barmanką po słupie zbiegł czarny szczur lub inne licho do niego podobne i zniknął gdzieś za kontuarem. Barmanka nawet nie zareagowała. I ja się tu każdego dnia stołuję!

Idąc do toalety spłoszyłem spod drzwi mysz lub inne licho do niej podobne, które wdrapało się jednym susem po pionowej (!) trzymetrowej ścianie i dreptało gdzieś po dachu.

Dziś rano podszedł do mnie robotnik z budowy i zapytał czy chcę zobaczyć węża. Jakiego węża – zapytałem. Żmiję. Poszedłem za nim i tuż za bramą, na skraju drogi zobaczyłem widok, który mi zjeżył włosy na plecach. Co najmniej półtorej metrowy całkowicie czarny wąż, grubszy od mojego nadgarstka. Był już martwy, ale i tak nie odważyłem się go dotknąć. Robotnicy zresztą też. Powiedzieli, że jego jad jest zabójczy, a co gorsze gatunek ten słynie z plucia jadem na odległość. Trafienie w oczy co najmniej oślepia, a potrafi i zabić. Robotnik powiedział, że węże widzi ciągle jak pracuje w terenie. Według niego jeszcze gorsze są czarne kobry. Potem Paul powiedział, że wczoraj wieczorem znaleźli tą żmiję na terenie telecentrum, zabili trafiając łopatą w gardło.

Czarna żmija

Czarna żmija

Miejsce cięcia na szyi węża było już całe pokryte masą drobnych czarnych mróweczek; tych samych, które kilka dni temu oblazły mi cały bagaż, bo zostawiłem w nim zaczętą paczkę czipsów. Zresztą one nie są największym problemem – widok ruszającego się całego bagażu z milionami mrówek to co najwyżej dyskomfort. Po ziemi biegają za to inne mrówki, długie na bez mała dwa centymetry, których żwaczki widać na stojąco. Choć jako student biologii uwielbiałem mrówki, te tylko mam odwagę przepędzać książką. A one jakby rozumiały co się stało, biegną z powrotem ku tobie. Pozostaje ci tylko uciekać. W powietrzu unoszą się błonkówki, długie na minimum pięć centymetrów. Kiedyś mnie w Polsce użądliła taka centymetrowa i bolało jak diabli.

Jakaś bycza błonkówka, bliska krewna naszej osy

Jakaś bycza błonkówka, bliska krewna naszej osy

A gdy to piszę, słyszę nad sobą brzęczenie komara.

Można pisać i tak i tak. I pewnie jeszcze wiele można do tego dodać. Wczoraj o przyrodzie Rwandy wysmoliłem artykuł na 5 stron w wordzie, a dziś postanowiłem go skasować. Bo dziś widziałem węża, wczoraj wieczorem widziałem szczury i myszy, ale za to też dziś widziałem stado białych ptaków i przyjrzałem się bliżej tym pięknym drzewom, co wyglądają jak długie chude anteny, rozgałęzione parasolowato dopiero na czubkach. Postanowiłem, że o przyrodzie Rwandy będę pisał po kawałku, tak jak o ludziach. Tylko o drobnych aspektach. Bo wiele mnie jeszcze pewne zadziwi i wiele razy się jeszcze pomyliłbym jakbym chciał stwierdzić coś w tej kwestii ostatecznie.

Advertisements

komentarzy 9 so far

  1. 2

    Tomek said,

    Interesujące opowiadania 🙂 Może książkę napiszesz o swoim pobycie w Afryce? Jednego nabywcę już masz, a pewnie znajdzie się więcej chętnych. Ten blog zrobi Ci znakomitą reklamę. Czekamy na kolejne relacje z Czarnego Lądu.

    Pozdrawiam

  2. 3

    kkarpieszuk said,

    pawel: goryle sa tylko przy wulkanach. i aby wejsc trzeba zaplacic 500 dolarow. nawet tim z usa mowil ze go nie stac bylo, poki nie dostal obywatelstwa rwandyjskiego (tubylcom jest o polowe taniej). ja nie mam teraz do tego glowy, ale wierze ze zorganizujesz w Polsce zbiorke na bilet wstepu dla mnie 😉 juz nie takie rzeczy udalo ci sie zrobic

    tomek (ktory tomek? biedrzycki?): dorota h tez mowi zebym wyadl ksiazke, wiec mam juz dwoje czytelonikow. ale nie wiem. ja nie umiem pisac

  3. 4

    Pawel said,

    Pomyślimy, pomyślimy 😉
    A ty tymczasem pisz, pisz i pisz coraz więcej…

  4. 5

    Tomek said,

    Zgadza się-ten sam 😉 Nie chcę się powtarzać, ale fajnie piszesz. Tak więc sukces murowany.

  5. 6

    kkarpieszuk said,

    Tomek, kope lat 🙂 Napisz na maila co tam u Ciebie slychac 🙂 kkarpieszuk gmail.com

  6. 7

    Jacek said,

    Witam,
    Ja do Tomka. Czy to ten sam Tomek Biedrzycki, z Łodzi? Ten z którym Cordelcią przemierzaliśmy Adriatyk? Jeśli to ten Tomek to prosze o kontakt.

    Jacek

    13@hot.pl

  7. 8

    Tomek said,

    Witam,
    To nie ten sam Tomek. Widać jest nas więcej. W Łodzi nie mieszkam a żegluje co najwyżej po Mazurach ;).
    Pozdrawiam


Comment RSS

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: