Posty otagowane malaria

Mity o Rwandzie

Do Rwandy przyjechałem z pewnym nastawieniem co tu mogę spotkać, które bardzo szybko zostało zweryfikowane. Wdziałem jednak w Waszych komentarzach, że także macie jakiś swój obraz tego kraju.

Co więcej kilka rzeczy, które wymyśliłem sobie po przyjechaniu też już w ciągu dwóch miesięcy się zmieniło. Wyprostujmy więc nieco obraz tego kraju.

Komary i malaria wiszą w powietrzu

Tak to mnie więcej wyobrażałem sobie przed przyjazdem. Chmary komarów, leżący na ulicach ludzie dogorywający na malarię (jak opisywał to Kapuściński), zwłaszcza, że Rwanda jest jednym z krajów najbardziej zagrożonych pod tym względem. Nikt nie wychodzi o „szarej” godzinie z domu i każdy nad łóżkiem ma moskitierę.

To najbardziej pozytywne rozczarowanie chyba :) Komary widuję w liczbie jednej sztuki na kilka dni. Ponoć w czasie pory deszczowej powinno być ich zatrzęsienie, ale od kiedy się zaczęła, nic się nie zmieniło.

Miałem zamiar ze strachu stosować wieloliniową obronę przed malarią: pryskanie się repelentami, zażywanie codziennie malarone, spanie pod moskitierą i siatki ochronne w oknach.

Siatki mam (nieco dziurawe, ale znośne), biorę też malarone. Pod moskitierą spałem tylko w hostelu przez dwa pierwsze dni i potem w szpitalu. W domu jej nie mam.

Pierwszego dnia całkowicie spryskałem się repelentem, a później przez dwa tygodnie, tylko jak słyszałem brzęczenie komara w pokoju. Teraz jak słysze brzęczenie co najwyżej nakrywam się szczelniej kołdrą i zasypiam.

Paul mówi, że na malarię choruje średnio raz na dwa lata i mówi, że to straszne cholerstwo, którego nikomu nie życzy. Innocent mówi, że nigdy nie chorował.

Zdjęcie zrobiłem ot tak sobie w czasie jazdy samochodem. Dopiero potem gdy oglądałem je na ekranie komputera, zauważyłem, że w tle pod murem ktoś leży.

Zdjęcie zrobiłem ot tak sobie w czasie jazdy samochodem. Dopiero potem gdy oglądałem je na ekranie komputera, zauważyłem, że w tle pod murem ktoś leży.

Jestem jedynym białym w całym Nyamata

Też nieprawda, ale już o tym pisałem :) Na początku miałem takie wrażenie, ale do dziś poznałem już bardzo dużo ludzi z całego świata, a często widze też i białych nieznajomych. Wszyscy tu są z pomocą rozwojową podobnie jak ja.

Jestem spalony na raka

Jeden raz mnie lekko piekła skóra jak poszedłem na dłuższy spacer. Jest słonecznie, ale jakoś udaje mi się uniknąć poparzeń. Jak pisałem chmury tworzą tu coś w rodzaju filtra przeciwsłonecznego, przez co jest jasno, ale nie upalnie (ale bywają i dni bz chmur). Bardzo mnie zdziwiło odczucie termiczne. Któregoś dnia gdy zakładałem, że jest idealna temperatura 21 stopni, wszedłem na stronę z prognozą pogody i bardzo się zdziwiłem widząc, że brakuje tylko jednego stopnia do trzydziestu. W Polsce nie dałoby się żyć w takich warunkach, a tu było naprawdę super.

Większość mieszkańców Rwandy to katolicy

Tu też zdziwiewnie. Wikipedia i CIA twierdzą, że katolicy to ponad połowa wierzących, ale widocznie nie mają aktualnych danych (dane CIA są z roku 2001). Przez całe dwa miesiące pobytu spotkałem tylko jedną katoliczkę (Pacifique, dziewczyna Paula). Zdecydowana większość to protestanci różnych wyznań (adwentyści, ewangeliści, kościół odnowienia i założona w Rwandzie Zion Temple). W ostatni dzień Ramadanu zauważyłem sporo muzułmanów (ale i poza tym dniem bywają widoczni).

Rwandyjczycy dzielą się na Tutsi i Hutu

Już nie. Dominuje opinia, że byli podzielieni prze ludobójstwem, sztucznie przez kolonizatorów. Obecnie wszyscy nazywają się Rwandyjczykami i oficjalnie nikt nie zwraca uwagę na to kto kim kiedyś był. Podejrzewam jednak, że to tylko trochę fasada: każdy dobrze wie kto był Hutu, a kto Tutsi, ale nikt nie chce wracać do podziałów pamiętając jak to się skończyło. Zresztą jak wspominałem jest to nielegalne. Można pytać, owszem, kto kim jest, ale nie wolno nikogo z tego powodu dyskryminować. Ludzie jednak mówią żebym nie pytał, bo to może ich drażnić, więc nie pytam. Nie wiem kto kim jest, jedynie się domyślam na podstawie opowiadanych przez nich historii rodzinnych. Na przykład Robert mówi, że jego rodzina przed ludbójstwem mudziała wraz ze swoimi krowami uciec do Ugandy – typowa historia Tutsi.

Rwandyjczycy są niebezpieczni

Bo jakby niby inaczej miało być w kraju, w którym każdy albo zabił kogoś by żyć, albo zginął?

Tymczasem jest tak, że zdecydowanie bardziej boję się chodzić po ulicach w dzień w Polsce niż w Rwandzie po zmierzchu. I wcale tu nie przesadzam. Wiele razy opisywałem przyjazność Rwandyjczyków i chęć pomagania. Bardzo, bardzo pozytywni ludzie. Przed przyjazdem mama wszyła mi od wewnętrznej strony spodni ukryte kieszonki na pieniądze. W ogóle z nich nie korzystam.

Po przyjechaniu wymieniłem kilkaset dolarów na franki i od razu porażka: dostałem tak dużo banknotów (objętościowo była to cegłówka), że nie zmieściłbym ich do żadnej kieszeni. Wrzuciłem je więc do plecaka.

Po ulicach chodzę z aparatem w ręku, laptopa zostawiam na widoku. Jak pisałem, nie wierzę by Nyamata byli złodzieje (ale ponoć w Kigali trzeba na siebie czasem uważać).

Gdzie więc ci wszyscy mordercy? Nie żyją, w więzieniach lub uciekli za granicę. Rwanda przez ludobójstwo to baradzo młody kraj. Niemal wszyscy których znam w 1994 roku mieli zaledwie kilka lat i są teraz sierotami. Te ostatnie jest smutne, jak sobie pomyślę, że mając 4 lata sttracili oboje rodziców.

Na pobliskich sawannach pasą się lwy i antylopy

Na pobliskich zawannach nic się nie pasie. Lwy, bawoły, antylopy i żyrafy ponoć są tylko w Parku Akagera (do którego zdradzę, że być może pojadę w najbliższy weekend!).

Od końca września cały czas leje

W Rwandzie są dwie pory deszczowe: wiosną i jesienią. Przy czym ta pierwsza nazywana jest porą deszczów długich, a ta druga – krótkich. I tak jest w istocie. Deszcz pada średnio co półtorej dnia i trwa około piętnastu minut. Przeważnie wieczorami lub w nocy. Deszcze są różne, od cichych i delikatnych, aż po naprawdę superanckie nawałnice, w czasie których nic poza deszczem nie słychać. Raz się zdarzyło, że w czasie szkolenia taki spadł i musieliśmy przerwać zajęcia, bo nawet gdy krzyczałem nikt mnie nie słyszał (duży w tym udział ma fakt, że wszystkie budynki pokryte są falistą blachą na dachach, która działa jak bęben). Deszczom czasem towarzyszą burze, a nawet grad.

Po deszczu rynsztoki są nieco wezbrane wodą, ale krótko. Za to jak pada, to zawsze zalewa nam przez nieszczelne okna telecentrum.

Komentarze: (1) »

Tak na szybko

  1. W czwartek wypisali mnie  ze szpitala. I dobrze, bo nieźle się tam nudziłem. Rwandyjczycy w Kigali (albo po prostu w szpitalu) są inni niż w Nyamata. Mniej kontaktowni, więc całe dnie tylko leżałem. Prawie mnie nikt nie odwiedzał. Teraz  biorę leki na malarię i salmonellozę, ale już jest supcio.
  2. Po wyjściu ze szpitala okazało się, że właśnie skończył mi się abonament na internet. Trzeba więc było wrócić znów do Kigali i zapłacić, a Paulowi się nie spieszyło (15 września będą tu wybory parlamentarne i Paul jest lokalnym organizatorem kampanii wyborczej; jest cały czas zajęty, choć od dawna wiadomo, że właśnie ta partia wygra wybory, kiedyś to opiszę). W końcu dziś pojechałem busem z Robertem i na miejscu się okazało, że salon dziś czynny tylko do 12:00. Na szczęście chwilę później się okazało, że doładowanie na internet to to samo co doładowanie komórki pre-paid. Kupiliśmy kartę za 20000FRW (około 40USD) od chłopaka na ulicy, doładował, pokazał jak to potem robić samemu w Nyamata i nawet wystawił fakturę.
  3. Udało mi się kupić pocztówki! Ale było to niemiłosiernie trudne. Oni tu nie wiedzą co to jest postcard. Gdy tłumaczysz pokazują Ci laurki na urodziny i (wyjątkowo dużo tu takich) z okazji urodzin dziecka. Juz zrezygnowałem i nawet miałem zamiar taką połogową kupić dla Doroty, ale napatoczyła się jakaś nierwandyjka i powiedziała nam, że pocztówki można kupić w Caritasie. Caritas też był zamknięty, ale okazuje się, że uliczni sprzedawcy są rewelacyjni. Wyczarują ci wszystko. Jeden pobiegł gdzieś i po chwili przyniósł plik pocztówek. Niestety cena spora: 500FRW (1 dolar), kupiłem na razie 5. Żałuję bo zaraz potem zaczepił mnie inny sprzedawca uliczny, który mial takie ręcznie robione i to za 150FRW. No nic.
  4. Widzę, że rośnie mi konkurencja. Karolina, Kinga i Fabian piszą z Togo (mam nadzieję, bo na razie zaczęli, ale liczę na to, że nie skończy się na kilku postach jak na naszym wspólnym blogu), a Przemek rozpisał się nieźle na temat pobytu w Ugandzie.
  5. W piątek rano czułem się jeszcze jakbym miał znów wrócić do szpitala (zawroty głowy, kłopoty ze staniem), ale dumnie melduję, że o 14:00 wróciłem do prowadzenia zajęć.

Komentarze (3) »

W moich butach mieszkają potwory

W moich butach mieszkają potwory. Głęboko w moich butach skryły się oślizgłe bezmuszlowe mięczaki. Są drapieżne i jadowite. Muszę je delikatnie wystukać ze środka. W moich butach mieszkają jaszczurki. Rysiek mówi, że nie wie jak dojechać do galerii białej. Mówię by jechał białostocką koleją miejską, ale nagle zdaję sobie sprawę, że przecież nie wiem na której stacji trzeba wysiąść.

Jedziemy więc autobusem, a ja sobie przypominam o jaszczurkach w moich butach. Zdejmuję buty. Moje buty to jaszczurki, w których mieszkają inne małe, złe i jadowite jaszczurki. Chwytam dobre jaszczurki w dłonie i zastanawiam się czy mam je zdusić by zabić te złe w środku. Dobre jaszczurki patrzą na mnie i czekają co zrobię.

Budzę się. Jest poniedziałek przed południem i czuję się już lepiej. Słaby, spocony ale siadam i przygotowuję prezentację na dzisiejsze zajęcia. Jem pączka z wczoraj, ale czuję, że chyba przeceniam siły. Pakuję się i idę do telecentrum z planem, że zostawię tam rzeczy i pójdę dalej do szpitala na odwleczoną wizytę.

Do telecentrum dochodzę strasznie zmęczony więc siadam i piję wodę. Jedna butelka to za mało, bo nadal nie mam sił. Biorę drugą i idę do szpitala. Innocent powiedział, że Paul gdzieś pojechał i będzie po trzeciej; za późno.

Widzę Paula po drodze, ale obaj idiotycznie stwierdzamy, że dojdę sam. Do szpitala jest jakieś 400 metrów.

Po 400 metrach padam na krzesło przed lekarzem cały spocony i ziejąc jak maratończyk. Chciałbym się gdzieś położyć. Lekarz proponuje zbadać kał, bo mówi, że to jakaś infekcja. Od rana mam potężną biegunkę.

Idę najpierw zapłacić za badanie. Stoję i czekam na wypisanie papierków i coraz bardziej kurczowo wbijam palce w parapet. Szybciej bo zaraz upadnę. Ale nikt się nie spieszy. Nagle zaczynam czuć ogień w środku uszu i wpadam w panikę, jest taki wyraźny. Czy to krew? Nie, to nie krew. Zaraz upadnę więc resztką sił odwracam się i siadam na krześle porzucając plecak, kasjera i pieniądze. Spuszczam głowę między kolana, podnoszę i mówię by ktoś zawołał lekarza. Ale ludzie tylko patrzą i nic nie robią. Spuszczam głowę znowu i siedzę nie wiem ile.

Woła mnie kasjer do okna. Zabieram wszystko i idę do laboratorium. Jest już lepiej, poza zmęczeniem. Cały czas dyszę.

Dziesięć minut później stoję w laboratorium czekając na wynik i wiem, że nie dam rady. Siadam na krześle i wszystko wraca. Ogień w uszach. Nie dam rady nawet siedzieć, zaraz zemdleję. Mówię o tym laborantowi. Mówi, że zabierze mnie do lekarza, pyta czy dam radę iść. Kłamię, że tak.

Wiszę na laborancie, ale on wcale się nie spieszy. Wiem, że w tym tempie na pewno nie dojdę, przestaję widzieć. Mówię laborantowi, że nie dam rady, odpycham go i siadam skulony pod ścianą. Ogień w uszach przeradza się w straszny pisk. Patrzę na swoje dłonie, które nagle zaczęły potwornie mrowić. Dyszę z prędkością światła. Co mi jest? Nagle robi się jasno i chyba tracę przytomność.

Jestem na łóżku i wiozą mnie do lekarza. Dłonie mnie mrowią, a uszy palą. Cały jestem zlany potem. Wpadam w panikę, bo nie znam tych objawów; myślę o najstraszniejszych chorobach Afryki, tych, które nagle zabijają. Ale jestem w szpitalu przecież.

Są kłopoty ze zmierzeniem mi ciśnienia. Przy trzeciej próbie wynik jest 80 na 55, mało. Ale czuję się już dobrze, więc wszystko mi się wyjaśnia. Biegunka mnie odwodniła do tego stopnia, że krew to już same krwinki z namiastką osocza. Biało – czerwona palpa z trudem przeciska się przez naczynia i gdy tylko wstanę, w drodze do mózgu się poddaje. Ostatnią deską ratunku jest wycofanie krwi z niepotrzebnych narządów by podnieść jej ciśnienie w innych miejscach. Niedokrwione dłonie zaczynają mrowić jak niedokrwiona noga, gdy się źle usiądzie. To tylko moje domysły, ale chyba słuszne. Wczorajsze wysokie wyniki poziomu krwinek to tak naprawdę niski poziom osocza.

Ostatnie zdanie potwierdza sam lekarz i aplikują mi kroplówkę z solą fizjologiczną; po każdej kropli jest lepiej. Ale lekarz też mówi, że w kale znaleziono krew. Przypominam sobie groźny slajd ze szkolenia w MSZ. „Krew w kale lub moczu: idź do lekarza”. Jestem u lekarza, a on mi mówi, że to zapewne salmonella; będą mnie jednak leczyć też na malarię. W moich żyłach mieszkają potwory. Ładują we mnie kolejne butelki metronidazolu i chininy. Staś przyniósł Nell chininę i teraz już wszystko będzie dobrze.

Ale z biegiem czasu nie jest dobrze. Kolejne razy trzymając się ścian ledwo dochodzę do ubikacji. Leżę na łóżku, pocę się, trzęsę. W uszach słyszę dzwonienie, wymiotuję. Mam gorączkę i wrażenie jakbym znikał od środka. Zjadam banana i go zwracam. Woda jest ohydnie gorzka – ale to efekt wpompowanego metronidazolu. Z godziny na godzinę jest coraz gorzej, leżę w kałuży potu. Kolejna diagnoza – malaria. Przed północą zapada decyzja o przewiezieniu mnie do szpitala w Kigali.

O drugiej w nocy w końcu zasypiam na którymś piętrze King Faisal Hospital.

Dziś czuję się o wiele, wiele lepiej. Właśnie kończę pisany od trzech godzin jedną ręką (jestem cały pokłuty welflonami) wpis na blog. Męczy mnie tylko biegunka, może trochę mi się kręci w głowie. Piękne śniadanie jeszcze smakowało po lekach okropnie i nie skończyłem go, ale przy obiedzie mało się nie rozpłakałem. Makaron, mielone mięso na nim, marchewka z zielonym groszkiem i sok owocowy. Nie dość, że od miesiąca co najmniej nic takiego nie jadłem to jeszcze wrócił smak.

Szpital jakiego nie powstydziłby się Białystok. Pierwszy raz jestem w Rwandzie na piętrze innym niż parter, za oknem widok na góry. Obowiązuje język angielski, zarówno w kontaktach z pacjentami jak i wśród personelu. Obsada międzynarodowa, to dlatego. W Nyamata większość lekarzy wyglądała na młodszych ode mnie. W Kigali mój lekarz prowadzący zapewne byłby już siwy, gdyby nie był zupełnie łysy.

Spokojnie mi mówi, że wszystkie objawy wskazują na salmonellozę, ale będą mi też podawać silny środek antymalaryczny. Jednym mnie tylko zmartwił. Czuję się tak jakbym najpóźniej jutro miał wyjść. Tymczasem zapytany ile czasu trwa leczenie salmonelli, odpowiedział, że od tygodnia do 10 dni.

No trudno. Szkoda ledwo zaczętych zajęć z nauczycielami, ale Innocent ich ponoć już przejął. Posiedzę sobie tutaj, porobię mu i sobie materiały do szkoleń (mam plan wrzucać je też na bloga). I w końcu porządnie sobie podjem. Problem to zakamuflowana możliwość.

Komentarze (12) »

Jestem na coś chory

Drugi dzień mam zawroty głowy. Dziś instalując nowe komputery, po każdym schyleniu się pod biurko jak wstałem, musiałem się czegoś chwytać, bo miałem mroczki przed oczami. Nigdy tak nie miałem, więc zrezygnowałem z dalszej pracy i poszedłem do domu.

Właśnie zaczyna się pora deszczowa i po drodze zastała mnie ulewa z gradem (jak wygląda tutejszy deszcz kiedyś opiszę, bo nie spodziewałem się czegoś takiego co widzę już trzeci dzień). Wróciłem przemarźnięty i mokry do ostatniej suchej nitki. Padłem w łózku i leżałem trzęsąc się z zimna.

Bóle mięśni, gorączka, ból głowy, zawroty, jadłowstręt, pocenie się. Mdłości i straszne osłabienie. Kaszel.

Sięgnąłem po książkę od chorób, co skłoniło mnie do udania się jednak do szpitala. W książce napisano, że malaria zaczyna się od wątroby, a ta mnie delikatnie pobolewa od kilku dni. Gdy przyjechał Paul pojechaliśmy do szpitala.

Tam zrobiono ze mną wywiad i zbadano krew. Po badaniu Paul pokazał wyniki pielęgniarce i rozmawiali w kinyarwanda, ale pierwsze słowo jakie zrozumiałem to było negative. Acha, więc nie mam malarii. Potem dalej rozmawiali, z czego zrozumiałem tylko słowo SIDA (to po francusku AIDS). Acho, więc z autoomatu zbadali mnie i na to. Troche mnie to zmroziło, bo nie wiem czy właśnie chcę o tym wiedzieć, ale to zachorowalność na HIV/AIDS wynosi 5,6%. Mówiono mi wcześniej, że wszyscy się badali, więc pewnie jest takie prawo, że i mnie bez pytania zbadali.

Paul potem mi mówi, że lekarka jest zajęta i obejrzy mnie za godzinę albo rano. Mówię więc, że po co mnie ma oglądać, skoro jak zrozumiałem nie mam malarii. Paul potwierdza, że nie mam zarodźców w wyniku, ale mówi, że coś jest nie tak z moją krwią. Połączyłem to z przed chwilą usłyszanym słówkiem SIDA i mało mi serce nie stanęło. Kazałem sobie od razu pokazać ten papier i zapytać czy to chodzi o AIDS.

Tu się nieco uspokoiłem. Nie badano mnie na AIDS, ale niepokojący jest poziom białych krwinek. wynosi 13200, gdy norma to 400-10800. Teraz też widzę, że mam więcej nutrofili. Przeglądam net i obie rzeczy wskazują na zakażenie narządów. Na żółtaczkę byłem szczepiony, więc nie panikuję.

Podczas wizyty u lekarza większość objawów poza zawrotami główy zniknęła, ale teraz wracają (poza dreszczami). Krysia na GG mi jednak pisze, że jak biorę malarone, to często jest tak, że wynik na malarie wychodzi negatywny, a ją się ma. Zajrzałem do ulotki i widzę, że wszystkie wymienione wyżej objawy wpisane są w ulotce w działania niepożądane. Właśnie mija miesiąc od kiedy biorę, a brać malarone można ponoć tylko przez miesiąc.

Sam więc już nie wiem. Zobaczymy co powie lekarka jutro i wam napiszę. Jeśli to jednak malaria, to niech rodzinka się o mnie nie martwii za bardzo :) Jak widać dam radę siedzieć i pisać, nawet sobie kawały czytam. Ot czuję się jak przy grypie, tylko nieco inaczej.

Tak przy okazji to jak przyjechałem do Rwandy to od Agathe zaraziłem się anginą, ale nic nie wspominałem, bo przeszedłem ją śmiesznie lekko (nawet nie myślałem o wizycie u lekarza). Angina to bardzo popularna tu choroba, poza mną i Agathe przeszło ją jeszcze 3 innych ludzi w ciągu miesiąca. Nikt jednak nie idzie z tym do lekarza.

Komentarze (4) »

Przyroda Rwandy

7 sierpnia 2008, czwartek

Pewnego dnia wybrałem się na krótki spacer do lasu sawanny

Pewnego dnia wybrałem się na krótki spacer do lasu sawanny

Można o niej napisać tak:

Jest po prostu pięknie! Już w pierwszy wieczór powalił mnie z nóg widok dziedzińca katolickiego hostelu z dwiema potężnymi rozłożystymi palmami, których pnia nie zdołałbym objąć. Wszędzie rosną bananowce, a laterytowa czerwona ziemia niesłychanie lśni w zachodzie słońca. W ogrodach hodowane są ananasy. Pogoda: ani razu nie musiałem założyć kapelusza i jak dotąd nie zużyłem ani kropli olejku chroniącego przed słońcem. Niebo jest cały czas przesłonięte delikatną chmurą – obłokiem pary wodnej, który właśnie co zdążył wyparować z zaczynającej się 100 kilometrów stąd równikowej dżungli. Spotkany przeze mnie dziś Tim – ekspata z USA, który mieszka już w Rwandzie 3 lata – potwierdził tylko moje przepuszczenia: The weather here is the magic. Nie jest za ciepło, nie jest za zimno. Jest w sam raz. Na oko 22 stopnie. Każdego dnia. Ta sama mgiełka na niebie chroniąca przed słońcem, ale przepuszczająca wystarczającą ilość światła, ta sama temperatura, ten sam kojący wietrzyk. Po stokroć lepiej niż w Polsce, gdy z niej wyjeżdżałem.

)

Tak rosną ananasy. Wiedzieliście? Ja się przyznam, że myślałem, że szukać ich trzeba na drzewach :)

Wysoko na niebie krąży co najmniej kilka drapieżnych ptaków. Co chwila nisko nad ziemią, jakieś góra 10 metrów nad nią przelatują klucze pelikanów i innych żurawiopodobnych ptaków, gęgając przy tym tak jak nasze polskie gęsi. Lub po cichu wyskakuje z drzew stado śnieżnobiałych ptaków i dostojnie przelatują mi przed oczami. Scena jak z filmu o Afryce, tyle, że ja to widzę naprawdę.

To chyba bambus

To chyba bambus

Agathe mówi, że to nie baobab. Nic tam, tys piknie

Agathe mówi, że to nie baobab. Nic tam, tys piknie

Zapytałem Paula, czy mają tu niebezpieczne zwierzęta. Nie. Skorpiony? Nie ma. Lwy? Tylko w rezerwacie Akagera kilkadziesiąt kilometrów stąd. Inne niebezpieczne zwięrzęta? Nie. Juliette powiedziała, że jadowite węże w kraju są, ale w Nyamata nigdy nie widziała.

Mała termitiera

Mała termitiera

Wiedziałem że samolot ma lądować już po zmroku i miałem taki plan, że jeszcze na pokładzie spryskam się sprayem przeciw komarom. Przerażająca wizja bestii dopadających mnie chmarą i z miejsca zarażających śmiertelną malarią była paraliżująca. Tymczasem już w pierwszy wieczór  usiadłem z Paulem na tarasie i w cieplutką noc zapytałem go gdzie są komary. Powiedział, że nie ma. I jest to niemal prawda! Bo czym jest jeden komar widziany raz na dwa, trzy dni? Nie żartuję.

A czy już wspomniałem, że wszędzie gdzie nie spojrzysz są góry? Nie skaliste, a takie bieszczadzkie, ale gdzie nie spojrzysz żadnego płaskiego fragmentu horyzontu. Porośnięte lasami, poprzetykanymi licznymi zabudowaniami pagórki, staczające się w głębokie doliny; ciągnące się daleko widoki widziane z serpentyn dróg wijących się po zboczach.

To jest powód, dlaczego napisałem, że mógłbym tu mieszkać wiecznie. Po prostu raj na ziemi, w pełnym tych słów znaczeniu.

Jakbyście mieli takie widoki w pracy, też by wam się nie chciało

Jakbyście mieli takie widoki w pracy, też by wam się nie chciało

Ale można napisać i tak:

Gdy laterytową drogą przejedzie samochód, z powodu wzbitego kurzu nie ma czym oddychać. A i bez samochodu nie sposób znieść ciągle umorusanych spodni w czerwonej glinie.

Miałem nadzieję, że wracając w listopadzie do Polski zaskoczę wszystkich opalenizną; tymczasem z powodu ciągle unoszącej się chmurki nadal nie jestem opalony ani trochę. Poza tym jak jednego dnia było bezchmurnie, słońce tak przygrzało, że już po godzinie miałem dość.

Wczoraj jak stałem pod okienkiem baru, zobaczyłem jak za barmanką po słupie zbiegł czarny szczur lub inne licho do niego podobne i zniknął gdzieś za kontuarem. Barmanka nawet nie zareagowała. I ja się tu każdego dnia stołuję!

Idąc do toalety spłoszyłem spod drzwi mysz lub inne licho do niej podobne, które wdrapało się jednym susem po pionowej (!) trzymetrowej ścianie i dreptało gdzieś po dachu.

Dziś rano podszedł do mnie robotnik z budowy i zapytał czy chcę zobaczyć węża. Jakiego węża – zapytałem. Żmiję. Poszedłem za nim i tuż za bramą, na skraju drogi zobaczyłem widok, który mi zjeżył włosy na plecach. Co najmniej półtorej metrowy całkowicie czarny wąż, grubszy od mojego nadgarstka. Był już martwy, ale i tak nie odważyłem się go dotknąć. Robotnicy zresztą też. Powiedzieli, że jego jad jest zabójczy, a co gorsze gatunek ten słynie z plucia jadem na odległość. Trafienie w oczy co najmniej oślepia, a potrafi i zabić. Robotnik powiedział, że węże widzi ciągle jak pracuje w terenie. Według niego jeszcze gorsze są czarne kobry. Potem Paul powiedział, że wczoraj wieczorem znaleźli tą żmiję na terenie telecentrum, zabili trafiając łopatą w gardło.

Czarna żmija

Czarna żmija

Miejsce cięcia na szyi węża było już całe pokryte masą drobnych czarnych mróweczek; tych samych, które kilka dni temu oblazły mi cały bagaż, bo zostawiłem w nim zaczętą paczkę czipsów. Zresztą one nie są największym problemem – widok ruszającego się całego bagażu z milionami mrówek to co najwyżej dyskomfort. Po ziemi biegają za to inne mrówki, długie na bez mała dwa centymetry, których żwaczki widać na stojąco. Choć jako student biologii uwielbiałem mrówki, te tylko mam odwagę przepędzać książką. A one jakby rozumiały co się stało, biegną z powrotem ku tobie. Pozostaje ci tylko uciekać. W powietrzu unoszą się błonkówki, długie na minimum pięć centymetrów. Kiedyś mnie w Polsce użądliła taka centymetrowa i bolało jak diabli.

Jakaś bycza błonkówka, bliska krewna naszej osy

Jakaś bycza błonkówka, bliska krewna naszej osy

A gdy to piszę, słyszę nad sobą brzęczenie komara.

Można pisać i tak i tak. I pewnie jeszcze wiele można do tego dodać. Wczoraj o przyrodzie Rwandy wysmoliłem artykuł na 5 stron w wordzie, a dziś postanowiłem go skasować. Bo dziś widziałem węża, wczoraj wieczorem widziałem szczury i myszy, ale za to też dziś widziałem stado białych ptaków i przyjrzałem się bliżej tym pięknym drzewom, co wyglądają jak długie chude anteny, rozgałęzione parasolowato dopiero na czubkach. Postanowiłem, że o przyrodzie Rwandy będę pisał po kawałku, tak jak o ludziach. Tylko o drobnych aspektach. Bo wiele mnie jeszcze pewne zadziwi i wiele razy się jeszcze pomyliłbym jakbym chciał stwierdzić coś w tej kwestii ostatecznie.

Komentarze (9) »