Urodziny Pacifique

Pierwszego dnia mojego pobytu, 1 sierpnia pod wieczór odbyły się urodziny Pacifique. To dziewczyna Paula.

Rano odbyły się przygotowania. Paul, jego kuzynka Agathe i koleżanki Pacifique – Voisine i Cloudine zebrali się w barze koło telecentrum aby omówić szczegóły, bo miała to być impreza niespodzianka. Paul powiedział swojej dziewczynie, że dziś musi załatwić nieco spraw w Kigali i potem leci prosto do Kenii na jakieś spotkanie biznesowe, więc dziś się zobaczyć nie będą mogli.

Paul, Agathe, Voisine i Cloudine

Pojechaliśmy do Kigali przygotować prezenty. Ja już wcześniej w Polsce kupiłem na tą okazję składankę polskiej muzyki na CD. Paul musiał zeskanować dwa zdjęcia Pacifique – jak wygląda obecnie i jak wyglądała 10 lat temu i połączyć je w jedno. Usługi ksero i skanowania chyba są właśnie tylko w Kigali.

W Kigali

W Kigali

Pobyt w Kigali opiszę kiedy indziej, na pewno będzie jeszcze okazja.

Wieczorem zostałem wynajęty jako fotograf całej imprezy. Postanowiono sprawić dziewczynie dwie niespodzianki. Pierwsza to pojawienie się wszystkich jej znajomych, ale bez Paula. Paul potem z grupą innych znajomych zrobił drugą niespodziankę niespodziewanie się pojawiając.

Przed przyjazdem do Rwandy Paul pisał mi, że z okazji urodzin będzie „some party” w pierwszy wieczór. Nastawiłem się na typową urodzinową imprezkę z hałasem, śmiechami, lansem, tańczeniem i dużą ilością drinków. Gdzieś jednak kiełkowało w głowie, że jednak zapewne zobaczę coś innego.

Po 18:00 (było już ciemno) zakradliśmy się od tyłu baru przy telecentrum i wejściem dla obsługi weszliśmy z tortem z zapalonymi zimnymi ogniami. Pacifique siedziała na tarasie z przyjaciółką i była naprawdę zaskoczona. Muszę dodać, że Pacifique jest bardzo małomówna i chyba nieśmiała, ale widać było, że się niespodziewała. (Muszę też przy okazji dodać, że nie mówi ona w ogóle po angielsku).

Tort dla Pacifique

Tort dla Pacifique

Po pierwszy życzeniach i odśpiewaniu Happy Birthday najpierw po francusku, a potem w kinyarwanda, wstała i wszyscy, niczym w procesji idąc za nią udali się do bungalow (rodzaj altany pokrytej trzciną). Przodem Pacifique z tortem ze sztucznymi ogniami, dostojnie i powoli jak do ślubu, a za nią cały orszak. Widać w tym było pewien rytuał.

Idziemy z tortem do bungalow

Idziemy z tortem do bungalow

W bungalow wszyscy zasiedli na rozstawionych w koło stołach. Po krótkich przemówieniach wszyscy jeszcze raz wstali i zmówiono modlitwę prosząc aby Bóg pobłogosławił Pacifique i dzisiejsze przyjęcie (mówiono tylko w kinyarwanda, ale co nieco było mi tłumaczone). Kelnerzy z baru rozdali wszystkim do wyboru albo butelkę fanty, albo coca-coli i właściwie zapadła cisza. Wszyscy siedzieli, nikt nie odzywał się głośniej niż szeptem. Tylko raz na jakiś czas wygłaszane były na stojąco przemówienia poszczególnych gości – życzenia dla Pacifique nagradzane na koniec brawami zgromadzonych.

Agathe rozdała każdemu po chusteczce, dowiedziałem się, że zaraz zostanie podane ciasto. Należało wziąć ciasto w chusteczkę i w ten sposób jeść. Sprytne rozwiązanie kwestii upaćkania się kremie.

Zgasło światło i zapadła całkowita ciemność. Powiedziano Pacifique, że to problem z zasilaniem, w co jest łatwo uwierzyć, bo faktycznie bywają z tym problemy (kiedy to piszę miałem także problem z prądem). Wiedziałem jednak, że to właśnie moment w którym wejdzie druga grupa gości wraz z Paulem, który powinien być wg Pacifique właśnie w Kenii. I tak też się stało. Druga niespodzianka ucieszyła dziewczynę równie mocno.

Przyszedł Paul z kolejnym tortem

Ponownie zmówiono modlitwę po czym każdy z siedzących w koło przy wielkim stole (właściwie stół był ustawiony w podkowę o średnicy mniej więcej 8 metrów) musiał wstać, przedstawić się i powiedzieć kogo z gości zna. Jedyny przedstawiałem się po angielsku, powiedziałem kto ja jestem i że znam Paula i Pacifique (tak naprawdę choć to pierwszy dzień znałem już o wiele więcej osób). Osób teraz było około czterdzieści. Wśród gości byli przyjaciele Pacifique i jej rodzina włączając w to matkę. Jej ojciec zginął rok temu.

Wręczono prezenty. Asystowała mi przy tym Denise, tłumacząc mój angielski na kinyarwanda. Nie każdy musi przynieść prezent, ale Pacicifique dostała ich naprawdę sporo. Moja płyta gdzieś utonęła wśród różnego rodzaju pudełek, laurek i pluszaków.

Następnie był szwedzki stół. Na zewnątrz bungalow-a (wymawiane w Rwandzie jako „bingaloł”) rozstawiono na stołach wielkie pojemniki z żarciem. Spróbowałem wszystkiego co było: frytki (takie jak i u nas), różnego rodzaju surówek z grochu, fasoli, cebuli i pomidorów. Nietypowe dania to smażony banan, który smakuje dokładnie jak gotowany ziemniak. Nie mogę sobie wyobrazić, że jest to banan. Długo się kłóciłem z Denise, że nie może to być banan. Myślałem, że to właśnie ten słynny batat, czyli słodki, podłużny ziemniak. Tyle, że było to zwyczajnie słone. Niezły kołowrotek i tak naprawdę nie wiem co ja jadłem. Denise powiedziała, że nazywa się to „sweet banana”, rośnie na drzewach i jest koloru białego. Może tu są jakieś inne gatunki bananów także? W mieście widziałem samochody pełne dobrze znanych zielonych bananów.

Inne egzotyczne danie to smażona ryba. Była to tilapia. Nieźle: my w Europie hodujemy je jako ryby ozdobne (tilapia mozambijska), a oni je jedzą. Ale nie wyciągajcie teraz z akwariów swoich rybek by spróbować jak smakują. Smak jest perfekcyjnie identyczny jak smak smażonego karpia podawanego na wigilię.

W międzyczasie pojawiło się na stołach piwo, ale niewiele osób piło. Właściwie żadna dziewczyna i nie wszyscy faceci. Ja sobie pozwoliłem spróbować. Dwie najpopularniejsze marki piwa to Mützig i Primus. Niczym się nie wyróżniają w smaku. Dobre piwa i tyle. Ale nie mam podniebienia kipera, więc może się nie znam.
I kolejna faza przemówień i podziękowań, składania życzeń. Każdy kto chciał, wstawał, inni milkli i słuchali jak składa życzenia. Paul zaanonsował mnie, więc i mi przyszło powiedzieć kilka słów. Jedyny mówiłem po angielsku i miałem wrażenie, że albo mam czerstwe poczucie humoru, albo większość nie rozumie mnie 😉 Ale brawa na koniec i tak dostałem.

Ludzie zaczęli się rozchodzić. Została tylko mała garstka, w tym i ja. Przenieśliśmy się do wnętrza baru na coś w rodzaju dyskoteki. Taniec był normalny, taki jak się tańczy u nas 🙂 Towarzysząca muzyka to obecne i starsze dyskotekowe przeboje (Michael Jackson, Byionce [nie wiem jak to się pisze], bardzo popularny tutaj Garou itp) oraz dyskotekowe piosenki śpiewane w swahili.

Po godzinie Paul rozwiózł wszystkich do domu.

Wyraźnie tu widać różnice między europejskimi a rwandyjskimi urodzinami. Te tutaj dynamiką przypominają raczej… stypę 🙂 Nie żebym się czepiał, ale tak to nieco wyglądało. Choć może bardziej początek wesela? Ludzie zasiadają za stołami i nikt do nikogo się nie odzywa. Siedzi zestresowany i patrzy kątem oka cóż to za osoba usiadła obok nas. W Polsce w tym momencie wkracza wodzirej z zachęcaniem do wypicia wódki. Tutaj w tle gra tylko muzyka z komputera, przyciszana na czas przemówień i modlitw. Jeśli ktoś zna kogoś obok (a raczej znają się tu wszyscy), rozmawia z nim. Jeśli obok siada muzungu (w kinyarwanda: biały człowiek) tym bardziej do niego zagaduje. Ale wszyscy po cichu, szeptem. Bo najważniejszy jest solenizant.

Wszyscy patrzą na Pacifique. Siedzi w samym środku stołu, nie wypada odzywać się głośniej do kogoś innego, przynajmniej tam mi się wydaje. W Polsce urodziny to po prostu okazja do spotkania się i do imprezowania. Tutaj to jest jakiś rodzaj hołdu.

Reklamy

komentarzy 5 so far

  1. 1

    Krysia said,

    Zazdroszczę smażonych bananów! uwielbiam je 🙂

    Poczekaj, aż Cię zabiorą na stypę. O ile jest podobnie jak w Ghanie, więcej się tam dzieje, jest bardziej radośnie i tanecznie, niż na weselu 😉

  2. 2

    Andrzej N. said,

    Naprawdę teraz jest to u nas odczuwalne, imprezka, urodziny, wesele, spotkanie, wszędzie wódka 🙂 piwo -> to takie polskie…

    Ciekawe jak wygląda wymiana do Polski i wciągnięcie takiego przybysza w cug narodowy 🙂

    pozdrówka Konrad

  3. 3

    Pawel said,

    „Może tu są jakieś inne gatunki bananów także?”

    No jasne że są 😉 Jesli jest podobnie jak na Sri Lance to niedługo skosztujesz nawet kilkaście typów (tak jak w Polsce mamy kilkanascie typów jabłek i spozywamy je na najrozniejsze sposoby a jedne banany jakie znamy to importowane „banany pastewne”;

    tak na SL rosnie kilkanascie typow bananow – slodszych, kwasniejszych, mniejszych, ogromnych a nawet czerwonych!!!, to jablka znaja tylko jeden typ – importowane z Izraela lub Australii).

    Mysle ze podobnie moze byc w Rwandzie 🙂

    P.S. Przyjrzałem się zdjęciom które podesłałeś i muszę przyznać że bardzo ładne dziewczyny są do okoła…

    Pozdrów odemnie Paula!

  4. 4

    J.B said,

    Hmmm..zastanawia mnie ta tilapia, bo właśnie dzisiaj robię ją na obiad:D Zapraszam na mój blog wkrótce;)

  5. 5

    Pięknie, wszystko pięknie 😉


Comment RSS

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: